-
Artykuły
Czytamy w weekend. 27 marca 2026
LubimyCzytać381 -
Artykuły
Przeczytaj fragment książki „Zbrodnia w rezydencji“
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Tylko że życie nie zna słowa „kiedyś”. Życie zna tylko „teraz” - Gabriela Gargaś radzi
LubimyCzytać3 -
Artykuły
Jak czytać Harry’ego Hole? Kolejność książek Jo Nesbø i dlaczego warto zacząć dziś
Iza Sadowska11
Biblioteczka
2020-02-07
2020-01-09
2019-11-27
Słyszałem że zarzuca się tej książce, że jest bardzo "drewniana". No cóż, jeśli chodzi o tych którzy tak twierdzą, to trudno mi nie przyznać im racji. Jednak twierdzę, że książek które się czyta, bynajmniej nie wybiera się na ślepo, a raczej, nie powinno się tego robić, o ile nie zmuszają nas do tego okoliczności. Dlatego, do przeczytania tej pozycji podszedłem z nieco bardziej praktycznymi oczekiwaniami, niż dostarczenie wzniosłych wrażeń estetycznych. Już sam autor zaznacza, że do napisania powieści zainspirowała go książka „Socjalizm” Ludwiga von Misesa, po której opisie trudno się spodziewać czegokolwiek co można określić jako wzniosłe, pociągające, intrygujące i tym podobne, jeśli mówimy o powszechnych oczekiwaniach co do tego typu produktów wyobraźni.
Wiedza o tym, że autor jest ekonomistom, jest tutaj absolutnie niezbędna, gdyż inaczej możemy skończyć jak dzikus patrzący na przedmioty codziennego użytku w krajach Europejskich, widzący w nich mechanizmy tak dla niego niezrozumiałe, że uznaje je za magiczne. Podobne wrażenia będzie mieć również małe dziecko, ale przed fałszywymi przekonaniami o działaniu sił nadprzyrodzonych, będzie je chronić pokora wypływająca ze świadomości własnej niewiedzy. Bez takiej pokory, lektura tej książki dla osoby nie obeznanej z ekonomią, będzie jak zwiedzanie galerii, której ścian zapisane są piękną poezję, tyle że w języku którego nie rozumie.
Jako że sam z ekonomią jestem zaznajomiony na tyle by ją rozpoznawać, kiedy ją widzę, a jednocześnie na tyle by w wielu miejscach być zaskoczony nową wiedzą i czerpać radość z jej odkrycia, uważam się za wzorowego czytelnika tej książki. Ci którzy zaznajomieni są z ekonomią lepiej niż ja, mogą ją uznać za nudną, a ci którzy gorzej, za niezrozumiałą (i nudną). Jednakże ci drudzy mają jeszcze szansę docenić zdolność autora w zakresie przekazywania znanej im treści, więc im odradzam w mniejszym stopniu, niż drugiej grupie.
Hazlitt izoluje tylko te aspekty rzeczywistości, które uznaje za stosowne, dlatego powinniśmy wybaczyć mu pewne braki u głównego bohatera – Petera (i pozostałych z resztą też). Uproszczenia są nieuniknione. Ale myślę, że osoba która sama ma w sobie co nie co z twórcy, jest w stanie zrekompensować sobie pewne braki i usunąć niedopowiedzenia przy pomocy własnej wyobraźni. Zwłaszcza, jeśli jest ona wspomagana materiałem źródłowym, czyli socjalizmem, tym razem bez cudzysłowu, bo mam na myśli historię, która wskazała wielokrotnie, do czego prowadzi socjalizm i komunizm w rzeczywistości. Kilka przykładów z ZSRR, takich jak przybierające na wadze żyrandole, w fabryce gdzie płacono za nie w zależności od wagi, czy też fabryka która otrzymała nie mniej niż siedemdziesiąt różnych oficjalnych instrukcji od dziewięciu komitetów, czterech rad ekonomicznych i dwóch narodowych komitetów planowania – wszystkich upoważnionych do wydawania poleceń odnośnie produkcji w owej fabryce. Albo plany dla pewnej huty w obejmują 91 tomów zawierających 70 tysięcy stron, precyzujących dokładnie rozmieszczenie każdego gwoździa, lampy, czy umywalki. A to tylko kilka zdań ze wstępu.
Myślę że sednem opowieści jest reakcja zdrowego pod względem moralnym i umysłowym człowieka (choć główny bohater jest dodatkowo geniuszem), na życie w komunizmie. Z czasem następuje zmiana, czyli część druga, w której zadawane są pytania, i część trzecia w której bohaterowie odkrywają odpowiedzi. Sama część trzecia stanowi około 30% objętości książki, jednak w moich liczących 33 strony notatkach, zajmuje prawie 50%, czyli ostatnie 16 stron. W miarę postępu historii (która coraz mniej przypomina historię, a coraz bardziej traktat ekonomiczny) książka męczy, lecz o ile rozumie się jej język, zmęczenie to zapewnia satysfakcję. Wiśnią na torcie jest również dobrze napisane zakończenie, choć pozostaje otwarte, to jednak zamyka opowieść w hermetyczną i satysfakcjonującą całość. W której możemy się dopatrzyć wielu odniesień co do tego, kto chce zniszczyć wolności, i jakie są przyczyny tego, że systemy chcące objąć człowieka w całości jego życia gospodarczego, jak i prywatnego, nie działają.
Jednak mimo genezy i celu książki, kilka scen naprawdę poruszyło moje serce, zwłaszcza opis pola nieużytków z dziko rosnącymi słonecznikami, kwiatostan każdego z nich został pozbawiony nasion przez głodujących. A wspomniane zaskoczenie, stanowiło niewielki, choć znaczący wstrząs. Nie jest to powieść doskonała, ale moja wiedza ekonomiczna i może nie tylko ona, sprawiła, że mimo wszystko uważam ją za lepszą niż „Rok 1984” Orwella. Patrząc na jej strukturę, widzę odniesienia do prawdy (sytuacja w ZSRR) i rozwinięcie, wiele razy. U Orwella jest podobnie, lecz czasem dodatek od wyobraźni, jest zdecydowanie przerośnięty. Ponadto tam, główny bohater nienawidzi zła, ale prawnie nie kocha dobra. Peter z kolei, jest zdolny do tego by go pragnąć, i nawet wyrazić kilka uczuć, pomimo brzemienia władzy nadal pragnie zostać pianistą i się ożenić. Choć wydaje się być niekompletnym człowiekiem, nie mam wątpliwości, że rzeczywiście jest człowiekiem. Podczas gdy Orwellowski Winston, budzi we mnie podobne uczucia, co u C.S. Lewisa, który twierdził, że jest on zdecydowanie mniej ludzki, niż zwierzęta w innym, moim zdaniem niedocenionym, dziele Orwella „Folwark Zwierzęcy”.
Dlatego mam szczerą nadzieję, że „Cofnięcie Czasu” zastąpi kiedyś wizję Orwella, które można przeczytać, wzruszyć się, a następnie iść prosto drogą w stronę stworzenia piekła jakie przedstawił, myśląc: "ja taki nie jestem, jestem dobrym człowiekiem, to ludzie zawiedli a nie system, gdyby władza była w rękach kogoś takiego jak ja, wszyscy byliby szczęśliwi". Książka Hazlitta jest inna, zawiera sobie większą część prawdy. Prawdy, którą należy czasem się karmić, a nie jedynie ją zgłębiać do wyczerpania sił, w co sam czasami daję się wciągnąć.
Serdecznie polecam. zwłaszcza zaznajomionym z dziełami ekonomistów reprezentujących austriacką szkołę ekonomii.
Słyszałem że zarzuca się tej książce, że jest bardzo "drewniana". No cóż, jeśli chodzi o tych którzy tak twierdzą, to trudno mi nie przyznać im racji. Jednak twierdzę, że książek które się czyta, bynajmniej nie wybiera się na ślepo, a raczej, nie powinno się tego robić, o ile nie zmuszają nas do tego okoliczności. Dlatego, do przeczytania tej pozycji podszedłem z nieco...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2019
Jak wyjaśnia autor, ma on skłonność do tworzenia kontrowersyjnych tytułów po ojcu, który, co ciekawe, był jednym z czołowych kaznodziei i pisarzy metodystycznych w Anglii. Napisał on książkę „Katolicyzm protestantyzmu” więc to wyjaśnia śmiałość jego syna, który nazywa się w podtytule najsłynniejszym ateistom świata.
Książka nie jest łatwa. Autor zaznacza już na początku, że choć uznał że wszechświat pochodzi od Absolutu. To nadal pozostaje mortalistą, czyli nie wierzy w życie pozagrobowe. Ci którzy uważają, że uwierzył dla wygody, najpewniej nie przeczytali książki dokładnie.
Przeciwnie co do dociekań ateistów, którzy nazwali go dosłownie apostatom, Flew wspomina, że stracił wiarę już w młodości, co ukrywał, bo bał się konfrontacji z ojcem (zapewne z wielu powodów). Tak czy owak, uznał że nie warto ujawniać prawdy, kiedy przynosi ona ból, jemu i jego rodzinie, co pasuje jak ulał do konformizmu, który mu się zarzuca wobec jego nawrócenia.
Warto się zapoznać z treścią książki wierzącym w Boga chrześcijańskiego, gdyż obrazuje ona drogę niezupełnie do Niego, lecz do tak zwanego Boga Arystotelesa, czy też Absolutu, który jest czymś mniej niż Bóg w którego wierzą chrześcijanie, to Bóg w którego wierzą chrześcijanie jest Absolutem. Flew określa swoje rozumowania jako teologię naturalną, oraz pielgrzymkę rozumu. Co to znaczy dla przeciętnego czytelnika? No cóż, raczej niewiele, kiedy jest utrwalony w swoim ateizmie, jednak dla kogoś kto chce uzasadniać swoją wiarę na podstawie faktów naukowych, które przekonały przynajmniej jednego ateistę, książka może okazać się nadzwyczaj pożyteczna.
Sam Flew przez większość swojego życia był ateistom. Jak sam wspomina, wierzył kiedyś, że istnienie Boga, jest sprzecznością tego samego rodzaju co "okrągły kwadrat". Wierzył, że można udowodnić Jego nie istnienie. Dodatkowo, był kimś więcej niż filozofem-ateistom, był filozofem religii, i twórcą całego systemu filozoficznego uzasadniającego ateistyczny punkt widzenia. Podczas gdy ludzie pokroju Sartego, Camusa, czy Russella doszli do ateizmu, jako do wniosku pobocznego.
To kim jest autor, oraz jaka jest jego historia, pozwalają na stworzenie nowej, ulepszonej wersji zakładu Pascala, w której bierzemy pod uwagę to, że zarówno kapłan który prawie całe życie poświęcił obronie religii, i prawdopodobnie zna wszystkie argumenty apologetyczne, jakie my znamy, oraz prawdopodobnie więcej, może porzucić wiarę (choć przyznaję że nie znam takiego przypadku). Oraz, że profesor filozofii w Oksfordzie, który większość długiego życia, poświęcił krytyce religii, oraz znał prawdopodobnie wszystkie argumenty jakie znamy przeciw niej, a być może i więcej, może tę wiarę przyjąć. Cały zakład nie sprowadza się do jednoznacznego rozstrzygnięcia sprawy, ale raczej do pewnego ściągnięcia skrajności z obu stron do centrum, oraz kategorycznego dowodu, że jedynym pewnikiem w kwestii religii jest zdanie "To nie jest prosta sprawa, nawet dla najlepiej wykształconych ludzi na świecie".
Poza wywodami głównego autora, znajdziemy również kilka (naście) akapitów od dwóch chrześcijan: biskupa N. T. Wrighta, oraz apologety Roya Abrahama Varghese, o których też należy wspomnieć. Stanowią one jedynie dodatek, a argumentacja w nich przedstawiona specjalnie do mnie nie trafia. Ale być może wynika to z mojej nieznajomości rzeczy. Argumentacja tam przedstawiona z pewnością będzie miała większą siłę oddziaływania, na tych którzy są lepiej zaznajomieni z nieco szerszym spektrum postrzegania. Dla teistycznych fizyków kwantowych, noblistów, takich jak Max Planck cz też Warner Heisenberg, ich znaczenie z pewnością było o wiele większe, gdyż rozumieli o wiele lepiej konsekwencje uznania pewnych faktów. Jako że sam takiego rozumienia nie posiadam, nie będę stwierdzał kategorycznie, że dane argumenty są słabe, a jedynie nie przekonujące dla laika.
Jak wyjaśnia autor, ma on skłonność do tworzenia kontrowersyjnych tytułów po ojcu, który, co ciekawe, był jednym z czołowych kaznodziei i pisarzy metodystycznych w Anglii. Napisał on książkę „Katolicyzm protestantyzmu” więc to wyjaśnia śmiałość jego syna, który nazywa się w podtytule najsłynniejszym ateistom świata.
Książka nie jest łatwa. Autor zaznacza już na początku, że...
2019-10-01
Krótko, zabawnie, a sama Pani Dulska okazuje się znacznie porządniejszą kobietą niż się spodziewałem. Ponadto kilka ciekawych zwrotów objaśnionych w przypisach, co nieco pomagają zrozumieć tamte czasy. Miła lektura, do przeczytania w dwie godziny lub mniej.
Krótko, zabawnie, a sama Pani Dulska okazuje się znacznie porządniejszą kobietą niż się spodziewałem. Ponadto kilka ciekawych zwrotów objaśnionych w przypisach, co nieco pomagają zrozumieć tamte czasy. Miła lektura, do przeczytania w dwie godziny lub mniej.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2019-07-31
2019-07-26
2019-07-24
2019-05-29
2019-05-27
2019-05-26
2019-05-22
2019-05-20
2019-05-17
2019-05-14
2019-04-16
Prosty, przejrzysty i bardzo przyjemny wykład podstaw ekonomii poparty licznymi przykładami. Napisany na podstawie dzieła jednego z najwybitniejszych umysłów jakie wydała Francja, czyli Fryderyka Bastiata. Hazlitt we wspaniałym stylu rozprawia się z pokaźną ilością interwencjonistycznych mitów. Jednak w innych opiniach powiedziano o książce wystarczająco wiele dobrego, ja mam zamiar zająć się obroną autora, przed opiniami negatywnymi.
Pewni ignoranci zarzucają Hazlittowi pogardę do ludzi inaczej myślących, oraz tych reprezentujących inne szkoły myśl ekonomicznej.
Co do pierwszego zarzutu, to pewnie ktoś zarzuci mi że nazwałem ludzi myślących inaczej ignorantami, przez co traktuję ich z pogardą. Otóż nie, prawdziwa pogarda wyraża się inaczej, co niestety wiem ze swojej uczelni. Zdecydowanie większa pogarda wyraża się w zdaniu: "tych ludzi nie można traktować poważnie" niż: "to zupełni idioci", ponieważ można słuchać idioty nie stając się samemu idiotą, można polemizować z jego argumentami. Jak natomiast postępować z człowiekiem niepoważnym? Otóż nie można z takim człowiekiem rozmawiać, samemu uważając się za poważnego.
Niech potencjalny krytyk pomyśli jak traktujemy ludzi myślących że Ziemia jest płaska? Albo tych co twierdzą że ma ona tylko pięć tysięcy lat? A jednak, nawet im, przedstawiamy dowody na błędy w ich rozumowaniach. Jeśli zaś chodzi o austriaków, po prostu mówi się z lekkim uśmiechem: "państwo musi mieć znaczący udział w gospodarce i nikt poważny tego obecnie [zwróćcie uwagę na tak zwany argument czasu] nie kwestionuje".
Niestety wielu z łuskami na oczach myli powagę i kulturę wypowiedzi, ze skostniałym sceptycyzmem, będącym pełnym dogmatów surowszych niż w wielu religiach.
Co do zarzutów, że zwolennicy szkoły austriackiej przypominają sektę religijną, to brakuje mi słów. Równie dobrze można by nazwać ateizm religią, czy też łysinę, fryzurą.
Natomiast prawie każdy ekonomista opowiadający się za państwową edukacją, będzie robił z uczelni świątynię, a państwo będzie w niej bożkiem.
Zaś wolność jest czym zupełnie innym od różnych sposobów regulacji. Jest tylko jedna, jedna jedyna, tak jak można być czystym tylko na jeden jedyny sposób, ale można być brudnym na nieskończenie wiele. Austriacy nie mówią: "wasze barwy są brudem, nasze są piękną farbą" jak poszczególne szczepy interwencjonistów między sobą, lecz mówią: "żadnych sztucznych barw".
Jeśli chodzi o drugi zarzut, to na końcu książki Hazlitt poleca Miltona Friedmana, który jest ze szkoły Chicagowskiej, a nie austriackiej.
Wyjątkowo rażą też wrzaski tych upominających się o odpowiedź na argumenty "ekonomi środowiska", "ekonomi behawioralnej" i tej która przyniosła najwięcej zła: "ekonomi instytucjonalnej". Te trzy szczepy wyrosły na skutek tego że interwencjoniści i socjaliści zrozumieli, że po takich jak Mises, Hayek, Hazlitt, Bastiat, Rothbard, są na przegranej pozycji. O ile grają fair. Więc zagrali nie fair. Aby "zdezaktualizować" wszystkie poprzednie prace niewygodnych dla siebie ekonomistów, stworzyli chimery (trzy już wymieniłem). Wykorzystali wszystkie pozostałe siły i udało im się. Zmienili język, wymyślili instytucje i wiele innych nowych określeń, na te same rzeczy. Dodatkowo, aby uniknąć zarzutu, że zmienili wszystko nie zmieniając niczego, postanowili zignorować autonomię nauk; zmieszali ekonomię z psychologią, politologią, socjologią i co tam jeszcze. To by się im nie udałoby przed przejęciem władzy nad uniwersytetami. W ten sposób "zresetowali zegar". To co dawni ekonomiści uznali by za wykroczenie poza kompetencje swojej nauki, oni uznali za oczywistość, oraz powód do uznania starszych ekonomistów za ograniczonych. Na wszystkie argumenty trzeba odpowiedzieć ponownie, i to w ich języku, bo inaczej jesteś "niepoważny".
Prawdą jest oczywiście, że również i te chimery coś odkryły, oraz że czasem mają rację, lecz biorą to głównie dzięki przedstawieniu tego samego inaczej. Ale wszystkie te szkoły urodziły się po to aby zniszczyć starą szkołę od środka, a każda z nich ma przynajmniej za jednego rodzica socjalistę. Stwarzają one dość dużo pozorów kontynuacji, aby sugerować więź, a jednak wystarczająco mało aby samemu nie pójść na dno kiedy osiągną swój cel.
No i jest jeszcze zwykła ludzka ignorancja i arogancja, bo jeśli autor nie odpowiedział na MOJE pytania, to cała książka jest nieaktualna. Prawda?
Ludzie, opamiętajcie się. Jeszcze nie jest za późno.
Prosty, przejrzysty i bardzo przyjemny wykład podstaw ekonomii poparty licznymi przykładami. Napisany na podstawie dzieła jednego z najwybitniejszych umysłów jakie wydała Francja, czyli Fryderyka Bastiata. Hazlitt we wspaniałym stylu rozprawia się z pokaźną ilością interwencjonistycznych mitów. Jednak w innych opiniach powiedziano o książce wystarczająco wiele dobrego, ja...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2019-04-13
2019-04-08
Autor jest raczej ekonomistą niż psychologiem, ale szkołę którą reprezentuje (austriacką) nie bez powodu nazywa się psychologiczną, więc jego informacje, rzeczywiście mają zastosowania w życiu codziennym. Ponadto posiada on rzeczywiste kompetencje i rozległe doświadczenie, o czym świadczy bardzo przystępnie napisana minibiografia.
Książka jest podobna do dzisiejszych, tak zwanych „rozwojowych”, lecz choć posiada podobieństwa, brak tu narośli przesadnego optymizmu, natomiast jest kilka ciekawych faktów historycznych, choć bibliografia jest skromna (choć, może to wina tego, że zanim nastała era internetu, trudniej było o dokładniejsze dokumentowanie informacji niż dzisiaj).
Wyrobienie w sobie silnej woli wymaga czasu i wytężonej pracy, która z pewnością przyniesie nam konieczność znaczących wyrzeczeń. Dlatego Hazlitt wielokrotnie zadaje pytanie, czy znamy cenę i czy jesteśmy gotowi ją zapłacić.
Cieszy mnogość odniesień do innych dziedzin nauki, ponadto ciekawa analiza konsekwencji podejścia propagowanego przez pewnych psychoanalityków. Trafne cytaty filozofów i psychologów, oraz rozważania filozoficzne samego autora są jak najbardziej na miejscu, gdyż zawsze dotyczą tematu woli czy też dyscypliny. Wyjątkowo trafne i świetnie sformułowane spostrzeżenie, że popęd seksualny jest tak naprawdę potrzebą nabytą, a nie wrodzoną.
A na koniec, bardzo ciekawa koncepcja krzywych zmęczenia i zainteresowana, wzorowanych na krzywych podaży i popytu.
Ogólnie rzecz biorąc, każdy kto podejdzie do tej pozycji na poważnie, na pewno znajdzie coś dla siebie, a jego poglądy na to co zdrowe, zostaną utwierdzone (często zdarza się że porzucamy rozsądne praktyki, tylko dlatego, że pewni ludzie którzy je propagują, dodają do tego oczywiste bzdury, dlatego tak ważne jest by książka traktująca o praktycznych metodach była od nich wolna). Zaś przez poważne podejście do tematu rozumiem robienie notatek, warto.
Polecam!
PS: Autor co prawda pisze że wolna wola nie istnieje, tak jak można wyczytać w innych recenzjach. Ale uważam to za bardzo niefortunne ujęcie sprawy. Twierdzę, że to zbytnie uproszczenie tematu, powodujące nieporozumienia. Lepiej by było, gdyby Hazlitt sprecyzował, że raczej ma na myśli inną definicję, a nie coś tak poważnego jak negację centralnego pojęcia. Piszę to bo recenzje informujące o tej kwestii mnie zniechęciły i opóźniły zakup, nad czym ubolewam.
Autor jest raczej ekonomistą niż psychologiem, ale szkołę którą reprezentuje (austriacką) nie bez powodu nazywa się psychologiczną, więc jego informacje, rzeczywiście mają zastosowania w życiu codziennym. Ponadto posiada on rzeczywiste kompetencje i rozległe doświadczenie, o czym świadczy bardzo przystępnie napisana minibiografia.
Książka jest podobna do dzisiejszych, tak...
2019-03-23
Pomyślałem że zacznę od wymienienia kilku zalet i powodów do kupienia tej książki. Ale może lepiej zacznę od wytknięcia błędów, gdyż pisanie o nich w ten sposób, aby nie wyglądało to na pełen płomiennej nienawiści pamflet, jest naprawdę trudne.
No to zaczynamy!
Ta książka jest jak smaczne lody z pinezkami...
W przypadku błędów, niedopowiedzeń i niedoskonałości, można obniżyć ocenę, ale jeśli ktoś propaguje niesamowitą bzdurę, to mamy do czynienia z błędem kardynalnym, który ściąga cała książkę do swojego poziomu.
Pan Deaton zdaje się stawiać siebie i innych ekonomistów w pozycji centralnych planistów, zebranych w jakiejś wysokiej na kilometry wieży z kości słoniowej, patrzących na ciągi liczb i zestawienia danych. Wszystkie statystyki jednak, są tak ogólnie sformułowane, że na ich podstawie można sformułować nieskończoną ilość sprzecznych ze sobą teorii. Podczas gdy aby wiedzieć, jak, co działa w gospodarce, należałoby się przyjrzeć o wiele dokładniej, na tyle dokładnie, że pomieszczenie całej wiedzy, na temat funkcjonowania warzywniaka przerastałoby nawet najwybitniejszy umysł ludzki. Ponadto, w wieży z kości słoniowej, wierzy się że wszystkie problemy musi rozwiązać jakiś człowiek, możliwość pozostawienia rzeczy samym sobie nie jest nawet brana pod uwagę, interwencja jest oczywistością, jedynie jej sposoby są dyskusyjne.
W trakcie czytania natknąłem się na masę podstawowych błędów. Mam szczerą nadzieję że autor popełnia je nieświadomie, gdyż jeśli robi to świadomie, to wygląda na to, że chce się tylko przypodobać ludowi, którym często kieruje przesąd a nie prawdziwa nauka, co jest szczególnie powszechne w ekonomii. Pewni ludzie uważają że nierówności są z natury niesprawiedliwe, lecz są to nie tylko pewni ludzie, gdyż wszyscy mamy naturalną skłonność do odczuwania nienawiści i frustracji, kiedy komuś innemu powodzi się lepiej niż nam(co zresztą dotyczy nie tylko ludzi. Warto zapoznać się z eksperymentami na kapucynkach, gdzie jednej dawano kawałek ogórka w zamian za to że podała kamień, jednak kiedy zobaczyła że druga małpa dostaje za tą samą pracę winogrono, podczas gdy ona za drugim razem znowu dostała ogórka, wpadła w szał. Podobne eksperymenty i podobne wyniki miały miejsce w przypadku innych małp, ptaków, a nawet psów). Tak więc mamy do czynienia nie tyle z książką traktującą o ekonomi, lecz tak naprawdę, stoi przed nami ideologia w przebraniu ekonomii. Odwołuje się ona w wielu miejscach do emocji, a nie rozumu.
Ktoś jednak może powiedzieć że to książka również dla laików, odpowiem: „w takim razie jeszcze gorzej!”. Już na pierwszych stronach pada stwierdzenie że ekonomiści twierdzą że człowiekowi tym lepiej, im ma więcej pieniędzy, co jest błędem. Oczywiście pewni ekonomiści może rzeczywiście tak uważają, ale z pewnością nie wszyscy. Jeśli to książka dla laika, to może on błędne założyć, że wśród ekonomistów panuje względna zgoda, tak jak zdecydowana większość fizyków (jeśli nie wszyscy) uznaje prawa termodynamiki i inne. Podczas gdy w ekonomii nie ma nawet zgody co do istnienia powszechnych praw.
Ekonomia jest nauką społeczną, a nie ścisłą. Ekonomista jest naukowcem, podobnie jaki fizyk, ale zupełnie innego rodzaju. Różnica między nimi przypomina różnicę między człowiekiem uprawiającym wegetatywne rośliny, a człowiekiem hodującym hiperaktywne zwierzęta, lub nawet zarządzającego ludźmi. Niestety wielu(jeśli nie większość) ekonomistów nie może się z tym pogodzić, matematyczne metody próbuje się wcisnąć gdzie się tylko da, byleby zbliżyć się do fizyki, jednak o ile fizyka słusznie redukuje asteroidy do roli przedmiotów (bo nim są), to ekonomia chcąc się na niej wzorować, musi zmierzać ku temu samemu, co nieuchronnie prowadzi do zmiany człowieka w liczbę.
Ekonomia próbując zredukować człowieka, zderza się z filozofią, a na skutek tego powstają hybrydy ekonomistów i filozofów, które przejmują wszystkie wady i tracą wszystkie zalety obu. Kiedy przyszedłem na mój uniwersytet studiować ekonomię nie spodziewałem się, że nawet dziekan mojego wydziału, okaże się właśnie taką hybrydą. To właśnie co nieco o nim czytając, postanowiłem sięgnąć po tę książkę.
Pan Deaton jest bez cienia wątpliwości interwencjonistą. Wielokrotnie kładzie nacisk na to, że państwo musi zajmować się pewnymi rzeczami, które w wielu krajach robią osoby prywatne. Nie pozostawia on złudzeń kiedy pisze: "Niestety, rządy nie zawsze działają na rzecz poprawy zdrowia i dobrobytu swoich obywateli".
Ponadto „Wielka Ucieczka” nastawia negatywnie do bogatych. Zamiast stwierdzenia że bogaci mogą zapewnić sobie lepszą opiekę medyczną, czytamy że są oni lepiej chronieni. Mały szczegół, ale jednak znaczący, bo skoro są chronieni, to przez kogo? Przez rząd? Który nakłada na nich progresywne podatki, podczas gdy oni nie korzystają z jego usług, bo wiedzą że osoby prywatne zapewniają lepszą jakość.
Przejdźmy jednak do największych bzdur jakie słyszałem od lat:
Pan profesor opisując prymitywne plemiona, z czasów przed wynalezieniem koła i pisma.
„W ramach grupy zasoby dzielone były po równo – nie było przywódców, królów, wodzów czy kapłanów, którzy otrzymywaliby więcej niż inni albo którzy mówiliby innym, co mają robić. Według jednego ze źródeł każdy, kto próbował postawić się na innymi, był wyśmiewany albo – jeśli nie rezygnował z takich zachowań – zabijany [Erdal, Whiten, 1996, s. 139-150.]”.
Toż to zupełny nonsens. Hierarchie są starsze od ludzkości, z całą pewnością istnieli przywódcy, a podział nie mógł być równy. Co prawda po upolowaniu mamuta każdy członek plemienia najadł się do syta, ale z całą pewnością istniała kolejność pożywiania się, jak u lwów czy wilków. To coś bardziej fałszywego niż „mit szlachetnego dzikusa” Rousseau.
Ponadto: „Jeśli opieka zdrowotna w Stanach Zjednoczonych kosztuje więcej niż w Europie, to dzieje się tak częściowo dlatego, że w Stanach Zjednoczonych jest ona bardziej luksusowa”. Śmiałem się przez łzy. Jaka można być tak ślepym aby nie zobaczyć setek regulacji, które krepują rynek usług medycznych w USA, jak można nie widzieć ludzi którzy wolą płacić kary za nie ubezpieczenie się, niż płacić składki?
Nieźle się uśmiałem również na koniec. Profesor boi się ze interes prywatny weźmie górę nad publicznym, a za przykład tej "katastrofy" podaje... Mieszkańców wysp wielkanocnych którzy skazali się na zagładę wycinając wszystkie drzewa na wyspie. Jak interes prywatny mógł wziąć górę, skoro tam nie istniał? Wśród prymitywnych ludów własność osobista jest bardzo ograniczona, a ziemia może należeć tylko do wodza, lub mówiąc ściślej – plemienia. Gdyby na tych wyspach działał system rynkowy, niechybnie doprowadziłby do wzrostu cen na rzadki towar (drzewa), przez co ich posiadacze woleli by je oszczędzić niż sprzedać, gdyż mała sadzonka mogłaby wtedy dać potencjalnie ogromny zysk.
Za najgorsze przewinienie pana profesora uważam jednak przedstawienie hipotetycznej sytuacji, w której dwójka dzieci otrzymuje kieszonkowe, którego wysokość zależy od tego czy sprzątają swoje pokoje. Jedno z dzieci jest bardziej pracowite więc dostaje więcej, jest też bardziej oszczędne, więc jego majątek rośnie szybciej. Dziecko bardziej pracowite zarabia więcej. Nic niezwykłego. Ale potem Deaton pisze: „Równość szans nie gwarantuje osiągnięcia pełnej sprawiedliwości”. Że co proszę? Więc ten kto ma mniej zawsze jest niewinny. Więc to jest uzasadnienie finansowania biednych z kieszeni bogatych?
Przejdźmy jednak do zalet.
Książka zawiera wiele informacji historycznych, oraz przedstawia kilka bardzo ciekawych pojęć które warto znać. Wariolacja, eksperymenty Edwarda Jennera, doktor John Snow, Teoria Morowego Powietrza (czyli błędna teoria, która działa), Lump Fallacy.
Dowody na polepszenie sytuacji przeciętnego mieszkańca globu, są tak przytłaczające, że również i Deaton podaje dane według których liczba ludzi żyjąca za mniej niż dolara dziennie, spadła w latach 1981-2008, z 40% do 14%.
Cieszę się również z wiedzy o tym, że ludzie badający poczucie szczęścia w różnych krajach na świecie, doszli do wniosku że najmniej szczęśliwi czują się nie najbiedniejsi, ale mieszkańcy byłego ZSRR i jego krajów satelickich.
Miło też czytać że profesor jest gotów przyznać, że dyskryminacja może mieć pozytywne skutki: podaje on przykład tego że mniej kobiet umierało w USA na choroby powiązane z paleniem, ponieważ po lat osiemdziesiątych palenie przez kobiety, nie było społecznie akceptowalne.
Bardzo ciekawa jest przytoczona tutaj niekompetencja władz imigracyjnych na Ellis Island, gdzie lekarze sprawdzali czy aby imigranci nie są zarażeni jaglicą, używając do tego haczyków które nie były sterylizowane po każdorazowym użyciu, więc władze rozprzestrzeniały chorobę, zamiast ją zwalczać. Co prowadzi do wniosku że rząd nie zawsze taki dobry.
Również bardzo zaciekawiło mnie nie tyle badanie koleżanek profesora na zależnością między wzrostem a dochodami, ale reakcja odbiorców na wyniki. Nie spodziewałem się że obok lobby LGBT(i co tam jeszcze), istnieje lobby ludzi niskich.
Deaton pisze jednak, że agresywne i lekkomyślne udzielanie kredytów przyczyniło się do kryzysu finansowego 2 roku 2008. Co za miła niespodzianka. Miło widzieć że nawet interwencjonista to widzi, a nie bezmyślne obwinia rynek.
Jakoś trudno mi jednak uwierzyć, w to że 13% wszystkich w wieku uprawniającym do głosowania czarnoskórych mieszkańców USA, jest tego prawa pozbawiona tymczasowo lub na stałe, ze względu na to że zajmowali się oni działalnością przestępczą. Ale cóż. Ktoś taki jak Deaton nie ma powodu żeby kłamać, choć i tak zachowam powściągliwość wobec tych danych.
Profesor jednak odcina się od ludzi uważających mieszkańców Afryki za niewolników popędu seksualnego. Podaje on dane że większość dzieci w Afryce jest „chcianych”.
Na koniec, profesor jest sceptyczny wobec wpompowywania pieniędzy do rządów krajów biednych, wskazując że czasem ta „pomoc przynosi skutki odwrotne do zamierzonych.Jest to jedyne miejsce w CAŁEJ KSIĄŻCE, gdzie Deaton dopuszcza możliwość zostawienia spraw samym sobie.
Recenzja powstała na skutek notatek spisywanych na bieżąco podczas czytania!
Wszystkim którzy dotrwali do końca składam gratulacje za wytrwałość.
Jeśli zaś o samą książkę chodzi. To wiele można z niej dobrego wyciągnąć, dzięki czemu nie żałuję zakupu. Zaś pan Deaton to jeden z najsympatyczniejszych interwencjonistów z jakich twórczością się zetknąłem.
Pomyślałem że zacznę od wymienienia kilku zalet i powodów do kupienia tej książki. Ale może lepiej zacznę od wytknięcia błędów, gdyż pisanie o nich w ten sposób, aby nie wyglądało to na pełen płomiennej nienawiści pamflet, jest naprawdę trudne.
No to zaczynamy!
Ta książka jest jak smaczne lody z pinezkami...
W przypadku błędów, niedopowiedzeń i niedoskonałości, można...
Przeczytałem dzięki wylewowi krytyki na Empik, za to że pozwolił na to by w jego ofercie książkowej znalazło się coś tak obrazoburczego jak ta pozycja.
Ocena zawyżona, bo podejrzewam że wielu ludzi wstawiło 1/10 bez przeczytania, tylko po postu ze złości.
Co do samej treści to zrobiła na mnie pozytywne wrażenie, gdyż traktuje nie tyle o homoseksualizmie, ale o niedojrzałości której homoseksualizm jest skutkiem. Bardziej niż na tym dlaczego nie być homoseksualistom, książka skupia się na tym dlaczego powinno się być heteroseksualistom. Zaś rzeczy takie jak pornografia, masturbacja czy choćby erotyczne fantazjowanie, powinny być uważane za patologie niezależnie od tego z jakimi osobami mamy do czynienia.
Określenia pejoratywne są, ale niewiele i nie są szczególnie mocne.
Jednak nie jest to książka dla każdego homoseksualisty, ponieważ autor ewidentnie wierzy w Boga, i to nie nieokreśloną siłę kosmiczną. Krótko mówiąc, jest katolikiem i tego nie ukrywa. Choć nie pisze o mocach nadprzyrodzonych., to stwierdzenia o skuteczności modlitwy działają na niewierzących czytelników jak płachta na byka. Choć nawet jeśli trudno o naukowy dowód na jej nadprzyrodzone działanie, to jest ona na pewno przynajmniej pewną formom autosugestii,. Jednak dostrzeżenie tego wymaga podejścia racjonalnego a nie emocjonalnego.
Co do krytyki to martwi mnie to, że nie zauważa się dwóch rzeczy:
1. Autor ani razu nie nawołuje do przymusowego zamykania osób z popędami homoseksualnymi w ośrodkach w którym ma się ich podać trapi
2. Trudno zaprzeczyć że są ludzie, którzy stosując się do rad autora osiągnęli to czego chcieli. I wiodą życie bez pornografii, masturbacji i fantazjowania, i że są z tego powodu szczęśliwsi.
3. Autor nie obiecuje cudów, lecz ciężką i długotrwałą pracę, być może trwającą lata. Oraz zdaje sobie sprawę, że pewni ludzie jednak wracają do stanu z przed terapii. Całkowite wyzwolenie od dawnych skłonności stwierdziło tylko od 10 do 15%, 30% rezygnuje po kilku miesiącach, a wielu będzie się zapewne zmagać przez całe życie.
Na koniec, brak zgodności z powszechnymi standardami "naukowymi" znaczy o wiele mniej, kiedy za tą "nauką" stoją siły polityczne, gotowe płacić za potwierdzenie głoszonych przez siebie tez.
A że pan Aardweg jest osobą mówiącą, aby pozwolono działać takim jak on, bez wspomagania ich przymusem państwowym, stojącą na przeciw tych, którzy gotowi są na poparcie reform wprowadzających nieomal totalitarną indoktrynację i kontrolę w placówkach publicznych. Krytykowanie go za brak zgodności z takim tłumem znowu traci na sile.
Sytuacja tutaj przypomina to, co się stało na blogu popularnonaukowym "to tylko teoria", kiedy jego twórca spotkał się z bardzo negatywnymi reakcjami, kiedy jasno stwierdził że ludzie fundamentalnie różnią się od zwierząt, a nazywanie hodowli kurczaków, moralnie równemu holocaustem, jest bzdurom.
Ideologia szkodzi nauce, każda. Obawiam się, że najlepszym sposobem na bezstronność, jest obniżenie zaangażowania państwa w naukę. Problem w tym, że tak nauka, jak i religia, zawsze były, i zawsze będą skutecznymi narzędziami do zdobywania władzy.
Ostatecznie, polecam przede wszystkim homoseksualistom wierzącym w Boga i nieakceptującym swoich skłonności. Oraz tym wytrwałym psychicznie (nie sugeruję, że tan kto się nie zgadza z autorem, jest słaby psychicznie, to, że poglądy z którymi się nie zgadzamy powodują dyskomfort psychiczny jest całkiem normalne, brak tego dyskomfortu jest większym problemem niż jego przerost).
Przeczytałem dzięki wylewowi krytyki na Empik, za to że pozwolił na to by w jego ofercie książkowej znalazło się coś tak obrazoburczego jak ta pozycja.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toOcena zawyżona, bo podejrzewam że wielu ludzi wstawiło 1/10 bez przeczytania, tylko po postu ze złości.
Co do samej treści to zrobiła na mnie pozytywne wrażenie, gdyż traktuje nie tyle o homoseksualizmie, ale o...