Nowa Fantastyka 517 (10/2025) Ken MacLeod 6,2

ocenił(a) na 74 tyg. temu Publicystykę wyróżnia tekst Łukasza Orbitowskiego – i to jest wejście w numer jak z koncertu rockowego: bez asekuracji, bez półśrodków, za to z pełną szczerością. Dostajemy osobiste, dojrzałe, momentami rozbrajające wyznanie o sobie samym. Orbitowski nie pozuje, nie moralizuje, nie gra „pisarza z pomnika”. Jest człowiek, jego droga, jego potknięcia i jego upór. Czyta się to z dużą przyjemnością i jeszcze większym szacunkiem. Jeśli to podsumowanie pewnego etapu – to bardzo udane. A jeśli zapowiedź kolejnych? To tylko powtórzę: kolejnych 20 lat, panie Łukaszu!
Pozostała publicystyka trzyma bardzo wysoki poziom. Wyróżnia się szczególnie artykuł Dariusza Jemielniaka. I trzeba to powiedzieć wprost: z numeru na numer jest coraz lepszy. Jego teksty mają w sobie świetny balans między akademicką precyzją a przystępnością. Nie ma tu zbędnego nadęcia, jest za to konkret, dobra analiza i umiejętność uchwycenia szerszego kontekstu. To publicystyka, która nie tylko informuje, ale też porządkuje myślenie – a to w dzisiejszych czasach towar deficytowy.
Na zupełnie inną nutę gra Przemek Corso, który serwuje nam żartobliwy tekst o polskich tłumaczeniach zagranicznych filmów. I to jest dokładnie ten rodzaj artykułu, przy którym człowiek jednocześnie kiwa głową z uznaniem i parska śmiechem. Analiza jest solidna – nie ma tu pójścia na łatwiznę – ale podana w lekkiej, pełnej dystansu formie. To kawał dobrej roboty, który uruchamia wspomnienia („jak oni mogli to tak przetłumaczyć?”),a przy okazji pokazuje, że za niektórymi decyzjami stały całkiem złożone mechanizmy rynku i marketingu. Śmiech śmiechem, ale refleksja zostaje.
Proza polska – tym razem pod kreską
Vaijana po polsku czyli tytuł "Mała nieskończoność" – Anny Hrycyszyn
Niestety, to dla mnie największe rozczarowanie numeru. Tekst jest rozwlekły, tempo siada niemal od pierwszych stron, a historia nie potrafi złapać właściwego rytmu. Pomysł może i miał potencjał, ale tonie w nadmiarze opisów i braku wyraźnego napięcia. Czyta się to ciężko, bez tej iskry, która powinna pchać opowieść do przodu.
Ocena: 3/10
„Czas Tutenhito” – Paweł Dybała
Tu jest już wyraźnie lepiej. Magiczny ołówek wpływający na ludzkie zachowania to koncept, który aż prosi się o dynamiczną, zadziorną historię. I coś z tego dostajemy – jest pomysł, jest zalążek ciekawej intrygi. Problem w tym, że brakuje tempa i „zęba”. Opowiadanie nie wgryza się w czytelnika tak, jak mogłoby. Zostaje poczucie niewykorzystanego potencjału.
Ocena: 5/10
Polska proza w tym numerze niestety nie dowozi. Po świetnej publicystyce człowiek liczył na mocne literackie uderzenie, a dostał raczej przeciąg niż burzę.
Proza zagraniczna – wyraźny skok jakości
„Hyperborea” – Maksim Gach
Zaczyna się intrygująco, klimat jest gęsty, świat jakby z plastiku, jakaś rozbita rakieta, aura sennej mary… Problem w tym, że do końca nie wiadomo, o co właściwie chodzi. Brakuje puenty, mocniejszego domknięcia, punktu zaczepienia, który nadałby sens całej tej wizji. Jest klimat, jest nastrój, ale to trochę za mało.
Ocena: 4/10
„Godzina Ziemi” – Ken MacLeod
Tu wchodzimy w zupełnie inny poziom. Klimat cyberpunka, wielka polityka, biznes, technologiczne ambicje – i bohater, który spokojnie mógłby być przyszłym wcieleniem Elona Muska. To taki wycinek z życia świata, który jest o krok od naszego, ale już wyraźnie skręca w stronę twardego SF. MacLeod potrafi budować tło bez nachalnej ekspozycji, a napięcie wynika z samego kontekstu. Solidne, inteligentne science fiction.
Ocena: 7/10
„Magiczne jajko” – Frank R. Stockton
Tradycyjny test retro w wykonaniu „Nowej Fantastyki” – tym razem XIX wiek. I trzeba przyznać: działa. Tekst jest napisany z wdziękiem, ma klasyczną konstrukcję, a napięcie rośnie z każdą stroną. To dowód, że dobra opowieść nie starzeje się tak łatwo. Bardzo przyjemna literacka podróż w czasie.
Ocena: 7/10
„Wszechświat samotności” – Eugenia Triantafyllou
I na koniec perełka – nominacja do Nebuli jak najbardziej zasłużona. Autorka była już drukowana w „Nowej Fantastyce” i wcześniej bywało… różnie, delikatnie mówiąc. Teksty potrafiły być przewlekłe i mało angażujące. A tutaj? Zupełnie inna liga.
Teoria strun w wersji emocjonalnej: dla każdej osoby istnieje oddzielny wszechświat, przenikający się z innymi. Koncepcja ambitna, ale podana w przystępny, poruszający sposób. Trochę jak „Interstellar” w wersji osobistej – kosmologia spleciona z samotnością, relacjami i pytaniem o to, jak bardzo jesteśmy od siebie oddzieleni. Jest i rozmach, i serce.
Ocena: 8/10
Podsumowanie numeru 517
Publicystyka – bardzo mocna.
Proza polska – niestety słaba.
Proza zagraniczna – wyraźnie lepsza, z prawdziwą perełką na koniec.
Numer nierówny, ale dzięki zagranicznym tekstom i świetnej publicystyce wychodzi na plus. Gdyby polska proza dorównała reszcie, mielibyśmy naprawdę wybitne wydanie.