-
Artykuły
Czytamy w weekend. 27 marca 2026
LubimyCzytać396 -
Artykuły
Przeczytaj fragment książki „Zbrodnia w rezydencji“
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Tylko że życie nie zna słowa „kiedyś”. Życie zna tylko „teraz” - Gabriela Gargaś radzi
LubimyCzytać3 -
Artykuły
Jak czytać Harry’ego Hole? Kolejność książek Jo Nesbø i dlaczego warto zacząć dziś
Iza Sadowska11
Biblioteczka
2026-03-22
ŚLEDZTWO BEZ ŚLEDZTWA
Chyba zbyt wiele po tej książce oczekiwałam i dlatego się zawiodłam. Akcja „Cieni” toczy się w przedwojennej Warszawie, a śledztwo prowadzi Regina Brywczyńska - „bogata wdowa o wielkiej ciekawości, uporze i szerokich kontaktach”, jak przeczytałam w opisie wydawcy. Czyli takie przeciwieństwo profesorowej Szczupaczyńskiej, detektywki z cyklu Maryli Szymiczkowej.
I tu był pierwszy zawód. Jak w poprzedniej recenzji („Rozdarta zasłona”) narzekałam na konserwatyzm Szczupaczyńskiej, tak i tym razem muszę ponarzekać na główną bohaterkę, która dla odmiany jest tak wyemancypowana, że aż niewiarygodna. Zachowuje się jak kobieta z dwudziestego pierwszego wieku, ma wiedzę dostępną współczesnym ludziom i w irytujący sposób robi z niej użytek, wygłaszając teorie na temat kierunków rozwoju świata, które – dziś o tym wiemy - są oczywiście trafne, ale w roku 1924 brzmiałyby fantastycznie. Aż w taką przenikliwość bohaterki zupełnie nie wierzę.
Autorka w ogóle nie dba o realia obyczajowe i zachowania współczesnych nam ludzi przenosi do rzeczywistości rozgrywającej się sto lat temu. Komendant policji nigdy nie zwróciłby się wtedy do kobiety z wysokich kręgów społecznych używając słów „odpieprz się”, a podwładny nigdy nie ośmieliłby się powiedzieć do swojej przełożonej „chyba pani odbiło”. Nawet dzisiaj to by było ryzykowne.
Drugi zawód – to tematyka. Tym razem to nie wina autorki, która nie przeczytała zapewne, w przeciwieństwie do mnie, „Rozdartej zasłony”, bo wtedy temat dziewcząt porywanych do burdeli w Ameryce wydałby jej się wtórny i oklepany. No niestety, znów mi się przydarzył taki zbieg okoliczności, że dwie powieści kryminalne poruszające identyczny problem przeczytałam jedną po drugiej, więc odczucie deja vu przeszkadzało w lekturze. W książce Szymiczkowej była jednak porządna, dobrze zapętlona intryga i wiarygodne psychologicznie postaci, a u Bińkowskiej bohaterowie są papierowi, intryga nie istnieje, nie wspominając o zwrotach akcji czy fałszywych tropach.
Śledztwa Reginy Brywczyńskiej praktycznie nie ma. Czegoś tam próbuje się dowiedzieć jej człowiek do specjalnych poruczeń - Juliusz Tumanek (ten, który twierdzi, że jej odbiło), ale dzieje się to na zasadzie: idę sobie na Kercelak, od razu mam szczęście i wpadam na właściwe osoby. I tak szczęście nie opuszcza go aż do końca. Tumanek jest przekonany, że dobrze wytypował przestępców, chociaż tak naprawdę nie ma na to żadnych dowodów. Policja robi na nich obławę na nie wiadomo jakiej podstawie, ale i tak im się nie udaje, więc można ich ścigać dalej. I tak to się ciągnie bez żadnego napięcia do absurdalnego finału, i nawet porwanie panny służącej akcji nie ożywia, bo to wątek wtrącony, który do niczego nie prowadzi.
Wyjaśnienie, dlaczego finał jest absurdalny, byłoby spoilerem, więc to sobie daruję. Być może jednak zechcecie przekonać się sami.
www. czytacz.pl
Na plus „Cieni” przemawiają jedynie wiernie oddane realia topograficzne przedwojennej Warszawy, ale to za mało, żeby skusić się na przeczytanie kolejnego tomu.
www.czytacz.pl
ŚLEDZTWO BEZ ŚLEDZTWA
Chyba zbyt wiele po tej książce oczekiwałam i dlatego się zawiodłam. Akcja „Cieni” toczy się w przedwojennej Warszawie, a śledztwo prowadzi Regina Brywczyńska - „bogata wdowa o wielkiej ciekawości, uporze i szerokich kontaktach”, jak przeczytałam w opisie wydawcy. Czyli takie przeciwieństwo profesorowej Szczupaczyńskiej, detektywki z cyklu Maryli...
2026-02-03
NIECH ŻYJE WOLNOŚĆ
I tak, i nie.
Od dawna się przymierzałam do Maryli Szymiczkowej (duet Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński ukryci pod pseudonimem), ale wydawca z premedytacją unika ebooków i audiobooków, więc trzeba było poczekać na buszowanie po antykwariatach, żeby zdobyć tradycyjną książkę.
No niby to bardzo moje klimaty: Kraków, Młoda Polska, sentyment do cesarsko-królewskich, zamierzchłych czasów. Wszystko to tam jest, ale…
Proporcje. Złote proporcje. Widać, że autorzy (podobnie jak ja) są zakochani w tamtej epoce, i to zakochanie wychodzi na plan pierwszy. O wiele ważniejsze są ciekawostki z dawnych czasów, niemające żadnego wpływu na akację, chociaż jakoś tam budujące klimat, niż dbanie o dramaturgię, która sprawiłaby, że czytelnik nie chciałby oderwać się od lektury. Czytałam więc, no bo w końcu między innymi dla klimatu sięgnęłam po tę książkę, ale bez entuzjazmu.
I to by było tyle - na nie. Na tak – zręcznie skonstruowana intryga, z zaskoczeniem na końcu. Młodziutka, śliczna pokojówka profesorowej Szczupaczyńskiej zostaje zamordowana, a powody jej śmierci są na pierwszy rzut oka oczywiste, ale po głębszym spojrzeniu całkiem niezwykłe, co jednak może odkryć jedynie dociekliwa kobieta.
Profesorowa Szczupaczyńska w roli detektywa budzi mieszane uczucia. Dociekliwość jest zaletą, jednak mocno konserwatywne podejście do spraw politycznych i obyczajowych (antyfeministka, antysocjalistka) niekoniecznie zachęca, ale jest dowodem odwagi autorów w dzisiejszych czasach. Może bohaterka będzie się rozwijać.
Nie wiem jeszcze, czy mam ochotę na zgłębianie kolejnych jej przygód. Może coś dorzucę przy następnym przeszukiwaniu antykwariatów, kiedy trzeba będzie dodać do koszyka kolejną książkę, żeby mieć darmową dostawę. Ale tak, żeby zacząć od tej autorki (autorów) i dla niej dobierać kolejne książki, to raczej nie.
Możecie spróbować. Nie zachęcam, ale też nie odradzam. Niech żyje wolność!
www.czytacz.pl
NIECH ŻYJE WOLNOŚĆ
I tak, i nie.
Od dawna się przymierzałam do Maryli Szymiczkowej (duet Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński ukryci pod pseudonimem), ale wydawca z premedytacją unika ebooków i audiobooków, więc trzeba było poczekać na buszowanie po antykwariatach, żeby zdobyć tradycyjną książkę.
No niby to bardzo moje klimaty: Kraków, Młoda Polska, sentyment do...
2026-01-05
EKLEKTYCZNE RETRO NOIR
Kiedy odkrywam takie perełki, najbardziej mnie wkurza, że muszę na nie wpadać przypadkiem. Drodzy wydawcy, nie możecie czegoś z tym zrobić?
Dawno nie czytałam tak ciekawej książki, i to pod względem zarówno tematyki jak i formy. Zaczyna się jak klasyczny kryminał. Tuż przed atakiem Japończyków na Pearl Harbor odnalezione zostają paskudnie okaleczone zwłoki dwojga młodych ludzi: Amerykanina i Japonki. Wydaje się, że głównym celem był mężczyzna – siostrzeniec admirała stojącego na czele amerykańskiej floty. Dość szybko udaje się odkryć, kto stoi za morderstwem, sęk w tym, że tożsamość tego człowieka jest fałszywa, a poza tym dawno opuścił Hawaje. Problem polega więc na tym, żeby go odnaleźć i dowiedzieć się dlaczego zabił.
Od tej pory opowieść detektywistyczna zamienia się w thriller szpiegowski i pościg za zabójcą. Detektyw McGrady rusza do Hongkongu, a tam zastaje go wojna. Gatunek powieści znów wydaje się zmieniać, opowieść wojenna zbliża się momentami do melodramatu, ale nie obawiajcie się - cel pozostaje wciąż ten sam – dopaść mordercę i rozwikłać zagadkę okrutnej zbrodni.
„5 grudniów” należy do tej ekskluzywnej grupy kryminałów, które najbardziej lubię, ponieważ oprócz nienagannej konstrukcji, dobrze poprowadzonej intrygi i zaskoczenia na końcu, ma również moją ulubioną wartość dodaną. Śledząc wartką akcję rozrzuconą między Hawaje, wyspy Pacyfiku, Hong Kong i Japonię przyswajam podskórnie i bezboleśnie dawkę solidnej wiedzy historycznej i geograficznej. Podążałam tropem detektywa z mapą Google na czytniku i zaraz też nabrałam ochoty, żeby doczytać szczegóły walk w czasie II wojny światowej w Azji południowo-wschodniej oraz na Pacyfiku, którymi na szczęście dla powieści autor nie epatował.
„5 grudniów” to amerykański wariant powieści retro w stylu noir. Jaki kraj, takie możliwości. Nasi rodzimi autorzy nie będą, oczywiście, mieli możliwości umieścić akcji w realiach tak egzotycznych, ale taki wielogatunkowy konglomerat, o ile będzie równie dobrze skomponowany, bardzo chętnie bym przeczytała. Potencjał jest.
www.czytacz.pl
EKLEKTYCZNE RETRO NOIR
Kiedy odkrywam takie perełki, najbardziej mnie wkurza, że muszę na nie wpadać przypadkiem. Drodzy wydawcy, nie możecie czegoś z tym zrobić?
Dawno nie czytałam tak ciekawej książki, i to pod względem zarówno tematyki jak i formy. Zaczyna się jak klasyczny kryminał. Tuż przed atakiem Japończyków na Pearl Harbor odnalezione zostają paskudnie okaleczone...
2025-11-30
NI PIES, NI WYDRA…*
Kolejny kryminał nowo poznanego czeskiego autora pozostawił mnie z uczuciem niedosytu. Byłoby pewnie lepiej, gdyby Michal Sýkora potrafił się zdecydować, czy pisze powieść kryminalną czy obyczajową.
Jako kryminał ta książka średnio się sprawdza. Mamy ciekawy punkt wyjścia – okrutne morderstwo sprzed dwudziestu pięciu lat. Półroczne dziecko zostało pozbawione głowy przy pomocy piły tarczowej, a milicja (bo to się działo w Czechosłowacji, za czasów schyłkowej komuny) poszła na skróty i oskarżyła o zabójstwo matkę, która po tym oszalała i popełniła w więzieniu samobójstwo, co uznano za dowód jej winy. Wywarło to kolosalny wpływ na życie całej, wielopokoleniowej rodziny.
Dochodzenie zostaje nieoficjalnie wznowione. Prowadzi je podinspektor Marie Výrowá zwana Wielką Sową – postać wyjątkowo bezbarwna. O jej życiu praktycznie nic nie wiemy, za to poznajemy z najdrobniejszymi szczegółami, przy każdej możliwej okazji, listę utworów muzycznych, które pani policjantka aktualnie słucha. Oczywiście nie ma to żadnego wpływu na akcję.
Śledztwo toczy się bardzo niemrawo, autor wielokrotnie porusza te same tematy, które czytelnik już dawno zdążył przetrawić i zasymilować. Od początku pojawia się ważny wątek, który w dawnym w śledztwie został odpuszczony. Kiedy podobny manewr zostaje zastosowany we współczesnym dochodzeniu, uważny czytelnik zaczyna przypuszczać, że dzieje się tak nie bez przyczyny i okazuje się, że ma rację.
Historia robi się ciekawsza, kiedy poznajemy lepiej losy rodziny, która ucierpiała z powodu morderstwa. Gdyby Michal Sýkora od razu poszedł w tę stronę, mogłaby powstać interesująca powieść obyczajowa, ale niestety, ten temat pojawił się zbyt późno i został potraktowany po macoszemu. Poza tym, cały komplet rodzinnych bohaterów (trzej bracia, ich żony, kochanki i córki) jest tak antypatyczny, że naprawdę nie mam dla nich ani grama współczucia, z powodu tego, jak ta tragedia wpłynęła na ich losy. Byli tak samo głupi, krótkowzroczni, pazerni kiedyś, jak są teraz, nie przeszli żadnej przemiany, w związku z tym nic mnie nie obchodzą. Najbardziej żal mi dziadków, którzy i tak dawno nie żyją.
No cóż. Czechom i ich ambitnym wydawcom, mimo wszystko nadal będę kibicować.
*… coś na kształt świdra – ludowe, przypisywane Paskowi
www.czytacz.pl
NI PIES, NI WYDRA…*
Kolejny kryminał nowo poznanego czeskiego autora pozostawił mnie z uczuciem niedosytu. Byłoby pewnie lepiej, gdyby Michal Sýkora potrafił się zdecydować, czy pisze powieść kryminalną czy obyczajową.
Jako kryminał ta książka średnio się sprawdza. Mamy ciekawy punkt wyjścia – okrutne morderstwo sprzed dwudziestu pięciu lat. Półroczne dziecko zostało...
2025-11-16
JAK ZACHWYCA, JEŚLI NIE ZACHWYCA?*
Jeżeli ktoś z jurorów Nagrody Wielkiego Kalibru przeczytał tę książkę do końca, zanim ją nagrodził, to gratuluję. A właściwie współczuję. Bo tego nie da się czytać.
Rozdział pierwszy – nie wiem o co chodzi.
Rozdział drugi – pojawiają się nowe postaci, nadal nie wiem o co chodzi.
Rozdział trzeci – kolejne nowe postaci, nic się nie dzieje, dalej nie wiem, o co chodzi.
Rozdział czwarty – i znów nowi bohaterowie i to samo pytanie – ale o co chodzi?
Chaos.
Gadanie o niczym.
Bardzo ładne zdania, ale tylko zdania. Ozdobniki zdań, z których nic z nich nie wynika. Przerost formy nad treścią, a właściwie zwycięstwo formy nad treścią, bo treści nie ma.
Z opinii kolegów recenzentów wnioskuję, że treść kiedyś jednak się pojawi, ale ja już tego nie doczekam. Podróż tym razem była krótka, więc porzucam audiobook po dwóch godzinach słuchania i nie widzę powodu, żeby czytać dalej. Postać detektywa (kobieta) ledwo się wyłoniła. Niewiele o niej wiem, nie dostałam szansy aby ją polubić (lub chociaż zrozumieć), nic mnie nie obchodzi. Śledztwo wątłe – ledwo się domyślam czego dotyczy (chłopak mylnie oskarżony o morderstwo, ale mogę się mylić). Gubię się w natłoku bohaterów – nie ma żadnego z którym mogłabym sympatyzować. Kompletnie nie mam motywacji, żeby dotrwać do zakończenia.
Recenzenci twierdzą, że zakończenie podobno wymiata, ale cóż z tego, kiedy mnie ono zupełnie nie interesuje. Dałam autorce naprawdę dużo czasu, żeby zachęciła mnie do lektury. Nie udało się. Wynudziłam się wystarczająco przez dwie godziny, nie zamierzam przysypiać przez następnych kilka. Zdrowiej będzie po prostu się wyspać.
Na portalu Rynek Książki przeczytałam, że Weronika Mathia otrzymała nagrodę Wielkiego Kalibru za: „mistrzowskie budowanie napięcia, wielowątkową fabułę oraz głębokie portrety psychologiczne postaci. Recenzenci podkreślają, że „Szept” to powieść, która wciąga od pierwszych stron i nie pozwala się oderwać aż do zaskakującego finału.”
Ja się nie wciągnęłam i bez problemu oderwałam. Widocznie nie mam pojęcia, na czym polega „mistrzowskie budowanie napięcia”. Może wy macie inne kryteria.
*Witold Gombrowicz, „Ferdydurke”
www.czytacz.pl
JAK ZACHWYCA, JEŚLI NIE ZACHWYCA?*
Jeżeli ktoś z jurorów Nagrody Wielkiego Kalibru przeczytał tę książkę do końca, zanim ją nagrodził, to gratuluję. A właściwie współczuję. Bo tego nie da się czytać.
Rozdział pierwszy – nie wiem o co chodzi.
Rozdział drugi – pojawiają się nowe postaci, nadal nie wiem o co chodzi.
Rozdział trzeci – kolejne nowe postaci, nic się nie dzieje,...
2025-10-26
„JEŻELI BÓG ISTNIEJE, TO JESTEŚMY SKURWYSYNAMI”*
Zaryzykuję obrazoburcze stwierdzenie, że Izzo jest nawet lepszy niż Chandler. Napisał tylko trzy kryminały, i zaraz umarł. Nie miał tyle szczęścia (szczęścia, ha, ha!), co Stieg Larsson, autor trylogii „Millenium”, który też napisał trzy kryminały i zaraz umarł, ale trafił w swój czas i dzięki temu jego powieści wciąż żyją. Izzo nie trafił w swój czas, bo był poetą. Prawdziwym (pisał wiersze), ale również poetą kryminału. Chandler także był poetą kryminału, ale miał więcej szczęścia (ha, ha, szczęścia, człowiek, który zapił się na śmierć), bo pisał po angielsku i jakimś cudem ze swoimi mrocznymi, kryminałami noir trafił w swój czas.
Ta proza, czarna i gęsta jak smoła, trafia mnie prosto w serce, dlatego przymykam oko na niedoskonałości debiutanta (to pierwsza powieść Izzo).
Inspektor Fabio Montale, duchowy brat chandlerowskiego Philipa Marlowe’a próbuje rozwikłać zagadkę zabójstwa dwóch przyjaciół z dzieciństwa, z którymi łączyła go silna więź, chociaż ich drogi się rozeszły. To prywatne śledztwo, w policji Fabio wykonuje marginalną robotę. Wszystkie tropy prowadzą do mafii, ale…
Ktoś może zapytać: a po co on tyle o tej Marsylii opowiada? Bo kocha. Proste? A że to nie jest rajska wyspa? No nie jest. Taka prawda.
Ktoś może marudzić, że te konszachty mafijne takie skomplikowane, że trudno się połapać. Na szczęście, nie trzeba wszystkiego ogarniać, bo nie o to tutaj chodzi. Mafia mafią, ale emocje emocjami. Mafiozi się tłuką dla kasy, ale prawdziwa nienawiść z czegoś innego wypływa.
„Chciałem stąd wyjść, znaleźć się w łódce, na szerokim morzu (…) Cała ludzkość wychodziła mi gardłem. Te wszystkie historie, to tylko znikoma cząstka nikczemności świata (…) Można by uwierzyć, że pierwszy człowiek tak dostał w kość, że zawładnęła nim nienawiść. Jeżeli Bóg istnieje, to jesteśmy skurwysynami.”*
To powieść skierowana do ludzi potrafiących czytać ze zrozumieniem, a nawet do tej specyficznej kategorii czytelników, którzy potrafią jeszcze czytać między wierszami. [„Z poduszką czy bez? – pytano przy rezerwacji miejsc w niektórych hotelach.” Ładne, prawda?] To książka dla tych, co potrafią zachwycać się słowem i docenią ironię.
„Jeszcze kilka dni temu ten dom był domem starego kawalera, a teraz trzy kobiety grają tu sobie w remika, chociaż dochodzi północ. Posprzątane. Jedzenie przygotowane. Naczynia pozmywane. Na tarasie suszy się pranie. A przede mną marzenie każdego mężczyzny: matka, siostra i prostytutka. (…) Szkoda, że nie tworzą razem jednej, jedynej kobiety, którą bym pokochał.”
Nie liczcie na światełko w tunelu. Fabio nie znajdzie ukojenia.
„Kiedy mi opisała mężczyznę, o którym marzy (…) przestraszyłem się. Nie podobał mi się ten portret. To nie ja.”
„Nareszcie znów ją widziałem. Po drugiej stronie śmierci. Zdechli ci, którzy ją zabili. (…) Noszę ją w sercu i będzie ze mną zawsze na tej ziemi, która każdego dnia daje ludziom szansę.”
Zaczęłam znajomość z Izzo od drugiej części trylogii („Szurmo”), która, siłą rzeczy, była już lepiej dopracowana (mniej postaci, nie tak skomplikowane konszachty policyjno-mafijne) i już się nie mogę doczekać części trzeciej, i ostatniej, niestety.
www.czytacz.pl
„JEŻELI BÓG ISTNIEJE, TO JESTEŚMY SKURWYSYNAMI”*
Zaryzykuję obrazoburcze stwierdzenie, że Izzo jest nawet lepszy niż Chandler. Napisał tylko trzy kryminały, i zaraz umarł. Nie miał tyle szczęścia (szczęścia, ha, ha!), co Stieg Larsson, autor trylogii „Millenium”, który też napisał trzy kryminały i zaraz umarł, ale trafił w swój czas i dzięki temu jego powieści wciąż żyją....
2025-10-07
ODZIEDZICZONE ZŁO
Nie wiem czy uwierzycie w taki zbieg okoliczności, ale w tym samym czasie, dosłownie jedna po drugiej, przeczytałam dwie książki na ten sam temat, z takim samym sposobem narracji (pierwsza to „Wszystko zostaje w rodzinie” Johna Marrsa).
Autorzy oddają głos maniakalnym mordercom, którzy mordują dla przyjemności, przekonani, że uszczęśliwiają swoje ofiary pozbawiając je życia. „Przesłanie” obojga autorów (przesłanie nie bez powodu umieszczam w cudzysłowie, bo scyzoryk mi się w kieszeni otwiera na takie przesłanie) jest takie, że zło jest dziedziczone. Ktoś morduje, bo tatuś/mamusia/dziadziuś przekazali im taki „dar” w genach i nasz biedny, skądinąd przecież tak wrażliwy psychopata też musi to robić. Oj, biedny!
Biorąc pod uwagę, że choroby psychiczne rzeczywiście mogą być dziedziczone (czasem objawia się to dopiero w trzecim pokoleniu), to autorzy nawet nie mijają się z prawdą. Ale próba usprawiedliwienia genetyką zachowań psychopatycznych i napawanie się mrocznymi, pokręconymi (żeby nie napisać po*ebanymi) umysłami, a zwłaszcza pozwalanie im na robienie kitłaszu w głowach naiwnych czytelników, to zupełnie inna sprawa.
Nataszka - bohaterka „Uśpienia” jest przecież taka sympatyczna. Kocha zwierzątka, jako jedyna z rodziny pomaga babci chorej na Alzheimera (och, jaka słodka jest ich relacja), ma problemy rodzinne i tylko ludzi nienawidzi tak, że mogłaby ich zabić. Taka drobna przypadłość. Może lepiej wysłać taką osobę do psychiatry albo na terapię, niż dawać jej możliwość wypowiadania się w roli również pozytywnego, skądinąd, bohatera?
Konstruując tę opowieść Joanna Szpak popełniła kardynalny błąd fabularny. Bohaterka znajduje dziennik sprzed lat, pisany prawdopodobnie przez kogoś z najbliższej rodziny, który może być dowodem zbrodni. Zamiast przeczytać go natychmiast, od deski do deski, zarywając noc (co zrobiłby KAŻDY; spróbujcie tylko postawić siebie na jej miejscu), Nataszka czyta sobie jeden rozdzialik, a potem snuje się po mieście. I tak, czyta sobie mniej więcej jeden rozdział co kilka dni, jakby to był nudny kryminał polskiego autora, a nie zapiski od których może zależeć jej życie. No nie ma takiej opcji. Oczywiście, żeby to zagrało, należałoby lepiej pogłówkować nad fabułą, tak, aby to bohaterka wszystko wiedziała, a czytelnicy już nie, ale to przerosło możliwości autorki. Zapewne wydawało jej się, że uda jej się w ten sposób dawkować napięcie, ale nie wyszło. Gdyby nie to, że słuchałam audiobooka w czasie podróży, odkładałabym czytanie tego snuja na potem, podobnie jak bohaterka czytając dziennik.
Nazywanie tej książki kryminałem lub thrillerem to grube nadużycie. Trup pojawia się tuż przed końcem (85% na czytniku), nie ma żadnych tropów, które pozwalałyby czytelnikowi wytypować zabójcę. Rozwiązanie zagadki dziennika jest banalne, zagadka kryminalna wyjaśnia się w epilogu, a rozwiązanie wyciągnięte jest jak królik z kapelusza.
Nie znajduję powodu, dla którego mielibyście przeczytać „Uśpienie”. Chyba tylko po to, żeby dać zarobić wydawnictwu i autorce.
Nawet się zastanawiałam, czy nie podwyższyć oceny za dobry język i styl, ale nie. To nawet gorzej, że ta bzdura została poprawnie po polsku napisana.
Drodzy autorzy, bardzo was proszę. Zanim zaczniecie pisać kolejną książkę o psychopatach, bo się wam to wyda takie oryginalne, poczytajcie najpierw trochę kryminałów. Może odejdzie wam ochota na wymyślanie historii, które inni opisali już na wszelkie możliwe sposoby.
www.czytacz.pl
ODZIEDZICZONE ZŁO
Nie wiem czy uwierzycie w taki zbieg okoliczności, ale w tym samym czasie, dosłownie jedna po drugiej, przeczytałam dwie książki na ten sam temat, z takim samym sposobem narracji (pierwsza to „Wszystko zostaje w rodzinie” Johna Marrsa).
Autorzy oddają głos maniakalnym mordercom, którzy mordują dla przyjemności, przekonani, że uszczęśliwiają swoje ofiary...
2025-09-30
POKRĘCONE UMYSŁY
Przez długi czas (zdecydowanie za długi) ta książka wydawała się kolejną, schematyczną, przegadaną powieścią o seryjnym, psychopatycznym mordercy, któremu autor pozwala na rozwlekłe wynurzenia, ponieważ nie ma innego pomysłu na rozwój akcji. Na szczęście, gdzieś tak w połowie nastąpił zgrabny twist, i kiedy wydawało się, że już wszystko wiemy, nareszcie coś zaczęło się dziać.
Nie lubię książek o wariatach mordujących dla samej przyjemności zabijania, co wyjaśniane jest przez autorów misją zabójcy, która może być uzasadniona wyłącznie jego chorym umysłem. Takie powieści zwykle potępiam w czambuł, ale tutaj robię wyjątek, ze względu na pomysł (wyjaśnienie na czym on polega byłoby mega spoilerem; opis wydawcy ma się nijak do tematu) i precyzyjnie skonstruowaną intrygę, w której wszystkie tropy konsekwentnie prowadzą do celu.
Podwyższam ocenę za drugi twist i zakończenie, które zostało w wyważony sposób zasygnalizowane tak, aby czytelnik miał satysfakcję z tego, że jednak dał się zaskoczyć. Jeden z bohaterów od dłuższego czasu wydawał się podejrzany, a jednak nie przypuszczalibyśmy, że aż do tego może być zdolny.
Jeśli tolerujecie seryjnych morderców i nie przeszkadza wam ględzenie autorów o ich pokręconych umysłach, możecie pana Marrsa przetestować.
www.czytacz.pl
POKRĘCONE UMYSŁY
Przez długi czas (zdecydowanie za długi) ta książka wydawała się kolejną, schematyczną, przegadaną powieścią o seryjnym, psychopatycznym mordercy, któremu autor pozwala na rozwlekłe wynurzenia, ponieważ nie ma innego pomysłu na rozwój akcji. Na szczęście, gdzieś tak w połowie nastąpił zgrabny twist, i kiedy wydawało się, że już wszystko wiemy, nareszcie coś...
W LEWO ZWROT
Podtytuł głosi, że jest po powieść genealogiczno-stomatologiczna. Powiedziałabym raczej, że stomatologiczno-podróżnicza, mocno lewicująca. Gdyby nie optymistyczne, poprawiające nastrój przesłanie, z którym pozostajemy po lekturze, czepiałabym się bardziej. A tak, tylko trochę ponarzekam, głownie na to, że wszystkie wymienione na wstępie składniki tej zadziwiającej mikstury są zbyt mocno skondensowane.
Z opisami leczenia zębów autor naprawdę przesadził, nie tylko ilościowo, ale również merytorycznie. Każdy z nas kiedyś musiał trafić do dentysty, więc trudno podzielać optymizm autora. Po jednym, leczonym kanałowo zębie pacjent pada na twarz, i nie wyobrażam sobie, żeby za jednym zamachem pozwolił sobie zrobić cztery zęby. Ja bym tego nie przeżyła. Nie wierzę też, żeby ktoś wysiedział na fotelu dentystycznym przez cały dzień, żeby sobie naprawić lub wymienić wszystkie zęby. Miika Nousiainen albo jest masochistą i myśli, że inni też tak mają, albo ma zbyt wybujałą wyobraźnię.
Poszukiwanie korzeni w odległych zakątkach świata jest na szczęście bardzo ciekawe, ale autor przesadził trochę ze swoim socjalistycznym podejściem do zjawisk społecznych. Nie, żebym miała jakieś zastrzeżenia do takiego światopoglądu („kto za młodu nie był socjalistą, ten na starość będzie sk****synem” – podobno Bismarck coś takiego powiedział), ale kiedy wciska się polityczne poglądy przy każdej okazji, to choćby były nie wiem jak słuszne, w pewnym momencie zaczyna się to robić mało strawne.
A tak poza tym, po zbyt długim, stomatologicznym wstępie powieść zaczyna wciągać i czyta się ją całkiem miło. Niezobowiązująca lektura akurat na wciąż jeszcze letni czas.
www.czytacz.pl
W LEWO ZWROT
Podtytuł głosi, że jest po powieść genealogiczno-stomatologiczna. Powiedziałabym raczej, że stomatologiczno-podróżnicza, mocno lewicująca. Gdyby nie optymistyczne, poprawiające nastrój przesłanie, z którym pozostajemy po lekturze, czepiałabym się bardziej. A tak, tylko trochę ponarzekam, głownie na to, że wszystkie wymienione na wstępie składniki tej...
2025-08-07
WIEM, ŻE NIC NIE WIEM
Dużo się tu dzieje, ale ciężko się to czyta.
Potencjał był duży: dobry pomysł, żeby opisać śledztwo nie z punktu widzenia policji, tylko trzech kobiet, które są w jakiś sposób z nim związane. Do tego dochodzą informacje podawane przez media i influencerów. Co nie zagrało?
Bohaterki prowadzą śledztwo, a policja, zdaniem autorki – śpi. Skoro dwie totalne amatorki w dwa dni potrafią zdobyć kluczowe informacje, to policja potrafiłaby to zrobić w trzy chwile. Tak trudno rozszyfrować skąd robione były zdjęcia? Oj, nie docenia pani Śmigielska naszych stróżów prawa.
W połowie książki wciąż nic nie wiem o bohaterkach, nie mam więc do nich żadnego stosunku emocjonalnego, nic mnie nie obchodzą. No może jedna trochę, ale tylko dlatego, że jej dziecko miało wypadek i walczy o życie. O niej wiem trochę więcej, ale wciąż za mało, żeby wzbudzała pozytywne uczucia. Negatywnych też nie wzbudza. Nul. Podejrzewam, że sama autorka też niewiele o nich wie, dlatego są takie tajemnicze. Na samych tajemnicach nie buduje się jednak wiarygodnego rysu psychologicznego postaci.
I to jest mój pierwszy, poważny zarzut do tej książki: wiem, że nic nie wiem. Autorka wrzuca dziesiątki tajemnic, z których zaledwie kilka zostaje rozwiązanych, i to też nie do końca. Naprawdę, to nie jest sposób na budowanie napięcia. Żeby kibicować bohaterom muszę przynajmniej wiedzieć, o co toczy się gra.
Mąż zaginął, ale może uciekł. Zabił, ale może nie zabił. Żyje i się ukrywa, ale może nie żyje. Matka ma coś na sumieniu, ale może nie ma. Co chwila taki dylemat. Czuję się jak dziecko we mgle. Czytam dalej nie dlatego, żeby się dowiedzieć, kto zabił (co powinno być regułą w kryminale), tylko aby się przekonać, czy przynajmniej zakończenie będzie się trzymać kupy (skrzywienie zawodowe recenzenta), co będzie podstawą uczciwej oceny. No niestety, totalnie się nie trzyma.
Tajemnice nie zostały rozwiązane, bo po co? Nie interesuj się niepotrzebnie, czytelniku. Co cię obchodzi, czy mąż został słusznie skazany czy nie? Czy to z tego powodu ofiara szantażowała rodzinę? Dlaczego matka szła w zaparte, skoro okazało się, że syn jest niewinny? Masochistka? Podejrzewam, że autorka sama nie potrafi odpowiedzieć na te pytania.
Jednak dopiero zakończenie zwala z nóg. Na ostatnich dwóch stronach Aleksandra Śmigielska postanowiła totalnie rozwalić system i odwrócić kota ogonem. A jakże, wszystko w imię zaskakiwania czytelnika. Wrzuciła efektowne rozwiązanie, które sypie się jak domek z kart. Dziecko wszystko widziało? I nikt inny? Matka jest kretynką i zabija trupa? Dlaczego to robi? W policji też są sami idioci i w to wierzą? Jakiś patolog w ogóle badał to ciało? A morderca to jaki miał motyw? Przecież dopiero co się od ofiary uwolnił?
Takie zakończenie obraża inteligencję czytelnika, pod warunkiem jednak, że czytelnik taką inteligencję posiada. Sądząc po liczbie wysokich ocen, nie do takiego jednak czytelnika ta książka została skierowana.
Jeśli z natury nie jesteście obrażalscy – to czytajcie.
www.czytacz.pl
WIEM, ŻE NIC NIE WIEM
Dużo się tu dzieje, ale ciężko się to czyta.
Potencjał był duży: dobry pomysł, żeby opisać śledztwo nie z punktu widzenia policji, tylko trzech kobiet, które są w jakiś sposób z nim związane. Do tego dochodzą informacje podawane przez media i influencerów. Co nie zagrało?
Bohaterki prowadzą śledztwo, a policja, zdaniem autorki – śpi. Skoro dwie...
2025-07-07
BABYLON BRESLAU IN SPE
Jeśli zastanawialiście się kiedyś, czy na podstawie słabej książki może powstać genialny serial, to już nie musicie. Może. I to jest właśnie ten przypadek.
Serialem „Babylon Berlin” zachwyciłam się bezwzględnie, postanowiłam więc przeczytać książkę, na podstawie której został zrealizowany. Przeoczyłam jednak ostrzeżenie na okładce: „Babylon Berlin: serial inspirowany powieścią.” No właśnie. Diabeł tkwi w szczegółach. „Inspirowany”, a nie „na podstawie”. I całe szczęście. Dla serialu.
„Babylon Berlin” jest błyskotliwy, inteligentny, trzyma w napięciu, zapiera dech. Książka jest nudna, męcząca, okrutnie przegadana, nie mam ochoty, żeby dowiedzieć się co będzie dalej.
W serialu bardzo szybko zaczynamy śledzić intrygę, w książce dotarłam do jednej czwartej i dalej nie wiem o co chodzi. Przestaję czytać, bo przecież i tak już wiem, jak to się skończy.
Książkowi bohaterowie są mdli, bez charakteru i trudno ich rozróżnić. Bohaterowie filmowi od początku budzą emocje, mają jaja, a postać Charlotte (w książce ledwo zarysowana) to najbardziej oryginalna i zapadająca w pamięć postać kobiety detektywa od czasów panny Marple, chociaż oczywiście osobowościowo i społecznie są na przeciwległych biegunach.
W serialu, jak na dłoni, widzimy cały przekrój społeczeństwa Niemiec z okresu tuż przed dojściem Hitlera do władzy: od elit, poprzez klasy średnie, aż po doły społeczne. W powieści autor też próbował się z tym zmierzyć, ale wyszedł mu kiepski podręcznik historii.
Co ja zresztą będę marudzić o marnej książce, którą z ulgą porzuciłam po stu sześćdziesięciu stronach? Oglądajcie serial, i tyle! Scenarzyści zrobili naprawdę dobrą robotę, wycisnęli powieść jak cytrynę i dodali jej skrzydeł, a reżyserzy (tak się składa, że ci sami, co scenarzyści) nie zepsuli dobrego tekstu, bo sami go napisali. Scenografia imponuje rozmachem, przedwojenne Niemcy jak żywe, widać, że nie była to biedaprodukcja, jak w polskim kinie.
I tak sobie tylko marzę, co by było, gdyby za ekranizację cyklu powieści Marka Krajewskiego o Edmundzie Popielskim wzięli się prawdziwi scenarzyści. Taki był potencjał, żeby stworzyć dzieło na miarę „Babylon Berlin”, nawet z niskim budżetem, dobra historia obroniłaby się sama. Tymczasem serial „Erynie” - to tylko popłuczyny po popłuczynach po powieści: niestrawne, pokręcone, nieczytelne. Wymiękłam po trzecim odcinku, bo mimo znajomości książek Krajewskiego nie wiedziałam o co chodzi, więc oglądanie było podobną męczarnią, jak czytanie powieści Kutschera. Ale wciąż jest szansa na przyzwoitą ekranizację cyklu z Eberhardtem Mockiem. Tylko, czy komuś się będzie chciało?
W serialu „Babylon Berlin” tylko jedna rzecz mnie niepokoi. Po Berlinie w późnych latach dwudziestych ubiegłego wieku w ogóle nie jeżdżą konne dorożki. To absolutnie niemożliwe. Scenografowie w tym zakresie się nie postarali.
www.czytacz.pl
BABYLON BRESLAU IN SPE
Jeśli zastanawialiście się kiedyś, czy na podstawie słabej książki może powstać genialny serial, to już nie musicie. Może. I to jest właśnie ten przypadek.
Serialem „Babylon Berlin” zachwyciłam się bezwzględnie, postanowiłam więc przeczytać książkę, na podstawie której został zrealizowany. Przeoczyłam jednak ostrzeżenie na okładce: „Babylon Berlin:...
2025-06-23
„NIE DA SIĘ ZMUSIĆ PRAWDY, ŻEBY WYSZŁA NA JAW” *
Izzo to kompletnie nieznany w Polsce autor; wydano u nas zaledwie trzy jego książki z serii „Trylogia marsylska” i można je dostać tylko w antykwariatach. Jeśli jednak lubicie ambitniejsze kryminały, warto poszperać w internetach albo w bibliotece.
Autor ujął mnie postacią detektywa. Fabio Montale jest Włochem z pochodzenia, i nie tylko to łączy go z komisarzem Montalbano – bohaterem cyklu powieści Camilleriego. Montale czyta Conrada, słucha jazzu, Brassensa i Brela, uwielbia dobrą kuchnię i wino („nie mam najmniejszego zaufania do ludzi, którzy jedzą mało i byle co”), jest czuły na kobiece wdzięki, nie ma oporów przed wymierzaniem sprawiedliwości na własną rękę i kocha swoje miasto – Marsylię („W Marsylii jesień zachowuje posmak lata niekiedy nawet do końca października. Wystarczy powiew wiatru, by znów zapachniało tymiankiem, miętą i bazylią”).
I cóż ja poradzę, że kocham takie klimaty? Że przemawia do mnie subtelne, ironiczne poczucie humoru („Uwielbiam tę facetkę! Jak umrę, to na pewno jej będzie mi brakować najbardziej. To znaczy, prędzej będzie odwrotnie, ale wolę o tym nie myśleć”).
Nie mogę sobie odmówić w tym miejscu dygresji. Czytając „Szurmo” od razu przypomniała mi się niedawno wymęczona „Biała gorączka” Ellroy’a. Tam zniechęciłam się do bohatera „od pierwszego wejrzenia”, tu jest dokładnie odwrotnie. Może również dlatego, że detektyw Montale traktuje z szacunkiem wszystkich ludzi, niezależnie od ich koloru skóry, wyznania czy orientacji seksualnej. Za takie zresztą podejście do podejrzanych został wyrzucony z policji, w której poziom korupcji dorównuje policji w Los Angeles opisywanej przez Ellroy’a. Dlaczego jednak w tej powieści zagęszczenie zła nie przeszkadzało, a w „Białej gorączce” uwierało nieznośnie? Odpowiedź dał mi Wiesław Myśliwski, kiedy niedawno przypadkiem trafiłam na rozmowę z autorem w jednej ze stacji telewizyjnych: „literatura ma prawo być tragiczna, ale nie ma prawa odbierać nadziei”. Izzo daje nadzieję.
Nie wyjaśnię co znaczy słowo szurmo, może namówię was, żebyście sami to sprawdzili. Ja już sobie zamawiam pozostałe tomy. „Szurmo” to druga część, która jest samodzielną całością, ale chyba lepiej czytać po kolei.
*cytat z książki
www.czytacz.pl
„NIE DA SIĘ ZMUSIĆ PRAWDY, ŻEBY WYSZŁA NA JAW” *
Izzo to kompletnie nieznany w Polsce autor; wydano u nas zaledwie trzy jego książki z serii „Trylogia marsylska” i można je dostać tylko w antykwariatach. Jeśli jednak lubicie ambitniejsze kryminały, warto poszperać w internetach albo w bibliotece.
Autor ujął mnie postacią detektywa. Fabio Montale jest Włochem z pochodzenia,...
2025-06-09
JAK TO W RODZINIE
Alicja Sinicka pozytywnie mnie zaskoczyła. Do ostatnich publikacji nowych polskich autorów podchodzę z rezerwą. Najczęściej przecież trzeba spodziewać się wyrobów thrilleropodobnych w stylu Karoliny Wójciak („Oszukana”) czy Agnieszki Peszek („Je2bnik”), a tym razem mamy całkiem sensownie napisaną powieść. Autorka twardo chodzi po ziemi i nie wciska kitu. Nie czytajcie jednak opisu na okładce, bo wprowadza w błąd. Trochę nie o to w tej książce chodzi, i całe szczęście.
Sinicka zna zasady dramaturgii, potrafi budować napięcie, są zwroty akcji, kiedy trzeba, dobrze się to czyta. Trochę mi przeszkadzał czas teraźniejszy w narracji, bo to siłą rzeczy sprawia, że język jest uboższy, ale cóż, może i jest uboższy, ale jednak poprawny (z wyjątkiem prologu, bo na początku redaktorka chyba przysnęła).
Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, więc od razu zapaliło mi się światełko alarmowe. A co, jeśli Sinicka zaraz wprowadzi kolejnego pierwszoosobowego narratora, bo wzorem innych polskich popularnych autorek (Stachula „Pisarka”, Przydryga „Mursz”) nie potrafi pisać w trzeciej osobie? Na szczęście nie było tego problemu. Opowieść prowadzona jest cały czas z punktu widzenia Anny - żony i matki, a niespodziewanie, w zastępstwie, również opiekunki do dziecka w znajomej rodzinie. Autorce sprawnie udaje się utrzymać uwagę czytelnika, bez żonglowania narracjami wszystkich bohaterów, co świadczy o dobrze opanowanym warsztacie.
Sama fabuła nie jest jakoś szczególnie oryginalna czy porywająca. Mamy dwa wątki, które w zasadzie się ze sobą nie łączą. Pierwszy to historia raczej obyczajowa, nauczyciela podejrzewanego o nieczyste relacje ze swoją uczennicą, która zaginęła, drugi – to wątek bardziej kryminalny, gdzie jest dużo więcej thrillu.
Ta fabuła byłaby zupełnie stereotypowa i przeciętna, gdyby Alicja Sinicka nie postarała się również o moją ulubioną „wartość dodaną”. To również historia o tym, jak bardzo słowa mogą ranić. Przemoc bywa nie tylko fizyczna. Przemoc psychiczna bywa o wiele bardziej niszcząca. Nie jest to opowieść tak przejmująca, jak na przykład „Zdrada” Karin Alvtegen, ale mimo wszystko zakończenie sprawia, że wartość tej książki wzrasta.
Chętnie przekonam się jak dalej Alicja Sinicka będzie sobie radzić, ale biorąc pod uwagę jak bardzo wydawcy zmuszają autorów do pracy na akord, nie robię sobie większych nadziei. Magda Stachula też kiedyś dobrze zaczynała.
www.czytacz.pl
JAK TO W RODZINIE
Alicja Sinicka pozytywnie mnie zaskoczyła. Do ostatnich publikacji nowych polskich autorów podchodzę z rezerwą. Najczęściej przecież trzeba spodziewać się wyrobów thrilleropodobnych w stylu Karoliny Wójciak („Oszukana”) czy Agnieszki Peszek („Je2bnik”), a tym razem mamy całkiem sensownie napisaną powieść. Autorka twardo chodzi po ziemi i nie wciska kitu....
2025-05-26
CHYTRY DWA RAZY TRACI*
Autor zachęcił mnie już przedmową. Napisał w niej, że kiedy był wziętym autorem popularnych horrorów, postanowił napisać zupełnie inną gatunkowo książkę. Niestety, ta nowa bardzo słabo się sprzedawała, więc kolejnej, „innej” nikt już nie chciał wydać. McCammon milczał przez 10 lat, ale się nie poddał. Wyjaśnił to tak:
„…pisanie wiele dla mnie znaczy. Nigdy nie tworzyłem wyłącznie dla pieniędzy. Nie potrafiłbym. Pewnego razu mój agent spojrzał na mnie ze złością i powiedział: „Rick, po prostu wykonaj swoją cholerną pracę!” No cóż – nie mogę, jeśli w nią nie wierzę. (…) „Bagno” to powrót z piekła do rajskiego ogrodu. Do nowego początku. Do miejsca, gdzie człowiek rodzi się na nowo.”
Postanowiłam sprawdzić, co autor miał na myśli, i nie zawiodłam się.
„Bagno” jest mieszanką kilku gatunków: klasycznego thrillera, modelu „uciekający i ścigani” z nieustannymi zwrotami akcji, i z końcówką z zupełnie innej bajki, „ku pokrzepieniu serc”. O dziwo, wszystko to działa perfekcyjnie, ze względu na idealnie wymierzone proporcje. To książka totalnie zakręcona i maksymalnie odleciana. Mimo, że nieprawdopodobne wydarzenia gonią jeszcze bardziej nieprawdopodobne, to wszystkie są wiarygodne, ponieważ autor z żelazną konsekwencją pilnuje następstwa zdarzeń i związków przyczynowo-skutkowych. Intryga jest precyzyjna jak szwajcarski zegarek.
Bohaterowie są tak oryginalni, że nie zastanawiajcie się nawet, czy zgromadzenie tylu odjechanych postaci w tym samym miejscu i czasie jest możliwe. Tak, jest możliwe, jeśli się przyjmie taką konwencję. Ja tę konwencję kupuję, podobnie jak trafia do mnie poczucie humoru autora w montypythonowskim stylu.
Ze względu na zwariowany klimat i motyw ucieczki, „Bagno” przypomina mi trochę książkę „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” Jonasa Jonassona. Tam jednak była czysta rozrywka, tu mamy jeszcze do czynienia z wartością dodaną. Główny bohater – Dan Lambert, na którego spadają wszystkie nieszczęścia świata – to weteran z Wietnamu. Ten wątek jest bardzo istotny i sprawia, że ta książka to nie tylko „śmichy-chichy”, ale również powód do refleksji nad ludzką naturą i marnością tego świata.
Robert McCammon tak mnie tą książką zauroczył, że natychmiast postanowiłam się rzucić na inne jego powieści. Nie ma tak łatwo. Wydawnictwo Vesper, które wydaje McCammona, stosuje dziwną politykę. Albo są zachłanni i chcą za dużo zarobić, albo próbują zniechęcić polskiego czytelnika do tego autora. Nie ma ebooków ani audiobooków, średnia cena książek papierowych, wydawanych wyłącznie w twardej oprawie to około 60 złotych. Za to na słynnym portalu z gryzoniem w nazwie jest ponad tysiąc miejsc, gdzie odpalając skromną dolę gryzoniowi, można sobie pobrać książki autora prawie za friko. O ile, oczywiście, sumienie komuś na to pozwala.
Chytry dwa razy traci. Przemyślcie ten biznes, wydawcy i dystrybutorzy. Na moim niegdyś ulubionym portalu abonamentowym z ebookami pozostały jedynie jakieś selfpublishingi. Jeśli wyszpera się przypadkiem coś ciekawego (bo w nowościach promowane są głównie głupoty), to też trzeba płacić.
Chyba się przeproszę z biblioteką.
*ludowe
www.czytacz.pl
CHYTRY DWA RAZY TRACI*
Autor zachęcił mnie już przedmową. Napisał w niej, że kiedy był wziętym autorem popularnych horrorów, postanowił napisać zupełnie inną gatunkowo książkę. Niestety, ta nowa bardzo słabo się sprzedawała, więc kolejnej, „innej” nikt już nie chciał wydać. McCammon milczał przez 10 lat, ale się nie poddał. Wyjaśnił to tak:
„…pisanie wiele dla mnie znaczy....
2025-05-20
KAPISZON
Gdyby cała ta książka została napisana tak, jak jej pierwszy rozdział – to by była petarda. Ale nie została, więc skończyło się na kapiszonie.
Mocny początek, w którym poznajemy policjanta działającego „pod przykrywką” w strukturach narkotykowego gangu, był tylko klasycznym chwytem dla przyciągnięcia uwagi. Nabrałam się i czytałam dalej, ale potem zaczęła się nuda. Uparcie czytałam do końca, licząc że ten przebłysk talentu widoczny w pierwszych akapitach jeszcze się kiedyś objawi, ale nadzieje okazały się płonne. I tak poznałam nowego, polskiego autora kryminałów tylko po to, żeby natychmiast o nim zapomnieć, zaznaczając wcześniej, żeby do niego nie wracać.
U Michała Wierzby schemat goni schemat, nie znajdziecie w „Agacie” niczego, co już wcześniej nie było eksploatowane w polskich kryminałach na setki sposobów. Wypalony policjant po rozwodzie, z nastoletnią córką w stanie wegetatywnym, którą wprawdzie odwiedza, ale przewinąć i zmienić pampersa już się brzydzi. Ognisty romans z koleżanką z pracy, bo jakże by inaczej. Policjant święty nie jest, bo przyjęcie zlecenia zabójstwa, to dla niego jak splunąć, a kaska przecież się przyda. Niby uzależniony od heroiny, ale tak lajtowo. Jak potrzeba, to nie musi brać i wcale go nie ciśnie. Oj, chyba słabe ma autor pojęcie o uzależnieniu od tego akurat narkotyku. Do tego zagmatwane historie rodzinne, włącznie z małoletnią siostrą zaginioną w przeszłości. Do tego wątek pedofilii w kościele (udawany).
Zakończenie niewiarygodne i tak sztampowe, że skoro autorowi się nie chciało pokombinować, to i ja nie będę się wysilać, tylko zacytuję fragment mojej recenzji powieści „Martwy sad” Mieczysława Gorzki:
„Końcówka jest do bólu schematyczna. Nie mogę wyjść z podziwu, że pomysł na zakończenie - „spowiedź” psychopaty - eksploatowany na okrągło w kryminałach, wciąż cieszy się taką popularnością. Dzielny policjant pędzi samotnie na spotkanie z groźnym zabójcą, nie informując o tym nikogo, licząc na to, że Pan Bóg zejdzie z nieba i mu pomoże. I Pan Bóg zwykle staje na wysokości zadania.”
No bo oczywiście, zgodnie z kolejnym, ulubionym schematem naszych dzielnych, polskich autorów, morduje psychopata.
Chcecie, to czytajcie…
www.czytacz.pl
KAPISZON
Gdyby cała ta książka została napisana tak, jak jej pierwszy rozdział – to by była petarda. Ale nie została, więc skończyło się na kapiszonie.
Mocny początek, w którym poznajemy policjanta działającego „pod przykrywką” w strukturach narkotykowego gangu, był tylko klasycznym chwytem dla przyciągnięcia uwagi. Nabrałam się i czytałam dalej, ale potem zaczęła się...
2025-05-13
PIEKŁO NA WŁASNE ŻYCZENIE
Powiedzieć, że „Biała gorączka” to jest czarny kryminał, to nic nie powiedzieć. Jest to czarny kryminał w piekle, do którego trafiamy na własne życzenie, a potem dziwimy się, że nasze ciało skwierczy i płucom brakuje tlenu, bo liczyliśmy na to, że będziemy się tylko pocić.
Akcja rozgrywa się w 1958 roku, więc musimy przygotować się na wszelkie konsekwencje z tym związane. Poprawność polityczna nie istnieje. W Polsce książka została wydana w 2015 roku, a wtedy jeszcze nie było cenzury, więc można było używać w tłumaczeniach takich słów jak „czarnuch” czy „pedał”. Czym zresztą można by je zastąpić, aby oddać ogrom nienawiści i pogardy narratora wobec osób w ten sposób nazywanych? Dziś „Biała gorączka” z takim słownictwem po prostu nie zostałaby wydana.
Oddajmy głos autorowi, który tak streszcza zawartość tej książki:
„Zabójstwa, pobicia, przekupstwa, zapłaty, łapówki, szantaże. Wymuszenia czynszu, tortury, fucha łamistrajka. Kłamstwa, zastraszanie, złamane śluby, niedotrzymane przysięgi, niedopełnione obowiązki. Złodziejstwo, dwulicowość, chciwość. Kłamstwa, zastraszanie, złamane śluby, niedotrzymane przysięgi, niedopełnione obowiązki. Złodziejstwo, dwulicowość, chciwość kłamstwa, zabójstwa, pobicia kłamstwa, zapłaty…”
Wszystkie te cechy/zachowania można przypisać jednemu, głównemu bohaterowi, to jego słowa o sobie i niech was nie zdziwi, że ten główny bohater jest policjantem. Potraficie go polubić? Ja też nie. Pisałam niejednokrotnie, że bohater nie jest od lubienia, tylko od wzbudzania emocji. Ale czy może wzbudzać emocje wyłącznie negatywne? Zwłaszcza, jeśli jest narratorem opowieści? Zwłaszcza, jeśli podobne emocje wzbudzają WSZYSTKIE postaci w tej książce? A jeszcze, dodatkowo, tych postaci drugoplanowych są tabuny i nie sposób ich posegregować ani odróżnić?
W „Białej gorączce” nie ma nawet ćwierci światełka w tunelu. Żadnej nadziei. Wszyscy są „odrażający, brudni, źli”, wszyscy mają na sumieniu jakieś grzechy. Ciężko się czyta taką książkę. Jest jeszcze jeden powód uciążliwości lektury – bardzo specyficzny styl autora. Ellroy kocha równoważniki zdań (patrz: cytat wyżej), miesza rodzaje narracji (jest to zasadniczo narracja pierwszoosobowa, ale często mamy wrażenie, że narrator jest wszechwiedzący). Czasem autor opowiada historię w czasie teraźniejszym używając mnóstwa bezokoliczników, a czasami pojawia się czas przeszły. To nie są błędy, to jest bardzo konsekwentna, oryginalna maniera językowa, która jednak sprawia, że w przeczytanie tej książki ze zrozumieniem należy włożyć ekstremalnie więcej wysiłku, niż zazwyczaj. Czy jest tego warta?
Kilka razy miałam ochotę odłożyć tę powieść. Dobrnęłam do końca, wiedząc, że na podstawie prozy Ellroya powstały dwa świetne filmy „Tajemnice Los Angeles” i „Czarna dalia”, a na okładce przeczytałam opinię, że jest to najlepsza książka autora. Teraz przynajmniej wiem, ile pracy musieli włożyć scenarzyści, żeby efekt ich działań dało się oglądać bez bólu. Jeśli już przebrniemy przez styl, nie zagubimy się w chaosie postaci i uodpornimy się na zło, okazuje się, że intryga jest całkiem nieźle skonstruowana. To jednak skórka za wyprawkę. Ja drugi raz na taką przygodę się nie piszę. Jeśli to ma być najlepsza książka Ellroya, to wolę nie dowiadywać się, co by było przy czytaniu tych słabszych.
www.czytacz.pl
PIEKŁO NA WŁASNE ŻYCZENIE
Powiedzieć, że „Biała gorączka” to jest czarny kryminał, to nic nie powiedzieć. Jest to czarny kryminał w piekle, do którego trafiamy na własne życzenie, a potem dziwimy się, że nasze ciało skwierczy i płucom brakuje tlenu, bo liczyliśmy na to, że będziemy się tylko pocić.
Akcja rozgrywa się w 1958 roku, więc musimy przygotować się na wszelkie...
2025-05-04
DLACZEGO?
Nie mam wątpliwości, że Singer opisuje świat chasydów w sposób do bólu prawdziwy (akcja toczy się pod koniec dziewiętnastego wieku na terenach zaboru rosyjskiego i austriackiego), jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że czytam opowieści jak z tolkienowskiego Śródziemia. Tak bardzo ten świat jest „egzotyczny”, tak bardzo inny, a przecież nie znajdował się gdzieś za siedmioma górami, tylko wręcz za miedzą. Problem w tym, że ten świat prawie nie mieszał się z naszym światem i już nigdy nie będzie miał szans do niego przeniknąć. Będzie atrakcyjny przez inność, ale jednak zawsze obcy.
Przyznam otwarcie, że moja wiedza na temat żydowskich ruchów religijnych o charakterze mistycznym była do tej pory bardzo skromna. Lektura Singera na wiele rzeczy otworzyła mi oczy, ale też uświadomiła mi, że aby zrozumieć ten świat potrzeba znacznie większego wysiłku i zaangażowania niż lektura powieści.
Mój problem z tą książką polega na tym, że chociaż zachwycam się językiem i stylem, że choć z przejęciem zagłębiam się w opisy obyczajów tego odmiennego świata, mimo, że z ciekawością śledzę losy bohaterów, to nie odczytuję jej przesłania. Postanowiłam sprawdzić czy to tylko mój problem, może inni recenzenci wpadli na to, co autor chciał powiedzieć. No niestety. Nikt nie pomógł mi znaleźć odpowiedzi na pytanie „dlaczego”? Dlaczego bohater w ostatniej części zrobił to co zrobił (żeby nie zdradzać zbyt wiele)? Z miłości? No przecież nie. Z poczucia obowiązku? No może. Bo szukał schronienia? Nie, to za łatwe. Z poczucia winy? Najchętniej wybrałabym chęć zemsty, ale tego też nie widzę. Bohater jest tak bierny, że już bardziej nie można i ta bierność wręcz irytuje. Chciałabym go zrozumieć, a nie mogę.
Zdaję sobie sprawę, że moje wątpliwości biorą się prawdopodobnie z braku odpowiedniej wiedzy. Podejrzewam, że każdy chasydzki rabin potrafiłby przekonująco wyjaśnić motywacje Josiego. Człowiek wychowany w kulturze europejskiej czuje się jednak w tym świecie bezradny. Jest przygotowany na pewien schemat ludzkich zachowań, a nieustannie zostaje zaskakiwany. Do pewnego stopnia jest to nawet ciekawe. Po pierwszej części, która jest czymś na podobieństwo romansu, gdy wydaje się, że historia będzie się rozwijać w oczywisty sposób, następuje zwrot akcji, który prowadzi fabułę na zupełnie inne tory. Kolejny, nieprzewidywalny zwrot akcji znów stawia wszystko na głowie. Po takiej huśtawce należałoby się spodziewać jakiegoś arystotelesowskiego zakończenia ("każda opowieść ma początek, środek i koniec"), ale, o co przecież nie można autora obwiniać, to nie te kręgi kulturowe.
Chyba czas wreszcie przetestować drugiego z braci Singerów. Może on odpowie na moje pytania.
www.czytacz.pl
DLACZEGO?
Nie mam wątpliwości, że Singer opisuje świat chasydów w sposób do bólu prawdziwy (akcja toczy się pod koniec dziewiętnastego wieku na terenach zaboru rosyjskiego i austriackiego), jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że czytam opowieści jak z tolkienowskiego Śródziemia. Tak bardzo ten świat jest „egzotyczny”, tak bardzo inny, a przecież nie znajdował się gdzieś za...
LUDZIE LUDZIOM ZGOTOWALI TEN LOS*
Niesamowita historia!
Kiedy przeczytałam, że akcja tej powieści rozgrywa się w Japonii w 1925 roku od razu postanowiłam się dowiedzieć, czy to współczesna stylizacja czy oryginał z epoki. Język i styl był zupełnie nieodbiegający od dzisiejszych standardów. Okazało się, że to zasługa świetnego tłumaczenia Andrzeja Świrkowskiego, który dodatkowo opatrzył tekst z początków dwudziestego wieku przypisami, a do tego napisał wyczerpujące posłowie, wprowadzające w japońskie realia tamtych czasów.
Chociaż nowoczesny język i styl mógłby wprowadzić w błąd współczesnego czytelnika, to jednak konstrukcja powieści jest wyraźnie niedzisiejsza. Autor stosuje narrację w pierwszej osobie, a narrator jest wszechwiedzący. I to się sprawdza, ponieważ historia opowiadana jest po latach, kiedy narrator już wie, jak się skończyła. Nikt dzisiaj nie używa w kryminałach takiej conradowskiej formy narracji, ani też nie wprowadza zagadek zamkniętego pokoju, które dawno wyszły z mody.
Staromodna jest również metoda budowania napięcia. Ranpo używa charakterystycznej dla przełomu XIX i XX wieku metody „gdybym to ja wiedział”. Ale, o dziwo, to wciąż działa.
Wydało mi się również ryzykowne zdradzenie personaliów dwóch zamordowanych osób już na samym początku - dzisiejszym autorom bardziej zależy, aby zaskakiwać czytelnika – ale znów, ku mojemu zaskoczeniu, zupełnie to nie przeszkadzało.
Te wszystkie wątpliwości okazały się niepotrzebne, ponieważ, jak napisałam w pierwszym zdaniu – sama historia jest niesamowita.
To jest opowieść dla ludzi o mocnych nerwach. Napisana została w czasach, kiedy w napisach końcowych filmów nie pojawiały się informacje, że w trakcie realizacji filmu nie ucierpiało żadne zwierzę. Cierpią więc zwierzęta, ale przede wszystkim ludzie, którym inni ludzie zgotowali ten los. Autor nie epatuje jednak naturalistycznymi opisami, ponieważ wie, że prawdziwe zło tkwi we wnętrzu człowieka.
Ciężko zdradzić więcej z fabuły, żeby nie zepsuć przyjemności z lektury. Zapewnić mogę, że jeśli lubicie wkraczać na nowe literackie lądy, to kontakt z Japonią z początków dwudziestego wieku przyniesie wam wiele satysfakcji. Jeszcze bardziej ciekawe będzie porównywanie realiów tamtych czasów z dzisiejszymi. Jednym z głównych bohaterów jest na przykład homoseksualista. Jak się dowiedziałam z posłowia tłumacza miłość męsko-męska była w tamtych czasach w Japonii akceptowana, chociaż rzecz jasna, tak jak dzisiaj, nie przez wszystkich.
To historia z gatunku tych, które lubię najbardziej: ciekawa fabuła jest pretekstem do zdobywania wiedzy, którą wchłaniamy przy okazji i zupełnie bezboleśnie. Dlaczego dziś nie pisze się takich książek? Pytanie, oczywiście, retoryczne.
*motto z książki „Medaliony” Zofii Nałkowskiej
www.czytacz.pl
LUDZIE LUDZIOM ZGOTOWALI TEN LOS*
Niesamowita historia!
Kiedy przeczytałam, że akcja tej powieści rozgrywa się w Japonii w 1925 roku od razu postanowiłam się dowiedzieć, czy to współczesna stylizacja czy oryginał z epoki. Język i styl był zupełnie nieodbiegający od dzisiejszych standardów. Okazało się, że to zasługa świetnego tłumaczenia Andrzeja Świrkowskiego, który...
2025-03-10
SPÓŹNIONE INWESTYCJE
Postanowiłam wreszcie się dowiedzieć, o co chodzi z tym bitcoinem. Za późno. Miliony dolarów przeszły mi koło nosa. Nie mnie jednej, i to jest jakieś pocieszenie.
Jeżeli poszukujecie rzetelnej wiedzy o kryptowalutach, to ta książka nie jest dla was. Jeśli jednak dopiero zaczynacie zgłębiać ten temat, podstawowe informacje podane w przystępnej formie powinny wam wystarczyć.
Bitcoin to pierwsza zupełnie wirtualna waluta, której idea polega na tym, że jest kompletnie niezależna od banków, rządów, podatków, itp. Można ją nabyć lub „wykopać” całkowicie anonimowo. Jej idee zawarł niejaki Satoshi Nakamoto w 2009r., w opublikowanym manifeście. Piszę „niejaki”, ponieważ tożsamość twórcy bitcoina pozostaje tajemnicą do dziś. Nie wiadomo nawet czy jest to jeden, wyjątkowo zdolny człowiek czy grupa ludzi.
Kopanie bitcoina polega na tym, że trzeba zainstalować na komputerze aplikację, wykonującą skomplikowane obliczenia, które służą do budowania bloków, a z nich łańcuchów, zaś wszystko to ma za zadanie chronić sieć bitcoina (w blokach gromadzone są informacje o transakcjach dokonanych za pomocą bitcoina w danej jednostce czasu). W nagrodę właściciel komputera otrzymuje (wykopuje) monety, które odkładają się na jego koncie (w dużym uproszczeniu).
Gdybyście chcieli samodzielnie zacząć kopać, to muszę was rozczarować. Na domowym komputerze wykopanie jednej monety zajęłoby całe lata i pożarło niewyobrażalnie duże ilości prądu, a komputer i tak przegrzałby wam się wcześniej, niż wykopalibyście choć ułamek bitcoina. Ale jeżeli kupicie komputer za kilkadziesiąt tysięcy dolarów, z odpowiednim urządzeniem chłodzącym, i dostarczycie mu prądu za kolejne kilkadziesiąt tysięcy dolarów, być może wyjdziecie na swoje. Ale nie z polskimi cenami prądu. W Chinach jest taniej.
Ta książka jest jednak nie tyle o bitcoinie, co o ludziach, którzy przyczynili się do jego sukcesu. To fabularyzowana opowieść o braciach bliźniakach Cameronie i Tylerze Winklevoss, znanych kiedyś głównie z tego, że zostali wyrolowani przez Marka Zuckerberga. Ponieważ sami nie byli informatykami, przyszli do niego z pomysłem na stworzenie sieci społecznościowej i zamówili oprogramowanie do strony, która miała tą siecią zarządzać. Następnego dnia Zuckerberg zarejestrował domenę thefacebook kropka com i założył własną sieć opartą na pomyśle bliźniaków. Prawnikom braci udało się uzyskać dla nich odszkodowanie w wysokości 65 milionów dolarów, a chłopcy mieli na tyle rozumu w głowach, żeby większość tej sumy wziąć nie w gotówce, tylko w udziałach. I tak ich fortuna wzrosła kilkakrotnie.
Szukając biznesu, w który mogliby zainwestować swoje miliony, odkryli bitcoina. Nie mieli co robić z pieniędzmi, więc zaryzykowali i w odpowiednim momencie weszli w ten interes. Tak z milionów zrobiły się miliardy. I o tym jest ta książka.
Gdybyście chcieli powtórzyć ten manewr, to uprzejmie donoszę, że dziś ten numer nie przejdzie. Bliźniacy Winklevoss kupowali bitcoina, kiedy kosztował on mniej niż dolara, dziś na jedną monetę trzeba wydać ponad sto tysięcy dolarów!
Tego już nie ma w książce, ale przeprowadziłam dalsze śledztwo.
Obecnie istnieje ponad dziesięć tysięcy kryptowalut, bo każdy może wprowadzić własną na rynek. Jest ponad dwieście giełd, na których można nimi handlować.
Ja nie zainwestuję w kryptowaluty nawet, gdyby mnie było na to stać. Równie dobrze mogłabym zagrać w ruletkę, albo kupić akcje banku Lehman Brothers tuż przed wrześniem 2008 roku. Ale, jeśli macie żyłkę hazardzisty – proszę bardzo.
www.czytacz.pl
SPÓŹNIONE INWESTYCJE
Postanowiłam wreszcie się dowiedzieć, o co chodzi z tym bitcoinem. Za późno. Miliony dolarów przeszły mi koło nosa. Nie mnie jednej, i to jest jakieś pocieszenie.
Jeżeli poszukujecie rzetelnej wiedzy o kryptowalutach, to ta książka nie jest dla was. Jeśli jednak dopiero zaczynacie zgłębiać ten temat, podstawowe informacje podane w przystępnej formie...
PRECZ Z BESTSELLERAMI!
To jest tak wtórne i głupie, że już trzy razy siadałam, żeby coś o tym pisać i za każdym razem szybko znalazł się dobry pretekst, żeby tego nie robić. Więc tylko krótkie ostrzeżenie, bo może przypadkiem przyszło by wam do głowy, żeby wydać na te wypociny jakieś pieniądze.
Temat zgrany do bólu - poszukiwania skarbu Templariuszy, który rzekomo trafił do Ameryki jeszcze przed Kolumbem – międlony wcześniej na setki sposobów, od Pana Samochodzika począwszy.
Postaci schematyczne, nudne i papierowe. Niby jest jakiś romans, ale jak tak ma wyglądać miłosna relacja, to już wolałabym spędzić w celibacie resztę życia i przeżywać romantyczne uniesienia czytając książki (inne oczywiście).
Język ubogi. Dramaturgii żadnej. Znajdują jakiś dokument, łatwo go rozszyfrowują, odnajdują miejsce ukrycia skarbu, a tam skarbu nie ma, tylko nowy dokument, który znów trzeba rozszyfrować i dalej szukać skarbu w innym miejscu i tak dalej, kilka razy. I tak sobie fruwają po całym świecie. Wiedzę o opisywanych miejscach autor czepie z Googli, więc lepiej od razu wskoczcie sobie w wyszukiwarkę, żeby pobuszować po Afryce czy Ameryce Środkowej.
Bohaterowie bez przerwy gadają o niczym, a podstawowa metoda na budowanie suspensu wygląda tak:
- Nigdy nie wpadniecie na to, co odkryłem!
- No rzeczywiście, to może nam powiesz.
- No dobrze, to powiem.
I tak w ten deseń, dziesiątki razy.
Intrygi nie ma, prawdopodobieństwo wydarzeń – zero. Dobrnęłam jakimś cudem do jakichś trzech czwartych, nie wiem po co (no może jednak znajdą ten skarb) i nadziałam się na jatkę. No i wtedy, o wiele za późno, pan Gamboa usłyszał ode mnie stanowcze: NIE! Rzuciłam czytnikiem w kąt!
Kiedy czytam w opisie, że to „nr 1 na hiszpańskim Amazonie i bestseller, który porwał ponad 500000 czytelników na całym świecie”, to bardzo współczuję tym czytelnikom. Kiedy pan Gamboa w prologu, nie wiadomo dlaczego tak nazwanym (przetłumaczonym), bo jest to ewidentnie przedmowa, odwołuje się do Artura Péreza-Revertego i sugeruje, że będzie to opowieść w podobnym klimacie, to najpierw się na to nabieram, ale bardzo szybko zaczynam ostrzyć scyzoryk, żeby wziąć odwet na autorze. Nie takie odczucia powinny budzić książki.
Żadnych więcej bestsellerów – znów to sobie obiecuję, może wreszcie dotrzymam słowa. Czytajcie tylko, jeśli uważacie, że „miliony much nie mogą się mylić”.
www.czytacz.pl
PRECZ Z BESTSELLERAMI!
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTo jest tak wtórne i głupie, że już trzy razy siadałam, żeby coś o tym pisać i za każdym razem szybko znalazł się dobry pretekst, żeby tego nie robić. Więc tylko krótkie ostrzeżenie, bo może przypadkiem przyszło by wam do głowy, żeby wydać na te wypociny jakieś pieniądze.
Temat zgrany do bólu - poszukiwania skarbu Templariuszy, który rzekomo trafił...