-
Artykuły
„Kawa z Mistrzem Zbrodni” – wygraj spotkanie z Wojciechem Chmielarzem z okazji Światowego Dnia Książki
LubimyCzytać1 -
Artykuły
"Przejścia. Którędy do miłości" Natalii de Barbaro. Mamy dla Was 40 egzemplarzy książki!
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać442 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać8
Biblioteczka
Są takie serie, na które człowiek czeka z niecierpliwością. Dla mnie jedną z takich serii jest cykl o Matthew Corbett’cie autorstwa Roberta McCammon’a. Z niecierpliwością czekałem na kolejny, czwarty tom, który dzięki wydawnictwu Vesper ujrzał światło dzienne w lutym tego roku.
McCammon posiada niesamowitą zdolność do tworzenia historii, które trzymają czytelnika w napięciu niemal od samego początku do końca. Także w tym tomie dzieje się naprawdę sporo. Już sam początek książki przykuwa uwagę, bo fabuła zaczyna się od serii tajemniczych wybuchów, które wprawiają wszystkich w konsternację. Nikt nie wie o co chodzi, lecz z czasem okazuje się, że nie były one przypadkowe i miały konkretny cel.
Matthew, trochę wbrew sobie zostaje uwikłany w śledztwo, które szybko staje się znacznie bardziej złożone, niż mogłoby się wydawać. Trafia na jedną z wysp na której spotyka ludzi w większości zepsutych do szpiku kości. Jak zniesie ciężką podróż statkiem, co zastał na miejscu i w jaką niebezpieczną grę został wciągnięty, tego musicie dowiedzieć się sami. Uwierzcie mi, że akcja jest tak dynamiczna, że nieustannie będziecie mieć potrzebę by rozpocząć kolejny rozdział.
Najbardziej interesującą postacią wg mnie jest znany już profesor Fell czyli antybohater niezwykle intrygujący, a przy tym mroczny i niepokojący. Wnosi do fabuły wyjątkową atmosferę zagrożenia i nawiązuje do poprzedniej części, czyli Pana Slaughtera.
Serii o Corbettcie nie da się zakwalifikować do jednego gatunku. Z pewnością jest to coś w rodzaju historycznego thrillera z elementami kryminału i grozy. Całość jest dokładnie tym czego oczekuję od książek. Ma w sobie wszystko to, co sprawia, że czytanie staje się prawdziwą przyjemnością, czyli dobrze przemyślaną fabułę, barwnych bohaterów, oraz napięcie i klimat, które mi bardzo pasują.
Już teraz z niecierpliwością oczekuję kolejnej części, bo poczucie przygody, tajemnicy i ciągłego odkrywania czegoś nowego sprawiło, że ta seria stała się dla mnie na swój sposób uzależniająca.
Są takie serie, na które człowiek czeka z niecierpliwością. Dla mnie jedną z takich serii jest cykl o Matthew Corbett’cie autorstwa Roberta McCammon’a. Z niecierpliwością czekałem na kolejny, czwarty tom, który dzięki wydawnictwu Vesper ujrzał światło dzienne w lutym tego roku.
McCammon posiada niesamowitą zdolność do tworzenia historii, które trzymają czytelnika w...
Choć nie należę do grona zagorzałych „kociarzy”, to z okazji Światowego Dnia Kota sięgnąłem po książkę „Vita Felix: Kocia droga do szczęścia”, która okazała się być idealną, lekką lekturą o futrzakach towarzyszących człowiekowi od 10 tysięcy lat!
Giuliano Martinetti stworzył dzieło, w którym stawia kota w roli mentora, analizuje życie swoich zwierzaków, a ich zachowaniom nadaje filozoficzny oddźwięk. Jego książka nie jest zwykłą opowieścią, a kopalnią wiedzy o tym jak te fascynujące zwierzęta zagościły w naszych domach i jak przez lata ewoluował ich stosunek do człowieka.
To na co warto zwrócić uwagę to styl pisania, który jest humorystyczny, przystępny i przede wszystkim ciekawy. Książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością, szczególnie opisy relacji autora z jego osobistymi kociakami. Po każdym rozdziale otrzymujemy tak zwane, skrócone kocie lekcje szczęścia, które przydadzą się prawdziwym miłośnikom kotów.
Czy warto sięgać po tę pozycję? Myślę, że tak! Choćby dlatego, że wiele fragmentów tej książki to luźne dygresje/wstawki, myśli autora. Dzięki nim całość nabiera autentyczności. Ta „nieidealność” sprawiła, że poczułem się jakbym siedział z Martinettim przy kawie, a on opowiadał mi o swoich kotach.
Choć nie należę do grona zagorzałych „kociarzy”, to z okazji Światowego Dnia Kota sięgnąłem po książkę „Vita Felix: Kocia droga do szczęścia”, która okazała się być idealną, lekką lekturą o futrzakach towarzyszących człowiekowi od 10 tysięcy lat!
Giuliano Martinetti stworzył dzieło, w którym stawia kota w roli mentora, analizuje życie swoich zwierzaków, a ich zachowaniom...
Tomasz Habdas jak sam o sobie mówi jest przewodnikiem beskidzkim i kocha góry. Ja dodam, że jest autorem bloga „W szczytowej formie”, który odwiedzam dość (nie)regularnie, a w ostatnim czasie w moje ręce wpadła jego najnowsza książka zatytułowana „Górskie rozmowy – ludzie, miejsca i historie z polskich gór”.
Pierwszym, zupełnie nieoczywistym plusem tej książki jest papier – pachnący i taki, który sprawia, że czytanie zaczyna się jeszcze zanim padnie pierwsze zdanie. Pewnie niewiele osób zwraca na to uwagę, ale ja należę do tych, którzy wąchają książki, a ich zapach to część pewnego rytuału czytania. Brzmi dziwnie? Być może! :)
Książka Tomasza to jedenaście rozdziałów, jedenaście rozmów z przeróżnymi osobami, jedenaście historii życia i jedenaście podróży przez polskie góry. Coś co przeczytać powinien każdy turysta i każdy pasjonat gór. To nie są zwykłe historie. To opowieści okraszone licznymi zdjęciami, które jeszcze bardziej pozwalają zanurzyć się w klimat miejsc i wydarzeń.
Poszczególne rozdziały prowadzą czytelnika przez pasma m.in. Gór Izerskich, Karkonoszy, Tatr czy Gór Świętokrzyskich. Każde z tych miejsc zostało pokazane z innej perspektywy i opowiedziane przez inną osobę.
To bardzo ciekawa i pouczająca lektura. Można z niej wynieść ogrom wiedzy, bo jej forma czyli rozmowa jest przystępna i wciągająca. Polecam ją każdemu: turystom, wędrowcom, każdemu kto wybiera się na szlak po raz pierwszy lub któryś raz kolei. Pokazuje jak piękne, różnorodne i fascynujące są nasze, polskie góry. Może to głupie, ale po odłożeniu jej na półkę mam ochotę założyć plecak i wyruszyć przed siebie.
Tomasz Habdas jak sam o sobie mówi jest przewodnikiem beskidzkim i kocha góry. Ja dodam, że jest autorem bloga „W szczytowej formie”, który odwiedzam dość (nie)regularnie, a w ostatnim czasie w moje ręce wpadła jego najnowsza książka zatytułowana „Górskie rozmowy – ludzie, miejsca i historie z polskich gór”.
Pierwszym, zupełnie nieoczywistym plusem tej książki jest papier...
Po „Odwstydzanie” Davida Bedrick’a sięgnąłem głównie z ciekawości, ale także z dużą dawką nieufności, gdyż już od lat z poradnikami moja relacja jest dość chłodna. Drażnią mnie ich mentorskie tony, uproszczone recepty na tak zwane lepsze życie i ta specyficzna maniera coachów, którzy w kilku rozdziałach chcą naprawić to, co w każdym z nas budowało się latami.
Osobiście nie wierzę w szybkie przemiany i gotowe scenariusze na życie…jednak tematyka tej książki mnie przyciągnęła. Wstyd nie jest mi obcy, szczególnie niepewność chociażby w momentach publicznych wystąpień. Obietnica „odwstydzenia” czyli odzyskania siebie i wiary we własne możliwości po przeczytaniu tej książki niestety nie spełniła się w moim przypadku. Moja pewność siebie jest dokładnie w tym samym miejscu co przedtem.
Autor w swojej publikacji odwołuje się do licznych historii swoich klientów, przytacza pozytywne opinie i stara się ukazać same pozytywy swojej pracy. Z pewnością wielu osobom mógł pomóc, dla mnie jego wywody są mocno uproszczone i jednostronne. Procesu terapeutycznego nie da się przecież streścić do kilku kluczowych wglądów. Nie przekonał mnie również ton książki i choć Bedrick stara się unikać moralizowania to w wielu miejscach wyczułem założenie, że jeśli ktoś nie potrafi przyjąć swojego wstydu, to nie pracuje wystarczająco dobrze nad sobą.
Doceniam próbę oczarowania wstydu i przesunięcia narracji z naprawiania siebie na rozumienie siebie, ale większość tej publikacji w mojej ocenie to wodolejstwo, o którym szybko zapomnę.
Książka do mnie nie przemówiła, być może Wy odnajdziecie w niej coś więcej. Ja z pewnością nieprędko sięgnę po kolejny poradnik.
Po „Odwstydzanie” Davida Bedrick’a sięgnąłem głównie z ciekawości, ale także z dużą dawką nieufności, gdyż już od lat z poradnikami moja relacja jest dość chłodna. Drażnią mnie ich mentorskie tony, uproszczone recepty na tak zwane lepsze życie i ta specyficzna maniera coachów, którzy w kilku rozdziałach chcą naprawić to, co w każdym z nas budowało się latami.
Osobiście...
„Ostatnia zapałka” francuskiej autorki Marie Vareille to powieść, która towarzyszyła mi w ostatni weekend, zostawiła z mnóstwem przemyśleń i pewnym niedosytem.
Głównym fundamentem tej książki jest temat przemocy domowej, którą znam od podszewki z racji mojego wykonywanego zawodu. Skutki tego zjawiska obserwuję na co dzień w swojej pracy – często w oczach moich podopiecznych. I to co najbardziej spodobało mi się w tej lekturze to fakt, że autorka nie bała się ukazać, że przemoc nie jest czymś marginalnym, że dotyka wielu ludzi i to niezależnie od ich statusu społecznego. Uświadamia czytelnikom, jak trudno jest przerwać cykl przemocy i jak głębokie ślady zostawia ona w psychice. Tak zwane domowe piekło to nie tylko widoczne siniaki, ale przede wszystkim nękanie psychiczne.
Moimi ulubionymi rozdziałami w książce były te dziejące się w gabinecie doktora Garniera i to one stanowią najmocniejszy punkt tej historii. Rozmowy terapeuty z pacjentką pozwalają zajrzeć w głąb jej serca, zrozumieć/nazwać lęki i być obserwatorem procesu wychodzenia z traumy.
To co wydało mi się zbędne to zbyt rozbudowane wspomnienia, które w wielu momentach były nużące i w mojej ocenie nic nie wnoszące do fabuły. Czytając te fragmenty myślałem jedynie o tym by znów przejść do kolejnego rozdziału, czyli przeskoczyć do kluczowych scen u terapeuty.
„Ostatnia zapałka” to ważna książka ze względu na swój społeczny przekaz, ale literacko dość nierówna. Gdyby wyciąć z niej zbędne dygresje i skupić się na tym co dzieje się w „tu i teraz” byłaby to idealna lektura. Czy warto po nią sięgać? Myślę, że tak bo uderza w czułe struny i obnaża mechanizmy, o których rzadko kiedy mówi się głośno.
„Ostatnia zapałka” francuskiej autorki Marie Vareille to powieść, która towarzyszyła mi w ostatni weekend, zostawiła z mnóstwem przemyśleń i pewnym niedosytem.
Głównym fundamentem tej książki jest temat przemocy domowej, którą znam od podszewki z racji mojego wykonywanego zawodu. Skutki tego zjawiska obserwuję na co dzień w swojej pracy – często w oczach moich...
Na początku tygodnia w moje ręce wpadła niepozorna książka. Ze względu na swoją oszczędną objętość, uporałem się z nią w jeden wieczór. Była to jedna z lektur, które czyta się błyskawicznie, a potem przez kilka dni analizuje.
„Opowieść o starym dziecku” to dzieło Jenny Erpenbeck – autorki, która ma na swoim koncie nagrodę Bookera i została doceniona w wielu krajach właśnie za sprawą swojego debiutu.
W jednym z miast pojawia się tajemnicza, dziwna dziewczynka, która swoim osobliwym wyglądem przyciąga wzrok innych. Nie zna swojego imienia, nie wie skąd pochodzi, wydaje się, że ma zaniki pamięci co do swojej przeszłości, choć pewne zdarzenia mogą wskazywać na to, że kojarzy więcej niż by chciała o sobie ujawnić. Zostaje umieszczona w Domu Dziecka, gdzie doświadcza wielu przykrych zdarzeń.
Nie należę do większości zachwyconych czytelników, bo proza autorki nie wzbudziła we mnie większych emocji. Historia, owszem jest na swój sposób ciekawa, a klimat tajemnicy towarzyszył mi niemal przez cały czas, ale to by było na tyle. Doceniam warsztat i pomysł, jednak sama opowieść pozostawiła mnie obojętnym i po prostu nie poczułem TEGO CZEGOŚ czym zachwycili się inni. Dlatego te kilka dni analizy całej lektury uświadomiły mi, że książka nie była dla mnie. Odłożyłem ją na półkę z poczuciem, że to nie była moja bajka.
Może jej nie zrozumiałem w taki sposób, w jaki chciałaby autorka? Możliwe, że tekst wymagał wolniejszego tempa i innego nastroju, by w pełni wybrzmieć. Tak czy inaczej zachęcam Was do lektury, bo być może Wasze odczucia będą zupełnie inne niż moje i odkryjecie coś co mi umknęło.
Na początku tygodnia w moje ręce wpadła niepozorna książka. Ze względu na swoją oszczędną objętość, uporałem się z nią w jeden wieczór. Była to jedna z lektur, które czyta się błyskawicznie, a potem przez kilka dni analizuje.
„Opowieść o starym dziecku” to dzieło Jenny Erpenbeck – autorki, która ma na swoim koncie nagrodę Bookera i została doceniona w wielu krajach...
W 2023 roku zupełnie przypadkiem obejrzałem film „Śnieżne bractwo” na platformie Netflix. Było to prawie 2,5 godzinne, wyjątkowo przejmujące doświadczenie. Dawno żaden film nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia. W ostatnich dniach, kiedy w niemal w całej Polsce padał śnieg i szalały mrozy, postanowiłem przeczytać książkę o tym samym tytule.
Jej autor – Pablo Vierci to kolega ze szkolnej ławy Nano Parady, który 13 października 1972 roku wraz z grupą 44 innych osób rozbił się samolotem urugwajskich sił powietrznych w wysokich partiach Andów. Ostatecznie uratowało się 16 osób, ale zanim nadeszła pomoc, rozbitkowie przez 72 dni koczowali w miejscu, w którym za dnia otacza człowieka tylko biel, a noce są czarne jak smoła. Patrzyli na śmierć swoich kolegów, przyjaciół, byli zmuszeni do kanibalizmu, a na domiar wszystkiego usłyszeli w radio o tym, że ich poszukiwania zostały zakończone. Cały świat uznał, że nie żyją.
Książka w przeciwieństwie do filmu nie operuje obrazem, ale oddaje głos wszystkim szesnastu ocalałym. Ich historie są wstrząsające i wzruszające. W obliczu ekstremalnych mrozów, ciągłego zagrożenia i głodu rozbitkowie zwracają uwagę na to, że choć grupa działa jako całość, obmyśla plan i strategie, to jednak najważniejszy jest instynkt przetrwania i w ostateczności każdy myśli o sobie – by przetrwać, nie być następnym w kolejce po śmierć.
„Śnieżne bractwo” to nie jest łatwa lektura, ale niewątpliwie jest potrzebna. Uświadomiła mi po raz kolejny jak w jednej chwili może zmienić się nasze życie. Pozostaje z czytelnikiem na długo – dokładnie tak, jak film sprzed lat. Bardzo mocno polecam!
W 2023 roku zupełnie przypadkiem obejrzałem film „Śnieżne bractwo” na platformie Netflix. Było to prawie 2,5 godzinne, wyjątkowo przejmujące doświadczenie. Dawno żaden film nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia. W ostatnich dniach, kiedy w niemal w całej Polsce padał śnieg i szalały mrozy, postanowiłem przeczytać książkę o tym samym tytule.
Jej autor – Pablo Vierci to...
Czy macie tak, że gdy za oknem panuje mrok, jest szaro zimo i ponuro – czyli dokładnie tak jak teraz – to intuicyjnie (lub z pełną świadomością) sięgacie po książki równie ciężkie i mroczne? W moim przypadku jest tak, że zła pogoda pcha mnie w stronę lektur trudnych, brutalnie szczerych, a niekiedy wojennych.
„Chirurg na wojnie” to wstrząsający zapis doświadczeń niemieckiego lekarza rzuconego w sam środek piekła frontu wschodniego. Autor będący chirurgiem wojskowym, relacjonuje realia wojny bez owijania niczego w bawełnę i silenia się na jakąkolwiek łagodność. Dzięki jego zapiskom poznajemy niemal kliniczny opis codzienności, w której walka o ludzkie życie toczy się w warunkach urągających wszelkim zasadom medycyny.
Kilian pokazuje nam wojnę od strony szpitala polowego, w którym brakuje dosłownie wszystkiego, a ludzie jemu podobni stają przed wyborami kogo uratować, a kogo „skazać” na śmierć z powodu braku leków, opatrunków czy narzędzi. Z jego zapisków wyłania się obraz zobojętnienia, fizycznego i psychicznego wyczerpania, a także bezradności. Czyżby mechanizm obronny?
Jest to dość trudna w odbiorze książka, która nie próbuje usprawiedliwiać ani wybielać historii. Przede wszystkim uświadamia nam to, że wojna niszczy wszystkich – także tych, którzy mają ratować innych. Lektura ta zmusiła mnie do refleksji nad granicami człowieczeństwa i choć Killian opisuje dramaty rannych żołnierzy i własne zmagania z wojenną rzeczywistością, to jednak jako czytelnikowi jest mi trudno o pełne współczucie wobec niemieckich okupantów, gdy jako Polak mam pełną świadomość zbrodni popełnianych przez II Rzeszę.
Dla wszystkich tych, którzy interesują się tematyką II wojny światowej, będzie to pozycja obowiązkowa.
Czy macie tak, że gdy za oknem panuje mrok, jest szaro zimo i ponuro – czyli dokładnie tak jak teraz – to intuicyjnie (lub z pełną świadomością) sięgacie po książki równie ciężkie i mroczne? W moim przypadku jest tak, że zła pogoda pcha mnie w stronę lektur trudnych, brutalnie szczerych, a niekiedy wojennych.
„Chirurg na wojnie” to wstrząsający zapis doświadczeń...
Wiecie co? Ostatnio dopadł mnie potworny zastój czytelniczy. Złożyły się na to m.in. sprawy zdrowotne, zawodowe, inne… Straciłem zapał do prowadzenia konta. Serio, czy tylko ja mam wrażenie, że algorytm i twórcy instagrama oszaleli? Nie widzę postów osób, których obserwuję od lat, za to w kółko wyskakują mi sponsorowane reklamy i konta, których nie śledzę. Czasem mam ochotę rzucić to wszystko w diabły, skoro moje i Wasze posty docierają do garstki zainteresowanych. Kiedy zakładałem IG platforma ta była unikalna. Dzisiaj zamiast pielęgnować swoją „tożsamość”, po wprowadzeniu np. rolek, upodobniła się do innych serwisów i jest kolejnym, miejscem masowej produkcji treści.
Ale! Właśnie w chwilach zwątpienia pojawia się książka, która przypomina człowiekowi po co mu to wszystko. Po co czytam i dzielę się z Wami swoimi opiniami. Tą książką okazał się „Księżyc Komanczów” Larry’ego McMurtry’ego – wybitnego amerykańskiego pisarza, który zdobył uznanie niemal na całym świecie dzięki swoim epickim opowieściom o Dzikim Zachodzie.
Kiedy parę lat temu, dość przypadkowo w moje ręce wpadła książka „Na południe od Brazos”, nigdy w życiu bym nie przypuszczał, że opowieść w stylu westernu o pogranicznikach, osadzona w surowym klimacie rodzącej się cywilizacji – pochłonie mnie tak mocno i wciągnę się w historię na tyle, że nie będę mógł doczekać się kontynuacji.
McMurtry to mistrz portretowania ludzkich relacji na tle zmierzchu ery kowbojów. Jego twórczość to obowiązkowa pozycja dla każdego, kto ceni sobie dogłębną psychologię postaci i autentyczny obraz amerykańskiego pogranicza.
„Księżyc Komanczów” uzupełnia wydarzenia, które miały miejsce w poprzednich dziełach i tym samym domyka całą tetralogię rozpoczętą w „Na południe od Brazos”. Nie sposób oceniać tej powieści nie biorąc pod uwagę całości. To nie tylko western. To przepiękna, często brutalna opowieść o przyjaźni, miłości, lojalności, ale także stracie i nieustającej walce o przetrwanie w ciężkich czasach.
Lektura wciąga od początku więc zapomnijcie o problemach, zasięgach, bo kiedy wkroczycie w ten świat, nic innego się nie liczy. Język jakim została napisana to prawdziwa uczta dla każdego czytelnika, dlatego całą sagę oceniam maksymalnie 10/10 i polecam ją każdemu. Chyba nie znam ani jednej osoby, która po przeczytaniu którejś z części byłaby rozczarowana.
Jeśli tak jak ja czujecie się zmęczeni internetem i potrzebujecie ucieczki w dobrą historię – to twórczość Larry’ego będzie dla Was ratunkiem! Dla mnie była.
Wiecie co? Ostatnio dopadł mnie potworny zastój czytelniczy. Złożyły się na to m.in. sprawy zdrowotne, zawodowe, inne… Straciłem zapał do prowadzenia konta. Serio, czy tylko ja mam wrażenie, że algorytm i twórcy instagrama oszaleli? Nie widzę postów osób, których obserwuję od lat, za to w kółko wyskakują mi sponsorowane reklamy i konta, których nie śledzę. Czasem mam ochotę...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Loreth Anne White to autorka, którą wielu czytelników ceni za tworzenie trzymających w napięciu thrillerów psychologicznych, często osadzonych w malowniczych, ale jednocześnie odizolowanych sceneriach.
W ostatnim czasie miałem okazję sięgnąć po jej najnowszą książkę zatytułowaną „Pamiętnik mojej siostry” i o ile jest to solidna, dobrze napisana proza z interesującą fabułą, o tyle nie podzielam entuzjazmu większości, co do jej mocno thrillerowego charakteru.
W moim odczuciu, autorka postawiła bardziej na psychologiczną głębię i powolne rozwijanie historii niż na ciągłe poczucie napięcia jakiego oczekuję od tego gatunku literackiego. Historia pomimo swojej zawiłości wciąga, ale nie w takim stopniu, że kartki przewracają się same, a serce bije szybciej. To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Loreth Anne White i całość odbieram jako książkę, która bardziej skłania do analizy i refleksji niż do przeżywania silnych emocji.
To co najbardziej spodobało mi się w tej historii to jej zakończenie. Zbliżając się do końca lektury, byłem przekonany, że wiem już wszystko. Wszelkie tajemnice zostały rozwiązane, można zamknąć sprawę. Ale! Kiedy dotarłem do finału, uświadomiłem sobie, że się myliłem. I to właśnie zakończenie wynagradza wszystkie niepotrzebne wątki, których znajdziecie tutaj mnóstwo i zbędne postaci nic nie wnoszące do fabuły.
Nie wiem czy sięgnę po inne książki tej autorki. Nie było źle, ale też nie było tego efektu WOW, który mógłby mnie przekonać do natychmiastowego sięgnięcia po inne tytuły od L.A. White.
Loreth Anne White to autorka, którą wielu czytelników ceni za tworzenie trzymających w napięciu thrillerów psychologicznych, często osadzonych w malowniczych, ale jednocześnie odizolowanych sceneriach.
W ostatnim czasie miałem okazję sięgnąć po jej najnowszą książkę zatytułowaną „Pamiętnik mojej siostry” i o ile jest to solidna, dobrze napisana proza z interesującą...
Moja przygoda z „Wielkim Gatsby’m” Francisa Scotta Fitzgeralda zaczęła się (pewnie jak u sporej części z Was) od adaptacji filmowej z 2013 roku, w której Leonardo DiCaprio zagrał główną rolę. Pamiętam, że wielokrotnie planowałem sięgnąć po książkę, ale sami wiecie, jak to wygląda – różne rzeczy stawały na przeszkodzie. Brak czasu, inne książki, brak odpowiedniego momentu….
Wszystko zmieniło się wówczas, gdy zobaczyłem zapowiedzi „Tego Wielkiego Gatsby’ego” w nowym tłumaczeniu od wydawnictwa officyna. Pomyślałem sobie, że jeśli nie sięgnę po ten tytuł teraz, to już nie ma co liczyć na to, że zrobię to w przyszłości.
Wielki Gatsby trafił w moje ręce, a ja zanurzyłem się w świecie Nowego Jorku lat 20tych, w którym przez pryzmat narracji Nicka Carraway’a poznajemy niezwykle smutnego człowieka – mężczyznę, który pod warstwą drogich szampanów i szalonych przyjęć ukrywa pustkę i moralną degrengoladę.
Autorowi świetnie udało się przedstawić bohatera będącego symbolem upadku tak zwanego amerykańskiego snu. Kogoś kto jest beznadziejnym idealistą marzącym o cofnięciu czasu, ponieważ jego całe życie to fortuna zbudowana wyłącznie po to, by odtworzyć jeden, idealny moment z przeszłości.
Myślę sobie, że książka ta jest dzisiaj bardziej aktualna niż w momencie swojego powstawania. W dobie rosnących nierówności, wszechobecnej „kultury” celebrytów, krytyka Fitzgeralda jest bardzo trafna. W epoce mediów społecznościowych, gdzie niemal każdy kreuje swój idealny wizerunek, historia Gatsby’ego może być przestrogą. Uświadamia, jak łatwo jest stracić samego siebie w pogoni za czymś za czym nie warto gonić.
Moja przygoda z „Wielkim Gatsby’m” Francisa Scotta Fitzgeralda zaczęła się (pewnie jak u sporej części z Was) od adaptacji filmowej z 2013 roku, w której Leonardo DiCaprio zagrał główną rolę. Pamiętam, że wielokrotnie planowałem sięgnąć po książkę, ale sami wiecie, jak to wygląda – różne rzeczy stawały na przeszkodzie. Brak czasu, inne książki, brak odpowiedniego...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Nadeszła zima! Część Polski została pokryta śniegiem, a gdy na dworze mróz to najlepszą receptą na długie, ciemne wieczory jest dobra, klimatyczna książka i kubek herbaty.
Przychodzę dzisiaj do Was z lekturą, która idealnie wpisuje się w klimat za oknem. W moje ręce wpadła ona już jakiś czas temu, ale…no właśnie! Czekałem na odpowiedni moment by docenić jej ciepło i refleksyjność.
„Wróżby to rzecz zimowa” Eugenii Kuzniecowej to pozycja, która zdobywa w naszym kraju coraz więcej pozytywnych recenzji. I słusznie! Autorce udało się napisać poruszającą, kameralną opowieść osadzoną w realiach Ukrainy dotkniętej wojną. Główną bohaterką jest tutaj Jana – etnolożka, która powraca w rodzinne strony, aby prowadzić badania na temat wierzeń i ludowych wróżb. Kobieta zamiast skupić się na pracy, mimowolnie zostaje wciągnięta w życie wsi i społeczności, którą po latach, na nowo odkrywa.
W tekście zauważalne są realia wojny, ale całość fabuły skupia się raczej na relacjach międzyludzkich i bardzo wyrazistych bohaterach dzięki którym lektura nie jest nudna, a wręcz fascynująca i momentami nawet zabawna. Jeśli chodzi o same wróżby i badania głównej bohaterki, to nie ma tego zbyt wiele, ponieważ autorka opisuje głównie codzienne życie małej społeczności w cieniu wojny.
Otwarte zakończenie, które bardzo lubię w książkach zmusza do dalszej, samodzielnej refleksji nad losem postaci, dzięki czemu ta historia pozostaje z czytelnikiem na dłużej.
Jeśli macie ochotę na spokojną, ambitną literaturę, bez wahania sięgnijcie po ten tytuł.
Nadeszła zima! Część Polski została pokryta śniegiem, a gdy na dworze mróz to najlepszą receptą na długie, ciemne wieczory jest dobra, klimatyczna książka i kubek herbaty.
Przychodzę dzisiaj do Was z lekturą, która idealnie wpisuje się w klimat za oknem. W moje ręce wpadła ona już jakiś czas temu, ale…no właśnie! Czekałem na odpowiedni moment by docenić jej ciepło i...
Często mam tak, że gdy poznaję historie/zwyczaje z odległych zakątków świata, czuję ulgę, że pewne sprawy nas Polaków nie dotyczą. W naszym kraju, pomimo tego, że prawa kobiet nie są jeszcze do końca takie, jakby chciało tego większość społeczeństwa – zwłaszcza w kwestii praw reprodukcyjnych i likwidacji luki płacowej - trzeba przyznać, że należymy do państw cywilizowanych.
Wczoraj przeczytałem poruszającą książkę „Najczarniejszy miesiąc w życiu Magi Dieli” i w mojej głowie od razu zaczęły pojawiać się pytania: Jak daleka jest droga do idealnego świata, w którym zapanuje spokój i tolerancja? Ile jeszcze musi upłynąć czasu, ile głośnych protestów, ilu ludzi musi umrzeć by wolność, równość były rzeczywistością dla każdego człowieka?
Historia Magi – głównej bohaterki jest przypomnieniem, że wciąż istnieją miejsca na ziemi, gdzie godność i autonomia jednostki bywają deptane przez tradycję i siłę. Dla jednych bowiem tradycja jest cennym dziedzictwem i źródłem siły, natomiast dla innych – zwłaszcza tych, którzy padają ofiarą jej opresyjnych reguł – staje się ciężkim łańcuchem i powodem cierpienia.
Magi Diela - indonezyjska, ambitna dziewczyna przed którą świat stawał otworem dzięki wykształceniu i marzeniom, pewnego dnia staje się ofiarą bezwzględnej tradycji. Zostaje porwana w celu przymusowego poślubienia starszego mężczyzny. Chyba nic więcej nie musze dodawać….
Jej przyszłość nagle zmienia się w koszmar. Jak zakończy się ta historia, dowiecie się z książki. Polecam!
Często mam tak, że gdy poznaję historie/zwyczaje z odległych zakątków świata, czuję ulgę, że pewne sprawy nas Polaków nie dotyczą. W naszym kraju, pomimo tego, że prawa kobiet nie są jeszcze do końca takie, jakby chciało tego większość społeczeństwa – zwłaszcza w kwestii praw reprodukcyjnych i likwidacji luki płacowej - trzeba przyznać, że należymy do państw...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
„Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt” to już kolejna książka Grady’ego Hendrixa, którą miałem okazję przeczytać. Autor wypracował swój własny, charakterystyczny i łatwo rozpoznawalny styl będący mieszanką horroru, czarnego humoru i niekiedy pewnego rodzaju parodii/kiczu. Pod płaszczem tego wszystkiego kryją się inteligentne i trafne spostrzeżenia na temat rzeczywistości i otaczającego nas świata.
Tym razem Hendrix zabiera nas na Florydę, gdzie w latach 70tych główna bohaterka o imieniu Nevy wraz ze swoimi koleżankami muszą przejść najważniejszą próbę swojego życia. Ciężarne dziewczyny przymusowo izolowane w jednym z ośrodków, decyzją swoich rodzin mają urodzić, oddać dzieci do adopcji, a następnie o wszystkim zapomnieć. Wśród całego obowiązującego ich rygoru, posłuszeństwa i braku wolności na ich drodze staje pewna kobieta – bibliotekarka, która ofiarowuje im pewną książkę. Od tamtego momentu pojawia się szansa na ucieczkę od szarej rzeczywistości.
To co najbardziej spodobało mi się w tej lekturze to wątki obyczajowe, ponieważ powieść porusza trudne i bolesne tematy dotyczące traktowania nastoletnich i niezamężnych kobiet w tamtych czasach. Grady Hendrix pięknie obnaża ludzką hipokryzję i uświadamia, że od tamtych czasów niewiele się zmieniło. Ciąże nastoletnich dziewcząt nadal (szczególnie w małych miejscowościach lub tradycyjnych kręgach) postrzegane są jako porażka wychowawcza. W świadomości wielu osób wciąż funkcjonuje stereotyp, że problem ten dotyczy wyłącznie rodzin z tak zwanego marginesu społecznego, co oczywiście nie jest prawdą.
Jeśli lubicie książki, które łączą mroczną fantastykę z czymś w rodzaju komentarza społecznego i silnymi kobiecymi postaciami, ta pozycja może się Wam spodobać. Niektórym z pewnością otworzy oczy na to, że czasem warto wspierać, a nie stygmatyzować.
„Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt” to już kolejna książka Grady’ego Hendrixa, którą miałem okazję przeczytać. Autor wypracował swój własny, charakterystyczny i łatwo rozpoznawalny styl będący mieszanką horroru, czarnego humoru i niekiedy pewnego rodzaju parodii/kiczu. Pod płaszczem tego wszystkiego kryją się inteligentne i trafne spostrzeżenia na temat rzeczywistości i...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Akcja przygód Kane’a rozgrywa się głównie w ponurym i fantastycznym świecie, które przypomina mieszankę starożytności i średniowiecza. I choć w późniejszych opowiadaniach pojawia się on także w czasach współczesnych, to jednak w mojej pamięci w sposób szczególny wryły się historie o przeszłości dawno minionej.
Całe to uniwersum przesycone jest mrokiem i przemocą. Nie ma jasnego podziału na dobro i zło, a większość tekstów obraca się wokół intryg, starć i czarnoksięstwa. Bardzo podoba mi się taki klimat, dlatego z niecierpliwością oczekiwałem premiery kolejnego tomu „Prometeusz Nikczemny”. Jego lektura w ostatnim czasie sprawiła mi sporo frajdy!
Wydaje się, że ta część jest kluczowa dla całego cyklu, bo zawiera najbardziej znaną powieść „Krwawnik”, jednak mnie najbardziej zaintrygowała „Mroczna muza” ze względu na niepowtarzalny klimat pełen niepokoju i melancholii, który jest pewnego rodzaju odejściem od typowej akcji magii i miecza. Opowiada o poecie, który tracąc wenę jest gotów sięgnąć po wszelkie możliwe środki, aby stworzyć dzieło ostateczne. Rozwijająca się wśród moralnie zepsutych warstw społeczeństwa fabuła jest metaforyczną i psychologiczną dekonstrukcją procesu twórczego. Dobrze napisana opowieść o obsesji i cenie geniuszu? Gotowa recepta na sukces!
Jeśli lubicie mroczne, brutalne historie połączone z fantastyką i moralnie niejednoznacznym bohaterem, bez namysłu sięgajcie po tę pozycję. Wszyscy fani przygodówek z pewnością będą usatysfakcjonowani.
Akcja przygód Kane’a rozgrywa się głównie w ponurym i fantastycznym świecie, które przypomina mieszankę starożytności i średniowiecza. I choć w późniejszych opowiadaniach pojawia się on także w czasach współczesnych, to jednak w mojej pamięci w sposób szczególny wryły się historie o przeszłości dawno minionej.
Całe to uniwersum przesycone jest mrokiem i przemocą. Nie ma...
Czy jesteście fanami książek z serii true crime? Przyznaję, że w przeszłości często sięgałem po ten rodzaj literatury, obecnie robię to coraz rzadziej, ale kiedy zobaczyłem zapowiedź książki autorstwa dziewczyny od podcastu Kryminalne Historie, coś we mnie drgnęło. Postanowiłem ponownie zanurzyć się w świecie faktów i śledztw.
Monika Prześlakowska jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych twórców, a jej podcasty regularnie gromadzą całą rzeszę słuchaczy. W tym mnie! Jej działalność to fascynujący pomost pomiędzy rozrywką, a głęboką analizą społeczną, psychologiczną i prawną.
Żyjemy w świecie, w którym granice pomiędzy bezpieczeństwem, a zagrożeniem mocno się zacierają. Czy to w sieci, czy też na przykład na ulicy – coraz częściej słyszymy o łamaniu prawa, oszustwach i morderstwach.
Premiera książki „Niebezpieczna sieć. True crime. Zbrodnie, które zaczęły się w internecie” doskonale wpisuje się w to, co otacza nas na co dzień. I nie chodzi o to by się bać, lecz o to by na podstawie podobnej literatury być wyczulonym /przygotowanym na ewentualne zagrożenia – dlatego uważam, że książki takie jak ta, mają charakter edukacyjny dla społeczeństwa.
Na ponad 300 stronach autorka przedstawia nam wiele historii mrożących krew w żyłach. Takich których można było uniknąć, a jej celem jest nie tylko opowiadanie o zbrodniach i przedstawianie suchych faktów, lecz przekazywanie czytelnikom cennych narzędzi: analizując ścieżki prowadzące do tragedii, Prześlakowska uświadamia nam m.in. to, jak można rozpoznać cyfrowe pułapki i sygnały alarmowe w świecie, w którym coraz więcej zagrożeń rodzi się właśnie w internecie. Czytając jej zbiór uświadomiłem sobie, jak cienka jest granica bezpieczeństwa. Polecam!
Czy jesteście fanami książek z serii true crime? Przyznaję, że w przeszłości często sięgałem po ten rodzaj literatury, obecnie robię to coraz rzadziej, ale kiedy zobaczyłem zapowiedź książki autorstwa dziewczyny od podcastu Kryminalne Historie, coś we mnie drgnęło. Postanowiłem ponownie zanurzyć się w świecie faktów i śledztw.
Monika Prześlakowska jest jedną z najbardziej...
Maciej Siembieda to pisarz, co do którego mam wewnętrzne przekonanie, graniczące z pewnością, że każda jego kolejna książka będzie literackim wydarzeniem. Do tej pory moją ulubioną powieścią był „Gambit”, który zaraz po swojej premierze poruszył mnie do głębi i sprawił, że historia opowiedziana w książce na długo pozostała w mojej pamięci. Każdemu kto deklarował chęć zapoznania się z twórczością Pana Macieja, polecałem właśnie tę lekturę. Od dzisiaj oprócz tego tytułu dodatkowo będę zachęcał do sięgnięcia po najnowszą powieść zatytułowaną „Gołoborze”. Sam autor mówi, że jest to jego najbardziej osobista książka, a nam pozostaje wierzyć i zachwycać się kunsztem pisarskim oraz historią, obok której nie można przejść obojętnie.
„Gołoborze” porwało mnie bez reszty. Trzymało w napięciu niemal od samego początku do końca, nie pozwalając odetchnąć ani odłożyć się na później. Czytając tę książkę przeszedłem przez całe spektrum emocji i prawdziwą burzę uczuć, od gniewu i frustracji, po wzruszenie i bezgraniczny zachwyt. Całość poznałem w dwóch podejściach i przyznaję, że od czasów „Dygotu” Jakuba Małeckiego nie miałem w rękach niczego bardziej wartościowego. Czy to efekt grabińskiej gorączki?
„Gołoborze” to powieść o tym jak cykl przemocy i traum rodowych odciska piętno na losach kolejnych pokoleń. Dużo tu zemsty i gniewu, które na co dzień towarzyszą dwóm rodzinom. Żadna nie potrafi wybaczyć ani odpuścić, a wzajemna przemoc jakiej doznają jest wynikiem dziedzictwa przekazywanego z ojca na syna. Można by rzec, że tak zwane niespłacone krzywdy ukształtowały bohaterów tej książki i sprawiły, że gdzieś po drodze dzięki temu utracili oni szczęście i samych siebie.
Z czystym sumieniem wystawiam maksymalną ocenę!
Maciej Siembieda to pisarz, co do którego mam wewnętrzne przekonanie, graniczące z pewnością, że każda jego kolejna książka będzie literackim wydarzeniem. Do tej pory moją ulubioną powieścią był „Gambit”, który zaraz po swojej premierze poruszył mnie do głębi i sprawił, że historia opowiedziana w książce na długo pozostała w mojej pamięci. Każdemu kto deklarował chęć...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Sherlock Holmes jest bez wątpienia ikoną popkultury. Jego postać i styl detektywistyczny, oparty na obserwacji/dedukcji zrewolucjonizowały gatunek literatury kryminalnej, a sam Artur Conan Doyle stworzył jednego z najbardziej oryginalnych i rozpoznawalnych bohaterów, inspirując innych twórców do tworzenia własnych, podobnych postaci oraz do licznych adaptacji filmowych czy też teatralnych. Na świecie chyba nie ma osoby, która nie wiedziałaby kim był Sherlock Holmes. I choć to postać fikcyjna, to dzięki swojej popularności stał się ponadczasowy.
Pod koniec sierpnia w moje ręce wpadła „Księga wszystkich spraw” - lektura, która po pierwsze oczarowuje swoim pięknym wydaniem z barwionymi brzegami, ale także stanowi kompletny zbiór pierwotnych publikacji o Sherlocku Holmesie. Księga formatu A4 licząca sobie ponad 900 stron może nadwyrężyć nadgarstki czytelnika, ale dostarczy jednocześnie niezapomnianych wrażeń.
Przyznaję, że jestem mniej więcej w połowie książki, ale tylko dlatego, że specjalnie dawkuję sobie te historie. Chcę jak najdłużej cieszyć się przygodami detektywa z Baker Street.
Prawie wszystkie śledztwa opowiedziane są z perspektywy Watsona, który dodaje do nich ludzkiego elementu. Opisuje własne zdumienie, strach i podziw dla swojego towarzysza. Być może Doyle celowo utrzymuje taką narrację, gdyż jest przystępna i bez nadmiernego naukowego żargonu – skomplikowane dedukcje Sherlocka są dzięki temu przedstawione w sposób zrozumiały.
Mocno polecam Wam tę lekturę. Jest to prawdziwy, literacki skarb, który pozwala na pełne zanurzenie się w XIX wiecznym Londynie i poznanie ewolucji Holmes’a od pierwszego spotkania z doktorem Watsonem na Baker Street aż po jego ostatnie śledztwa.
10/10
Sherlock Holmes jest bez wątpienia ikoną popkultury. Jego postać i styl detektywistyczny, oparty na obserwacji/dedukcji zrewolucjonizowały gatunek literatury kryminalnej, a sam Artur Conan Doyle stworzył jednego z najbardziej oryginalnych i rozpoznawalnych bohaterów, inspirując innych twórców do tworzenia własnych, podobnych postaci oraz do licznych adaptacji filmowych czy...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Na początku października w moje ręce wpadła książka autorstwa Michaela Crichtona, znanego głównie z „Parku Jurajskiego”. Powieść zatytułowana „Erupcja” to dzieło, którego autor niestety nie zdążył ukończyć. Po śmierci Crichtona jego żona przekazała niedokończony rękopis wraz z notatkami, badaniami naukowymi i zarysem całej historii Jamesowi Pattersonowi by ten bazując na materiałach dokończył książkę. Co z tego wyszło? Ano, dość ciekawy thriller naukowy, którego akcja rozgrywa się na Hawajach.
To właśnie tam osadzona jest fabuła skupiająca się na kryzysie wywołanym zbliżającą się erupcją wulkanu Mauna Loa. Po pewnym czasie okazuje się, że spodziewana katastrofa to tylko jeden z nadchodzących problemów, gdyż w tle erupcji pojawia się, tajemniczy, wojskowy sekret, który w kontakcie z lawą może wywołać coś co zagrozi całemu światu.
Książkę czyta się szybko, a wyścig z czasem, w którym biorą udział główni bohaterowie, jest niczym niepowstrzymany potok lawy – porywa i nie pozwala się zatrzymać.
O tym czy uda się zapobiec katastrofie, zniszczeniom i ocalić okolicę, ale także cały świat przekonacie się tylko wtedy, kiedy sięgniecie po lekturę. Wszyscy miłośnicy akcji, elementów katastroficznych, sensacji i tematyki naukowej będą usatysfakcjonowani.
Na początku października w moje ręce wpadła książka autorstwa Michaela Crichtona, znanego głównie z „Parku Jurajskiego”. Powieść zatytułowana „Erupcja” to dzieło, którego autor niestety nie zdążył ukończyć. Po śmierci Crichtona jego żona przekazała niedokończony rękopis wraz z notatkami, badaniami naukowymi i zarysem całej historii Jamesowi Pattersonowi by ten bazując na...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Od dłuższego czasu nie sięgałem po kryminały, a szczególnie po te polskie, bo coraz częściej miałem wrażenie, że większość z nich opiera się na tym samym schemacie, którego mam już serdecznie dość. Dlatego trochę z dystansem podszedłem do książki „Perfidna gra” autorstwa Donny Leon i trzeba przyznać, że miło się zaskoczyłem.
To, co od razu zwraca uwagę, to świetnie skonstruowana fabuła i historia, która naprawdę wciąga i zaskakuje, zamiast szokować czy powielać znane już motywy, bardzo często wykorzystywane przez naszych rodzimych autorów. Nie ma tu zmęczonych życiem, stereotypowych policjantów z problemem alkoholowym, popełniających głupie błędy i podejmujących nieprzemyślane decyzje. Zamiast tego dostajemy świeże spojrzenie na gatunek i pozytywnego śledczego, który prowadzi szczęśliwe życie ze swoją drugą połówką. Poza pracą pozostają mu rozmowy z ukochaną na przeróżne tematy i właśnie takie wątki poboczne mocno sobie cenię. Nie nudzą, a urozmaicają fabułę, która w przypadku „Perfidnej gry” jest misternie utkana, bo nic nie jest tu takie, jakie się wydaje.
To co szczególnie doceniam, to inteligentny styl pisania. Wszystko jest przemyślane i dopracowane, nie ma krwawych opisów, nielogicznych zachowań bohaterów czy bezsensownego przeciągania. Dostajemy konsekwentnie prowadzoną tajemnicę, która ciągnie się przez całą powieść i z każdą stroną wciąga coraz bardziej. Napięcie rośnie stopniowo aż do finału, który przyznaję zaskoczył mnie mocno. A to wszystko rozgrywa się w Wenecji, której wyjątkowa atmosfera dodatkowo potęguje klimat.
Za chwilę zabieram się za kolejną książkę tej autorki, a Was zachęcam do lektury.
Od dłuższego czasu nie sięgałem po kryminały, a szczególnie po te polskie, bo coraz częściej miałem wrażenie, że większość z nich opiera się na tym samym schemacie, którego mam już serdecznie dość. Dlatego trochę z dystansem podszedłem do książki „Perfidna gra” autorstwa Donny Leon i trzeba przyznać, że miło się zaskoczyłem.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTo, co od razu zwraca uwagę, to świetnie...