Tego nie robi się czytelnikowi

Sylwia Sekret
07.12.2014

Wisława Szymborska doskonale wiedziała, czego nie robi się kotu. Pozostając natomiast w duchu poprzedniej niedzieli, i mając na uwadze to, że kot może być również czytelnikiem, a czytelnik kotem, zastanówmy się, czego w takim razie nie robi się czytelnikowi. Weźmy pod uwagę nie tylko autorów, ale także – a może przede wszystkim? – wydawców. Co nas drażni w wydawanych książkach, jakich zabiegów fabularnych nie lubimy, czy okładka może skutecznie odrzucić nas od lektury i jak od strony technicznej powinna wyglądać idealna do poczytania w wolnej chwili powieść?

Zazwyczaj czytelnik nie lubi, kiedy książka niczym go nie zaskakuje. Autorzy właśnie dlatego są autorami, dlatego wydaje się ich książki, że potrafią pisać, kreować i stwarzać bohaterów i światy, o których my – czytelnicy – byśmy nawet nie marzyli. Ich autorska wyobraźnia winna być wyjątkowa i niepowtarzalna, zakończenie zatem lub chociaż poszczególne fabularne rozwiązania niech nie będą zawsze typowe i wywołujące nawet nie okrzyk, a znudzone i mniej ekspresyjne niż u Halamy: ja wiedziałem, że tak będzie...W przeciwnym razie bowiem będzie się chodziło z niesmakiem wokół kolejnych książek takiego autora, będzie się martwiło, że szkoda, bo styl ma on całkiem niezły; będzie się odwracało tyłem do książki i sięgało po nią w ostateczności lub wcale. Podobnie będzie się miała sprawa z autorami, którzy nas nie doceniają - tego to się już na pewno nie robi czytelnikowi! Bo co ma począć czytelnik z dziełem, w którym wszystko jest czarno na białym (nie, nie apeluję o kolorową czcionkę), w którym autor raz po raz tłumaczy swojemu odbiorcy, że to jest tak, a to tak, że ten jest dobry, a ten zły; że dwadzieścia trzy strony wstecz była już podobna sytuacja i wtedy bohater zachował się tak i tak... Czytelnik, choć jest tylko niewinnym czytelnikiem, zwykłym szarym człowieczkiem zagubionym w plejadzie rozsławionych autorów i list bestsellerów, nie powinien być traktowany z góry. Po lekturze takiej książki czytelnik może być nawet, w najgorszych sytuacjach, obrażony! A kiedy w zapowiedziach pojawi się nowa powieść owego autora? Tu już nie będzie zmiłuj, czytelnik niczym kot wkroczy dumnie i z gracją do księgarni, myśląc:

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.

Oczywiście będzie się tu miało na myśli siebie jako czytelnika – urażonego i pełnego dezaprobaty. A kiedy na półce dojrzymy dzieło tego pisarza, ominiemy je szerokim łukiem, kpiąco lub ze współczuciem patrząc na tych, którzy będą obracać w rękach jego powieść i zastanawiać się nad kupnem.

Bywa również, że czytelnik nie będzie lubił otwartych, dwuznacznych zakończeń – niektórzy sięgają po beletrystykę po to, aby dostać w łapki historię od początku do końca niezależną od nich, nie wymagającą domysłów i pełnych zadumy godzin nad ewentualnymi losami bohaterów. Choć dla innych będzie to oczywiście dodatkowa frajda, a być może nawet pełne satysfakcji poczucie, że autor pozwala nam współtworzyć tę historię – zaufał nam i tylko dlatego nie poszedł w zamknięte, sprecyzowane do ostatniej kropki zakończenie. Tu mamy już do czynienia z kwestią gustu, dlatego autor musi zdecydować, jakiemu czytelnikowi woli się przypodobać; chyba, że nie myśli w tych kategoriach – wtedy może też się zastanowić, na której historii zarobi więcej.

Z wydawcami sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana, jednak choć trudno dogodzić każdemu, to w niektórych sytuacjach większość czytelników jest zgodna. I tak też rzecz ma się z czcionką. Rozwiązanie nie jest jednak łatwe, ponieważ trzeba znaleźć ów mityczny złoty środek, w którego poszukiwania może być niekiedy zaangażowana cała redakcja. Wygląda to bowiem tak: niemal nikt nie lubi małej czcionki – wizja nas samych pochylonych do granic możliwości nad stronami, zgarbionych i przecierających oczy – nie jest niczym zachęcającym. A kiedy dodatkowo stracimy z oczu czytaną właśnie linijkę tekstu – jej odszukiwanie doprowadzić nas może czasem do szewskiej pasji. Jeśli jednak wydawca popadnie w skrajność, otrzymamy powieść, której fabuła bez trudu zmieściłaby się na trzystu stronach – w dodatku przyzwoitą czcionką – rozciągniętą na pięćset stron, napisaną nie tylko ogromnymi literami, ale także z interliniami przypominającymi bardziej pracę magisterską niż beletrystykę. Spryt wydawców polega tutaj na tym, że w efekcie w nasze ręce trafia powieść, której jedynie liczba stron – zwiększona niepotrzebnie - uzasadnia wygórowaną cenę. Sytuacja odwrotna jest jednak równie niebezpieczna: kiedy wspomniana mała czcionka sprzyja temu, aby książka nie miała więcej niż tysiąc stron, a żeby nie była gruba i ciężka jak cegła, wydrukowana jest na niemal przezroczystym papierze, który aż prosi się o przypadkowe podarcie – czytelnik ma prawo być poddenerwowany podczas lektury.

Zagorzałych czytelników, którzy kolekcjonują książki, dbają o ich estetyczny wygląd na półce i jednolitą kolekcję niezmiernie irytować może fakt, że nowość wydawnicza, na którą dawno czekali, wychodzi w miękkiej oprawie, podczas gdy pozostałe tomy lub powieści tego autora mają już w twardej. Kupi taki czytelnik powieść w miękkiej oprawie, co poprzedzać będzie oczywiście cała gama westchnień i stękań, przetrwa jakoś wachlarz ambiwalentnych uczuć – bo z jednej strony w końcu ma tę wyczekiwaną od miesięcy książkę, z drugiej strony ta miękka, niczym nieuzasadniona okładka – by po kilku tygodniach zobaczyć w księgarni, na samym środku wystawy ową powieść w oprawie – a jakże – twardej, proszę państwa! Wściekaniom i przekleństwom nie będzie końca; tupanie nogami pod księgarnią również nie jest wykluczone, podobnie jak oskarżycielskie spojrzenia rzucane bogu ducha winnym ekspedientkom, strachliwie wyglądającym zza stosu nowości.

#####

Kolejnym koszmarem czytelnika są tomy. No trudno, powieść, którą chcemy przeczytać, i oczywiście zakupić na własność, podzielona jest przez polskiego wydawcę na tomy – jesteśmy w stanie się z tym pogodzić. Niektórym będzie to nawet na rękę, bo na przykład nie lubią grubych, opasłych tomiszczy, które czytane w łóżku mogą przyprawić nas o konwulsje, a czterdzieści złotych więcej nie robi im aż takiej różnicy. Który czytelnik nie oburzy się jednak, kiedy zapowiadany szumnie cykl, którego pierwsza część faktycznie nam się spodobała i zaciekawiła nas, skończy się na... pierwszym tomie! Dlaczego? Dlaczego ktoś miałby robić coś takiego czytelnikowi? To się nie godzi, to może zranić, to jest bardzo, bardzo niegrzeczne. Albo kiedy wydają nam tomy nie po kolei! Normalny, przyzwoity czytelnik nie ma łatwego życia, oj nie.

Ha! Coś mi jeszcze przyszło teraz do głowy – kojarzycie te szumne, krzykliwe hasła, którymi reklamowane są kolejne książki? „Polska odpowiedź na Bridget Jones!”, „Czytaliście Igrzyska śmierci? - musicie przeczytać także to!”, „Następca Stephena Kinga już w Polsce!”, „Nowy król skandynawskiego kryminału...” i tak dalej, i tak dalej... Nie wiem, jak Was, ale mnie coś takiego odstrasza od lektury lub sprawia, że podchodzę do niej z przymrużeniem oka; albo – co gorsza – moje wymagania są tak wygórowane, że rzadko kiedy po takiej zapowiedzi powieść im sprosta. W równym stopniu zepsuć lekturę potrafią nieumiejętnie napisane blurby czy inne opisy. Jedną sprawą są streszczenia, które nijak nie odnoszą się do treści książki, w związku z czym czytelnik, który sięgnął po lekturę tylko na podstawie tego, co wydawca napisał na czwartej stronie okładki – będzie zawiedziony; inną rzeczą jednak są opisy, które – co uważam za niedopuszczalne i dyskwalifikujące – zdradzają to, co dzieje się nawet w połowie lub pod koniec książki. Jest pewne wydawnictwo, którego opisy omijam szerokim łukiem. Książki przez nich wydawane czytam, owszem – wydają zbyt wiele interesujących tytułów – jednak tego, co na skrzydełku czy z tyłu, nie czytam, nawet nie zerkam jednym okiem. To jak dać dziecku w prezencie ułożone puzzle.

Są oczywiście jeszcze takie sprawy, jak przesuwanie w nieskończoność terminu premiery wyczekiwanej książki bez podania jakiejkolwiek przyczyny; okładki, które nie mają absolutnie nic wspólnego ani z tytułem, ani z treścią powieści, a także takie, które są po prostu brzydkie (ale tutaj wiadomo – gusta i guściki); są błędy, którym nie podołali korektorzy, a które potrafią w zbyt dużej ilości przyprawić o dreszcze i odłożenie czytanej pozycji; nierzadko mamy do czynienia z kiepskim tłumaczeniem; innym razem mogą nas zdenerwować obce, np francuskie, wtrącenia, które w ogóle nie są przetłumaczone – i weź tu się człowieku, domyśl, o co chodzi. Na pewno każdy czytelnik ma swoje powody, by zniechęcić się do danego wydawnictwa czy autora. Jednego denerwują wydania kieszonkowe, ktoś inny natomiast z przerażeniem patrzy na wielkie księgi w twardych oprawach, które nigdzie się nie mieszczą. Są jednak takie kwestie, i mam nadzieję, że kilka z nich udało mi się powyżej wymienić, które dla większości stanowią jeśli nie problem, to dyskomfort, który sprawia, że przyjemność z czytanej książki nie jest już taka sama.

Tego, czego się nie robi czytelnikowi, nie da się ująć krótko i zwięźle. Czytelnik to zwierzę wymagające, kapryśne i lubujące się nierzadko w rzeczach ekskluzywnych i przy tym – najlepiej – niedrogich. Czytelnik niezadowolony lub podekscytowany zmienia się w drapieżnika przekonanego o swoich racjach i znającego swoje potrzeby. Tych potrzeb właśnie wydawcy niekiedy mogliby posłuchać i wziąć pod uwagę. Kto wie? Może zyskałyby na tym obie strony? Drapieżnik staje się jednak uległy, smutny i przerażony, kiedy na drodze między nim a jego ukochanym autorem stanie nieustępliwa i nieubłagana śmierć. Umrzeć – tego nie robi się kotu, pisała niezrównana poetka. Umrzeć – tego nie robi się również czytelnikowi, który wie, że świat stracił nie tylko wspaniałego człowieka, ale także genialnego pisarza i jego niepowtarzalną wyobraźnię. Co tam błędy wydawców i wygórowane ceny książek – dopóki żyje ubóstwiany przez nas twórca, jesteśmy w stanie znieść chyba wszystko.

Reklama

komentarze [128]

Sortuj:
1680
7
05.01.2019 09:17

Podobnie jak Elilayę, niewiele z z powyższego mnie denerwuje. Jeżeli nie podoba mi się styl autora, nie będę czytać jego książek. Ponieważ czytam głównie ebooki czcionka zazwyczaj nie jest problemem. Okładki to rzecz gustu, każdemu podoba się co innego, a i tak najważniejsza jest treść. Do haseł reklamowych podchodzę jak do wszystkich innych reklam, czyli nie zwracam na nie...

więcej

0
1428
konto usunięte
02.01.2019 07:36

Użytkownik wypowiedzi usunął konto


2706
200
01.01.2019 20:47

Ja chyba jestem jakaś inna, ale mnie nic nie denerwuje.. chociaż nie, jedna rzecz, która mnie może zasmucać to właśnie nie wydawanie całej serii. A tak to nie przejmuję się takimi pierdołami i żyje mi się lepiej i spokojniej a z książek czerpię pełnię radości i przyjemności, to jest dla mnie ważniejsze. Czekam cierpliwie na książki, nie przejmuję się okładkami, wydaniami,...

więcej

308
143
01.01.2019 19:24

Kolejna irytująca rzecz, to pomimo wydania danej książki w oryginale, nadal nie ma tłumaczenia. Przykładem jest seria o Księgogrodzie autorstwa Waltera Moersa rozpoczęta od Miasto Śniących Książek
Nadal czekam na tłumaczenie ostatniej części. Dodatkowo poprzednia skończyła się na cliffhangerze.


912
237
13.01.2015 12:44

Też, chociaż u Piekary denerwowało mnie powtarzające się podkreślanie pewnych cech Mordimera (czuły węch, "skromność", itp). Akurat tu miałem na myśli Marcina Ciszewskiego.


1109
37
14.12.2014 13:35

Do listy powinny dołączyć opisy z tyłu książki, które spoilerują znaczną część fabuły czy nawet praktycznie całość.


0
1428
konto usunięte
13.12.2014 12:25

Użytkownik wypowiedzi usunął konto


7098
373
09.12.2014 14:25

Tak, wiem to.
Co nie zmienia faktu, że mnie to denerwuje :-)


7098
373
09.12.2014 13:01

A mnie denerwuje brak ilustracji w nowym wydaniu kultowej / klasycznej książki:
 Tylko dla dziewcząt Tylko dla dziewcząt

- okładka nieszczególna, ale za to genialne ilustracje Gwidona Miklaszewskiego, które czynią książkę dwa razy zabawniejszą;

 Tylko dla dziewcząt...

więcej

912
237
09.12.2014 14:22

Proste - inny wydawca. Może nie chcieli dodatkowo płacić za prawa do ilustracji?


4077
580
10.12.2014 09:35

Owszem, zabawne ilustracje bardzo ożywiają nie jedną książkę, choć nie zawsze są niezbędne. Przykładem są powieści, również te klasyczne oraz niektóre książki dla dzieci. Można się zachwycać baśniami Andersena z ilustracjami Szancera. Same ilustracje są swoistym dziełem sztuki, ale baśnie nic nie stracą na tym, że zabraknie ilustracji. Fajnie czyta się Trylogię Sienkiewicza...

więcej

912
237
09.12.2014 11:05

Uważam też za problem sytuację, gdy autor po kilku powieściach z cyklu nagle pisze coś w stylu "pierwsza sprawa komisarza Iksińskiego", "zobacz jak to się zaczęło" itp. U pewnego pisarza spotkałem się z tym w dwóch seriach, które stworzył.


288
56
12.01.2015 20:36

To brzmi jak cykl inkwizytorski.


zgłoś błąd