-
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać327 -
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać24 -
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nowa karkonoska powieść Sławka Gortycha! „ŚWIĘTO KARKONOSZY”- już wkrótce! KONKURS
LubimyCzytać131
Biblioteczka
2026-03-28
2026-03-06
Klasyczna zagadka w stylu starych kryminałów. Odcięta od świata wyspa, grupa osób uwięzionych przez sztorm i tajemnicza śmierć, która od początku wydaje się… zbyt idealna, by była przypadkowa. W centrum wydarzeń znajduje się Hopalong Basil – aktor, który przez lata wcielał się na ekranie w detektywa inspirowanego Sherlockiem Holmesem. Kiedy dochodzi do zbrodni, postanawia wykorzystać filmowe doświadczenie i spróbować rozwikłać zagadkę.
To właśnie ten pomysł jest chyba najciekawszym elementem książki. Granica między fikcją a rzeczywistością zaczyna się zacierać – aktor grający detektywa próbuje stać się nim naprawdę. Autor wyraźnie bawi się konwencją klasycznego kryminału i widać w tym dużą znajomość gatunku. Są zamknięta przestrzeń, podejrzani, alibi i powolne odkrywanie kolejnych elementów układanki.
Czyta się to dobrze. Historia jest uporządkowana, logiczna, a sama zagadka skonstruowana całkiem sprytnie. Widać też, że autor ma dużą przyjemność z prowadzenia tej intelektualnej gry z czytelnikiem.
Z drugiej strony nie miałam poczucia, że to książka, która na długo zostanie w mojej pamięci. Jest dobra, solidnie napisana, ale nie wywołuje aż tak silnych emocji. Bardziej przypomina elegancki hołd dla klasycznych kryminałów niż historię, która naprawdę potrafi zaskoczyć czy wstrząsnąć czytelnikiem.
To jednak wciąż przyjemna lektura dla osób, które lubią tradycyjne zagadki detektywistyczne i klimat historii w stylu Agathy Christie – spokojne tempo, dużo rozmów i dedukcji oraz stopniowe odkrywanie prawdy.
7/10 – dobra, sprawnie napisana książka, choć raczej taka, którą czyta się z przyjemnością tu i teraz, ale niekoniecznie pamięta jeszcze długo po zakończeniu.
Klasyczna zagadka w stylu starych kryminałów. Odcięta od świata wyspa, grupa osób uwięzionych przez sztorm i tajemnicza śmierć, która od początku wydaje się… zbyt idealna, by była przypadkowa. W centrum wydarzeń znajduje się Hopalong Basil – aktor, który przez lata wcielał się na ekranie w detektywa inspirowanego Sherlockiem Holmesem. Kiedy dochodzi do zbrodni, postanawia...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02-10
Sięgnęłam po tę książkę z dużą ciekawością, bo bardzo lubię cykl o Lipowie pani Puzyńskiej i miałam wobec „Nic takiego” całkiem spore oczekiwania. No i… Było dobrze. Po prostu dobrze. Ale jednak nie aż tak, jak się po cichu spodziewałam.
Fabuła jest solidna, przemyślana, a zagadka kryminalna skonstruowana w taki sposób, że chce się ją rozwiązywać razem z bohaterami. Są anonimowe listy, jest morderstwo, są tajemnice z przeszłości i wyraźnie zaznaczony wątek psychologiczny. To wszystko działa i trzyma w napięciu, choć momentami miałam wrażenie, że tempo mogłoby być nieco lepsze, a niektóre fragmenty — odrobinę krótsze.
Podobała mi się konstrukcja postaci, szczególnie to, że nie są jednoznaczne. Każdy coś ukrywa, każdy ma swoje demony i własne motywacje. Relacje między bohaterami są ciekawie zarysowane, choć… zabrakło mi tego „czegoś”, co tak bardzo kochałam w Lipowie. Tam czułam więź z miejscem i ludźmi niemal od pierwszych stron. Tutaj było bardziej poprawnie niż emocjonalnie.
Nie jest to zła książka — wręcz przeciwnie. To dobry, rzetelny kryminał, który czyta się z zainteresowaniem i bez poczucia straconego czasu. Po prostu, znając możliwości autorki i pamiętając, jak bardzo wciągnął mnie wcześniejszy cykl, liczyłam na mocniejsze uderzenie.
7/10 — bo historia jest wciągająca i dobrze napisana, ale do ukochanego Lipowa jednak trochę jej brakuje. Mimo wszystko chętnie sprawdzę, w jakim kierunku ta seria będzie się dalej rozwijać.
Sięgnęłam po tę książkę z dużą ciekawością, bo bardzo lubię cykl o Lipowie pani Puzyńskiej i miałam wobec „Nic takiego” całkiem spore oczekiwania. No i… Było dobrze. Po prostu dobrze. Ale jednak nie aż tak, jak się po cichu spodziewałam.
Fabuła jest solidna, przemyślana, a zagadka kryminalna skonstruowana w taki sposób, że chce się ją rozwiązywać razem z bohaterami. Są...
2026-02-08
Po rozpoczęciu II wojny światowej siedemnastoletnia wówczas Anastazja Zielińska wraz z rodziną zostaje zesłana na Sybir. Razem z nimi trafiają tam też inni, w tym znienawidzony przez nią Leon Białowąs, którego Anastazja uważa za największego łobuza na świecie i którego rodzina złożyła donos na Zielińskich… O tym jednak dowiadujemy się z dziennika Anastazji, a ją samą poznajemy w chwili, kiedy w 1990 roku doznaje rozległego udaru. Traci niemal wszystkie wspomnienia. A wsparcie oferuje jej nie kto inny tylko Leon Białowąs, który czyta jej pisany przez nią podczas pobytu w Kazachstanie stary dziennik. Wspomnienia powoli wracają. Ale czy na wszystkie z nich Anastazja była gotowa?
Z bardzo dużymi oczekiwaniami zabrałam się za czytanie najnowszej książki Anny Rybakiewicz. I nie rozczarowałam się. II wojna światowa, zesłanie, Sybir, nienawiść, rodzina, przyjaźń, miłość, śmierć, głód, walka o przetrwanie… A w środku tego wszystkiego nasza bohaterka. Anastazja. Która musiała szybko zostawić dzieciństwo za sobą, szybko wydorośleć, stać się odpowiedzialną młodą kobietą zmuszaną niejednokrotnie do podejmowania ciężkich decyzji. Poznajemy także ojca dziewczyny, jej matkę, siostrę, brata. Jej losy splatają się z losami Leona i jego brata. Postacie są mocnym punktem powieści. Mamy tutaj ich cały przegląd. Wszystkich łączy jedno – muszą przetrwać w nieprzyjaznym klimacie wśród nieprzychylnych Sowietów. Z różnym skutkiem. I od razu wiadomo, że nie wszyscy przetrwają, że nie wszyscy będą wystarczająco silni, że nie wszystkim wystarczy odwagi.
W powieści powtarza się wiele razy łacińska sentencja „Per aspera ad astra”, od której to wziął się tytuł powieści. Życie przynosi cierpienie, przez które czasami trzeba przejść, aby dosięgnąć szczęścia, którego nawet się nie spodziewamy w życiu zaznać. Anastazja i jej rodzina trafili do piekła i musieli sobie w nim poradzić. Czy wtedy dziewczyna mogła myśleć o tym, że w życiu spotka ją coś dobrego? Na pewno nie. A jednak przypominała sobie te właśnie słowa i były one dla niej ukojeniem.
I ja się muszę teraz do czegoś przyznać – podczas czytania książek zazwyczaj nie płaczę, a tutaj zaczęłam już niemal na samym początku. Chyba żadna książka nigdy nie podziała na mnie w taki sposób. Choć przeczytałam ich naprawdę wiele w swoim życiu. A „Przez trudy do gwiazd” to książka wyjątkowa. Taka, która zostaje. Taka, której się nie zapomina. Taka, którą analizuje się jeszcze długo po przeczytaniu. Taka, którą można polecić każdemu.
Po rozpoczęciu II wojny światowej siedemnastoletnia wówczas Anastazja Zielińska wraz z rodziną zostaje zesłana na Sybir. Razem z nimi trafiają tam też inni, w tym znienawidzony przez nią Leon Białowąs, którego Anastazja uważa za największego łobuza na świecie i którego rodzina złożyła donos na Zielińskich… O tym jednak dowiadujemy się z dziennika Anastazji, a ją samą...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-29
Bardzo ciekawa i bardzo dobra książka. Taka, która robi wrażenie – i to nie dlatego, że jest przyjemna, tylko dlatego, że jest bezczelna, brudna, momentami obrzydliwa, a jednocześnie zaskakująco trafna.
Tu nie ma ładnego świata. Jest przemoc, alkohol, seks, smród, szarość, moralny rozkład. Jest język paskudny, soczysty, dosadny – momentami wręcz agresywny. I on dokładnie taki ma być, bo ten świat innego języka by nie udźwignął. Pišťanek niczego nie wygładza, nie próbuje robić z bohaterów łobuzów z zasadami. To są ludzie prymitywni, chciwi, brutalni, często odpychający. I przez to strasznie prawdziwi w tym, co autor chce pokazać.
Najmocniejsze w tej książce jest to, że pod całą warstwą brudu i groteski kryje się doskonała karykatura rodzącego się kapitalizmu. Świata, w którym nagle wolno wszystko, więc wygrywa ten, kto jest najbardziej bezwzględny, najbardziej pozbawiony hamulców. Kariera Rácza nie jest tu historią od zera do bohatera, tylko raczej „od zera do potwora” – i to potwora, którego ten system wręcz potrzebuje.
Czyta się to z mieszanką rozbawienia, obrzydzenia i niepokoju. Bo to bywa śmieszne. Bywa absurdalne. Bywa przerysowane. Ale jednocześnie bardzo często uderza myśl: kurczę, to wcale nie jest takie dalekie od rzeczywistości. Ta książka pokazuje, jak cienka potrafi być granica między sprytem a bandytyzmem, między przedsiębiorczością a zwykłą przemocą, między sukcesem a moralnym dnem.
Dla mnie to jedna z tych historii, które bardziej się przeżywa niż lubi. Nie ma tu postaci, którym się kibicuje. Raczej takich, którym się przygląda z rosnącym zdumieniem i lekkim niesmakiem. Ale właśnie dlatego zostaje w głowie. Zaskakuje, robi wrażenie, momentami męczy, ale jednocześnie wciąga.
Zasłużone 8/10 – za odwagę, za styl, za bezlitosne pokazanie świata, który wcale nie jest tak daleko od naszego. Za książkę, która nie głaszcze, tylko brudzi ręce czytelnikowi. I zmusza, żeby chwilę po niej pomyśleć.
Bardzo ciekawa i bardzo dobra książka. Taka, która robi wrażenie – i to nie dlatego, że jest przyjemna, tylko dlatego, że jest bezczelna, brudna, momentami obrzydliwa, a jednocześnie zaskakująco trafna.
Tu nie ma ładnego świata. Jest przemoc, alkohol, seks, smród, szarość, moralny rozkład. Jest język paskudny, soczysty, dosadny – momentami wręcz agresywny. I on dokładnie...
2026-01-15
„Czerwone jezioro” to solidny, dobrze napisany kryminał sensacyjny, który czyta się sprawnie i bez bólu, ale który – przynajmniej dla mnie – nie wszedł na poziom „wow, będę o nim myśleć jeszcze tygodniami”. To raczej książka, która robi swoje i robi to poprawnie.
Najmocniejszą stroną powieści jest atmosfera. Autorka bardzo dobrze operuje mrokiem, niedopowiedzeniem i poczuciem, że pod elegancką, luksusową fasadą kryje się coś bardzo nieczystego. Motyw przyjęcia weselnego rosyjskiego oligarchy, starej radzieckiej przeszłości i legendy Czerwonego Jeziora buduje ciekawy, momentami naprawdę niepokojący klimat. Jest duszno, niekomfortowo, chwilami wręcz lepko od sekretów – i to zdecydowanie działa na plus.
Główny bohater, Kuba Krall, to postać dość klasyczna, ale nie irytująca. Złamany fotoreporter, trauma wojenna, alkohol, poczucie wypalenia – znamy ten schemat, ale został on tu poprowadzony przyzwoicie. Krall nie jest ani przesadnie heroiczny, ani zupełnie papierowy. Jego spojrzenie fotografa, skupienie na detalach i obrazach to ciekawy zabieg, który pasuje do fabuły i motywu „prawdy ukrytej w zdjęciach”.
Fabuła rozwija się logicznie, tempo jest w większości dobre, a wątek kryminalny trzyma poziom. Nie ma chaosu, nie ma dziur fabularnych, wszystko się domyka. Jednocześnie… właśnie ta poprawność sprawia, że książka momentami wydaje się zbyt bezpieczna. Brakuje mi tu czegoś, co naprawdę wytrąciłoby z równowagi – jakiegoś fabularnego ryzyka, mocniejszego twistu albo emocjonalnego uderzenia, które zostawiłoby mnie z poczuciem „kurczę, to było mocne”.
Postacie drugoplanowe są funkcjonalne, ale raczej nie zapadają głęboko w pamięć. Spełniają swoje role w historii, jednak niewiele z nich zostaje po zamknięciu książki. Podobnie z wątkami pobocznymi – ciekawe, momentami intrygujące, ale nie zawsze w pełni wykorzystane.
Jest to dobra, solidna książka. Wciąga, ma klimat, jest sprawnie napisana i bez wstydu można ją polecić fanom kryminałów i sensacji. Jednocześnie nie jest to tytuł, który wywraca gatunek do góry nogami czy zostaje w głowie na długo.
Dla mnie uczciwe 7/10 – z przewagą plusów nad minusami, ale też z poczuciem, że potencjał był jeszcze trochę większy.
„Czerwone jezioro” to solidny, dobrze napisany kryminał sensacyjny, który czyta się sprawnie i bez bólu, ale który – przynajmniej dla mnie – nie wszedł na poziom „wow, będę o nim myśleć jeszcze tygodniami”. To raczej książka, która robi swoje i robi to poprawnie.
Najmocniejszą stroną powieści jest atmosfera. Autorka bardzo dobrze operuje mrokiem, niedopowiedzeniem i...
2025-11-23
Ta książka mnie trochę zmiotła emocjonalnie — ale w taki dobry, potrzebny sposób.
„Rów Mariański” zaczyna się jak uderzenie prosto w mostek. Śmierć Tima jest tu nie tylko wydarzeniem fabularnym, ale prawdziwą przepaścią, w którą wpadasz razem z Paulą. I to było dla mnie najmocniejsze — Jasmin Schreiber świetnie pokazuje, jak żałoba jest jednocześnie chaosem, pustką, absurdem i ucieczką przed samym sobą. Nic nie jest tu patetyczne ani przesadnie dramatyczne, a mimo to boli.
A potem pojawia się on — ten dziwny, ekscentryczny starszy facet, który nie próbuje jej naprawiać, tylko po prostu z nią idzie. I nagle robi się lżej. Nie „lepiej”, tylko właśnie lżej. Bardzo doceniłam to, że książka nie obiecuje cudownego ozdrowienia — pokazuje raczej, że można nauczyć się oddychać pod wodą, zanim wypłyniesz.
Relacja Pauli z bratem? Rozwaliła mnie. Bardzo czuła, zwyczajna, bez cukru — przez to jeszcze bardziej prawdziwa. A humor? O matko, ten humor w miejscach, w których kompletnie się go nie spodziewałam. I działa! To takie śmiechy przez łzy, które pozwalają przeżyć.
Styl Schreiber jest lekki, obrazowy, trochę poetycki, ale nie popadający w kicz. Choć muszę przyznać — miejscami tempo było nierówne, miałam moment, że potrzebowałam chwili, żeby wrócić do historii. Ale nie przeszkadzało mi to na tyle, żeby odebrać przyjemność z lektury.
To jest książka, która nie musi być wielka, żeby zostać w środku. Daje nadzieję, nie obiecując cudów. Uczy, że czasem wystarczy jeden człowiek, jeden impuls, żeby zacząć ruszać się z miejsca — nawet jeśli bardzo powoli.
Dla mnie solidne, szczere 8/10. I taka lektura, o której jeszcze trochę się myśli po jej zamknięciu.
Ta książka mnie trochę zmiotła emocjonalnie — ale w taki dobry, potrzebny sposób.
„Rów Mariański” zaczyna się jak uderzenie prosto w mostek. Śmierć Tima jest tu nie tylko wydarzeniem fabularnym, ale prawdziwą przepaścią, w którą wpadasz razem z Paulą. I to było dla mnie najmocniejsze — Jasmin Schreiber świetnie pokazuje, jak żałoba jest jednocześnie chaosem, pustką,...
2025-11-23
Ta książka była dla mnie takim bardzo dziwnym doświadczeniem. Z jednej strony absolutnie widzę, skąd ten zachwyt i nagrody — „Orbita” ma momenty, w których człowiek zatrzymuje się i po prostu chłonie język, obrazy, kosmos, Ziemię widzianą z dystansu. To jest piękne w bardzo spokojny, kontemplacyjny sposób. Atmosfera statku kosmicznego, cisza, powolne dryfowanie — bardzo sugestywne.
Ale jednocześnie nie wszystko tutaj zagrało.
Oczekiwałam czegoś bardziej emocjonalnego, skoro tematem jest kruchość życia, żałoba, tęsknota i świadomość, że wszystko, co kochamy, jest bardzo daleko. A dostałam bardziej intelektualną łamigłówkę niż historię, która naprawdę łapie za serce. Bohaterowie wydali mi się odlegli — jak planety, które mijasz, ale nigdy nie lądujesz. Chciałam ich poznać głębiej, poczuć ich lęki, relacje, wewnętrzne pęknięcia, a zamiast tego często gubiłam się w opisach i refleksjach, które wracały w podobnej formie.
Były momenty zachwytu, absolutnie — zwłaszcza te, gdy astronautki patrzą na Ziemię i nagle wszystko staje się absurdalnie ludzkie, małe, wrażliwe. Tylko że zaraz potem tempo spadało na tyle, że traciłam zaangażowanie. I to boli, bo potencjał był ogromny.
Więc dla mnie „Orbita” to raczej podziw niż miłość. Śliczna forma, ciekawy koncept, kilka mocnych zdań, które chciałoby się zapisać — ale całość nie poruszyła mnie na tyle, żebym długo o niej myślała.
Solidne 6/10. Dobra, ale nie taka, która zostanie w środku.
Ta książka była dla mnie takim bardzo dziwnym doświadczeniem. Z jednej strony absolutnie widzę, skąd ten zachwyt i nagrody — „Orbita” ma momenty, w których człowiek zatrzymuje się i po prostu chłonie język, obrazy, kosmos, Ziemię widzianą z dystansu. To jest piękne w bardzo spokojny, kontemplacyjny sposób. Atmosfera statku kosmicznego, cisza, powolne dryfowanie — bardzo...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-09-24
"Jeździec bez głowy" Thomasa Mayne’a Reida to powieść, która ma w sobie klimat dawnych historii – egzotyczna sceneria Teksasu, namiętności, zazdrość, honor i tajemnica, która spaja całą fabułę. Widać, że książka miała kiedyś ogromną siłę oddziaływania: osnuta wokół romansu, rywalizacji i zbrodni, rozgrywa się na tle dzikiej przyrody, mustangów i słońca południa. Autor umiejętnie buduje intrygę, a sama postać tytułowego jeźdźca przyciąga uwagę i daje tej historii mroczny, nieco gotycki posmak.
Przyznam jednak, że spodziewałam się czegoś więcej. Miejscami akcja dłuży się, a styl, mimo całej barwności opisów, bywa nieco ciężki i archaiczny. To, co kiedyś mogło zachwycać rozmachem i egzotyką, dziś chwilami wydaje się zbyt rozwlekłe. Postacie też nie zawsze nabierają głębi – są raczej figurami podporządkowanymi fabule i dramatowi niż żywymi bohaterami.
Mimo to, powieść ma swój urok. Można ją czytać jako podróż w czasie – do epoki, kiedy literatura przygodowa miała przede wszystkim bawić i trzymać w napięciu. I rzeczywiście: mimo moich zastrzeżeń, intryga ciągle wciąga, a tajemnica „jeźdźca bez głowy” sprawia, że chce się dobrnąć do końca.
Dla mnie to książka ciekawa jako doświadczenie literackie i spotkanie z dawną klasyką. Nie zachwyciła tak, jak oczekiwałam, ale też nie rozczarowała całkowicie – pozostawiła raczej wrażenie solidnej, przygodowej historii, która ma swoje momenty, ale nie wybija się ponad przeciętność współczesnych oczekiwań.
"Jeździec bez głowy" Thomasa Mayne’a Reida to powieść, która ma w sobie klimat dawnych historii – egzotyczna sceneria Teksasu, namiętności, zazdrość, honor i tajemnica, która spaja całą fabułę. Widać, że książka miała kiedyś ogromną siłę oddziaływania: osnuta wokół romansu, rywalizacji i zbrodni, rozgrywa się na tle dzikiej przyrody, mustangów i słońca południa. Autor...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-06-26
W okolicach Płocka przy nieczynnej rzeźni zostają znalezione trzy martwe kobiety. Wszystkie są otyłe i mają na sobie świńskie maski. Za wycieraczką radiowozu morderca zostawia zdjęcia ofiar zrobione polaroidem oraz list. Wkrótce dochodzi do kolejnej zbrodni. Okoliczni mieszkańcy zaczynają się bać. Wybucha panika. Lena Osowska, youtuberka znana jako Osa, wyczuwa narastającą w mieście psychozę. A morderca wcale nie zamierza przestać. To dopiero początek…
Kolejna książka Darii Orlicz, którą przeczytałam z wielkim zainteresowaniem. Przyznam, że jeszcze nie zdarzyło mi się czytać thrillera z takimi opisami. Morderca „odczłowieczył” swoje ofiary w każdy możliwy sposób. Nie tylko czynami, ale także słowami. To było mocne… Bardzo mocne. Wnikanie do umysłu mordercy, przyglądanie się jego czynom, odkrywanie przyczyn jego morderstw i nienawiści – to wszystko na pewno jest ozdobą książki. A temat jest, trzeba przyznać, dość kontrowersyjny. Więc na pewno nie jest to lektura dla wrażliwych osób. Z całą pewnością nie. I mogę powiedzieć nawet więcej – nie każdemu przypadnie do gustu, bo jednak realizm sytuacji i te opisy nie zostały pozbawione żadnych szczegółów – autorka podaje nam wszystko na tacy i niczego nie ukrywa. A wyobraźnia robi swoje. I możemy się tylko domyślać, że jest brutalnie. Bardzo brutalnie.
Dla mnie powieść „Były sobie świnki trzy” jest przestrogą. Przed ludźmi. W dzisiejszym świecie nigdy nie wiemy co tak naprawdę ludzi denerwuje, na co zwracają uwagę, jak na nas patrzą. Nigdy nie wiadomo kto może zrobić nam krzywdę. Nie tylko fizycznie, nie tylko czynem. Polecam przede wszystkim miłośników mocnych thrillerów.
W okolicach Płocka przy nieczynnej rzeźni zostają znalezione trzy martwe kobiety. Wszystkie są otyłe i mają na sobie świńskie maski. Za wycieraczką radiowozu morderca zostawia zdjęcia ofiar zrobione polaroidem oraz list. Wkrótce dochodzi do kolejnej zbrodni. Okoliczni mieszkańcy zaczynają się bać. Wybucha panika. Lena Osowska, youtuberka znana jako Osa, wyczuwa narastającą...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-06-11
Dawniej uwielbiałam włóczyć się po cmentarzach, więc po książkę Mariany Enriquez sięgnęłam z ogromną ciekawością. „Ktoś chodzi po twoim grobie” to bowiem przewodnik po cmentarzach w różnych częściach świata. Autorka oddała obraz cmentarzy oraz ludzi, którzy tam spoczywają, którzy żyli kiedyś tak jak my i w ten sposób oddała im niejako hołd.
Mamy tutaj cmentarze bardzo znane, jak i te kompletnie zaniedbane, o których ludzie zapomnieli, a czas nie był dla nich łaskawy. I przyznam, że właśnie takie cmentarze są najlepsze. Każdy szuka grobów sławnych i znanych osób, a co z tymi całkiem zwyczajnymi ludźmi? Autorka sprawia, że pamięć o nich powraca. Można wyczuć tutaj jej fascynację takimi miejscami oraz tematyką obrzędów pogrzebowych. Bardzo dokładnie opisuje nam, w jaki sposób trafiła na dany cmentarz, kogo spotkała na swojej drodze i jakie odczucia towarzyszyły jej wizytom.
Sporo tutaj ciekawostek o każdym z opisanych cmentarzy. Anegdoty, lokalne legendy, które ożywają w opowiadaniu snutym przez panią Marianę. Bardzo dużo tutaj odniesień do kultury: do filmów, seriali, książek, utworów muzycznych. Autorka nie stroni także od wspominania o zjawiskach nadnaturalnych i stworzeniach znanych jedynie z legend, takich jak wampiry, duchy czy wilkołaki.
Przyznam, że nieco kiepskie tłumaczenie i redakcja (a właściwie to jej brak) nieco odbierają frajdę z czytania i jest kilka zgrzytów. Ale plusów jest zdecydowanie więcej. A czy warto sięgnąć po książkę? Oczywiście, że warto! Choćby po to, aby poznać chociażby tradycje Święta Zmarłych w Meksyku, odwiedzić paryskie katakumby, zaznajomić się z problemem porywaczy ciał, z dziwnymi i przerażającymi miejscami, gdzie dochodziło do okrutnych praktyk… Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Więc mimo wszystko – polecam!
Dawniej uwielbiałam włóczyć się po cmentarzach, więc po książkę Mariany Enriquez sięgnęłam z ogromną ciekawością. „Ktoś chodzi po twoim grobie” to bowiem przewodnik po cmentarzach w różnych częściach świata. Autorka oddała obraz cmentarzy oraz ludzi, którzy tam spoczywają, którzy żyli kiedyś tak jak my i w ten sposób oddała im niejako hołd.
Mamy tutaj cmentarze bardzo...
2025-05-28
Akcja powieści „Chłop i szlachcianka” rozgrywa się na początku XVIII wieku w Wielkopolsce. Wera jest szlachcianką i w wyniku skandalu nie ma widoków na zamążpójście. Jest bardzo niezależna i uparta. Podczas pobytu w rodzinnym majątku spotyka chłopa Marcina. Między nimi rodzi się uczucie. Zakazane uczucie. Czy będzie dane im cieszyć się szczęściem?
Zaintrygował mnie tytuł powieści oraz jej opis. Bo w książkach o takiej tematyce to głównie szlachcic zakochuje się w chłopce, a tu mamy odwrotną sytuację – szlachcianka zakochuje się w chłopie. I co z tego wynika? Życie chłopów nie było usłane różami – to wszyscy wiemy z lekcji historii. To uczucie wydaje się z góry skazane na porażkę. A jak było? O tym dowiecie się czytając książkę. Bo naprawdę warto! A dlaczego? Już mówię.
Realia polskiej wsi i dworu w XVIII wieku zostały dokładnie zachowane i opisane. Wszystko tutaj wydaje się bardzo realistyczne i prawdopodobne. Bo pewnie takie sytuacje miały miejsce w rzeczywistości. Życie szlachty wydaje się beztroskie i niczym niezakłócone. Ale ktoś musi na nich pracować… A są to właśnie chłopi, którzy zmuszeni byli do odrabiania pańszczyzny i to dzięki ich pracy szlachta mogła się bogacić. Tak właśnie jest z naszymi bohaterami. Wera jest bohaterką skandalu i ojciec wysyła ją do rodzinnego majątku. A tam właśnie pracuje Marcin – chłop, którego nasza bohaterka miała okazję spotkać. W rozmowie z nim dowiaduje się, jak on niewiele wie, nie zna się na niczym oprócz uprawy pola i prowadzenia gospodarstwa, ale jest w nim coś, co ją intryguje i przyciąga. Tak właśnie jest – nigdy nie wiemy, dlaczego kochamy tę czy tamtą osobę. Miłość jest niepojęta. Ale czy w wypadku Wery i Marcina może mieć szczęśliwe zakończenie?
Polecam powieść „Chłop i szlachcianka” z całego serca. Nie pożałujecie!
Akcja powieści „Chłop i szlachcianka” rozgrywa się na początku XVIII wieku w Wielkopolsce. Wera jest szlachcianką i w wyniku skandalu nie ma widoków na zamążpójście. Jest bardzo niezależna i uparta. Podczas pobytu w rodzinnym majątku spotyka chłopa Marcina. Między nimi rodzi się uczucie. Zakazane uczucie. Czy będzie dane im cieszyć się szczęściem?
Zaintrygował mnie tytuł...
2025-04-30
„Wróg nigdy nie umiera, jedynie zmienia oblicze.”
Zachęcona wysokimi ocenami i bardzo pozytywnymi opiniami sięgnęłam i ja po powieść „Victoria”. Tak właśnie na imię ma główna bohaterka, mieszkająca wraz z córką i siostrą w Berlinie. Akcja zaczyna się tuż po II wojnie światowej. Victoria pracuje w klubie Kassandra, gdzie śpiewem zarabia na utrzymanie swoje i rodziny. Kobieta jest także niezwykle uzdolniona w dziedzinie tworzenia potężnych szyfrów. Nie chce jednak, aby dowiedzieli się o tym wrogowie, za których po wojnie uważa się Rosjan…
I co ja mogę powiedzieć o tej książce. Moje oczekiwania były bardzo duże biorąc pod uwagę przede wszystkim oceny i zachwyty. Książka świetna, niemalże bez wad. Główna bohaterka i jej postawa wobec przeżytych nieszczęść i dążenie do zapewnienia lepszego bytu swojej córce za wszelką cenę są godne uznania. Postać siostry Victorii także jest dość wyrazista i choć chwilami zupełnie jej nie rozumiałam, to jednak miała w sobie coś wręcz pociągającego. A córka? Poznajemy ją jako małą dziewczynkę, potem jest już prawie dorosłą kobietą, wiedzącą czego chce i znającą swoją wartość – tak samo jak jej matka. Wszystkie postacie pojawiające się w powieści są nieprzypadkowe i każda z nich pokazuje nam jakiś aspekt historii. Akcja przecież dzieje się nie tylko w Berlinie, ale także w USA, gdzie także nie było zbyt różowo, nietolerancja na tle rasowym przybierała na sile, a każdy mógł zostać posądzony o współpracę z komunistami i panuje jawna niesprawiedliwość, na która jest jednak ciche przyzwolenie ze strony władz. W Berlinie za to także tworzył się wyraźny podział. Granica pomiędzy strefą wpływów państw, które wygrały wojnę, a strefą wpływów radzieckich była coraz bardziej widoczna i podzielone miasto cierpiało… A na tle tych wydarzeń nasza bohaterka, ludzie z nią związani, ich rodziny, znajomi. To wspaniała podróż przez historię. Choć nie jest zbyt wesoło i kolorowo, to jednak Victoria nie traci siły i wiary w to, że będzie lepiej, że wszystko się zmieni, stanie się lepsze.
Różni ludzie, różne postawy wobec systemu, różne zachowania i wyznawane wartości – tak było, jest i będzie. A zapoznanie się z losami Victorii i jej bliskich polecam wszystkim.
„Wróg nigdy nie umiera, jedynie zmienia oblicze.”
Zachęcona wysokimi ocenami i bardzo pozytywnymi opiniami sięgnęłam i ja po powieść „Victoria”. Tak właśnie na imię ma główna bohaterka, mieszkająca wraz z córką i siostrą w Berlinie. Akcja zaczyna się tuż po II wojnie światowej. Victoria pracuje w klubie Kassandra, gdzie śpiewem zarabia na utrzymanie swoje i rodziny....
2025-04-24
„Gdybyśmy mieli robić tylko to, co jest rozsądne, nikt by chyba niczego nie robił.”
Judith Potts to starsza uwielbiająca łamigłówki kobieta mieszkająca w Marlow. W tym na pozór sennym i spokojnym miasteczku dochodzi do morderstwa. A przynajmniej wszystko wskazuje na to, że było to morderstwo. Wobec opieszałości policji Judith postanawia zająć się tą sprawą na własną rękę. Wraz z wiernymi przyjaciółkami tworzy klub miłośniczek zbrodni. Do czego doprowadzi je ich prywatne śledztwo?
Typowa literatura cosy crime – senne miasteczko i specyficzny klimat nie mający jednak wpływu na prowadzone śledztwo. W powietrzu mimo wszystko czuć spokój, nie ma pośpiechu, życie toczy się powoli… Tej sielanki nie zaburza nawet odnalezienie zwłok sąsiada Judith. Jest to wydarzenie, które nie tylko zapoczątkowuje próbę odkrycia kto stoi za tą straszną zbrodnią, ale też nawiązanie nie zawsze oczywistych przyjaźni. Na pewno bardzo barwnych. Cała intryga przypomina krzyżówkę, a główna bohaterka właśnie je uwielbia najbardziej.
Powieść jest naprawdę wciągająca i zajmująca, ale w nieco inny sposób niż typowe kryminały. Może to właśnie przez ten wspomniany już na początku klimat? Pewnie tak. Ale nie zmienia to faktu, że czytanie „Klubu miłośniczek zbrodni” było całkiem przyjemnym doświadczeniem.
„Gdybyśmy mieli robić tylko to, co jest rozsądne, nikt by chyba niczego nie robił.”
Judith Potts to starsza uwielbiająca łamigłówki kobieta mieszkająca w Marlow. W tym na pozór sennym i spokojnym miasteczku dochodzi do morderstwa. A przynajmniej wszystko wskazuje na to, że było to morderstwo. Wobec opieszałości policji Judith postanawia zająć się tą sprawą na własną rękę....
2025-04-22
„Czasami robimy różne rzeczy dla zabawy i nie zdajemy sobie sprawy z ich konsekwencji. Takie już jest życie.”
Doktor Willa Watters wraca do rodzinnego Broken Bayou w Luizjanie po skandalu zawodowym z jej udziałem. Chce przy okazji uporządkować rzeczy matki w starym rodzinnym domu. Panująca susza powoduje wysychanie lokalnych bagien i policja trafia na tajemnicze beczki zawierające ludzkie szczątki. Oraz jeszcze na coś, co wywołuje u Willi przykre wspomnienia. Współpracuje z dawnym ukochanym, który teraz jest policjantem, aby odkryć tajemnice z przeszłości.
Byłam bardzo ciekawa tej książki. Przyciągająca uwagę okładka, tytuł i opis na okładce – to wszystko zdecydowało, że z ochotą zabrałam się za czytanie. I nie zawiodłam się! Bo czyta się naprawdę wyśmienicie, a każda kolejna strona odsłania przed nami nowe tajemnice. Wspominała już, że w przeszłości czytałam bardzo dużo kryminałów i thrillerów, więc ciężko było zaskoczyć mnie tym, kim jest morderca. Bo to podejrzewałam odkąd tylko ta postać się pojawiła. Ale mimo wszystko byłam ciekawa, w jaki sposób doszło do tego wszystkiego.
Wielkim plusem są opisy okoliczności każdego z morderstw dokonanych przez naszego zabójcę. Oraz opisy jak bardzo rodzinne traumy na nas wpływają. A także tego, że natury jednak nie da się oszukać. Same postacie są bardzo dobrze napisane i nikt nie pojawia się tam przypadkiem. Małe miasteczko, wszyscy się znają, są ze sobą w jakiś sposób powiązani. A czasami jedno z pozoru błahe zdarzenie wywołuje lawinę niebezpiecznych zbiegów okoliczności i okazji do zrobienia czegoś złego. Bardzo złego.
Książkę polecam miłośnikom gatunku i mogę się założyć, że nie będziecie się nudzić podczas czytania.
„Czasami robimy różne rzeczy dla zabawy i nie zdajemy sobie sprawy z ich konsekwencji. Takie już jest życie.”
Doktor Willa Watters wraca do rodzinnego Broken Bayou w Luizjanie po skandalu zawodowym z jej udziałem. Chce przy okazji uporządkować rzeczy matki w starym rodzinnym domu. Panująca susza powoduje wysychanie lokalnych bagien i policja trafia na tajemnicze beczki...
2025-04-18
„Żyję przerażony tym, że żyję.”
Do tej pory miałam okazję przeczytać dwie książki pióra Marqueza i to chyba te najbardziej znane: „Miłość w czasach zarazy” i moje ukochane na wieki wieków arcydzieło „Sto lat samotności”. Ale czas to zmienić! I kiedy akurat wpadła mi w ręce książka „O miłości i innych demonach” uznałam, że to znak, aby zapoznać się z większą ilością dzieł kolumbijskiego noblisty.
Dostajemy tutaj historię niemożliwej miłości pomiędzy opętaną piętnastolatką i egzorcystą. Wydaje się to wręcz nierealne. Tytułowa miłość oraz demony są tutaj przedstawione w wielu postaciach i odsłonach. Opętanie ma tutaj wymiar zarówno fizyczny jak i duchowy. A miłość determinuje los człowieka.
Historia zakazanego uczucia przywodzi nieco na myśl „Lolitę” Nabokova, ale tutaj dostajemy prawdziwe oczarowanie, wręcz opętanie miłością. Oraz całą gamę osobliwości i charakterystyczną dla Marqueza umiejętność czarowania słowem. I do tego bogata wyobraźnia. Może nawet za bardzo bogata… Ale akurat ten aspekt zupełnie mi nie przeszkadza!
Istnieją książki o zakochanych księżach, zakonnikach, spowiednikach… Więc dlaczego nie egzorcysta? Ta historia jest tak inna niż wszystkie inne, tak wyjątkowa i aż żal, że ta krótka. Ma swoich zwolenników, przeciwników także… A ja tylko nieśmiało mogę polecić jej przeczytanie.
„Żyję przerażony tym, że żyję.”
Do tej pory miałam okazję przeczytać dwie książki pióra Marqueza i to chyba te najbardziej znane: „Miłość w czasach zarazy” i moje ukochane na wieki wieków arcydzieło „Sto lat samotności”. Ale czas to zmienić! I kiedy akurat wpadła mi w ręce książka „O miłości i innych demonach” uznałam, że to znak, aby zapoznać się z większą ilością dzieł...
2025-04-16
„Bez względu na to, czy bierze się w dłonie kądziel, czy też swój los, potrzeba wytrwałości, zapału i wiary, że to to, co się robi, ma sens.”
XIX wiek, Sandomierszczyzna. Wiktoria Słoczyńska, córka powstańca listopadowego, nie chce wyjść za człowieka, którego wybrał dla niej ojczym. Z pomocą służby ucieka więc do Wilna, ale los chce, aby znalazła się w majątku Łempickich. Jej życie dziwnie splata się z życiem mieszkającej w tych stronach ponad 200 lat temu Vaivy, która uznawana była za czarownicę…
Nawet nie sądziłam, że ta historia tak bardzo mnie wciągnie. Nie mogłam się oderwać nawet na moment, bo byłam ciekawa, co dalej. Główną bohaterkę polubiłam od razu, bo Wiktoria to typ kobiety, która nie da sobie w kaszę dmuchać. I takie postacie lubię najbardziej – nie godzące się na zbytnią ingerencję innych we własne życie, niezależne i nietuzinkowe. A ona właśnie taka była. Nie chciała wyjść za carskiego urzędnika, znajomego swojego ojczyma. Wolała udawać kogoś, kim nie jest, byle tylko być z daleka od niego.
A co z Vaivą? XVII wiek nie był zbyt przychylny niezależnym młodym kobietom mające własne zdanie. A Vaiva do nich należała. Jedna jej decyzja zaważyła na dalszych jej losach. Czy przeżyła? Tego absolutnie nie zdradzę, bo ta powieść jest tak dobra, że znać powinien ją każdy!
Czy odnajdziemy tutaj jakieś wątki miłosne? A i owszem. Przyznam, że taka miłość jaka została opisana tutaj… Dla mnie osobiście coś wspaniałego. Wyszło nieco dramatycznie, ale chyba też o to w tym wszystkim chodzi, prawda? Nie może być za kolorowo!
To na pewno jedna z najlepszych książek, jakie do tej pory przeczytałam i oczywiście z wielką ciekawością i ochotą sięgnę po dalsze części sagi. Bo warto!
„Bez względu na to, czy bierze się w dłonie kądziel, czy też swój los, potrzeba wytrwałości, zapału i wiary, że to to, co się robi, ma sens.”
XIX wiek, Sandomierszczyzna. Wiktoria Słoczyńska, córka powstańca listopadowego, nie chce wyjść za człowieka, którego wybrał dla niej ojczym. Z pomocą służby ucieka więc do Wilna, ale los chce, aby znalazła się w majątku Łempickich....
2025-04-06
„Czasami lepiej żeglować według swoich urojeń, a nie Gwiazdy Polarnej. Wtedy przynajmniej płyniesz w tym kierunku, który sobie sama wyznaczyłaś.”
Winifred mieszka wraz z ojcem na cmentarzu. Uchodzi za dziwaczkę, ponieważ całe dnie spędza spacerując między grobami. Towarzyszy jej pies. Ludzie bardzo często biorą ją za zjawę, bo cmentarz często gości uczestników wycieczek po ‘nawiedzonym Toronto’. W końcu Winifred naprawdę zaczyna widzieć ducha i z nim rozmawiać, ale tylko ona jest w stanie dostrzec i wyczuć jego obecność. I od tej pory nic już nie jest takie samo…
Zachęcający opis, interesująca okładka – a zatem czytanie takiej książki powinno być przyjemnością. Czy faktycznie tak było? Akcja toczy się bardzo powoli, przez dużą część książki poznajemy główną bohaterkę. I mimo, że opisane są tutaj ważne z punktu widzenia Winifred problemy, to można ten fragment uznać za nużący i nieco zniechęcający do dalszej lektury. Ale i tak zostało poruszonych zostało wiele wątków, może nawet za dużo, nie wszystkie zostały odpowiednio potraktowane. Bardzo brakowało mi głębszego przedstawienia relacji Winifred z jej ojcem.
Co do samych postaci – są one nieco schematyczne. Winifred to nieco zagubiona i naiwna, choć dobroduszna nastolatka, natomiast zjawa, którą widzi – dziewczyna o imieniu Phil – jest starsza i nieco bardziej rozsądna. Pozostałe postacie są… Mało interesujące, bez żadnej głębi, opisane bardzo powierzchownie. Może taki był zamysł, aby tylko te dwie bohaterki były przedstawione i opisane nieco lepiej? Być może…
Powieść nie jest zła. Skierowana do nastolatków – to od razu widać. Porusza problemu dojrzewania i poszukiwania samego siebie. Tej grupie czytelników na pewno powieść przypadnie do gustu. Szczególnie kwestie dotyczące miłości i żałoby po najbliższych. Choćby ze względu na to warto sięgnąć po lekturę.
„Czasami lepiej żeglować według swoich urojeń, a nie Gwiazdy Polarnej. Wtedy przynajmniej płyniesz w tym kierunku, który sobie sama wyznaczyłaś.”
Winifred mieszka wraz z ojcem na cmentarzu. Uchodzi za dziwaczkę, ponieważ całe dnie spędza spacerując między grobami. Towarzyszy jej pies. Ludzie bardzo często biorą ją za zjawę, bo cmentarz często gości uczestników wycieczek po...
2025
„My, kobiety, musimy być dzielne, tak już natura nas stworzyła.”
W tej powieści dostajemy kilka historii – w różnych przedziałach czasowych. Początkowo nic się ze sobą nie łączy. Dziennikarz jest świadkiem zbrodni, ale nie może niczego udowodnić, bo wszelkie ślady zostają zatarte, młoda matka nie jest szczęśliwa w małżeństwie, cierpi ze zmęczenia i smutku, nastoletnia dziewczyna ucieka z domu nie mogąc znieść pijaństwa swoich rodziców i codziennych problemów z tym związanych. I niby żadna z tych historii wydaje się nie łączyć z drugą, to jednak z czasem wszystkie elementy układanki zaczynają wskakiwać na właściwie miejsca… Wtedy dostajemy historię, na jaką czekaliśmy od początku. Nic tutaj nie jest przypadkowe, nic nie dzieje się bez przyczyny.
Wydaje się, że wszystko toczy się powoli i niemal sennie, ale to tylko złudzenie. Atmosfera staje się coraz bardziej gęsta, a napięcie nieustannie rośnie. I nawet kiedy wydaje nam się, że wiemy już wszystko, to nadchodzi finał, który jest zimny, brutalny i odzierający ze złudzeń. Ta książka jest naprawdę świetnym thrillerem, ale też książką, która na długo wbija się do naszej głowy i zostaje tam. Widzimy tutaj jak bardzo społeczeństwo jest nieczułe na krzywdę innych oraz to jak łatwo można zostać zapomnianym i przestać dla innych istnieć żyjąc jednak nadal… Jak bardzo można pragnąć śmierci i jak bardzo przypadkowe z pozoru spotkanie wpływają na całe nasze życie.
To jedna z tych książek, której nie można odłożyć, dopóki nie przeczyta się ostatniej strony. I która pozostawia nas z milionem pytań. Bo choć wiemy już wszystko, to jednak zastanawiamy się co zrobilibyśmy na miejscu bohaterów i jak to wszystko wpłynęłoby na naszą psychikę. Thriller wart przeczytania i przeanalizowania.
„My, kobiety, musimy być dzielne, tak już natura nas stworzyła.”
W tej powieści dostajemy kilka historii – w różnych przedziałach czasowych. Początkowo nic się ze sobą nie łączy. Dziennikarz jest świadkiem zbrodni, ale nie może niczego udowodnić, bo wszelkie ślady zostają zatarte, młoda matka nie jest szczęśliwa w małżeństwie, cierpi ze zmęczenia i smutku, nastoletnia...
2025-03-14
„Każdego dnia żyłam według własnego pomysłu i to było dobre życie. Wiedziałam, czego mi brak, ale umiałam też docenić to, co mam.”
Victoria Nash i Wilson Moon. Ona wychowała się na farmie brzoskwiń, on jest włóczęgą. Pomiędzy nimi rodzi się głębokie uczucie, zakazane, wręcz niemożliwe… Niespodziewane wydarzenia powodują ucieczkę dziewczyny w góry, gdzie musi każdego dnia staczać walkę o przetrwanie, ale stawia mu czoła i stara się nie poddawać.
Sięgając po powieść Shelley Read spodziewałam się czegoś wielkiego i wspaniałego. I co dostałam? Dokładnie to, czego chciałam! Choć akcja tutaj toczy się powoli, niespiesznie, płynie przed siebie jak rzeka w tytule, to jednak od samego początku czuć ten magiczny klimat. Jest to opowieść o samotności, stracie, nadziei i niesamowitej sile. I trudne wybory, które są codziennością każdego z nas. Bo dla każdego trudnym wyborem jest coś innego. Dla każdego ważne jest co innego. Główna bohaterka imponuje tym, że się nie poddaje, a jej życie płynie pomimo przeszkód. Początkowo naiwna nastolatka, z czasem coraz bardziej dojrzała i świadoma. To wszystko dzieje się na oczach czytelnika.
I tak – jest to kolejna historia o dojrzewaniu, rasizmie i o tym, że na pewne rzeczy nie mamy wpływu, tak jak tytułowa rzeka. Niby powtarzające się motywy, można wręcz powiedzieć, że oklepane, a jednak napisane w taki sposób, że czytelnik przeżywa wszystko wraz z bohaterką. I ta niemoc… Dlaczego życie potrafi być tak niesprawiedliwe?
Ta powieść jest jak życie - pełna nieprzewidywalnych zwrotów akcji, mogących zmienić wszystko w jednej chwili. Ale mimo wszystko wszystko toczy się dalej. I płynie. Jak rzeka… Lektura godna polecania!
„Każdego dnia żyłam według własnego pomysłu i to było dobre życie. Wiedziałam, czego mi brak, ale umiałam też docenić to, co mam.”
Victoria Nash i Wilson Moon. Ona wychowała się na farmie brzoskwiń, on jest włóczęgą. Pomiędzy nimi rodzi się głębokie uczucie, zakazane, wręcz niemożliwe… Niespodziewane wydarzenia powodują ucieczkę dziewczyny w góry, gdzie musi każdego dnia...
Kiedy dowiedziałam się, że autorka uwielbianej przeze mnie "Sagi ułańskiej" wydaje nową książkę, nie mogłam doczekać się kiedy będę mogła ją przeczytać.
"Tamtego dnia zgasło niebo" to historia Meli, która tuż przed setnymi urodzinami prababci zjawia się w rodzinnym Klonowie i odkrywa na strychu stare listy miłosne, które adresowane są do siostry jej prababci - Amelii. A ich autorem jest Niemiec z sąsiedztwa - Lucas. A wszystko to zbiega się w czasie ze znalezieniem w lesie nieopodal zwłok sprzed 80 lat. Mela, która już dawno odkryła w sobie żyłkę detektywa, zaczyna interesować się tą sprawą. Los stawia na jej drodze przystojnego Niemca - Thomasa. Czy to przypadek, że akurat teraz przyjechał do Klonowa? Co odkryją Mela i Thomas? I czy Mela przezwycięży w końcu swoją ogromną niechęć do Niemców, która tkwi w niej od zawsze? Ta książka to... Nawet nie wiem jakich słów mogę tutaj użyć. Jestem pod naprawdę wielkim wrażeniem. I muszę przyznać, że takiego zakończenia zupełnie się nie spodziewałam. Ale po kolei... Postać Meli jest naprawdę interesująca i świetnie napisana. Widziałam opinie, w których zarzuca się jej wielokrotne podkreślanie niechęci do Niemców, ale tutaj akurat jestem w stanie ją zrozumieć. Sama mam zwyczaj podkreślania wielokrotnie, że czegoś nie lubię, więc dla mnie to całkiem normalne. Ciekawa jest też relacja Meli i Thomasa, którego poznaje zupełnie przypadkiem. A potem umawia się z nim mimo swojej niechęci do narodu, jaki on reprezentuje. I już to pokazuje, że życie jest nieprzewidywalne i czasami to, co teoretycznie nas odrzuca, zaczyna bardzo pociągać. Tutaj jest to zasługa konkretnej osoby. Ale moim zdaniem najciekawsza część książki to miłość Amelii i Lucasa. Możemy dowiedzieć się z listów jak piękne to było uczucie. Przynajmniej przed wojną. Dopóki Lucas nie wyjechał na studia do Berlina i nie nabił sobie głowy ideologiami nazistów, a potem stał się żołnierzem Wermachtu i stanęli z Amelią po dwóch stronach barykady. Ta książka opowiada o wielkiej miłości, o nienawiści, o przemianie, o rodzinnych sekretach, o przyjaźni... Jest idealna dla miłośników zagadek i historii z II wojną światową w tle. Oraz dla miłośników historii miłosnych. Czy wszystko skończyło się dobrze? Żeby się dowiedzieć, trzeba koniecznie sięgnąć po książkę i zatopić się w historii Meli, Thomasa, Amelii i Lucasa. A ja gorąco polecam!
Kiedy dowiedziałam się, że autorka uwielbianej przeze mnie "Sagi ułańskiej" wydaje nową książkę, nie mogłam doczekać się kiedy będę mogła ją przeczytać.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"Tamtego dnia zgasło niebo" to historia Meli, która tuż przed setnymi urodzinami prababci zjawia się w rodzinnym Klonowie i odkrywa na strychu stare listy miłosne, które adresowane są do siostry jej prababci - Amelii. A...