Pisarze to złodzieje – wywiad z Alkiem Rogozińskim

rude_recenzuje
03.10.2018

Zadebiutował trzy lata temu, a już ma na koncie dziewięć powieści i ugruntowaną pozycję mistrza lekkich kryminałów. Z nami Alek Rogoziński rozmawia o tym, dlaczego bohaterkami jego powieści są głównie kobiety, zdradza, czy sam miał kiedykolwiek kłopoty z prawem, i wyjaśnia, dlaczego jego zdaniem przebywanie w towarzystwie pisarzy bywa czasem mało komfortowe.

Z pisarzem rozmawiamy przy okazji premiery jego najnowszej książki Zbrodnia w wielkim mieście.

Sandra, szefowa pisma „Marzenia i sekrety”, jest atrakcyjną singielką i fanką Tindera. Martyna, redaktorka w tej gazecie, to znudzona żona, która swojego męża widuje raz na pół roku, a i wtedy niewiele mają sobie do powiedzenia. Z kolei Iwona, graficzka, samotnie wychowuje dwójkę nastolatków z piekła rodem. Wszystkie trzy przyjaźnią się i pracują razem w niewielkim wydawnictwie prasowym.

Pewnej nocy, w czasie przymusowej służbowej nasiadówki (i po kilku kieliszkach wina), żartując, wymyślają, jak popełnić morderstwo idealne i pozbyć się swojego szefa – seksisty, szowinisty i tyrana. Po kilku dniach ktoś realizuje ich plan. Szybko okazuje się, że osób, które miały powód, aby zabić upiornego biznesmana, jest więcej: jego niewierna żona, bandyci, którym był winny spore pieniądze, oraz jego kumpel, który dziedziczy po nim wszystkie interesy.

Paula Sieczko: Jak dużo czasu w ciągu dnia spędzasz z ludźmi? Moja ciekawość wynika z tego, że w każdej swojej książce udowadniasz, że jesteś dobrym obserwatorem rzeczywistości i ludzkich zachowań.

Alek Rogoziński: Osiem bitych godzin w pracy. A że pracuję w jednym z największych polskich wydawnictw prasowych, zatrudniającym setki ludzi, to nigdy nie narzekam na „syndrom pustelnika”. Wręcz przeciwnie! Ale to dobrze, bo wizja sielskiego życia w chatce na bezludnej wyspie jakoś nigdy do mnie nie przemawiała. Nie lubię samotności. Moja wyobrażenie piekła to nie diabelskie kotły, podgrzewane nieustannie przez rogatych złośliwców, ale właśnie samotność rozciągnięta w nieskończoność.

Czy w czasie spotkań ze znajomymi zdarza Ci się wyłapywać te ciekawe zachowania i wykorzystywać je później w swoich książkach?

Oczywiście, że tak. Zawsze to powtarzam – pisarze to najwięksi złodzieje wśród artystów. Kradną, co popadnie: historie, wspomnienia, powiedzonka, gesty, zachowania, cechy charakteru i wyglądu. Kiedy ma się w pobliżu pisarza, trzeba bardzo uważać, bo potem może się okazać, że odnajdziemy swoje życiowe historie w jego książkach. Prawie wszystkie stworzone przeze mnie postaci są kompilacją tego, co udało mi się podpatrzyć u innych. Oczywiście nigdy nie robię tego w stosunku „jeden do jednego”. Bawię się raczej w sklejanie: wygląd wezmę od jednej osoby, sposób zachowania od innej, powiedzonka od jeszcze innej, dołożę do tego coś z wyobraźni i tym sposobem tworzę ludzki „patchwork”, który staje się bohaterem opowieści.

Większość postaci w Twoich powieściach to kobiety. Czy wcielanie się w role kobiece jest dla Ciebie łatwiejsze, czy kobiety są łatwiejszym materiałem do modelowania na kartach książek?

Kobiety są dla mnie niewyczerpanym źródłem inspiracji. Tak się złożyło, że zawsze przebywałem głównie w damskim towarzystwie. W mojej klasie w podstawówce na jednego chłopaka przypadały dwie dziewczyny. W liceum proporcje wyglądały jeszcze bardziej atrakcyjnie: siedmiu chłopa na prawie trzydzieści koleżanek. Moją pierwszą pracą, którą zarabiałem na opłacenie studiów, była fucha „przekładacza papierków” w ZUSie. Jak łatwo się domyślić, należałem tam do nielicznych męskich „rodzynków”.

Kiedy trafiłem do mediów, szybko wylądowałem w warszawskim radiu Kolor, które wtedy reklamowało się jako „kobieca częstotliwość”, oraz w rozrywkowej prasie, która też zdominowana jest przez płeć piękną. I w sumie bardzo się z tego cieszę, bo wydaje mi się, że przez te wszystkie lata udało mi się jako tako poznać tajniki kobiecych dusz. Tym bardziej że kiedy jest się jedynym facetem w pokoju, to z czasem kobiety zapominają o tym, że siedzi między nimi taki obcy element, i zaczynają bez skrępowania rozmawiać o rzeczach, które zdecydowanie nie powinny trafiać do męskiego ucha. A już zwłaszcza takiego, które należy do pisarza!

Faktem jest, że kiedy już znajdę się w męskim gronie i uświadomię sobie, że prawdopodobnie jako jedyny tam wiem, czym różni się sukienka od spódnicy, sebum od serum i pończochy od rajstop, oraz umiałbym bez trudu odpowiedzieć na pytanie, czym jest i do czego służy beauty blender, to robi mi się trochę głupio, ale i tak uważam, że jestem wielkim szczęściarzem, mogąc przez tyle lat podpatrywać kobiety. Ile z tego zebrało się materiału do pisania!

W „Zbrodni w wielkim mieście” znów pojawiają się postacie, które żyją na bakier z prawem – tu gangster, tam złodziejka… Mam wrażenie, że wplatasz ich role w fabułę bardzo świadomie, a to sprawia, że jestem ciekawa, czy Ty kiedyś miałeś problemy z prawem? A może zdarzyło Ci się coś ukraść, ale uszło Ci to na sucho?

Swego czasu zostałem oskarżony przez swoich sąsiadów o urządzanie hałaśliwych orgii. Wziąwszy pod uwagę, że pracowałem wtedy w dwóch firmach od dziewiątej rano do północy, musiałbym być cyborgiem, żeby jeszcze potem mieć ochotę na cokolwiek innego niż tylko walnięcie się do łóżka i sen. Najgorsze, że wszyscy w kamienicy wiedzieli, że ci sąsiedzi są paranoikami, ale nikt przez lata nie miał odwagi im tego uświadomić. Swoją paranoją na punkcie tego, że „musi tutaj panować cisza jak w kościele i to przez całą dobę” sterroryzowali resztę lokatorów, co było o tyle proste, że był to budynek z lat 50., zamieszkiwany głównie przez starsze osoby. Doszło do tego, że po północy kichnąłem w swojej łazience, a już miałem na głowie patrol policji.

Ostatecznie sprawa znalazła swój finał na sali sądowej i – jak to u nas – ciągnęła się przez półtora roku. Umorzono ją dopiero wtedy, kiedy mój sąsiad zeznał pod przysięgą, że zakłócam mu spokój „od powojnia”, a na uwagę zdziwionego sędziego: „Ale przecież podejrzany urodził się w latach siedemdziesiątych”, zaczął się pieklić, że działamy w zmowie i pewnie wysoki sąd też bierze udział w moich orgiach. Kiedyś napiszę z tego powieść albo sztukę teatralną, bo poziom groteski przekroczył tam wszelkie dopuszczalne normy, a moja prawniczka podsumowała to refleksją: „Czułam się tak, jakbym występowała w Ally McBeal”.

Czy w czasie tworzenia humorystycznych scen zdarza Ci się, że uśmiechasz się sam do siebie?

Ja w ogóle często staram się uśmiechać do siebie, nie tylko podczas pisania. To taka swoista autoterapia. Choć im jestem starszy, tym niestety coraz mniej znajduję ku temu powodów. Obawiam się, że kiedy będę już się żegnał z naszą planetą, mogę być mocno zgorzkniały.

Jaki jest Twój sposób na tworzenie żartów? Za każdym razem mnie to zadziwia, że z jednej strony są na tyle inteligentne, że nikogo nie obrażają, a z drugiej nadal bawią do łez tysiące Twoich fanów.

Czytelników. Nie lubię słowa „fan” w odniesieniu do pisarzy. Fanów ma Madonna. Wiem, bo sam nim jestem. A co do żartów, wydaje mi się, że to wychodzi naturalnie. Nie jest tak, że siadam do komputera z myślą: „Muszę teraz napisać coś zabawnego”. Po prostu wymyślam jakąś kryminalną historię i opisuję ją na swój sposób, czyli tak, jakbym coś opowiadał znajomemu. Reszta wychodzi naturalnie. A co do obrażania, to nigdy nie wiadomo, co kogoś urazi. Pamiętam historię ze stawem Murzyn, który stanął na drodze bohaterki jednej z moich książek. Ponieważ bidulka nie widziała, jak ma go objechać, zadzwoniła do swojego przyjaciela z pytaniem: „Nie wiesz czasem, jak mam przejechać Murzyna?”. Na podstawie tej sceny oskarżono mnie o rasizm. Serio. Paranoja. Doniesiono mi, że była z tego ponoć niezła awantura na jakimś forum czy w grupie internetowej, nawet nie wiem gdzie, bo nie śledzę aż tak uważnie tego, co się dzieje w Internecie. Pomyślałem wtedy, że mój ukochany Bareja w tych czasach byłby jednym z najbardziej hejtowanych twórców. Bo w końcu ileż rasizmu, seksizmu i drwin z naszych narodowych świętości zawierają „Alternatywy 4” czy „Miś”. Strach pomyśleć!

Wiemy już, że mimo wszystko jesteś bezwzględnym autorem, który bez mrugnięcia okiem potrafi zrobić swojemu bohaterowi krzywdę. Mówią, że autorzy przywiązują się do swoich bohaterów, więc czy z Tobą jest inaczej?

Nie. Też się przywiązuję do swoich bohaterów i dbam o to, żeby włos im nie spadł z głowy. Choć czasem sami się proszą o kłopoty.

Która postać ze „Zbrodni w wielkim mieście” jest Twoją ulubioną i dlaczego? Ciekawi mnie też, która z nich kosztowała Cię najwięcej czasu i sprawiła najwięcej trudności.

Uwielbiam młodziaków, czyli nastoletnie rodzeństwo, które mimowolnie zostaje wmieszane w aferę kryminalną rozpętaną przez starsze pokolenie. Ich dialogi pisało mi się najszybciej i obie te postaci, Agaty i Szczepana, były też najbardziej, że tak to nazwę, „pomysłogenne”. Zwłaszcza Szczepan, który narozrabiał tam chyba najbardziej. W pewnym momencie miałem nawet wrażenie, że obojga jest trochę za dużo w książce, więc kilka scen z nimi wyciąłem, ale i tak ich uwielbiam. Może kiedyś napiszę książkę dla odrobinę młodszych czytelników i wtedy dam Agacie i Szczepanowi szansę na „drugie życie”. Zobaczymy.

Wymień proszę trzy upodobania bohaterów „Zbrodni...", które otrzymali po Tobie. Gdzie czytelnik może doszukiwać się cech autora? Podejrzewam, że w przypadku „Zbrodni w wielkim mieście” jednym z nich może być uwielbienie od Magdy Gessler…

To na pewno! Poza tym granie w brydża i „Carcassonne”. No i oczywiście nadużywanie wina. To mój ulubiony wyskokowy trunek i właściwie jedyny, którym rujnuję sobie wątrobę.

Łatwiej pisze Ci się książki w serii czy te wydawane jako pojedyncze tomy?

Stworzenie serii było sugestią moich wydawców, którzy twierdzili, że takie książki się lepiej sprzedają. Ostatecznie nie znalazło to potwierdzenia w rzeczywistości, bo nadal moją najpopularniejszą powieścią pozostaje Jak Cię zabić, kochanie?, czyli historia zamknięta w jednym tomie. Ja chyba też wolę pisać pojedyncze książki. Co nie oznacza, że zamierzam porzucić bohaterkę mojej serii, Różę Krull. Powoli szykuję kolejną część jej przygód.

Co Twoim zdaniem jest kluczem do sukcesu kryminału na wesoło?

Odpowiednie wyważenie proporcji między humorem a akcją kryminalną. W literaturze wzorcem metra w tej dziedzinie są powieści Joanny Chmielewskiej, a w filmie – znakomity serial „Gotowe na wszystko”.

Czy w kryminale, nawet tym komediowym, ktoś musi zginąć?

Powinien, choć – jak pokazują dwie napisane przeze mnie książki – nie zawsze tak się dzieje.

Który moment z tworzenia powieści najbardziej lubisz? Samo wymyślanie fabuły, tworzenie bohaterów, relacji między nimi, a może uśmiercanie?

Najbardziej lubię moment, kiedy piszę słowo „koniec” i wysyłam książkę do redakcji. Myślę wtedy: „I znów jakimś cudem się udało!”, otwieram wino i zaczynam przeglądać oferty biur podróży.

Jakiś czas temu zapowiadałeś, że zadebiutujesz w gatunku, który z komediami kryminalnymi nie będzie miał nic wspólnego. Czy to nadal aktualne?

Jak najbardziej. Forpocztą tego będzie opowiadanie „Kimkolwiek jesteś...”, umieszczone w tomie Zabójczy pocisk. Polska krew. Premiera już pod koniec października na Targach Książki w Krakowie.

Zawsze zastanawia mnie, jak to jest z autorami o bogatym dorobku literackim, że w swoich kolejnych powieściach wracają do pojedynczych epizodów, elementów poprzednich książek. W „Zbrodni..." pojawiają się smaczki chociażby z cyklu z Różą Krull. Ciekawi mnie, czy pamiętasz swoje historie ze szczegółami, czy zdarza się, że one bledną z czasem?

Zdecydowanie bledną i niekiedy na spotkaniach autorskich, gdy pada pytanie o jakiś szczegół z wcześniejszych powieści, sprawiam wrażenie półmózga, sklerotyka albo kogoś, kto nie napisał swoich własnych książek. A co do powiązań, to są one zamierzone. Chcę, aby moje książki, wszystkie – i te pisane w serii, i te pojedyncze – były w pewnym stopniu całością, toczącą się w wymyślonej przeze mnie rzeczywistości. Dlatego w każdej znajdzie się przynajmniej jedna postać, która będzie ją łączyła z innymi.

Poza tym, że piszesz książki sam, zdarza się, że tworzysz je w duecie z Magdaleną Witkiewicz. Mógłbyś zdradzić, jak wygląda praca we dwójkę nad jedną książką i czy wolisz taką pracę zespołową, czy jednak indywidualną?

Zdecydowanie wolę pisać sam, choć moje literackie romanse z Magdaleną zaliczam do bardzo satysfakcjonujących i mam nadzieję, że jeszcze nie napisaliśmy razem ostatniego słowa. Mamy pomysł na kontynuację „Biura M”, które zresztą w naszych głowach od początku było zaplanowane jako trylogia, i czekamy tylko na zielone światło ze strony wydawnictwa.

Reklama

komentarze [6]

Sortuj:
7204
3121
03.10.2018 14:49

Profesjonalnie przeprowadzony wywiad - gratuluję:)


359
205
04.10.2018 17:08

Super, że się podoba! Bardzo dziękuję :)


359
205
03.10.2018 11:49

Zapraszam do dyskusji.


36
0
03.10.2018 14:29

Ciekawy wywiad :) "Zbrodnia w Wielkim Mieście" zakupiona i czeka na przeczytanie;)mam pytanie: czy Alek napisze kolejną część z Różą Krull? Pozdrawiam :)


222
69
04.10.2018 13:20

Doti85, przecież jest powiedziane w wywiadzie:
"Co nie oznacza, że zamierzam porzucić bohaterkę mojej serii, Różę Krull. Powoli szykuję kolejną część jej przygód."


359
205
04.10.2018 17:07

Plany są, zobaczymy co z tego wyjdzie :)


zgłoś błąd