"Bastion" Stephena Kinga być może nie jest najlepszą powieścią postapokaliptyczną w historii, ale z pewnością dla wielu czytelników - nawet tych, którzy zazwyczaj nie sięgają po literaturę tego gatunku - jest tą książką, która zaszczepiła i utrwaliła w ich wyobraźni na długie lata wizję tego, jak może wyglądać świat i w jaki sposób zachowają się ludzie w obliczu wyniszczającej ludzkość zarazy.
Niezależnie od tego, czy potrzeba i idea powstania antologii opowiadań rozgrywających się w świecie w trakcie i po "żniwach" Kapitana Trippsa rzeczywiście wypływały z faktu, że dla wielu autorów dokładających swoją cegiełkę do tego zbioru twórczość Kinga - ze szczególnym wskazaniem na "Bastion" - była lekturą ważną, a nawet formatywną, czy też gdzieś podświadomie motywowało ich pragnienie dania ujścia wciąż żywym emocjom po ostatniej pandemii, albo wreszcie chęć zaprezentowania próbki swojej twórczości pod egidą Kinga i w towarzystwie uznanych nazwisk (bo takich tu nie brakuje), efekt finalny niestety zawodzi pod wieloma względami.
Choć trudno przyłożyć tę samą miarę do każdego z opowiadań - bo jak w każdym zbiorze znajdują się tu teksty lepsze i gorsze, zarówno pod względem formalnym, jak i fabularnym - to jednak całościowo "Koniec świata, jaki znamy..." rozczarowuje niewykorzystanym potencjałem, jaki dawał punkt wyjściowy w postaci "Bastionu" i to, co ma do zaoferowania bogate i uniwersum powiązanych ze sobą powieści Stephena Kinga, do którego można było nawiązać, sprawiając, że rzeczywiście poczulibyśmy się - zwłaszcza jako fani - na dobrze znanym terytorium.
Ja niestety ani przez chwilę - abstrahując od tego, czy dane opowiadanie mi się podobało, czy nie - nie miałem wrażenia, że jestem w świecie Kinga, a jedynie czytam wariacje na "zadany" temat: fanfiki, których twórcy podchodzą do wyzwania z entuzjazmem często większym niż ich możliwości literackie i zdolności narracyjne.
W książce tej, objętością dorównującej niemal oryginałowi, znalazło się zaskakująco niewiele opowiadań, które zapadłyby mi na dłużej w pamięć, i równie niewiele takich, które w naprawdę kreatywny sposób rozwijałyby koncept lub ukazywały świat epidemii z nowej, ciekawej perspektywy.
Zdarzały się teksty interesujące formalnie - jak te z czwartej części tomu, na którą najbardziej ostrzyłem sobie zęby: "Niefortunna rekonwalescencja superprawnika" ("The Unfortunate Convalescence of the SuperLawyer") Nata Cassidy'ego oraz "Stąpając po pozłacanych odłamkach" ("Walk on Gilded Splinters") Dawida J. Schowa. Oba wpisują się w nurt weird fiction i są bardzo ciekawe pod względem konceptu i formy (pierwsze to metaopowieść o bohaterze, który powoli uświadamia sobie, że jest trzeciorzędną postacią książkową, drugie zaś przedstawia świat, w którym od wydarzeń z "Bastionu" minęło wiele lat, a rzeczywistość przypomina jeden ze skorodowanych, chaotycznych światów skupionych wokół Mrocznej Wieży). W obu przypadkach jednak opowieści zostały złożone na ołtarzu formalnych eksperymentów i zamiłowania do dziwności, przy jednoczesnym braku angażującej, wyrazistej linii fabularnej.
Lepiej w tej kategorii wypada Catherynne M. Valente - jej "Nadeszła ostatnia noc smutku" ("Came the Last Night of Sadness"), mimo iż podobnie jak dwa powyższe nie podąża szczególnie wyraźnym torem fabularnym, jest opowieścią patchworkową, w której poszczególne części mają swój klimat i charakterystyczny dla twórczości autorki alegoryczno-baśniowy vibe (perspektywa starej samicy słonia, dostrzegającej odchodzenie "malutkich", czy też umierający długowieczny płetwal błękitny i ginący wraz z jego odejściem otaczający go mikroekosystem jako metafora wymierającej Ziemi).
Niestety, wiele utworów, w których zastosowano podobne zabiegi, ugina się właśnie pod ciężarem dziwności i nieczytelności, a także trudnych do zrozumienia intencji autorów. Część z nich budzi autentyczny niesmak, zwłaszcza te, w których dość pretekstowo potraktowano punkt wyjścia i w zasadzie niewiele je łączy ze światem "Bastionu".
Takimi, równie dobrze mogącymi rozgrywać się gdziekolwiek i kiedykolwiek, opowieściami są chociażby otwierający zbiór "Pokój numer 24" Caroline Kepnes (perspektywa wyraźnie psychopatycznego policjanta realizującego swoje chore wizje przy okazji rozgrywającej się pandemii) oraz "Aż obudzą nas ludzkie głosy i zatoniemy" ("Till Human Voices Wake Us, and We Drown") Poppy Z. Brite (w centrum uwagi niezwykły trójkąt seksualny złożony z młodego homoseksualisty, nieokreślonego gatunku stworzenia morskiego i opiekującego się nim starca - tak, równie nieswojo czuję się pisząc to, jak wtedy kiedy czytałem to opowiadanie).
Brak bardziej ambitnej inwencji twórców sprawia, że z rzadka wychodzą oni poza terytorium Stanów Zjednoczonych, a często nawet jeśli to robią, od smakowicie zapowiadającego się konceptu ukazania innej przestrzeni działania supergrypy przechodzą do opowieści, która nie angażuje, a nawet razi sfokusowaniem się na wnętrzu bohaterów, z którymi trudno sympatyzować albo nawet nie chciałoby się mieć z nimi nic wspólnego, jak ma to miejsce w "Za oceanem" ("Across the Pond") V. Castro (wymarły Londyn i kobieta, która czyni młodego, niedoświadczonego chłopaka swoim seksualnym niewolnikiem).
Te i inne kwestie, związane z opowiadaniami, których wymienianie sobie odpuszczę - w tym z powodu ich przeciętności i wtórności, zarówno względem tego, co znam już z popkultury w materii postapokalipsy, jak i względem siebie nawzajem (powracający motyw matki Abagail i Randalla Flagga nawiedzających sny 99% postaci) - sprawiły, że najbardziej doceniłem te, które obok dobrze opowiedzianej historii nie były przy tym specjalnie skomplikowane, oraz te, w których ciekawy punkt wyjścia szedł w parze z interesującą i przemyślaną fabułą.
"Trips" ("The Tripps") Wratha Jamesa White'a ma ciekawą perspektywę wirusa supergrypy w ubogiej dzielnicy amerykańskiego miasta, zamieszkanej głównie przez czarnoskórych. Obok zarazy dziesiątkującej ludzkość w tle rozgrywają się bezwzględne porachunki dilerów narkotyków i zamieszki. Wszystko opisane jest z okrutną naturalnością, a w centrum uwagi znajdują się dzieci, które doświadczają wszystkich tych widoków, jakie notabene są niewiele bardziej drastyczne od dnia codziennego w świecie, w którym dorastają.
"Oczami świni" ("In a Pig’s Eye") Joe R. Lansdale'a to prosty, ale zręcznie napisany survival, w którym były pracownik wypożyczalni kaset wideo podejmuje jedyną racjonalną decyzję, by ukryć się w dziczy, kiedy w jego miasteczku zaczyna rządzić bezprawie i szerzyć się kanibalizm. Wspólnie z młodą dziewczyną mierzy się z psychopatycznym szeryfem (czy też jego zastępcą) i zgrają jego popleczników.
"Lenora" ("Lenora") Jonathana Janzy to wzruszająca opowieść o mężczyźnie, który lata przed wybuchem epidemii zmierzył się z osobistą tragedią utraty rodziny w pożarze i o jego z wolna rodzącej się miłości do nieoczekiwanego kompana w niedoli - małego didika (polecam wyguglować to urocze stworzenie!)
"W niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie" ("Wrong Fucking Place, Wrong Fucking Time") C. Roberta Cargilla to lekko humorystyczna historia o trójce pozostałych przy życiu mężczyzn gdzieś w zapadłej mieścinie w USA. Dwaj wielbiciele horrorów i przeżywający żałobę farmer, konfrontowani z przybyszami o nieczystych zamiarach, nie zdają sobie sprawy, że wkrótce ich udziałem będzie coś, co dotąd widzieli na ekranach swoich ulubionych filmów.
"Gracja" ("Grace") Tima Lebbona zabiera nas na pokład wahadłowca Discovery, z perspektywy którego obserwujemy rozgrywającą się poniżej apokalipsę. Pozornie najbezpieczniejsi mieszkańcy planety znajdują się w sytuacji bez wyjścia - brak możliwości bezpiecznego lądowania, a do tego Randall Flagg - tu wybaczam jego obecność - wyciągnął swe macki również w kosmos, skuszony perspektywą użycia broni jądrowej znajdującej się na pokładzie wahadłowca. Bardzo dobry thriller psychologiczny, trzymający w napięciu do samego końca.
Na wyróżnienie zasługuje też "Afrykański malowany pies" ("The African Painted Dog") Catriony Ward, gdzie zaraza doprowadza do uwolnienia likaonów, których oczami obserwujemy upadek świata ludzi - fabuła nie zaskakuje, ale perspektywa jest oryginalna i dobrze wykorzystana.
"Ostatnia sprawa Kovacha" ("Kovach’s Last Case") Michaela Koryty ujęła mnie od początku motywem detektywa tropiącego seryjnego mordercę w świecie, w którym nawet gdyby zebrać wszystkich seryjnych morderców w jednym miejscu, nie prześcignęliby oni w swoim dziele Kapitana Trippsa. Mimo dość szybko rozwikłanej zagadki klimat noir robi swoje, a na postawione na końcu pytanie, czy dla większego dobra warto poświęcić istnienie jednostek w obliczu tego, co dzieje się ze światem, wyjątkowo trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi.
"Świński legion" ("The Legion of Swine") S. A. Cosby’ego - znów prosta opowieść o człowieku, który chce po prostu wieść spokojne życie gdzieś na odludziu, jednak świat upomina się o niego w chwili, gdy u jego progu staje grupa ludzi zdecydowanie z kategorii tych, których w snach nawołuje Flagg - twist finałowy jest łatwy do przewidzenia, choć satysfakcja z wymierzonej sprawiedliwości to rekompensuje.
"Meczet na krańcu świata" ("The Mosque at the End of the World") Usmana T. Malika zabiera nas do Pakistanu, gdzie w tytułowym meczecie znajduje schronienie grupa zdecydowanie dobrych, miłujących pokój ludzi, zmuszonych do obrony przed paramilitarną grupą zwaną Armią Nowego Pakistanu, pod wodzą pragnącego zaprowadzić nowe rządy terroru podpułkownika Amira Bajwy. Ciekawy punkt wyjścia - spojrzenie z perspektywy wyznawców islamu oraz oparta na ich wartościach interpretacja wydarzeń powiązanych z zarazą.
I wreszcie "To porządny gość" ("He’s a Righteous Man") Ronalda Malfiego, w którym pisarz, który krótko przed wybuchem zarazy wydał książkę opisującą dokładnie to, co później spotkało świat, trafia do Gatlin (bodajże jedynego fikcyjnego miejsca znanego z powieści w uniwersum Kinga, do którego nawiązano w zbiorze), którego mieszkańcy uważają go za proroka i pragną dowiedzieć się, czy w obliczu nękających ich problemów usłyszą od niego coś, co pomoże im uporać się z niemożnością posiadania potomstwa. Lekki ukłon w stronę tego, że do "Bastionu" Kinga odwoływano się w okresie pandemii, a do tego ciekawy twist w finale.
I to w zasadzie tyle... Pozostałe opowiadania albo zawodzą na całej linii, albo po prostu wypadają tak blado i nijako, że zaliczają się do tekstów łatwych do zapomnienia. Rozczarowuje też brak wyraźnej odwagi do nawiązywania do innych dzieł Stephena Kinga, jakby ten zaledwie uchylił im lekko furtkę do swego świata. Może agenci i prawnicy autora nie pozwolili, by inni pisarze mogli czerpać głębiej i obficiej z jego dorobku?
Inna sprawa, że wyraźnie brakło tu jakiejś wymiany myśli i koordynacji działań, żeby zapewnić większą spójność pomiędzy poszczególnymi historiami. Stworzyć coś na podobieństwo serii "Dzikie Karty", powstałej pod patronatem George’a R. R. Martina, gdzie bohaterowie opowiadań jednych pisarzy wpadali na postaci z historii innych autorów, a konsekwencje i efekty ich działań wpływały na inne opowieści lub były wzmiankowane w tle.
Kończąc ten już nadto długi wywód - straszliwie i nieodwracalnie zmarnowany potencjał, z kilkoma przyzwoitymi kawałkami prozy w zalewie przeciętności. 5/10
"Bastion" Stephena Kinga być może nie jest najlepszą powieścią postapokaliptyczną w historii, ale z pewnością dla wielu czytelników - nawet tych, którzy zazwyczaj nie sięgają po literaturę tego gatunku - jest tą książką, która zaszczepiła i utrwaliła w ich wyobraźni na długie lat...
Rozwiń
Zwiń