-
Artykuły
Nie żyje Wiesław Myśliwski. Autor „Kamienia na kamieniu” i „Traktatu o łuskaniu fasoli” miał 94 lata
LubimyCzytać11 -
Artykuły
Zaczęłam od tajemnicy. Reszta przyszła sama - rozmowa z Małgorzatą Rogalą
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Czytamy w weekend. 27 marca 2026
LubimyCzytać436 -
Artykuły
Przeczytaj fragment książki „Zbrodnia w rezydencji“
LubimyCzytać1
Biblioteczka
2026-03-27
Czytanie „Hjem” to była dla mnie czysta przyjemność. Nieśpieszna. Sycąca.
Dzięki Ilonie Wiśniewskiej wróciłam na północ Norwegii, do Tromso i okolic.
Słuchałam krzyku mew, jej uszami, patrzyłam na niebo zlewające się z morzem, jej oczami. Przeszłam się ulicami miasta. Niektóre pamiętałam, ale wiele z opisywanych miejsc wydało mi się nowych. Opowieść Ilony Wiśniewskiej płynie powoli, skupia się na detalach, a przede wszystkim na ptakach i ludziach. To o nich jest ta historia.
Hjem to znaczy dom, bezpieczna przestrzeń. Czym jest dla ptaków i ludzi? I jedni, i drudzy, z różnych powodów, muszą szukać sobie nowych miejsc do życia. Tromsø to jedno z najbardziej wielokulturowych miast w północnej Norwegii. Ilona Wiśniewska też jest przybyszką. Snuje więc swoją opowieść o życiu w nowym miejscu, o oswajaniu go, o jego trudnym pięknie, o budowaniu więzi z ludźmi, ptakami i miejscami. Ale także o trudnym współżyciu ludzi i mew, w walce o terytorium wciąż wygrywa człowiek, ale zawsze pozostaje pytanie, na które odpowiedź nie jest jednoznaczna, gdzie znajduje się nieprzekraczalna granica ingerowania w świat dzikich zwierząt, choćby z najlepszymi intencjami. Ilona Wiśniewska to reporterka, która woli stawiać pytania niż na nie odpowiadać. Dlatego tak lubię czytać jej reportaże.
Piękna jest to opowieść. Pełna uważności, wsłuchiwania się, delikatności., niesamowitego klimatu. Ma w sobie magię i poezję. To opowieść, którą można czytać dosłownie, ale równie dobrze działa na poziomie uniwersalnym.
Mnie urzekła.
Czytanie „Hjem” to była dla mnie czysta przyjemność. Nieśpieszna. Sycąca.
Dzięki Ilonie Wiśniewskiej wróciłam na północ Norwegii, do Tromso i okolic.
Słuchałam krzyku mew, jej uszami, patrzyłam na niebo zlewające się z morzem, jej oczami. Przeszłam się ulicami miasta. Niektóre pamiętałam, ale wiele z opisywanych miejsc wydało mi się nowych. Opowieść Ilony Wiśniewskiej...
2026-03-25
Jak przewrotnie skonstruowana jest ta książka.
Zaczyna się jak klasyczna kobieca saga, silne kobiece bohaterki, babka, córka i synowa. W tle Finlandia z jej surowością, wojna z jej dramatyzmem, ciągłe borykanie się z trudnościami. Życie surowe i bardzo mało w nim radości. Jednak podskórnie płynie wątek, który, przynajmniej dla mnie, jest najważniejszym wątkiem tej opowieści, a debiutujący tą książką autor, Tommi Kinnunen, bardzo sprawnie zarządza dramaturgią.
Generalnie mam problem z sagami kobiecymi. Wiemy, że kobiety miały ciężko, że wykazywały się heroizmem, były odważnie, dzielne i silne. Jednak najczęściej z tych sag wycięte są postacie męskie. W tych opowieściach mężczyźni albo piją, albo są przemocowcami, a już na bank zawsze czmychają przed odpowiedzialnością. Przecież to nie jest prawdziwy obraz życia. Nie można wszystkich mężczyzn ani kobiet wrzucać do jednego wora. Co jak nie literatura ma niuansować, rozbijać schematy, pokazywać człowieka w całej jego złożoności.
Tommi Kinnunen „zwodzi” nas konwencją kobiecej sagi, ale od początku daje subtelne sygnały, zostawia tropy. Ciekawe jest w tej książce spostrzeżenie, że wbrew czasom i społecznym normom, paradoksalnie, to kobietom łatwiej było się wyrwać na niezależność. To dosyć nietypowe ujęcie tematu. Zresztą wielokrotnie podczas czytania miałam wrażenie, że autor pcha mnie w banał, a on za każdym razem robił twist.
Nie chcę za dużo zdradzać, żeby nie zabrać nikomu przyjemności z lektury. Warto czytać uważnie i do samego końca. Bo najciekawszą postacią w tej książce jest jednak mężczyzna, Onni.
I już ani słowa więcej.
Podsumowując, „Cztery drogi” to powieść dobrze napisana, nie stawia oporu w czytaniu, a na koniec, jak każda szanująca się książka łapie nas za gardło.
(Dobrze wiedzieć, że Finlandia zniosła penalizację homoseksualistów w 1971 roku (w tym samym roku kobiety dostały prawa wyborcze w Szwajcarii).
Jak przewrotnie skonstruowana jest ta książka.
Zaczyna się jak klasyczna kobieca saga, silne kobiece bohaterki, babka, córka i synowa. W tle Finlandia z jej surowością, wojna z jej dramatyzmem, ciągłe borykanie się z trudnościami. Życie surowe i bardzo mało w nim radości. Jednak podskórnie płynie wątek, który, przynajmniej dla mnie, jest najważniejszym wątkiem tej...
2026-03-22
Urocza, bo i zabawna, i filozoficzna, i poetycka, książeczka o tym, co w dzisiejszych czasach wydaje się kluczowe. Czyli zachowaniu wewnętrznej równowagi, harmonii, konieczności ograniczania bodźców.
"Człowieka w świat wrzucono. Wiedzie tutaj życie kuli bilardowej. Nie ma nic oprócz ciągłego kulania się to tu, to tam, i żadnych lęków oprócz tego jednego – że kiedyś to się skończy. Każda chwila to łomot własnego istnienia, każde doświadczenie to budulec własnego domu." (świetny przekład Sebastiana Musielaka).
Chowaniec, czyli osoba, która szuka kryjówki, nie tyle, by się schować przed światem, ale dla świata, by odpocząć, odzyskać siły i nabrać zdrowego dystansu.
W krótkich, błyskotliwych tekstach Petri Tamminen daje czasem praktyczny, czasem surrealistyczny, przegląd rozmaitych kryjówek, począwszy od standardowych typu strych, schowek, miejsce pod schodami do dość hardcorowych jak toaleta w samolocie, czy jama w lesie. Można też skryć się, a czemu nie, w zakrętce od butelki, albo innym drobiazgu. Oczywiście znakomitą kryjówkę są zawsze książki, korytarze biblioteczne, czy zakamarki antykwariatu. Z doświadczenie wiem, że gruby koc tez spełnia świetnie swoją rolę, plus, oczywiście, książka w pakiecie.
"Trzeba się poddać uczuciu nudy. Trzeba się w niej zanurzyć. [...] W kryjówce chowaniec rezonuje całym sobą niczym matrioszka. O takich schowkach marzy łobuzeria. Tego jej potrzeba – własnego kąta, schodków, na których można zapalić, skrawka trawy, nad którym w jesienny wieczór można się schylić, żeby podnieść śmieć.
Własnej kryjówki nie znajdzie się nigdy, jeśli zaczyna się jej szukać dopiero w potrzebie. Mądry chowaniec rozgląda się za nowymi przez cały czas. Zrealizować można nawet bezwstydne projekty, trzeba w nie tylko uwierzyć."
I jak się nie zakochać w tej książeczce.
Urocza, bo i zabawna, i filozoficzna, i poetycka, książeczka o tym, co w dzisiejszych czasach wydaje się kluczowe. Czyli zachowaniu wewnętrznej równowagi, harmonii, konieczności ograniczania bodźców.
"Człowieka w świat wrzucono. Wiedzie tutaj życie kuli bilardowej. Nie ma nic oprócz ciągłego kulania się to tu, to tam, i żadnych lęków oprócz tego jednego – że kiedyś to się...
2026-03-21
Helen Garner kładzie swoje bohaterki i bohaterów na szkiełku laboratoryjnym i ogląda przez mikroskop. Obserwuje, ale nie rozkrawa, nie robi sekcji.
Ta perspektywa bardzo szybko mnie zafascynowała i wciągnęła. Autorka, która nie do końca wie, co siedzi w jej bohaterach? A może woli nie wiedzieć? Może niewiedzenie jest ciekawsze. Przypomina to trochę obserwowanie ludzi znad filiżanki kawy pitej w kawiarni. Kto nie bawił się w zastanawianie, kim są, co robią i czują, w jakich są relacjach?
Sama historia opisana w „Małych preludiach” jest bardzo kameralna, a książka niedługa, 150 stron.
Dlaczego małe preludia?
Jedna z bohaterek Athena uczy się grać na pianinie, wychodzi jej to niezdarnie.
Żyjemy swoje życia, ale nikt nas tego nie uczył, więc czasem żyjemy niezdarnie, popełniamy błędy, postępujemy niezrozumiale lub głupio, potykamy się. Athena też.
Każde pojedyncze życie to takie małe preludium. Życie w rodzinie i w relacjach to utwór na wiele preludiów. Jak tu nie fałszować?
Podoba mi się sposób narracji. Oszczędny, ale wysmakowany, przemyślany.
Niektóre zdania to perełki:
„Dłoń była ciepła i wyściełana mięśniami.”
„Ich wzajemna ciekawość była intensywna, ale ukradkowa.”
„Nie tyle chcieli się poznać, ile zgodzić. Harmonia! Być sobą nawzajem.”
„- Przestań myśleć. Jak mogę zasnąć obok głowy pełnej myśli?”
„Gdy kobiety składały pościel i rozmawiały, światło opuściło ogród.”
„Ich wstrząśnięte twarze płynęły za nią jak dwa balony na sznurku.”
„Artur wypłynął daleko na głębokie wody narracji.”
„Wszystkie powierzchnie były poszarzałe od braku znaczenia.”
„… przypominali dwa komplety ubrań wiszących obok siebie w szafie.”
„Powietrze było pełne łodyg i pyłu.”
„Małe preludia” napisane są dość suchym stylem, ale podobne zdania nie pozwalają stracić czujności. Tą językową strategią autorka osiąga bardzo wiele. Przyszpila uwagę czytelniczki/czytelnika, nadaje snutej opowieści niuansów i głębi. Paradoksalnie z tego (pozornie) prostego i konkretnego stylu, wyłania się poezja.
A o czymże jest ta mała książeczka?
O życiu, które bywa czasem dobre, a czasem przesycone tak wielką tęsknota za nie wiadomo czym, że człowiek nie jest w stanie znieść tego, co najbardziej kocha.
O tym, że czasem gramy pięknie, a czasem tylko mechanicznie odtwarzamy nuty.
I o tym, że nasze małe preludia są najważniejsze. Nie muszą być perfekcyjne.
Czytałam z wielką przyjemnością, mając pewność obcowania ze świetną literaturą.
Wspaniała jest ta seria Cyranki.
Helen Garner kładzie swoje bohaterki i bohaterów na szkiełku laboratoryjnym i ogląda przez mikroskop. Obserwuje, ale nie rozkrawa, nie robi sekcji.
Ta perspektywa bardzo szybko mnie zafascynowała i wciągnęła. Autorka, która nie do końca wie, co siedzi w jej bohaterach? A może woli nie wiedzieć? Może niewiedzenie jest ciekawsze. Przypomina to trochę obserwowanie ludzi znad...
2026-03-19
Z Lauren Groff mam tak, że jej książki albo mnie totalnie zachwycają ("Dzikie bezkresy", "Floryda") albo totalnie nie obchodzą ("Wyspa kobiet").
"Awanturnica" zalicza się do tej drugiej grupy.
Oczywiście te opowiadania są sprawnie napisane, ale nie mają, albo ja go nie odnajduję, drugiego dna.
Nie czuję w nich dotknięcia tego, co nienazwane, jakiegoś egzystencjalnego niepokoju (jak we "Florydzie"). Nic a nic te opowiadania mnie nie poruszyły, mimo, że opowiadają o ludziach, którzy w życiu mają mocno pod górkę.
Najlepsza z tego wszystkiego jest okładka, sugerująca, że jednak jest w tych tekstach drugie dno. Może i jest.
Z Lauren Groff mam tak, że jej książki albo mnie totalnie zachwycają ("Dzikie bezkresy", "Floryda") albo totalnie nie obchodzą ("Wyspa kobiet").
"Awanturnica" zalicza się do tej drugiej grupy.
Oczywiście te opowiadania są sprawnie napisane, ale nie mają, albo ja go nie odnajduję, drugiego dna.
Nie czuję w nich dotknięcia tego, co nienazwane, jakiegoś egzystencjalnego...
2026-03-15
Marcin Wicha miał ucho i oko, mial też zmysł obserwacji, wnikliwość, poczucie humoru. Wszystkie te talenty doskonale wykorzystywał w pisaniu felietonów.
Mądrych i zabawnych, połączenie idealne.
Oczywiście są w tomie "Proste rzeczy" teksty dobre i takie sobie, a nawet słabe, są też i wybitne. Dużo błyskotliwych obserwacji, które po 10 latach wciąż brzmią aktualnie, chociaż świat pędzi jak koń ukąszony przez bąka. Do czytania i smakowania. Nie warto czytać wszystkiego na raz. Lepiej dawkować.
Marcin Wicha miał ucho i oko, mial też zmysł obserwacji, wnikliwość, poczucie humoru. Wszystkie te talenty doskonale wykorzystywał w pisaniu felietonów.
Mądrych i zabawnych, połączenie idealne.
Oczywiście są w tomie "Proste rzeczy" teksty dobre i takie sobie, a nawet słabe, są też i wybitne. Dużo błyskotliwych obserwacji, które po 10 latach wciąż brzmią aktualnie, chociaż...
2026-03-12
Świetne eseje na temat przekładu. Nie tyle dla literaturoznawców, czy tłumaczy, ale znakomicie poszerzające czytelnicze horyzonty zwykłym czytaczom. Erudycja, lekkość, przekora, a niektóre tezy zaskakujące i odważne. Polecam każdemu, kto lubi czytać ze zrozumieniem.
Świetne eseje na temat przekładu. Nie tyle dla literaturoznawców, czy tłumaczy, ale znakomicie poszerzające czytelnicze horyzonty zwykłym czytaczom. Erudycja, lekkość, przekora, a niektóre tezy zaskakujące i odważne. Polecam każdemu, kto lubi czytać ze zrozumieniem.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-03-07
Ktokolwiek oznacza tu opinie jako spojlery, niechaj wie, że "Czeluści" nie da się zaspojlerowac.
A więc, dwója bęc.
Czy są dwie Agnieszki? Czy opowieść jest opowieścią w opowieści, ale wtedy, kto ją pisze? Czy młoda kobieta, którą Agnieszka wzięła początkowo za dziennikarkę, jest Agnieszką z młodości, która szuka prawdy o samej sobie? Czy Agnieszka, która przeżyła, pisze o sobie, która zagubiła się w przeszłości?
Jestem pełna podziwu dla Anny Kańtoch za jej umiejętność snucia hipnotycznych i niejednoznacznych opowieści. Zdecydowanie wolę ją w tym wydaniu niż jako autorkę, po prostu, kryminałów. "Czeluść" jest mroczna, wciągająca, a postać głównej bohaterki napisana z wielkim talentem. Jej problemy z pamięcią autorka sprawnie wykorzystuje jako element fabuły, która zacieśnia się i meandruje. I na końcu zostawia nas zaskoczonych i lekko zdezorientowanych. Świetna robota.
A Maria Seweryn dodaje powieści mroku swoim niskim, zmysłowym głosem.
Ktokolwiek oznacza tu opinie jako spojlery, niechaj wie, że "Czeluści" nie da się zaspojlerowac.
A więc, dwója bęc.
Czy są dwie Agnieszki? Czy opowieść jest opowieścią w opowieści, ale wtedy, kto ją pisze? Czy młoda kobieta, którą Agnieszka wzięła początkowo za dziennikarkę, jest Agnieszką z młodości, która szuka prawdy o samej sobie? Czy Agnieszka, która przeżyła, pisze...
2026-03-05
Nie mam pojęcia, czego tak naprawdę wysłuchałam. Kryminał? Thriller? Horror?
Plany czasowe przenikają się, postacie płynnie przechodzą jedna w drugą, jedna opowieść wyłania się i przemienia w kolejną. Kto jest kim, kto zginął, a kto ocalił siebie? Być może to wszystko w ogóle się nie wydarzyło, jest jedynie opowieścią snutą przez bohaterkę/bohatera.
Ale słuchało się jak złoto. Opowieść jest tajemnicza, ma klimat, wciąga jak grząskie bagno. Zgrabnie to wszystko poprowadzone. Lekko, naturalnie, bez szwów, wiarygodnie. Świetnie pisze Anna Kańtoch. To moje niepierwsze z nią spotkanie czytelnicze. I na pewno nie ostatnie. Polecam. To rozrywka z gatunku tych wymagających i niedających się łatwo zapomnieć.
Nie mam pojęcia, czego tak naprawdę wysłuchałam. Kryminał? Thriller? Horror?
Plany czasowe przenikają się, postacie płynnie przechodzą jedna w drugą, jedna opowieść wyłania się i przemienia w kolejną. Kto jest kim, kto zginął, a kto ocalił siebie? Być może to wszystko w ogóle się nie wydarzyło, jest jedynie opowieścią snutą przez bohaterkę/bohatera.
Ale słuchało się jak...
2026-03-04
Przecieram oczy, że coś takiego zostało wydane w formie książki. To zaledwie chaotyczne notatki. Nawet nie zarys książki. Między okładkami znajdują się trzy rozdziały o trzech wybitnych polskich tłumaczkach, Joannie Guze, Annie Przedpełskiej-Trzeciakowskiej i Marii Skibniewskiej. Wszystko od sasa do lasa, co i rusz jakieś wtręty od rzeczy od autora. Serio? Najlepsza z tego wszystkiego jest okładka. Masakra.
Przecieram oczy, że coś takiego zostało wydane w formie książki. To zaledwie chaotyczne notatki. Nawet nie zarys książki. Między okładkami znajdują się trzy rozdziały o trzech wybitnych polskich tłumaczkach, Joannie Guze, Annie Przedpełskiej-Trzeciakowskiej i Marii Skibniewskiej. Wszystko od sasa do lasa, co i rusz jakieś wtręty od rzeczy od autora. Serio? Najlepsza z tego...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02-27
Nie jestem w stanie dać tej książce gwiazdek. To nie jest jedynie literatura, ale sam ból i przemoc. Czytanie tej książki jest bolesne i odstręczające, bo nie chcemy przyjąć do wiadomości, że istnieje świat, który uczynił bohaterkę tym, kim jest. Mariella Mehr pisze dojmująco. "Oskarżona" to monolog, głównej bohaterki, podpalaczki i morderczyni. Autorka podejmuje próbę, literacko niezwykłą i bardzo udaną, stworzenia języka do wyrażenia tego, co niewyrażalne, totalnego zniszczenia człowieka i niewymownego cierpienia, które tylko wtedy doznaje ulgi, gdy samo zadaje cierpienie. To piekielne koło. Ciężko się będzie otrząsnąć z tej małej książeczki. Na dużo gwiazdek.
Nie jestem w stanie dać tej książce gwiazdek. To nie jest jedynie literatura, ale sam ból i przemoc. Czytanie tej książki jest bolesne i odstręczające, bo nie chcemy przyjąć do wiadomości, że istnieje świat, który uczynił bohaterkę tym, kim jest. Mariella Mehr pisze dojmująco. "Oskarżona" to monolog, głównej bohaterki, podpalaczki i morderczyni. Autorka podejmuje próbę,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02-27
Niesamowicie inspirujące rozmowy ze wspaniałymi, kochającymi literaturę osobami. Tłumaczkami i tłumaczami literatury pięknej.
Dwanaście rozmów. Dwanaście światów. Dwanaście podejść i definicji przekładu literackiego.
Wszystkie rozmowy mnie zachwycały, ale ostatnia w tomie, z Janem Gondowiczem, wprawiła mnie w euforię.
Erudycja, poczucie humoru, lekkość, wnikliwość, miłość do literatury.
To książka dla każdego, kto kocha czytać, bo ona uczy, nienachalnie, jak czytać uważnie, głęboko nie tracąc przy tym przyjemności obcowania z tekstem i wyobraźnią autora/autorki i tłumacza/tłumaczki.
I cała masa cytatów, które warto zapamiętać:
„…muszę wpychać pierzynę do naparstka” Jan Godnowicz
„Sukcesu nie odniosłem, ale nie tracę nadziei” Jan Gondowicz
„Nie wiem i nie doskwiera mi, że nie wiem” Piotr Sommer
„Zdanie bywa nieprześcignionym nośnikiem różnych subtelnych możliwości,” Piotr Sommer
„Chodzi o odkrywanie tego, co jest wartością samą w sobie, a nie o wyłączne skupianie się na tym, co przyniesie nam w jakiejś perspektywie wymierną korzyść.” Jerzy Jarniewicz
„Stereotypowe myślenie sprawia, że pozostajemy na bezpiecznym poziomie uogólnień” Jerzy Jarniewicz
„Nie ma na świecie lepszego zajęcia niż bawienie się w wielkiej piaskownicy języka” Małgorzata Łukaszewicz
„Dobrze mi robi cisza i inne niedzisiejsze atrakcje.” Michał Kłobukowski
„Ludzkie życie pozbywa się stopniowo substancji, materii, autentycznego przeżywania na rzecz ersatzów” Ireneusz Kania
„Każdy z nas marnuje nieprawdopodobną ilość czasu! Przy czym za marnowanie nie uważam na przykład chwil lenistwa, włóczenia się wiele godzin po lasach i polach…” Ireneusz Kania.
Jak widzicie te wywiady to nie tylko erudycyjne opowieści o pracy tłumacza i trudach i przyjemnościach tłumaczenia tekstów, ale, może przede wszystkim, o patrzeniu na literaturę i życie, jako splatających się nierozerwalnie wartościach.
Niesamowicie inspirujące rozmowy ze wspaniałymi, kochającymi literaturę osobami. Tłumaczkami i tłumaczami literatury pięknej.
Dwanaście rozmów. Dwanaście światów. Dwanaście podejść i definicji przekładu literackiego.
Wszystkie rozmowy mnie zachwycały, ale ostatnia w tomie, z Janem Gondowiczem, wprawiła mnie w euforię.
Erudycja, poczucie humoru, lekkość, wnikliwość, miłość...
Piękny, aż do bólu, obraz dziecięcej samotności.
Anę Marię Matutę poznałam przy okazji „Pierwszych wspomnień” wydanych niedawno przez Wydawnictwo Cyranka, w przekładzie Ewy Zaleskiej. To jedna z najpiękniejszych książek, jakie kiedykolwiek czytałam. Sięgnęłam więc po „Bezludny raj” (przekład Wojciech Charchalis), żeby jeszcze raz zaznać tej przyjemności. I co za zdziwienie. Czy na pewno książkę napisała ta sama autorka?
W „Pierwszych wspomnieniach” język wibruje, wydobywa ukryte sensy, kolory, smaki i zapachy. Jest czarodziejską różczką. Kluczem, który otwiera opowiadaną historię. To nie fabuła, tylko język nas niesie.
W „Bezludnym raju” nic takiego się nie dzieje. Owszem, historia jest smutna i wzruszająca. Kogóż nie wzruszą samotne, niekochane dzieci, porzucone emocjonalnie przez rodziców. Dookoła świat niespokojny, budzący lęk, nieznany. Opowieść niebezpiecznie ociera się o pretensjonalizm i egzaltację. Ana Maria Matute dopowiada, dociska, poetyzuje, rozciąga. Brak w tym finezji. Lekkości.
Bardzo być może jest to kwestia tłumaczenia. W końcu tłumacz/tłumaczka w pewnym sensie pisze książkę na nowo. Zatem z dalszym czytaniem Matute poczekam na kolejne przekłady Ewy Zaleskiej.
Piękny, aż do bólu, obraz dziecięcej samotności.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAnę Marię Matutę poznałam przy okazji „Pierwszych wspomnień” wydanych niedawno przez Wydawnictwo Cyranka, w przekładzie Ewy Zaleskiej. To jedna z najpiękniejszych książek, jakie kiedykolwiek czytałam. Sięgnęłam więc po „Bezludny raj” (przekład Wojciech Charchalis), żeby jeszcze raz zaznać tej przyjemności. I co za...