Król Artur i opowieści znad okrągłego stołu

Bartek Czartoryski Bartek Czartoryski
25.07.2021

Zamek jeden, zamek drugi, okrągły stół, święty Graal, miecz z kamienia, miecz z jeziora i jeszcze długo by trzeba wymieniać, gdyby człowiek chciał kontynuować ten ciąg skojarzeń związanych z bodaj największym brytyjskim mitem.

Król Artur i opowieści znad okrągłego stołu

Chyba każdy słyszał to i owo o królu Arturze i jego mężnych towarzyszach broni, jak nie opowieści o miłości Tristana i Izoldy, to o próbie, której został poddany sir Gawain u Zielonego Rycerza, a jeśli ani jedno, ani drugie nie przywołuje absolutnie żadnych skojarzeń, to Merlina znają wszyscy. Ale czy aby mój Merlin to twój Merlin?

Bo nie jest to takie proste, jak by się mogło wydawać. Legendy arturiańskie nie stanowią bowiem monolitu i zostały już tak przemielone przez popkulturę, że kto nie jest badaczem, temu pewnie trudno oddzielić tekst źródłowy od apokryfu. Umyślnie posługuję się tutaj znaczącym uproszczeniem kwestii złożonej i problematycznej, bo jeśli chodzi akurat o króla Artura i jego świtę, to nie ma, niestety, mowy o żadnym nienaruszalnym fundamencie.

Historia Regum BritanniaeOwych źródeł jest przecież całe mnóstwo. O mitycznym monarsze, który na dodatek, nigdy nie istniał, pisano przez stulecia, aż jako tako do kupy ogarnął to wszystko niejaki Gotfryd z Monmouth, walijski duchowny i uczony, który w trzynastym wieku spopularyzował postać Artura. Oczywiście nie bezinteresownie, bo swoim dziełem „Historia Regum Britanniae”, gdzie spisał dzieje dotychczasowych władców Brytanii, wykuć chciał mit założycielski Albionu i zmitologizować jego pre-saksońskie dziedzictwo, przetykając historyczną prawdę opowieściami iście fantastycznymi.

Gotfryd twierdził, że informacje czerpał z pewnego źródła, mianowicie celtyckiego manuskryptu, którego nikomu poza nim samym nie było dane nawet zobaczyć. Niby historycy spierali się jakiś czas, do której z rzeczonych przegródek upakować Artura, ale konsensus mówi jasno, że to wytwór zbiorowej wyobraźni. I chciałoby się powiedzieć, że całe szczęście, bo z czasem do historii dzielnego króla dopisywano kolejne rozdziały, jak chociażby poszukiwanie chrystusowego kielicha, bez którego nie byłoby, na przykład, słynnego filmu trupy Monty Pythona.

Reklama

Ale na długo zanim powstały pierwsze filmy, komiksy czy gry z Arturem i Rycerzami Okrągłego Stołu, postać ta przechodziła rozmaite metamorfozy, zależnie od tego, kto jego historię opowiadał. Gotfryd miał go za celtyckiego herosa, ale normańscy panowie chętnie interpretowali legendę Artura jako historię o rządzącym tamtymi ziemiami możnowładcy, jeszcze sprzed epoki saksońskiej. Z kolei następcy brytyjskiego tronu z dynastii tudorskiej chętnie podkreślali jego rzekome walijskie pochodzenie, a na początku dwudziestego stulecia chętnie posługiwano się metaforą Artura jako pogromcy teutońskiego najeźdźcy. Popkultura jednak z rzadka bawiła się politycznymi implikacjami i bardziej obchodził ją narracyjny i fabularny potencjał tych opowieści, który wydaje się niezmierzony.

Nie da się chyba prześledzić absolutnie wszystkich dzieł, jakie zrodziły się na żyznym gruncie legend arturiańskich, ale też i nie taka jest moja intencja. Przed rokiem pisałem zresztą o retellingach tychże historii, dlatego, wyczekując rychłej premiery „Zielonego Rycerza”, który to film będzie, jak sugerują zwiastuny, oryginalnym spojrzeniem na opowieść o sir Gawainie, nie będę się powtarzał i skupię się na filmach. A tych jest, rzecz jasna, nie mniej. Cóż, nawet i powyższą historię adaptowano co najmniej dwukrotnie, choć dokonał tego ten sam reżyser.

Brytyjski filmowiec Stephen Weeks, jak można domniemywać, nie do końca zadowolony ze swojego filmu z 1973 roku, dekadę później zekranizował rzeczoną legendę raz jeszcze (co prawda dość mocno odchodząc od jej treści), tym razem pod tytułem „Miecz bohaterów” i z brodatym Seanem Connerym jako Zielonym Rycerzem. Co ciekawe Gawaina miał zagrać świeżo opromieniony sławą gwiezdnej sagi Mark Hamill, lecz producenci zadecydowali inaczej. Ale chyba nawet i Luke Skywalker nie zmieniłby losu tego filmu, na którym krytyka nie zostawiła suchej nitki.



Oczywiście najczęściej adaptowano te historie, których bohaterem jest król Artur, a do najsłynniejszych należy na pewno „Excalibur” Johna Boormana z 1981 roku, dla jednych wizjonerskie dzieło, dla innych żałosna pomyłka. Kontrowersyjny film oparty w dużej mierze na piętnastowiecznym romansie Thomasa Malory’ego nie stronił od przemocy i golizny, co zrywało z dotychczasowym traktowaniem legend arturiańskich przez kino. Adaptacje legend z wcześniejszych dekad, jak „Rycerze Okrągłego Stołu” z 1953 roku, rok późniejszy „Czarny rycerz”, albo „Lancelot i Ginewra” z kolejnej dekady były kostiumowymi przygodami, cokolwiek bezpiecznymi i utrwalającymi hollywoodzkie wyobrażenie o rycerskim etosie, często przy okazji dość kuriozalnie uwikłanym w chrześcijańskie konteksty.



Bodaj dopiero ostatnia dekada ubiegłego wieku — a lata dziewięćdziesiąte to w Hollywood okres tyleż barwny, co osobliwy — przyniosła gatunkowe eksperymenty z mitologicznym materiałem. I tak głośny „Rycerz króla Artura” z 1995 roku, raz jeszcze z Connerym w obsadzie, to pozbawiony pierwiastka fantastycznego dramat przepleciony romansem, a późniejszy „Król Artur” (2004) próbował odbrązowić legendę i podjąć dość karkołomną próbę naniesienia legendy na historyczne tło. Zupełnie inaczej do tematu podszedł z kolei Guy Ritchie, którego „Król Artur: Legenda miecza” (2017) przywrócił legendom fantastykę. Krytycy przyjęli film bez entuzjazmu.



Rzecz jasna nie samym Arturem człowiek żyje (przecież o Tristanie i Izoldzie powstał niejeden film, a przygody Jankesa na królewskim dworze to już niemal osobna podseria) i nie tylko Anglosasi kręcili kolejne wersje wyspiarskiej mitologii (francuscy mistrzowie kina Robert Bresson i Eric Rohmer podpisali się pod, odpowiednio, „Lancelotem z jeziora” i „Percevalem z Galii”), lecz nie chciałbym się rozdrabniać, dlatego skupiam się na adaptacjach anglojęzycznych i stawiających w fabularnym centrum legendarnego monarchę.

A tych nie brakuje, bo przecież jest jeszcze telewizja. To z myślą o małym ekranie powstał hołubiony niegdyś przez moje pokolenie miniserial z Samem Neillem „Merlin” z 1998 roku, który może i luźno poczynał sobie z samą materią legendy o Arturze, ale pobudzał wyobraźnię jak mało co. Po latach zrealizowano jeszcze sequel dziejący się po śmierci monarchy, ale mało kogo on obszedł. Późniejsze próby, często koncentrujące się na relacji króla z magiem, jak „Camelot” (2011), domyślnie przeznaczony dla dorosłych (sporo nagości) i skasowany po zaledwie jednym sezonie, ubiegłoroczna „Przeklęta”, którą spotkał niedawno podobny los, albo „Merlin” (ten drugi, z 2008 roku), nie były już zbyt udanymi przedsięwzięciami.

Reklama



Aż dziwne, że w dobie wysokobudżetowego fantasy, kiedy „Gra o tron” była przez lata najpopularniejszym serialem na świecie, Amazon kręci o Śródziemiu, a Netflix ma może i nie najwyżej ocenianego, ale kochanego „Wiedźmina”, arturiański miecz nadal tkwi w kamieniu.

Ale który? Excalibur? Czy ten, który dopiero otrzymał od Pani Jeziora? Cóż, do prawdy — o ile w tym przypadku można w ogóle mówić o jakiejkolwiek prawdzie — nigdy nie dojdziemy, bo legendy o królu Arturze i jego rycerzach pełne są nieścisłości, powtórzeń i omyłek. Zapewne wszystkie te hollywoodzkie adaptacje tylko namotają nam jeszcze bardziej, ale rozplątywanie tego istnego mitologicznego gordyjskiego węzła to czysta przyjemność. Miłego czytania i oglądania.

Reklama

komentarze [15]

Sortuj:
Niezalogowany
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Gonzales Ruchomy 03.08.2021 13:13
Bibliotekarz

Jeden z moich ulubionych filmów w tym temacie, to Merlin z 1998. Nostalgiczny i magiczny. 

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
marcel 28.07.2021 22:00
Czytelnik

Ale się trafiło... A właśnie skończyłem Przygody Merlina (serial) i szukam książki w tych tematach... i tak niby z przypadku zauważam tą publicystykę. No niezły traf...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Elwira 26.07.2021 15:58
Czytelniczka

Artykuł mało satysfakcjonujący, za dużo o filmach, a za mało o książkach a gdzie "Był sobie raz na zawsze król", a "Mgły Avalonu" - sztandarowy klasyk, do tego jeszcze zapomniane nawiązanie jak "Serce zachodu" , no i jak wspomniał asymon... gdzie Mallory, czy Bedier. Polecam mniej Netflixa, a więcej literatury... Sapkowskiego zjawiskowe "Maladie", kto czytał przyznać się?
...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
asymon 26.07.2021 10:44
Bibliotekarz

Kurcze, nie rozumiem. Portal niby o książkach, a tyle wpisow o filmach i serialach.

Aż się prosi o jakieś zebranie literatury, od Malory'ego zaczynając. Pamiętam że w latach 90 była straszna posucha i miałem problem ze znalezieniem czegoś ciekawego. Skończyło się na tej zielonej książce wydanej przez PIW, ale dla dwunasto(?)latka było to jednak męczące. Opowieści...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
 Opowieści Okrągłego Stołu  Miecz dla Króla  Król Artur i rycerze Okrągłego Stołu
OZM 26.07.2021 16:42
Czytelniczka

Ja mam ostatnio fazę na legendy arturiańskie, nawet zrobiłam sobie osobną półkę w biblioteczce LC (na razie 16 pozycji, ale w kolejce już mam następne, teraz czytam pomału "Idylls of the King" Tennysona).
Lancelyn Green to poczciwa, sympatyczna synteza, na pewno przystępniejsza niż to wydanie PIW-owskie. Widać w nim trochę cenzurę obyczajową w kwestiach erotycznych :D
...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
asymon 26.07.2021 17:02
Bibliotekarz

Jeśli interesuje cię "klasyczne" fantasy, polecam trylogię Lyonesse Jacka Vance'a, choć nawiązania takie dość luźne raczej, trochę w stylu "Mgieł Avalonu". Ewentualnie cykl Pendragon Stephena Lawheada Taliesin - takie solidne czytadło, acz bardzo podobało mi się jak autor pokazał stopniowe zastępowanie...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
 Lyonesse  Taliesin
OZM 26.07.2021 19:14
Czytelniczka

Lawhead jest nawet u mnie w bibliotece osiedlowej, więc wkrótce przyjdzie na niego pora :)

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Niezalogowany
Aby napisać wiadomość zaloguj się
OZM 26.07.2021 08:54
Czytelniczka

Żeby się nie skupiać tylko na adaptacjach anglosaskich, dorzucę serial francuski "Kaamelott", niektóre odcinki są na Youtubie z angielskimi napisami: https://www.youtube.com/watch?v=lZviuVxI9zM

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Ataner 25.07.2021 22:11
Czytelniczka

Polecam serial "Przygody Merlina" jest dla młodszych ale dobrze go wspominam.
Z legendami o królu Arturze faktycznie jest ogromny miszmasz. Z jednej strony może to być dobre, bo nigdy nie wieszcz czego się spodziewać po takim dziele, za to z drugiej strony ma się dobrze znaną historię (zazwyczaj inną dla każdego) i zbyt "inwazyjne" zmiany mogą być odpychające.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
czytamcałyczas 25.07.2021 17:36
Czytelnik

Zimowy Monarcha najlepsze 

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
asymon 26.07.2021 10:35
Bibliotekarz

No właśnie wypadałoby w końcu przeczytać... Kiedyś się nasłuchałem że dobre, ale książki nie były dostępne. A jak pojawiło się nowe wydanie, to się zebrać mnie mogę.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Elwira 26.07.2021 15:59
Czytelniczka

No właśnie, o tym zapomniałam wspomniec, ile ja się naganiałam po aukcjach za tym, to ho, ho

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Armand_Duval 27.07.2021 12:09
Czytelnik

Cornwell zawsze na propsie. Jeśli ktoś nie zna to warto też sięgnąć po cykl Wojny Wikingów (też zresztą zekranizowane).

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Kira 28.07.2021 18:43
Czytelniczka

Popieram, świetna lektura <3

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Niezalogowany
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Bartek Czartoryski 25.07.2021 10:01
Tłumacz/Redaktor

Zapraszam do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
zgłoś błąd