Do życia nie podchodzić zbyt poważnie. Violetta Ozminkowski o Marii Czubaszek

Ewa Cieślik
03.03.2021

Gdy Maria Czubaszek była u progu swojej kariery, słuchacze i czytelnicy nie wierzyli, że istnieje naprawdę. Przecież to niemożliwe, by tak błyskotliwe żarty pisała młoda dziewczyna! Przez kolejne lata satyryczka udowadniała, że jak najbardziej jest prawdziwa. Żyła na własnych warunkach – wspominała zresztą, że tak samo chciałaby odejść. Wiosną tego roku minie 5 lat od jej śmierci. O satyryczce i dziennikarce przypomina Violetta Ozminkowski. Kreśli intymny portret Marii Czubaczek, sięgając do jej archiwów i rozmawiając z jej bliskimi. 

Do życia nie podchodzić zbyt poważnie. Violetta Ozminkowski o Marii Czubaszek

[Opis wydawcy] Jej ciętych ripost bali się rozmówcy. Ona bała się tylko myszy.

Maria Czubaszek, postać wyjątkowa, dla wielu kontrowersyjna, mistrzyni ostrych sądów i czułej drwiny, skradła serca milionom Polaków. Niechętnie mówiła o sobie, zasłaniając się kilkoma dyżurnymi anegdotami. Nie lubiła dzieci, zdrowego trybu życia, podróży, kochała palenie i psy.

Wojciech Karolak nic nie zmienił w pokoju żony od jej śmierci. Violetcie Ozminkowski udało się wejść w ten zatrzymany świat, poznać archiwum satyryczki i namówić na szczere rozmowy jej najbliższych. Dzięki temu mogła w niezwykły sposób opowiedzieć historię fascynującej kobiety, która pod uśmiechem skrywała samotność, smutek, a bywało, że i rozpacz. Maria Czubaszek nie kojarzyła się z cierpieniem. Zapamiętaliśmy ją jako piekielnie inteligentną i dowcipną starszą panią z papierosem. Zawsze uśmiechniętą, zawsze gotową wbić czułą szpilę. Na początku jej kariery wątpiono, czy w ogóle istnieje. Podejrzewano, że za jej nazwiskiem kryje się kilku wybitnych satyryków. Była w tym przewrotna prawda, bo ona sama miała się światu nigdy nie przydarzyć, co wykrzyczała jej kiedyś matka. Nie miała zresztą nic przeciwko temu, bo trzymała ją przy życiu świadomość, że jak już naprawdę będzie miała dość, popełni samobójstwo. W młodości próbowała zabić się dwa razy, pod koniec życia po cichu umierała na oczach całej Polski. Uśmiechając się, mówiła wprost, że życie przestało ją bawić, a braliśmy to za kolejny żart. Zawsze mówiła to, co myśli, była wolną kobietą i zapłaciła za to wysoką cenę, ale dzięki niej może wszyscy chwilami bierzemy życie mniej serio.

Ewa Cieślik: „W coś trzeba nie wierzyć” – taki podtytuł nosi pani najnowsza książka. W co nie wierzyła Maria Czubaszek?

Violetta Ozminkowski: W stadną głupotę, w kołtuństwo, zakłamanie. Mówiła o sobie: „dzięki Bogu jestem ateistką”, ale równie dobrze mogła powiedzieć „dzięki Bogu jestem Marią Czubaszek”, bo myślała niezależnie. Niezależnie od wszystkich mód, trendów i ideologii narzucanych nam przez władzę, taką czy inną. Ale nie wierzyła też w siebie. We własny talent. Zawsze mówiła, że pisze tylko głupoty, dlatego starała się nie przyjmować zaproszeń do programów politycznych, takich jak „Babilon”. Pewnego razu zapraszająca zapewniła ją jednak, że tym razem będzie to bardzo lekki temat, a jaki dowie się na miejscu, bo to program na żywo. Na miejscu okazało się, że ma mówić o... krzyżu na Krakowskim Przedmieściu. Maria starała się jakoś wybrnąć z sytuacji i powiedziała, że ona tam nie chodzi codziennie, nie kłębi się pod tym krzyżem, że się tam nie szwenda, żeby zamknąć temat. Jednak w pewnym momencie pani z PiS, siedzaąca obok niej, zapytała: „Ale przyzna pani, że trzeba się nad tymi ludźmi pochylić?”. Maria na to: „ oczywiście, że trzeba się pochylić, tylko trzeba uważać, bo jak się człowiek za bardzo pochyli, to się wypnie w drugą stronę”. I w tym samym momencie, gdy to powiedziała miała pewność, że już nigdy jej tam nie zaproszą.

Zachwycała ciętym językiem, błyskotliwością, żartem, którym błyszczała w prasie, telewizji i, oczywiście, radiu. A czym Maria Czubaszek zachwyciła panią, że zdecydowała się pani poświęcić jej książkę?

Była genialna, nie ma drugiego takiego umysłu i pewnie długo nie będzie. Jej mąż, Wojciech Karolak mówił o niej, że była kosmitką, bo jej myślenie pozbawione było ogólnożyciowej rutyny. „Ten zegar chodzi do tyłu, trzeba go wyrzucić”, mówiła do męża. A on na to: „czy ci nic nie mówi, że jest podpisany Wiedza i Życie, że to żart zrobiony przez wydawnictwo?” Ale za maską pewnej siebie kobiety, która miała odwagę łamać tabu Matki Polki, kryła się ta druga, samotna i przerażona jak dziecko. „Często zwinięta w fotelu, na tak zwanego fotelowego skrętka, popłakiwała jak mała dziewczynka” opowiadał mi po jej śmierci Wojciech Karolak. Myślę, że wszyscy tacy jesteśmy, odważni i nieśmiali, silni i słabi, głupi i mądrzy, ale w Marii było coś więcej. Było w niej mocne pęknięcie, które powszechnie nazywa się depresją. Nie miała złudzeń, na jakim świecie żyje i do czego zdolni są ludzie. Uśmiech pomagał jej oswoić ból, a czasem nawet rozpacz. Mówiła, że jeśli życie przestanie ją bawić, bo chociaż trochę powinno, to z nim skończy. A ponieważ mówiła to uśmiechając się, wszyscy myśleli, że żartuje.

Violetta Ozminkowski

Reklama

Maria Czubaszek napisała o sobie książkę „Nienachalna z urody”, wydaną przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Pani jednak zagląda w jej archiwum, pełne wierszy i rysunków, oraz rozmawia z jej bliskimi. Chciała pani stworzyć inny jej portret – czuły, uważny, zwracający uwagę na problemy, które kładły się cieniem na jej życiu?

Maria pisała o sobie w sposób anegdotyczny. Ona nigdy nie chciała zajmować swoją osobą zbyt dużo czasu. Jej życie bywało przerażająco smutne – w tym samym momencie, gdy schodziła ze sceny uśmiechnięta, albo pisała szalenie zabawne skecze. Chciałam powiedzieć trochę o życiu każdego z nas. Zawsze, gdy zaczynamy być zbyt poważni, nadymamy się, jakaś niewidzialna szpilka przekłuwa balon naszej próżności. I odwrotnie, gdy umniejszamy swoje dokonania, przychodzi podziw ze strony, której nigdy byśmy się nie spodziewali. Gdy do tego dodamy jeszcze codzienną walkę z demonami, a do takich na pewno można zaliczyć depresję, nic nie jest proste. Ale takie właśnie jest życie. „Nie warto traktować go poważnie”, jak mówiła Maria Czubaszek.

Pisze pani o życiu Marii, ale także o jej odejściu, o jej braku, pustce po niej. O przeżywaniu żałoby, przyzwyczajeniu się do tego, że ktoś już nie wróci. Była to dla pani osobista książka?

W czasie, gdy spotykałam się z Wojciechem Karolakiem i rozmawialiśmy o żałobie, umierała moja mama. Pochowałam już siostrę i jej męża, a także tatę. To naturalne, że bliscy odchodzą, ale mnie zdarzyło się to o wiele szybciej, niż innym. Bardzo dobrze rozumiałam, co przeżywa Zając, bo tak Marysia nazywała męża. A oboje wiedzieliśmy, że prawdziwa żałoba nie ma nic wspólnego z farmazonami opowiadanymi w pop kulturze. Że nie można zwyczajnie przepracować żałoby. Że ona będzie trwała całe życie, bo zmarłych nikt nam nie zastąpi. Już na zawsze będziemy do nich tęsknić. Ale to właśnie paradoksalnie przynosi pocieszenie. W ten sposób nigdy od nas nie odchodzą i nie zostawiają nas na zawsze. Śmierć nie sprawia, że przestajemy kochać i być kochani. I to jest w jakimś sensie największa zagadka życia.

To nie tylko książka o Marii Czubaszek, lecz także o Wojciechu Karolaku, jej mężu. Opisuje pani ich życie oraz ostatnie wspólne chwile. A także to, jak Karolak wchodzi do pustego pokoju Marii i opowiada jej swój dzień – mimo że jej już z nim nie ma. A może właśnie wciąż jest?

Odpowiem pani na to pytanie anegdotą. Przed pandemią zaproszono mnie na Festiwal Marii Czubaszek w Polanicy Zdroju. Dostałam pokój, w którym zawsze mieszkała Maria. Dużo było w nim jej zdjęć i pamiątek. Powiedziano mi także, że jest to pokój, w którym zatrzasnęła się na balkonie, gdy paliła papierosa. Dokładnie sprawdziłam czy zamek został naprawiony, bo też czasem lubię zapalić. Kiedy jednak w nocy chciałam wyjść z balkonu, okazało się, że nie mogę. Zamek się zatrzasnął. Na szczęście wzięłam ze sobą telefon i wkrótce zostałam uwolniona, ale recepcjonista nie chciał uwierzyć, że naprawiony mechanizm znów się zepsuł. Wojciech Karolak śmiał się później, że był to znak od Marysi, że dobrze wiedziała, z kim może sobie pożartować. Mój mąż, Krzysztof Daukszewicz uważa, że właśnie w taki sposób dała przyzwolenie na pisanie książki o niej. Jak było naprawdę, nigdy się nie dowiemy.

Maria Czubaszek odeszła w maju 2016 roku. Co by dzisiaj mogła nam powiedzieć o obecnych czasach?

Mniej więcej to samo, co mówiła o czasach, w których żyła. Sama niedawno zastanawiałam się, jak skomentowałaby szał morsowania – „odłożę do wakacji?”, „dlaczego morsowanie, a nie pingwinowanie?”, „picie zmrożonej wódki liczy się jako morsowanie?”. Na pewno powiedziałaby coś, co byłoby o wiele śmieszniejsze. Nikt dziś nie ma tak genialnego poczucia humoru, jak ona.

Reklama

Na podstawie pani książki powstał kinowy hit „Sztuka kochania”. Czy chciałaby pani zobaczyć na dużym ekranie życie Marii Czubaszek? To mógłby być wspaniały obraz świata dawnej Warszawy, pracy radiowej, życia towarzyskiego, toczonego w zadymionych kawiarniach.

Nie ukrywam, że pisałam książkę z myślą o scenariuszu, nad którym już zaczęłam pracować. Myślę, że my kobiety, walczące teraz w Polsce o podstawowe prawa, potrzebujemy opowieści o innych dzielnych, niepokornych kobietach. Nie przyszłyśmy przecież znikąd. One tworzyły naszą historię, miały odwagę sięgać po więcej, niż tylko kulturowo przypisane role. Nie ma nic złego w sprzątaniu domu czy wychowywaniu dzieci, ale to zawsze musi być wybór, a nie obowiązek. Michalina Wisłocka walczyła w pewnym sensie o prawo kobiet do orgazmu, a Maria Czubaszek o to, żebyśmy mogły żyć na własnych warunkach. Ale też miały możliwość odejścia z tego świata, kiedy nam już zabraknie do tego życia woli.

Agnieszka Osiecka, Michalina Wisłocka, teraz – Maria Czubaszek. W swoich poprzednich książkach pisała pani o życiu kobiet niepokornych, idących pod prąd, wyznaczających trendy. Domyślam się, że to nie przypadek?

Jak już powiedziałam, dużo zawdzięczamy naszym poprzedniczkom. Pokazały nam kierunek. Jestem żeglarką, i wiem co znaczy strategicznie dobrze zaplanowany rejs. Jakie mapy pilotowe są do tego potrzebne, żeby przewidzieć wszystkie przeszkody. Jak ważny jest wybór dobrego kapitana. Moje idolki to Astrid Lindgren i Joanna Pajkowska, ale też moja córka Idka, która niedługo w Szwecji będzie wyświęcona na diakona. Nie możemy się niczego i nikogo bać, gdy chcemy spełniać swoje marzenia, albo po prostu żyć po swojemu.

Świetne. Wzruszające. Złapałem się na tym, że czasem zapominałem, że czytam o Marysi. Zobaczyłem ją na nowo.
Artur Andrus

Violetta Ozminkowski - dziennikarka i pisarka. Ostatnio autorka bestsellerowej biografii Michaliny Wisłockiej „Sztuka kochania gorszycielki", na podstawie której został nakręcony film „Sztuka kochania", i napisanej z opublikowanych wywiadów rozmowy z Agnieszką Osiecką „Lubię farbować wróble". Za życia Marii Czubaszek przekomarzała się z nią, że jak nie poczęstuje papierosem, napisze jej biografię.  

Książka „Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć” jest już dostępna w księgarniach online

Reklama

komentarze [4]

Sortuj:
611
0
04.03.2021 15:31

Jezus Maria Peszek Czubaszek.


119
81
04.03.2021 12:16

Dlaczego promujecie prawie tylko lewicowe lub skrajnie lewackie książki na główne? Nigdy nie było niczego pozytywnego o prawicy, czy myśli konserwatywne... Ciekawe...


268
247
04.03.2021 09:11

Chętnie przeczytam. Pani Maria była niesamowitą kobietą, a jej powiedzonka nie do podrobienia


Reklama
235
14
03.03.2021 09:44

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd