Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/rozmowy/9844/nosimy-w-sobie-gleboka-pamiec-miejsca

Nosimy w sobie głęboką pamięć miejsca

15 wartościowy tekst

Z Maciejem Płazą, autorem Robinsona w Bolechowie i Skorunia, o wpływie przeszłości na teraźniejszość, zainteresowaniach prowincją i patrzeniu na świat oczami malarza rozmawia Zofia Karaszewska.

„Robinson w Bolechowie” to podróż przez dzieje dwóch rodzin pełne namiętności, zdrad i tajemnic. Historia współczesnego uznanego malarza i kolekcji dzieł sztuki bolechowskiego pałacu. Napisana z rozmachem i niezwykłą językową wrażliwością, z licznymi odniesieniami do literatury i sztuki. Zachwycająca!

Zofia Karaszewska: Czy to nie dość ryzykowna teza, że miejsce naszego pochodzenia i dorastania determinuje nasze istnienie?

Maciej Płaza: Wszystko, co jest w naszej historii, rodzinie, wychowaniu, determinuje nasze istnienie. Miejsce pochodzenia i dorastania także. Podpisuję się pod zdaniem Faulknera: „Przeszłość nigdy nie umiera. Nie jest nawet przeszłością”. Nosimy to wszystko w sobie do końca życia. Miejsce to nie tylko przestrzeń, krajobraz, ale i zindywidualizowane lokalnie relacje międzyludzkie, język, mentalność. To wszystko w nas żyje, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy. Jestem pewien, że nosimy w sobie głęboką pamięć miejsca, które nas wychowało.

Czy losy naszych rodziców i dziadków definiują nasze życie? Czy można zrozumieć i opisać czyjeś życie bez znajomości losów jego przodków?

Nie jestem pewien, czy losy same w sobie, ale przeżycia, doświadczenia, traumy, które się na nie składają, już tak. Pani pytanie dotyczy pewnie Roberta, bohatera „Robinsona w Bolechowie”? Robert jest dość dociekliwy, choć wiedzę o swoim pochodzeniu przyswaja właściwie wbrew swojej woli, ale też chyba dzięki niej udaje mu się, przynajmniej częściowo, wypełnić brak, puste miejsce, jakim w jego życiu jest brak ojca, czy wręcz tajemnica braku ojca.

Czytając Pana książkę miałam wrażenie, że nie idzie Pan na żadne ustępstwa w stosunku do czytelnika, że dokładnie wie, co, jak i w jakiej formie chce opowiedzieć.

Tak. Pisząc „Skorunia” założyłem sobie, że będzie to książka elementarnie prosta. Chciałem sprawdzić, czy wyleczyłem się z choroby akademickiego myślenia o literaturze, którą złapałem na studiach i przy doktoracie, i czy potrafię napisać książkę zrozumiałą dla każdego. Przy „Robinsonie w Bolechowie” wyłączyłem ten bezpiecznik. Konstrukcję książki miałem dokładnie opracowaną z góry, bo zawsze pracuję w taki sposób, język zrodził się w trakcie pisania, ale prócz tego wiedziałem, że, jak Pani zauważyła, nie będę niczego czytelnikowi ułatwiał.

Chciałem pokłonić się tradycji powieściowej, która jest mi najbliższa, a która traktuje czytelnika jako osobę dorosłą i inteligentną, czyli prozie modernistycznej: Faulknerowi, Odojewskiemu, Schulzowi, Buczkowskiemu, Carpentierowi, Marquezowi. Dziś panuje moda na prostotę, prozę odziera się z piękna, a nawet z literackości. Rozumiem tę tendencję, ale jej nie podzielam. Powieść jest dziedziną sztuki, i to dojrzałą, wyrafinowaną, trzeba z tej tradycji korzystać. Ja sam lubię, gdy autor traktuje mnie poważnie i zmusza do pewnego wysiłku, dlatego piszę w podobny sposób. Ale nie znaczy to, że wszystkie moje książki będą wyglądały podobnie.

Jak to się stało, że zaczął Pan pisać, a może dlaczego tyle lat Pan tłumaczył zamiast pisać? 

Jako dziecko i młodziak dużo pisałem, straciłem tę umiejętność na studiach. Kto chce pisać, a wybiera się na polonistykę, niech uzna to za przestrogę! Tłumaczenie było dla mnie – widzę to z perspektywy lat – sposobem powrotu do pisania. Gdy jest się młodym i czuje się w sobie tę iskrę, człowiek rwie się do debiutu, potem często tego żałuje, ale to już inna sprawa. Z wiekiem coraz trudniej jest zacząć, ale też robi się to w sposób bardziej przemyślany. „Skoruń”, moja pierwsza książka, rodziła się we mnie przez parę długich lat, pisałem ją zresztą dwa razy. Był to mozolny proces, ale – to też rada – z debiutem nie warto się spieszyć.

Co Pana pociąga w polskiej prowincji? Dlaczego tam osadza Pan swoje powieści?

Moje zainteresowanie prowincją ma charakter, że tak powiem, egzystencjalny: ciekawi mnie to, jak w prowincji, która jest światem jakby rozrzedzonym, mniej ludnym, uboższym w przedmioty, ale zarazem przestronniejszym i cichszym, człowiek może ustosunkować się do swojego życia, jak może poznawać świat i samego siebie. Mam wrażenie, że na prowincji ludzie, ich słowa i czyny, przedmioty, krajobrazy, mają większą wagę, więcej znaczą. Prowincja, którą opisuję, czyli okolice Sandomierza, rejon środkowego biegu Wisły, ma sporo cech rzeczywistej Sandomierszczyzny, ale aspekt regionalistyczny czy etnograficzny jest dla mnie drugorzędny. Są to po prostu strony, w których się wychowałem, korzeń, z którego wyrastam, nie chcę się od niego odcinać, ale zarazem staram się, by historie, które tam osadzam, miały wymiar uniwersalny.

Miasto czy miejskość to żywioł działania, ale i rozproszenia; ja mam naturę skupioną i kontemplacyjną, „używam” więc miasta oszczędnie i wybiórczo, i tęsknię za prowincją. Choć z drugiej strony wrosłem w miasto i na wsi czy w małym miasteczku pewnie bym się nudził. Moje spojrzenie na prowincję bierze się pewnie z tego napięcia: z jednej strony poczucie wykorzenienia, z drugiej bezpowrotnego oddalenia.

Czy żeby napisać tę książkę sięgnął Pan po pędzle? Uderzająca jest Pana wiedza o technikach malarskich, którą się Pan dzieli.

Nie mam talentu plastycznego, przynajmniej nigdy go nie odkryłem… ale chyba jednak nie mam, bo nigdy nie ciągnęło mnie do malowania. Nie miałem pędzla w ręku od czasów lekcji plastyki w podstawówce. Wątki plastyczne „Robinsona w Bolechowie” wzięły się z amatorskiego zainteresowania niektórymi rodzajami sztuki, głównie polskim malarstwem pejzażowym, portretowym drugiej połowy XIX wieku i amerykańskim malarstwem realistycznym XX wieku. Ciekawi mnie też współczesna sztuka krytyczna, ale jestem wobec niej ostrożny.

Wiedzę techniczną przyswoiłem sobie, bo urzekła mnie technika malarstwa temperowego, archaiczna i szlachetna, dziś rzadka, bo wymagająca dużego kunsztu. Stosował ją Andrew Wyeth, mój ulubiony malarz. Ale też w ogóle lubię opisywać fachy. Praca fizyczna, czy to ciężka, jak zrywanie jabłek czy kamieniarstwo, czy lekka, jak malowanie, dająca kontakt z materią, wymagająca wprawy, skupienia, ma swoją mistykę, która mnie fascynuje. Wchodzi się wtedy w bardzo intymny kontakt ze światem materii i z samym sobą. Chcę, by czytelnikom udzieliła się cząstka tej fascynacji, dlatego nie szczędzę im opisów prac manualnych.

Umie Pan już patrzeć na świat oczami malarza?

Myślę, że chyba nie musiałem się tego uczyć, zainteresowanie sztuką wzięło się pewnie z wrodzonej skłonności. Nie chodzi mi o jakąś wyjątkową zdolność do rozróżniania kolorów czy form, bo pewnie takiej nie mam, ale o coś głębszego: materialne, zmysłowe postrzeganie świata. Jestem wrażliwy na plastykę świata, na jego powierzchniową urodę czy brzydotę. Lubię światło, zwłaszcza o świcie czy przed zmierzchem, czy wczesną jesienią. Lubię szczegóły, lubię przedmioty, lubię podpatrywać ludzkie twarze, niekoniecznie te ładne. Lubię dotyk, lubię czuć pod palcami fakturę rzeczy, ich miękkość bądź twardość. Są to pewnie cechy oglądu świata właściwe plastykom, no ale skoro nie jestem plastykiem, staram się przekazać to wszystko w swoim pisaniu.

Czy można narodzić się na nowo, rozpocząć nowe życie: jako kustosz, jako malarz, jako pisarz? Czy możliwa jest ucieczka przed przeszłością?

Ucieczka przed przeszłością nie, ona zawsze w nas tkwi, ale przy odpowiedniej determinacji można zacząć życie od nowa. Wiem o tym, bo sam już kilkakrotnie to robiłem: przeprowadzałem się, robiłem różne rzeczy, co prawda zwykle związane mniej lub bardziej z literaturą: napisałem doktorat, zostałem tłumaczem, zacząłem pisać. Da się. Pewne rzeczy oczywiście z wiekiem stają się niemożliwe, nie dałoby się zostać np. dobrym skrzypkiem po trzydziestce, ale w przestrzeni wyboru, jaka jest nam dana, możemy swoje życie zmieniać. Oczywiście nie bez końca.

Czy taka ucieczka skazuje na samotność?

Trochę tak. I na poczucie, czasem trochę deprymujące, że gdy inni poszli naprzód, my musimy zaczynać od nowa. Ale najważniejsze to być wiernym sobie, nie sprzeniewierzyć się temu, w co się wierzy i na czym nam zależy. Wymaga to też wysiłku, ale przecież prawdziwą wartość w życiu ma tylko to, co wymaga wysiłku.

Opisy obrazów Andrew Wyetha, nawiązania do Leśmiana i Schulza to ukłony w stronę ulubionych twórców, czy może stwarza nas też sztuka, z którą obcujemy?

Myślę, że to, czy spodoba nam się twórczość danego pisarza czy malarza, czy muzyka kompozytora, zasadza się na głębokich pokrewieństwach emocjonalnych. One działają nieświadomie, instynktownie. Dopiero w drugiej kolejności racjonalizujemy sobie, że podoba nam się język, głos, kreska, kolory. Więc owszem, sztuka, z którą obcujemy, stwarza nas, ale tak, że odsłania w nas pokłady wrażliwości, które dotąd pozostawały zakryte. Dlatego czasem przeżywamy takie olśnienia, gdy trafimy na artystę, którego wcześniej nie znaliśmy, a który mocno nas poruszył. One z wiekiem zdarzają się rzadziej, ale warto ich szukać.

Nawiązań kulturowych w „Robinsonie w Bolechowie” jest sporo, dużo więcej niż w „Skoruniu”, ale uznałem, że mogę sobie na nie pozwolić, bo przecież bohater wywodzi się z rodziny i środowiska kulturalnego: książki, muzyka i obrazy towarzyszyły mu od najmłodszych lat. Są to więc moje własne ukłony w stronę ulubionych twórców, ale, mam nadzieję, sensownie umotywowane. A przy tym ma Pani rację: wszystkie te wpływy stwarzają Roberta, tak jak stworzyły i stwarzają mnie.

Rozsmakował się w Pan w materii słowa. Czy myśli Pan już o kolejnej powieści?

Najpierw chcę napisać esej o malarstwie Wyetha, zamknąć w nim swoje przemyślenia na jego temat. Kilka miesięcy temu pojechałem do USA zwiedzić jego rodzinne strony w Pensylwanii i Maine, chcę spożytkować te wrażenia. Może wyjdzie z tego nawet książka.

Pomysłów na powieści mam kilka, niektóre nawet w postaci rozbudowanych konspektów. Chcę budować dalej swój prowincjonalny nadwiślański mikrokosmos. Ale nie obiecuję, że napiszę kolejną powieść tak szybko jak „Robinsona w Bolechowie”.

Powiązane treści:
Przypadki Robinsona

„Robinson w Bolechowie” – nowa powieść Macieja Płazy, autora cenionego „Skorunia” – już w księgarniach.



więcej

Pokaż wszystkie rozmowy
Komentarze
Autor:  LubimyCzytać |  wypowiedzi: 9  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 336
Przypkowski
14-01-2018 22:04
Czekam na dalszy ciąg prowincjonalnego nadwiślańskiego mikrokosmosu!
książek: 151
Dejw
15-01-2018 01:37
Piękny wywiad :)
książek: 33
Zaczytana
15-01-2018 08:41
Piękny wywiad, zachęcający do przeczytania książki. :)
książek: 1931
Mlg
15-01-2018 08:43
Poruszający i ciekawy wywiad.
książek: 778
Maryna
26-01-2018 11:53
Wybitna powieść jestem pod wielkim, wielkim wrażeniem, gorące podziękowania dla autora, KTÓRY POTRAKTOWAŁ MNIE POWAŻNIE! Książka przypomina mi moje u lubione powieści australijskiego noblisty Patricka White'a.
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Blackout

Dawniej katastrofa oznaczała klęskę żywiołową, epidemię dżumy czy innej cholery, wojnę, głód. Natomiast w konsumpcyjnym społeczeństwie, świecie nowocz...

zgłoś błąd zgłoś błąd