Pisanie o naturze karmi moją duszę - wywiad z Johnem Lewisem-Stemplem

Diana Chmiel
15.10.2017

O życiu na farmie, miłości do zwierząt i natury (z wyjątkiem szczurów), o zgubnym wpływie rolnictwa przemysłowego na środowisko, a także o niechęci do pisania książek z Johnem Lewisem-Stemplem, autorem książki „Prywatne życie łąki” rozmawia Diana Chmiel.

Prywatne życie łąki to najbardziej inteligentna i wciągająca książka przyrodnicza, jaką będziecie mieli przyjemność przeczytać!

Pięknie napisana, refleksyjna, a zarazem dowcipna opowieść człowieka, który z czułością i pasją podpatruje pory roku mijające jedna po drugiej na łące tętniącej życiem. John Lewis-Stempel, mieszkający na pograniczu Anglii i Walii, nie tylko obdarzony jest zmysłem uważnej i życzliwej obserwacji, ale też wszystkożerną, typowo angielską ciekawością. Autor poznał rozmaite gatunki roślin i zwierząt żyjących w jego okolicy i potrafi o nich opowiadać w niezrównany oraz zachwycający sposób. Kto raz zanurzy się w ten poetycki świat pieszych wędrówek po terenach Herefordshire, ten na zawsze zmieni sposób myślenia o otaczającej przyrodzie. 

 

Diana Chmiel: Po przeczytaniu „Prywatnego życia łąki" odniosłam wrażenie, że miejsce, w którym mieszkasz, jest dla Ciebie ważne...

John Lewis-Stempel: Mieszkam w Herefordshire. To kraniec Anglii, dosłownie i metaforycznie. To tutaj Anglia zamienia się w Walię. To jednocześnie takie trochę zapomniane angielskie hrabstwo. Nie ma tutaj ani jednego drapacza chmur, a autostrada przebiega na samej krawędzi kraju.

Brzmi fantastycznie!

Herefordshire to tak naprawdę dwa hrabstwa w jednym. Wschodnia część to faliste, sielankowe pola uprawne z łąkami, sadami jabłkowymi i ciągnącymi się uprawami chmielu. Zachodnia część to z kolei przede wszystkim wzgórza. Każdy znajdzie tu krajobraz dla siebie. No i przyznaję się do słabości do rzeki Wye nad miasteczkiem Ross-on-Wye, która jest równie spokojna i tak ładna jak Dordogne ze swoimi historycznymi kościołami.

Mógłbyś mieszkać w innym miejscu?

Moje serce należy do Herefordshire. Nigdy nie postrzegałem siebie jako pisarza natury. Po prostu pokazuję od środka jak wygląda życie na angielskiej wsi. Równie dobrze mógłbym mieszkać na Wyspach Galapagos. Byłyby dla mnie bardzo interesujące, ale nie czułbym ich tak, jak czuję Herefordshire, nie przemawiałyby do mnie, ani ja do nich.

Czy za tym, że jesteś farmerem stoi jakaś dłuższa historia?

Nie, tu sprawa jest prosta. Moja rodzina jest rodziną farmerską od 800 lat. A ja nie mam ani życzenia ani powodów, by uciekać przed tą przeszłością.

Co lubisz najbardziej w życiu na farmie?

Odczuwanie każdej pory roku na skórze, przebywanie wśród dzikich ptaków, zwierząt, ale również wśród żywego inwentarza. Po 25 latach hodowania bydła, owiec, świń i drobiu nauczyłem się tego, że zwierzęta są mądrzejsze i bardziej inteligentne emocjonalnie niż zakładają to ludzie. One są takie jak my, a my jesteśmy tacy, jak one. Zasługują na to, by wieść dobre życie, więc pewnie nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, że gardzę rolnictwem przemysłowym.

Kochasz zwierzęta. Ale tak szczerze - czy wszystkie? Nie ma takich zwierząt, których nie lubisz albo się ich boisz?

Dobre pytanie! Mimo wszystko są takie zwierzęta, przyznaję. Nienawidzę szczurów - biegających z tymi swoimi łuskowatymi ogonami, roznoszących choroby.

Piszesz książki przyrodnicze i historyczne. Wolisz pisać o ludziach czy o zwierzętach?

Lubię zmieniać temat, o którym piszę i przeskakiwać z pisania o naturze do pisania o historii. Historia wymaga większego wysiłku umysłowego, jest dobra dla mózgu. Pisanie o naturze z kolei karmi moją duszę. Moja ostatnia książka „Where Poppies Blow” łączy te dwie moje pasje, bo opowiadam w niej o tym, jak brytyjscy żołnierze odnajdowali pocieszenie w naturze podczas I wojny światowej.

Napisałeś do tej pory 13 książek. Czy masz wśród nich swoją ulubioną? Może jakiś temat, o którym lubisz pisać najbardziej?

To teraz wyznanie - ja nie lubię pisać. Pisanie jest bardziej czymś, co muszę zrobić, w przeciwieństwie do rzeczy, które chcę robić. Jeśli posadzisz mnie przy biurku, z komputerem i powiesz mi, żebym napisał książkę, będziesz czekać całą wieczność na to, żebym w ogóle zaczął, nie mówiąc już o skończeniu. Mam dosyć nietypową metodę pisania. Podczas swojego farmerskiego dnia zapisuję na skrawkach papieru notatki, myśli, całe wyrażenia. Wieczorem spisuję je wszystkie. Słucham wtedy muzyki, zazwyczaj jest to zapętlony jeden kawałek, który leci w kółko.

Jeden? Zdradź w takim razie, czego słuchasz!

To różne rzeczy, ale chyba zespołem, którego słucham najczęściej podczas pisania jest The Killers. Po sześciu albo dwunastu miesiącach, czary mary, mam książkę. Więc w jakimś sensie sam siebie oszukuję, żeby w ogóle pisać. A z „Prywatnego życia łąki” jestem bardzo dumny. To książka, która pomoże ludziom zrozumieć, jak wielkie znaczenie ma chronienie ostatnich angielskich łąk. Tak samo jak „The Running Hare: The Secret Life of Farmland” przyciągnęło uwagę do szkodliwego działania agrochemikaliów w uprawach.

A plany na następne książki?

Kolejna wyjdzie w 2018 roku, jej tytuł to „The Wood”. Opowiada o jednym roku, który spędziłem poznając las, próbując hodować go samodzielnie w tradycyjny sposób, ale trzymając w nim świnie i bydło. To zapomniany styl rolnictwa w Wielkiej Brytanii, gdzie las był postrzegany jako miejsce wolne od zwierząt hodowlanych. A przecież i świnie, i krowy były pierwotnie zwierzętami leśnymi. Właściwie wszystkie moje książki o naturze mają ten sam motyw przewodni - ludzi, zwierzęta hodowlane i naturę dzielących tę samą przestrzeń.

Jesteś bardzo otwarty na naturę, spostrzegawczy, uważny, masz też olbrzymią wiedzę. Skąd się u Ciebie wzięło to zainteresowanie światem naturalnym?

Tak jak rozmawialiśmy wcześniej, moja rodzina od 800 lat zajmuje się farmerstwem. Moja babcia nauczyła mnie wyczuwać deszcz po zapachu wiatru, a dziadek pokazywał mi ślady lisa wokół kurnika. To rodzinna rzecz, można powiedzieć, że dostałem je w spadku w genach.

Panuje teraz takie przekonanie, że życie na wsi jest takie miłe i romantyczne. Zgadasz się z tym?

Tak, rolnictwo jest świetne - jeśli lubisz ciężką pracę! Z romantyzmem nie ma to nic wspólnego. Ja pracuję 80-90 godzin tygodniowo, a na wakacjach byłem lata temu. Nie umiem sobie teraz przypomnieć nawet pojedynczego wolnego dnia.

A co z czytaniem? Mógłbyś wybrać jedną ulubioną książkę, albo taką, która wpłynęła na Ciebie najbardziej?

Kiedy miałem 12 lat przeczytałem „The Wild Lone” autorstwa BB (to pseudonim Denysa Watkinsa-Pitchforda). Ta historia naprawdę doskonale opisuje to, co się dzieje w głowie zwierzęcia, oddaje również bardzo realistycznie całe jego życie. To, czego BB mnie nauczył, to przede wszystkim dostrzeganie tego, co naprawdę działo się w naturze. Miał do tego oko.

Jeśli miałbyś wskazać jedną rzecz, której ludzie muszą się nauczyć, by żyć w harmonii z przyrodą, co by to było?

Powstrzymać się przed nadużywaniem pestycydów/herbicydów/fungicydów. Nowoczesne rolnictwo chemiczne to zabójstwo dla wiejskich obszarów, dla ptaków i roślin, nawet dla ziemi, na której przecież wszyscy żyjemy. Polska może nie jest jeszcze aż tak daleko na tym szlaku rolnictwa przemysłowego, ale Wielkiej Brytanii podobno zostało jedynie 100 zbiorów, jak ostrzegają naukowcy. Intensywne rolnictwo to powolne samobójstwo.

Reklama

komentarze [1]

Sortuj:
1046
158
12.10.2017 08:15

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd