Kiedyś myślałam obrazami, teraz językiem – rozmowa z Aleksandrą Zielińską

Marcin Zwierzchowski
02.12.2017

Od samego debiutu, powieści „Przypadek Alicji”, Aleksandra Zielińska dała się poznać jako wielki talent. Potem była jeszcze lepsza „Bura i szał”, a niedawno zbiór opowiadań „Kijanki i kretowiska”. Oto jedna z najciekawszych polskich pisarek młodego pokolenia.

Marcin Zwierzchowski: Potrafiłabyś napisać wesoły, optymistyczny tekst, w którym nikt nie cierpi?

Aleksandra Zielińska: Szczerze przyznam, że nie wiem. Gdy siadam do pracy, to nigdy nie zakładam z góry, jaki nastrój będzie miała opowieść, którą chcę spisać. Okazuje się to zwykle po fakcie. Ostatnio coraz więcej osób pyta o nastrój w mojej twórczości, który jest taki, a nie inny, co nie zawsze sama zauważam. Myślę, że wynika to z mojej wrażliwości i sposobu patrzenia na świat. Nie znam środowiska, w którym wszyscy są weseli, optymistyczni i nie cierpią – pęknięcia, niedopasowanie oraz chaos pojawiają się wszędzie, często to właśnie one mnie pociągają, inspirują. Z drugiej strony napisanie czegoś o dobru bez popadania w infantylizm albo banał jest bardzo trudne. Byłam ostatnio w Starym Teatrze na „Triumfie woli” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki – ten spektakl znakomicie opowiada o dobru i pokazuje, że potrzebujemy takich narracji.

Pierwszym twoim tekstem, jaki czytałem, było opowiadanie grozy w jakiejś antologii. (Bardzo dobre. Przez nie sięgnąłem potem po „Alicję…”) Ty zaczynałaś od tego typu historii. Może więc sama wyszłaś z horroru, ale horror nie wyszedł z ciebie? Bo wciąż chyba chcesz nas trochę straszyć – jako rodzic, byłem otwierającym „Kijanki…” opowiadaniem autentycznie przerażony.

Wiesz, to dobre pytanie. Siadając do pracy, nigdy nie zastanawiam się nad kwestią przynależności gatunkowej tego, co powstanie. Zawsze miałam problem również z klasyfikowaniem swoich tekstów i po prostu odpuściłam, inni robią to za mnie. Gdybym zadebiutowała w innym miejscu niż Fahrenheit może dzisiaj z horrorem nie byłabym tak kojarzona. Co nie zmienia faktu, że jestem dumna, że wyszłam z tego środowiska i tam nauczyłam się podstaw warsztatu, poznałam przy okazji wspaniałych ludzi, z którymi kontakt utrzymuję do dziś. Ale masz rację, w mojej twórczości jest dużo grozy, czasem podczas lektury u czytelnika pojawiają się różne skrajne emocje, nawet strach. Myślę, że to po prostu powoli staje się moim stylem, moim sposobem patrzenia na świat, w końcu moją wrażliwością. Jestem raczej smutnym człowiekiem, może dlatego ciągnie mnie mimo wszystko w kierunku mroku i tego, o czym czasem wolelibyśmy pomilczeć niż mówić.

Charakterystyczną rzeczą dla twojej prozy jest też fakt, że rodzina to w tych historiach nie źródło wsparcia, ale cierpienia. Dla bohaterek „Przypadku Alicji” i „Burej i szału” odwiedziny w domu rodzinnym to coś równie przyjemnego jak trepanacja czaszki.

Trochę tak wyszło, rzeczywiście. Bardzo interesują mnie relacje międzyludzkie, te najbliższe, w małych, zamkniętych układach, jak właśnie rodzina. Często dochodzi tu do napięć i szarpaniny, jakich z zewnątrz w ogóle nie widać. Fascynuje mnie ta dwoistość - mamy niby doskonały obraz domowego ogniska, a wystarczy tylko trochę podrapać lukier na powierzchni i nagle widać wszystko, co kryje się za zasłoną, jacy jesteśmy, gdy nikt tak naprawdę nie patrzy. W rodzinie znamy się zwykle bardzo dobrze, wiedzę tę wykorzystać można nierzadko, aby zranić do szpiku kości. Lubię zgłębiać takie wewnętrzne tarcia między ludźmi oraz ich wpływ na dojrzewanie, konstrukcję emocjonalną, w końcu na odnalezienie się w społeczeństwie i wyznaczenie własnych granic. Oczywiście, jest to tylko jedna z wielu wizji rodziny, w obu powieściach silnie naznaczonej. W opowiadaniach pojawia się moim zdaniem więcej oddechu czy luzu w relacjach, ale wciąż są one w jakiś sposób połamane i porwane, choć silne.

A dlaczego teraz opowiadania? Bo zwykle to bywa tak, że zaczyna się od zbiorku, potem są powieści, u ciebie natomiast po dwóch powieściach dostajemy zbiór kilkunastu tekstów krótszych.

Tak, ale wbrew pozorom to od opowiadań zaczynałam. Zaczęłam pisać pierwsze krótkie teksty jako kilkunastoletnia dziewczyna, z czasem przełamałam wstyd i zaczęłam wysyłać je do redakcji czasopism fantastycznych, które znałam jako czytelniczka. Odpowiedzi pojawiały się rzadko, ale jedna z nich była dla mnie kluczową - Maciej Parowski zadał sobie trud przeczytania fragmentu mojej prozy i skreślenia kilku motywujących słów, aby próbować dalej. Wzięłam to sobie jakoś do serca i zabrałam się ostro do roboty. Zadebiutowałam na papierze, mając lat osiemnaście, a była to antologia opowiadań fantastycznych, wydana przez wiodące wówczas wydawnictwo. Potem przyszły kolejne zbiory. W końcu złożyłam swój własny, ale nie mogłam za nic przekonać do tego pomysłu jakiegokolwiek wydawcy. Dlatego też usiadłam do pisania powieści, najpierw jednej, potem drugiej. Po ”Burze i szale” byłam wyczerpana - ta książka stanowiła ogromne wyzwanie zarówno warsztatowe, jak i emocjonalne. Na to nałożyły się zawirowania w moim życiu prywatnym. Poczułam, że to dobry moment, aby powrócić do krótkiej formy i był to swego rodzaju powrót do domu.

Mała dygresja: dostrzegasz, ile miałaś „szczęścia” w fakcie, że zaczynałaś w środowisku fantastów? Maciek Parowski, antologia, Fahrenheit - jest gdzie publikować na tym rynku, nawet jak ma się lat osiemnaście czy mniej. Gdybyś pisała opowiadania realistyczne, stanęłoby na tym, że trochę nie ma ich gdzie słać…

Tak, pełna zgoda! Za moich czasów przestrzeń fantastyczna była jedyną, w której znajdowało się miejsce dla debiutantów. Doceniam, że właśnie w tym środowisku przyszło mi zaczynać. Nie wiem, jak to teraz wygląda, ale jeśli jest podobnie, to polecam wszystkim adeptom literackim, jeśli rzecz jasna tematyka jest im bliska. Wśród fantastów uczyłam się warsztatu, teraz nauka procentuje.

Nie ty jedna: Orbitowski, Małecki, Szostak, Twardoch, Kańtoch, nawet Chmielarz, a wcześniej Marcin Wroński wyszli „od nas”. Teraz i Brzezińska opublikowała „Córki Wawelu”. Dobre towarzystwo! Ale jak mówiłem, ty wyszłaś z horroru, horror z ciebie jednak nie. I w twoich powieściach groza bierze się głównie z zachwiań rzeczywistości, choroby psychicznej, jakiś zaburzeń. Trochę cię ciągnie to takich postaci i tematów.

Owszem, zachwianie rzeczywistości to jeden z ważniejszych motywów, za które się zabieram. Myślę, że ma to jednak wiele przyczyn. Przede wszystkim wiąże się z moim pierwszym wykształceniem, jestem dyplomowaną farmaceutką z porzuconym doktoratem. W trakcie studiów tematyka, związana ze zdrowiem psychicznym bardzo mocno mnie interesowała, zarówno pod kątem psychologicznym, jak i farmakologicznym. Cieszę się, że miałam dostęp do rzetelnej wiedzy naukowej oraz specjalistów. Bardzo pomagało mi to w prowadzeniu researczu do obu powieści. Przy „Burze…” wybrałam się również na zwiedzanie szpitala psychiatrycznego i okolic, żeby oddać te wątki jak najdokładniej. Poza tym, to już tak wygląda, że granica między światem prawdziwym a urojonym to miejsce, gdzie dla mnie dzieją się cudowne, inspirujące rzeczy. Poszukiwanie tej granicy, próby jej przesunięcia, czy ustanowienia na nowo to coś, co poniekąd pcha moją prozę do przodu, trochę ją definiuje.

Czego więc mamy spodziewać się po trzeciej powieści?

Czegoś zaskakującego i nowego - przynajmniej temat, za jaki się biorę, będzie zaskakujący i nowy dla mnie jako twórczyni. Po raz pierwszy planuję sięgnąć po wątek historyczny, związany z moim regionem, rodzinnym Podkarpaciem i znaleźć paralelę między nim a współczesnością. Podejrzewam, że znów będzie smutno, ale smutno w inny sposób. Wciąż z tyłu głowy siedzi mi tekst dramatyczny, za który chcę się zabrać, jak tylko moje życie wróci na właściwe tory. Teatr stał się dla mnie bardzo bliską przestrzenią, jeśli nie ma mnie w aptece, to pewnie siedzę gdzieś na schodach widowni i trzeci raz oglądam Wesele. Dużo dzieje się też w kwestii filmowej - praca naszego zespołu literackiego przy Studiu Munka to ogromna frajda i satysfakcja, nie mogę się doczekać, kiedy efekty trafią na ekrany duże i małe. Przyszły rok zapowiada się bardzo intensywnie, ale to dobrze - jestem szaloną pracoholiczką, nie potrafię usiedzieć w miejscu.

Będzie to już twoja czwarta książka, a trzecia powieść - sporo się w tobie zmieniło, jako pisarce, od czasu „Alicji…”? Bo przyznam, że choć widzę rozwój stylu w „Burze…” i „Kijankach…”, to jednak rewolucji nie było (co nie znaczy, że była potrzebna). Ale sam tryb pracy? Ty jesteś z tych, którym pisze się łatwo, czy nas nieszczęśliwców, którzy dłubią z mozołem w kamieniu, a potem i tak kasują?

Mam specyficzny tryb pracy. Zaczynam zwykle od małej iskry, która jest początkiem czegoś większego. Może to być wszystko, zasłyszane zdanie, obraz, podsłuchana rozmowa. Prowadzę specjalny kapowniczek w telefonie, gdzie wpisuję wszystko, co mi wpadnie w ucho. Mój przyjaciel dramaturg pracuje podobnie i czasem podczas rozmowy się ścigamy, kto pierwszy ma prawa do danego one-linera. Jestem bardzo czuła na słowo. I owszem, zdarza się, że podsłuchuję ludzi w komunikacji miejskiej, albo w pracy, ale mam nadzieję, że zostanie to wybaczone... Później bardzo długo inkubuję pomysł w głowie, lwia część pisania odbywa się właśnie tam. Gdy czuję, że nadchodzi właściwy moment i mam wrażenie pewności tematu, to siadam do właściwego pisania. W sumie poprawiam chyba mało sama, bo wcześniej ważę każde zdanie. Potem wiadomo tekst wędruje do redaktora i tu już praca jest poważniejsza. Filip Modrzejewski jest doskonały w swoim fachu i dużo się przy nim uczę.

Tryb pisania mi się zmienił z czasem, kiedyś myślałam obrazami, teraz jest to bardziej myślenie językiem, ale taka ewolucja bardzo mi siadła i wiele ułatwiła. Może rzeczywiście rewolucji stylu nie było, ale ja też specjalnie o tym nie myślę. Owszem, chcę sięgać po nowe formy i tematy, ale niech to się dzieje w sposób naturalny i niewymuszony. Zobaczymy, jak będzie wyglądać czwarta książka.

Reklama

komentarze [12]

Sortuj:
334
124
05.12.2017 02:09

"Przypadek Alicji" to jedna z najbardziej żenujących powieści jakie czytałam. Nie kupujcie, chyba że chcecie się pośmiać z nieudolności tego pisarstwa. To jest tak po prostu złe. Nie każdy powinien być pisarzem. Jeśli koronnym argumentem ku pisarstwu jest to, że ktoś lubi książki, może warto najpierw odbyć solidny kurs polonistyczny lub literaturoznawczy.

Jest tylu...

więcej

423
121
13.12.2017 22:18

Według mnie na grafomanię cierpi 80 proc. pisarzy młodego pokolenia w Polsce - jeśli można ich tak w ogóle nazwać. Liczy się bardziej wypromowanie ich samych jako osób nietuzinkowych - wygląd, sposób bycia. Znajdzie się kilka wartościowych książek, ale reszta to prawdziwa żenada. Rozumiem, że promocja polskiego pisarstwa jest wskazana, ale trzeba jeszcze promować z głową....

więcej

93
23
02.01.2018 17:43

Pan Pedro ma sporo racji, kiedyś bodajże Hemingway podał algorytm na dobrego pisarza: dużo czytać i dużo pisać. Coś mi się wydaje, że gros rzemieślników pióra nie wzięła sobie do serca tej rady, bądź są przeświadczeni o swoim geniuszu.


685
627
04.12.2017 15:50

"Kiedyś myślałam obrazami, teraz językiem..." - a kiedy czas na głowę?


834
8
03.12.2017 13:01

mmm piękna pani


330
46
04.12.2017 16:54

Owszem, ale w przypadku autorek książek, to nie wystarczy.


744
35
06.12.2017 20:57

Zdjęcie jest mocno wyfotoszopowane


2175
977
02.12.2017 19:38

Zamówiłem dwie książki autorki.


1941
290
03.12.2017 19:31

Ja muszę poczekać, święta, prezenty ;) Rzuciłam się na nową Joannę Bator, więc póki co Zielińska tylko w schowku, ale Burą i szał i Kijanki i kretowiska kupuję już w styczniu!


2175
977
02.12.2017 14:13

Przyznaję się bez bicia, że nie znam twórczości autorki, ale po takiej rozmowie czuję się wręcz przymuszony do sięgnięcia po utwory młodej pisarki.


1941
290
02.12.2017 18:54

Mam podobne odczucia Piotrze. :)


48
0
01.12.2017 11:49

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd