O life hamletingu - #6 nie wszystko dobre, co się dobrze kończy

Ahsan
03.09.2017

Chcąc być łagodnym, okrutnym być muszę.

Wszystko przez kobietę. A dokładniej: przez jej brak.

Wtorek wieczór łamane na środowe pianie koguta. Siedziałem w knajpie z moim dawno niewidzianym kolegą, ja z piwem, on z drinkiem bezalkoholowym, ja w naciągniętym swetrze w misie polarne, on w koszuli i marynarce, ja sprawiający wrażenie zafrasowanej sieroty, on błyszczący pewnym siebie blaskiem pozytywnej aury. Jak ćma i żarówka, przeszło mi przez myśl. Do tej pory opowiadał mi o swoim pełnym sukcesu życiu, o awansie, o nowym, większym mieszkaniu, o samochodzie, o długonogiej singielce, którą poznał na zajęciach tabaty, która jest chyba tą jedyną, ale wiesz – puścił łobuzerskie oko, z gąskami nigdy nic nie wiadomo. Opowiadał, opowiadał, opowiadał o życiu jak z serialu amerykańskiego, a ja zapadałem się w sobie. Do tej pory lubiłem swoje życie, ale w zetknięciu z jego… Cóż. Mój świat przypominał starą produkcję czechosłowacką. Podczas słuchania tego monologu najbardziej rozstroiła mnie jedna kwestia. Kobieta. Opowiadał o niej z trzy kwadranse (w każdym razie moje trzy piwa), a ja gasłem. W końcu spytał: a co u ciebie?, klepnął mnie w udo, aż zapiekło, obdarzył barmankę bielą uśmiechu (siedzieliśmy przy barze), zamówił drugiego bezalkoholowego i, nim zdążyłem wydukać, że leci jak wróbel pod wiatr, jakoś, zauważył, że wydaję się markotny. Po kilku piwach zawsze wypływała ze mnie szczerość, więc wyznałem mu, że zwyczajnie brakuje mi w życiu miłości. Barmanka podsunęła drinka koledze. Ten pomyślał, pomyślał i od razu zdiagnozował źródło mojego niepowodzenia. Co więcej, wypisał mi receptę na lek niezawodny. Zaczął opowiadać o pewnym kursie, o swoim sensei’u, o tym, że należy cały czas się rozwijać, przyciągać bogactwo, zdrowie, szczęście i miłość swoimi myślami, że należy wyjść poza strefę komfortu, być pozytywnym i że zawsze jest nad czym pracować i powtarzał mi raz po raz: mam podążać drogą samorozwoju. Słuchałem piąte przez dziesiąte, byłem, nie dość, że sceptycznie nastawiony, to jeszcze lekko wstawiony. Spytałem: według jakiego wzoru mam się rozwijać? On machnął ręką, jakby odganiał się od muchy, skontrował: to chcesz tej miłości? Chciałem. Zaoferował się, jako mój mentor na dzisiejszy wieczór i od razu przeszliśmy do działania. Kazał mi zamknąć oczy i zwizualizować obiekt miłości. To sobie wizualizowałem, przy piwie. Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie i niespodziewanie.

Zanim zacząłem proces wizualizacji, spytałem barmanki (zupełnie niewinnie), czy mogę ją sobie zwizualizować, bo po alkoholu wyobraźnia mi się rozlewa, zgodziła się, uśmiechając się przy tym czarująco, zamknąłem oczy, zrozumiałem coś w mig, otworzyłem i patrzyłem na nią oczarowany. Ta wizualizacja działa!, pomyślałem. Nim zdołałem cokolwiek powiedzieć, kolega pożegnał się, wyjaśnił, że ma jeszcze trochę pracy do zrobienia (wiesz, nie tylko wizualizacja celów, stary, ale też praca i pieniądze na spełnienie marzeń), po czym wyszedł. W barze zostałem ja i ona. Z racji pierwszej nad ranem w tygodniu lokal był pusty. Porozmawialiśmy jakiś czas, chyba mnie polubiła, poszedłem za ciosem, wyznałem jej miłość i spytałem, czy nie miałaby ochoty gdzieś wyskoczyć. Powiedziała, że z chęcią, ale nie teraz, a za dwa tygodnie, bo rano wyjeżdża. Na pożegnanie pomogła mi trafić do drzwi wyjściowych (wiało) i dodała, że liczy, że przy następnym spotkaniu bardziej się ogarnę i będzie idealnie.

Co tu dużo mówić, wziąłem się za siebie. Żeby było idealnie. Skoro, pomyślałem, jedno pragnienie zaczyna się spełniać (miłość), to powinienem iść za ciosem i metoda mojego kolegi sprawdzi się w innych polach (bogactwo, zdrowie, itd.). A, co najważniejsze, nie chciałem, aby miłość ode mnie odeszła. Nie powiem, żeby pasowało mi to, ale bezwzględnie dostosowałem się do zmiany siebie. W stronę lepszego ja. Zastanawiałem się tylko, skąd wziąć lepsze ja. Odpowiedź przyszła szybko. Przestudiowałem Internet i modne męskie magazyny w celu znalezienia wzorca genotypu współczesnego samca alfa. A potem przystąpiłem do działania.

W trakcie dwóch tygodni przeszedłem metamorfozę niemal całkowitą. Zrobiłem sobie modną fryzurę, wybieliłem zęby, lekko przypakowałem na siłowni, wymieniłem pół szafy, odstawiłem alkohol i fajki na rzecz zdrowego jedzenia, zacząłem gotować, medytować i ćwiczyć jogę. Odwiedziłem strzelnicę trzy razy. Przemiana nastąpiła nie tylko wewnątrz mnie, ale i na zewnątrz. Posprzątałem kawalerkę, książki, komiksy i gry planszowe pochowałem do pudeł, a te do piwnicy, w ich miejsce rozstawiłem męskie magazyny, miniatury samochodów sportowych, kadzidełka i rośliny, które wnosiły dobrą energię. Zawiesiłem nawet na ścianie kopię obrazu Rothko, kupioną na Allegro. Wreszcie moje cztery kąty wyglądały nie jak: nora zapuszczonego humanisty, który ma wiecznie zaciągnięte zasłony, aby snop światła słonecznego nie wypalił dziury w bladej cerze, a jak sterylne mieszkanie nowoczesnego i dynamicznego singla. Było idealnie według wszelkich trendów. Przyznam, było mi lekko nieswojo, ale czego się nie robi dla większych celów!

Na przyjazd mojej (jeszcze niedoszłej, ale przyszłej) lubej przygotowałem wegańską lasagne z granulatem sojowym – wyczytałem, że jest zdrowy. Zaprosiłem ją do siebie, aby pokazać, jak bardzo się ogarnąłem. I jak jest idealnie.

Już w drzwiach wydawała się zmieszana. Najpewniej w zestawieniu jej dżinsów i czarnego T-shirtu z moją koszulą, marynarką i modnym blaskiem poczuła się zwyczajnie onieśmielona. Czyste, poukładane wnętrze z aloesem w donicy po środku pokoju również chyba ją powaliło, a danie główne i karafka z wodą z cytryną i miętą (alkohol szkodzi!) wpędziły ją w zachwyt totalny. Tak bardzo, że wyciągnęła fajki, żeby zapalić. Przerwałem jej dłonią, powiedziałem, że tu się nie pali, bo to zaburza poziom pozytywnej energii w sobie i w mieszkaniu, a w ogóle to jest niezdrowe. Życie jest niezdrowe, odparła. A potem ruszyła do wyjścia. Zacząłem dopytywać się, co się stało, przecież przygotowałem to wszystko, żeby było idealnie, a w myślach dodałem, że chyba zbyt wiele pozytywnej energii przyciągnąłem. Odpowiedziała krótko, że wydawałem się kimś innym, kimś ciekawszym, niż ci wszyscy zapatrzeni w siebie (tu padł wulgaryzm, który zaburzył aurę w mojej domowej świątyni, aż się skrzywiłem), że jest rozczarowana i wychodzi. I wyszła, w nieznanym mi kierunku.

Nie muszę mówić, że po chwili dezorientacji przyszło zrozumienie. I wściekłość. Zdarłem z siebie marynarkę, wdziałem sweter i zmierzwiłem idealnie zaczesane włosy. Rzuciłem wszystko i, jak w taniej produkcji czechosłowackiej o miłości, pobiegłem za nią. W nieznane.

Reklama

komentarze [9]

Sortuj:
110
104
04.09.2017 14:35

Po pierwsze: złe towarzystwo psuje dobre obyczaje. Musisz, drogi autorze, rzucić tego swojego kumpla w diabły. Jak jemu się tak nienormalnie dobrze wiedzie to przecież cała ta zła karma, wszystkie te nieszczęścia i niepowodzenia siłą rzeczy lądują na jego najbliższym otoczeniu. A rozrzut pewnie mają fatalny, wprost proporcjonalny do częstotliwości podwyżek i awansów tudzież...

więcej

0
1505
konto usunięte
03.09.2017 23:33

Użytkownik wypowiedzi usunął konto


286
1
10.09.2017 12:51

Najpierw trzeba sobie zadać szczere pytanie - ,,kim naprawdę jestem?'', żeby osiągnąć ten mityczny stan bycia sobą. Nie chce mi się rozwijać myśli, bystry jesteś Sentido to załapiesz.


0
1505
12.09.2017 15:38

A więc pytanie brzmi:
Kim jesteś?
a) Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce
b) Jestem tym, co jem.
c) Zależy.
d) Jestem hardkorem (no, ewentualnie w słabsze dni jestem bogiem)

Nagrodą jest uświadomienie sobie własnego ja oraz ewentualnej roli w społeczeństwie.

A tak na poważnie to ów "mityczny stan" potrzebuje czasem bardzo konkretnego bodzca. W przeciwnym...

więcej

570
287
03.09.2017 16:34

Każdemu czegoś brak, ale to nie znaczy że mamy stawać się kimś innym, żeby to czego nam brak - osiągnąć... Nie da się udawać przez całe życie.


Reklama
226
0
03.09.2017 15:59

Mnie tyż brakuje miłości... ale miast katastrofalnej metamorfozy, pozostanę chyba przy sublimacji popędu i skrobnięciu jakiegoś egzaltowanego pamfletu. Przynajmniej będzie z pożytkiem!


994
32
03.09.2017 12:02

Ach, ach, piękny portret nowego, wspaniałego świata, w którym wielu próbuje się dziś znaleźć, a do którego mają doprowadzić nas kołcze, medytacja, kredycik oraz idea samorozwoju. Wegańska lasagne z granulatem sojowym stanowi kwintesencję tej bujdy, dlatego czapki z głów! Kłaniam się nisko przed zgryźliwością i celną ironią autora.


53
47
03.09.2017 11:49

Mój świat przypominał starą produkcję czechosłowacką. Celnie zabawne :D
Polecam "Jak vytrhnout velrybě stoličku"
Swoją drogą i tak narrator miał szczęście. Mało która barmanka umawia się z klientem ogarniętym wizualizacją. No chyba, że się coś zmieniło.


205
186
01.09.2017 13:56

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd