Reklama

Moja najważniejsza i najtrudniejsza książka

LubimyCzytać
18.09.2019

Z Anną Sakowicz – autorką powieści „Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer”, zilustrowanej przez Ewę Beniak-Haremską – rozmawiamy o inspiracjach, marzeniach i poszukiwaniu w sobie dziecka.

Mówi pani, że „Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer” to pani najważniejsza książka. Dlaczego? 

Najważniejsza, najtrudniejsza i bardzo osobista. Moja mama choruje na alzheimera od kilku lat. Diagnoza, którą usłyszeliśmy od lekarzy, była jak grom z jasnego nieba. Nikt z nas nie spodziewał się, że dotknie to tak energiczną osobę. Trudno mi było to wszystko poukładać sobie w głowie. I nagle pojawiła się myśl, by napisać „Listy do A.”. Od razu wiedziałam, że musi to być dziecięcy bohater, bo z takiej perspektywy czasami łatwiej zadawać na pozór naiwne pytania i zmagać się z rzeczywistością. Myślę, że ta książka pozwoliła mi oswoić Pana A. Nigdy nie napisałam niczego tak osobistego, płynącego prosto z serca, dlatego jest to dla mnie najważniejsza publikacja (przynajmniej do tej pory).

Pisząc ją, odnalazła pani w sobie dziecko. Czy to było łatwe zadanie? 

W przypadku tej książki bardzo łatwe, bo przyszło naturalnie. Nagle stałam się małą, zagubioną dziewczynką, której alzheimer zabierał mamę. Co z tego, że mam prawie pięćdziesiąt lat, jeżeli ciągle potrzebuję mamy, chcę, by była gdzieś obok, blisko. Alzheimer nam to uniemożliwia, bo mama coraz bardziej zamyka się w jego świecie. To dziecko we mnie więc płakało, pytało, dociekało i pisało listy.

Słyszymy porównania „Listów do A.” do „Oskara i pani Róży” Érica-Emmanuela Schmitta. Co pani o tym sądzi? 

Sama od razu mam takie skojarzenie, bo bohaterami obu książek są dzieci piszące listy w ważnych sprawach. I tu, i tu jest choroba. Co prawda zupełnie inna, ale tak samo niszcząca. Ponadto mam wrażenie, że w tego typu książkach, niby pisanych dla dzieci, dorośli czytelnicy znajdą o wiele więcej niż młodszy czytelnik. My rozumiemy konteksty, dziecko nie zawsze. 

Dla mnie oczywiście takie zestawienie ze Schmittem to ogromne wyróżnienie. Ostatnio byłam na jego spotkaniu autorskim, to niezwykły człowiek. Chciałabym, by moja książka miała taki sam wpływ na czytelników, jak jego „Oskar i pani Róża” (takie nieskromne marzenie).

Ukończyła pani filozofię i edukację filozoficzną – czy „Listy…” nie są trochę powiastką filozoficzną? 

Pewnie w jakiejś części tak. „Listy…” próbują przecież odpowiedzieć na ważne, ale i podstawowe pytanie dotyczące przemijania i śmierci. Ponadto ta niewielka książeczka powinna być odczytywana wielowymiarowo, właśnie jak powiastki filozoficzne, choć oczywiście nie chciałabym teraz popadać w jakiś niepotrzebny patos.

Kolejni czytelnicy opowiadają pod pani wpływem o własnej walce z chorobą najbliższych – staje się pani ich powierniczką. To bardzo trudne zadanie? 

Bardzo trudne. Najbardziej bolesny skutek wydania tej książki. Czuję ból tych ludzi i doskonale rozumiem każdą ich łzę. Wiem, o czym do mnie piszą. Ponadto wszystkie przypadki są prawie identyczne jak mojej mamy. Ale też jest druga strona: cieszę się z tego, że moja książka jest pretekstem do rozmów, że można opowiedzieć o bliskich, że można się wypłakać i że każdy z nas ma poczucie, iż nie jest sam.

Książkę poleca Polskie Stowarzyszenie Pomocy Osobom z Chorobą Alzheimera – ta rekomendacja musi wiele dla pani znaczyć, szczególnie w miesiącu chorych.

Bardzo wiele. Dla mnie to pieczątka pod tym, co napisałam, potwierdzenie, że nie popełniłam błędów rzeczowych. A ponadto, że jest to lektura wartościowa, szczególnie przydatna dla osób opiekujących się chorymi.

Książka jest pięknie zilustrowana przez Ewę Beniak-Haremską. Czy rozmawiały panie o jej wizji, czy realizowała wyłącznie swoje autorskie pomysły?

Nie miałyśmy okazji rozmawiać, ale z tego, co wiem, pani Ewa podeszła do tekstu bardzo osobiście. Dopełniła go swoimi emocjami. Każdy jej rysunek jest bardzo subtelny, ale też niosący niezwykle dużo treści. Przyznam, że bałam się, że rysunki zinfantylizują książkę, ale kiedy je zobaczyłam, rozpłakałam się. To było niezwykle wzruszające. Ilustracje są przepiękne, niewątpliwie wzbogaciły tekst.

„Bóg nie mógł być wszędzie, więc stworzył babcię” – czy wyobraża sobie pani siebie w tej roli?

Oczywiście. Mam dorosłą córkę, która jest już zaręczona i planuje ślub. A ja po cichu liczę na to, że będę mieć wnuki. Jestem na nie gotowa i postaram się sprostać roli babci. Chciałabym, by moje wnuki powiedziały kiedyś, że mają najlepszą babcię na świecie, tak jak moja córka mówiła o mojej mamie.

Czy pisanie bloga traktuje pani na równi z książkami? 

Zdecydowanie nie. Blog pozwolił mi myśleć poważnie o pisaniu, był okazją do czynienia wprawek literackich, choć pewnie słowo „literackich” to za dużo powiedziane. Czyli był chyba takim preludium do pisania. Posty powstają często bardzo spontanicznie i to ja jestem tam bohaterką i narratorką. W książkach kreuję rzeczywistość, jak i podmiot mówiący.

Na swoim profilu facebookowym ma pani rzesze fanów, którzy kibicują pani pracy, dodają otuchy – jak zdobywa się takich zagorzałych czytelników?

Nie wiem. Naprawdę trudno odpowiedzieć na takie pytanie, bo tu najlepiej, gdyby głos zabrali sami czytelnicy. Ale myślę, że bardzo ważna jest szczerość i autentyczność w kontaktach z czytelnikami. Oni czują, że nikogo nie udaję, że nie gwiazdorzę. Być może właśnie to powoduje, że mi kibicują (ale pewności nie mam).

Jakie ma pani najbliższe plany pisarskie?

Obecnie na prośbę czytelników piszę trzecią część „Planu Agaty”. A na początku przyszłego roku ukaże się powieść „Niebieskie motyle” (o depresji). Chciałabym też wywiązać się z obietnicy danej dzieciom. Ciągle czekają na kolejne części „Leniusiołków”, a ja niestety jakoś nie mogę sprostać tym oczekiwaniom, choć druga część jest napisana, a trzecia czeka na spisanie. Nie mam czasu zabrać się za poszukiwania wydawcy. Chciałabym oczywiście, aby książka była pięknie wydana, a leniusiołki ożyły na jej kartach. 

Planów jest więc sporo, pracy jeszcze więcej, a marzeń ciągle pełna głowa.

Wywiad sponsorowany

Reklama

komentarze [3]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

2461
4
17.09.2019 11:04

Zapraszamy do dyskusji.


14
13
18.09.2019 20:43

spoko nie chce tej ksionszki jaby co


16
11
21.09.2019 23:03

Skąd rzesze fanów? To proste: książki jakie pisze Ania są dobre,my czytelnicy doń wracamy.Autorka jest osobą niezwykle skromną i szalenie sympatyczną.A przede wszystkim jest sobą :) Dlatego Ania ma naprawdę świetnych fanów :)


zgłoś błąd