Anime, animu, animavi, animatum – o tak, ,,zajechało” łaciną, a to dlatego, że ostatnio ,,manganimeholizm” przybrał u mnie na sile. Ogarniam tyle tytułów do czytania czy oglądnięcia, na ile rzeczywiście mogę sobie pozwolić. Wiele z nich mam na na liście ,,must watch or read ASAP”, a stety bądź nie jakąś część z nich posiadam (i nie jest to powód do biadolenia i wstydzenia się tego rodzaju ,,błędu” fana) na swego rodzaju (anty)liście, którą nazwałem ,,kupką wstydu”, a inaczej to określając: chodzi o zestawienie tych tytułów czy to anime, czy mang, na które przez ostatnie 2 lata nie starczyło mi czasu bądź o których zapomniałem, że aż tak bardzo chcę je doświadczyć. I na obu listach ,,wisi” trochę tych produkcji (komiks bądź seria anime, rzadziej także film) do ,,ogarnięcia na wczoraj”, i oby zaświeciło nie jedno a z fazylion gwandylionów takich światełek, które dadzą mi nadzieję na zmianę takiej dziwnej fanowskiej sytuacji z ,,bolączką czytanio-oglądaniową”.
I co ciekawe niedawno ,,czytnięte” i to z uwagą, której się nie spodziewałem, że akurat mi się ona udzieli przy doświadczaniu tego dzieła to wielkie duchem i pasją twórczą, choć nie aż tak doskonałe jak można by tego oczekiwać po zapoznawaniu się najpierw z wersją anime tego Uniwersum, zostało u mnie... mangowe dzieło w opcji pierwszego tomu swojej rzeczywistości, wymiaru i marki, którą reprezentuje, możliwe, że coś dzięki niemu się w moim mniemaniu na lepsze zmieni. Jednakże najpierw zacząłem, jak uwzględniam to w niniejszym materiale służącym jako recenzjo-opinia do mangi omawianego Świata, przygodę z tak dziwaczną Strukturą/Rzeczywistością od jej adaptacji, od sezonu 1-ego! I tak, 8 z kilkudziesięciu łącznie epizodów oryginalnie brzmiącego serialu japońskiej animacji, That Time I Got Reincarnated as a Slime, co polski dystrybutor i wydawca jego ,,mangowej” wersji tłumaczy ,,Odrodzony jako galareta”, już za mną. Może to zabrzmieć naprawdę dziwnie, ale sam ten tytuł w stosunku do swojego komiksowego archetypu stanowi swego rodzaju ,,rekomendację” przez wielkie R wobec swej pierwotnej mangi właśnie. I dzięki pierwszemu tomowi ,,Odrodzonego jako Galareta” jeszcze bardziej powinienem zmienić swój stosunek do tak eksperymentalnego swoim zamysłem fabularnym, również konceptem ,,amebowatego” samoświadomego bytu, w którego praktycznie niezniszczalnym ciele znalazł się po śmierci główny bohater całej serii odcinków czy rozdziałów mangi. Oglądanie pierwszego sezonu ,,,Odrodzonego…” napędza moje geekowskie pragnienie na zabranie się za lekturę kolejnych i jeszcze kolejnych potem tomów mangi z cyklu, jednakże czytanie tego komiksu i ,,wsłuchanie się”, co i jak on do mnie przemawia, sprawia, że jeszcze bardziej zaufałem sezonom 2 i 3, które w oglądaniu w tak ,,zdrowo pokićkanym” Wymiarze rozrywki niedługo zapewne będę doświadczał.
That Time I Got Reincarnated as a Slime – powiedzieć w ogóle o tym fikcyjnym, ale jakże szerokim i bogatym wątkowo i fabularnie Świecie, że jest to tak samo w mandze, co anime oryginalną historią, to tak jakby nic nie powiedzieć. Cały świat naszej tytułowej ,,galaretki” to taki miks różnych gatunków, m.in. gatunku sensacji, dramatu, fantasy RPG, fantasy-przygodowo-baśniowego, przy czym Uniwersum reprezentuje gatunek zwany ,,Isekai”. Sama ,,kreska" w wersji anime przygód naszego świetnie kreowanego wizualnie i charakterologicznie ,,Slime’a” pasuje najbardziej do tego, co i jak opowiada sam serial. Jednakże patrząc na to z innej perspektywy: jakby tak spojrzeć na dany odcinek czy kadry tej ptofukcji, na styl i technikę animacji, także na jej reżyserie, to ogólnie, obraz sam z siebie nie jest aż tak dobry, jakby na ,,hip hip hura realizowany. Przynajmniej ,,w okolicy” postaci Slime’a, scen z jego udziałem, licznych zbliżeń czy oddaleń – grafika przyjmuje o wiele bardziej ,,miękko-ostre" wartości, z ,,pociągiem do nostalgii”. Szata graficzna pasuje więc tylko i wyłącznie do tego, co serial ma przekazywać, opowiadać, co sobą niesie.
Pierwsze 8 odcinków ,,Odrodzonego jako galareta”, rzecz jasna piszę tu o opcji japońskiej animacji, cóż, dało mi mocno ,,po jajach!": nie spodziewałem się tak mnóstwa ,,contentu", tak sporej ilości kreowanej przestrzeni, rozbudowywanej cegła po cegle rzeczywistości, która na dodatek jest domem dla gatunku, który sobą prezentuje, dla tak zwanego założenia ,,Isekai”. I żeby nie było: równie mocno nie spodziewałem się tak specyficznej, mojej prywatnej, reakcji na to, ,,co mi tu tak dobrego się zobaczyło” w tychże początkowych epizodach ,,Slime’a”. A to dopiero początek – przede mną dziesiątki odcinków do oglądnięcia; a z czytania komiksów z tego Uniwersum: mnóstwo tomów do analizy i recenzowania. Mało tego, po watchingowej lekturze tego ,,animu”, zostałem ,,zauroczony” i ustrzelony jakimś pociskiem z dziwnym nektarem na łusce, który jak mnie tak dotknął mam tylko ochotę na kontakt z tym Światem: z jego uroczą i bardzo oryginalną na tle innych ,,isekaiowców”, które powstały w popkulturze na przestrzeni kilku-kilkunastu lat. I chyba nic tak naprawdę w tym względzie już mi nie potrzeba - teraz tylko czekać a potem oglądać kolejne i kolejne odcinki ,,Odrodzonego…”, a ,,jeszcze potem"... zabierać się za mangowe tomy i konfrontować: czy oba źródła treści Świata są tak samo dobre, czy któreś ,,zjada” któreś, i na ten przykład manga okazuje się po prostu lepsza od swojej adaptacji.
,,Odrodzony jako galareta", albo ,,That Time I Got Reincarnated as a Slime" – w życiu się nie spodziewałem, że poza swoją animacją, w mandze będzie to tak nietuzinkowe, zagadkowe, zabawne, niezalewające nas półprawdami, szczere i indywidualne Uniwersum. Zresztą nie wiem jak jeszcze inaczej mógłbym opisać i ocenić tak mocno ,,pozytywnie poryte” na swój sposób ,,to mangowe coś”, które w kwestii doświadczenia motywów Isekai w japońskiej popkulturze, cóż, wywarło na mnie z kwadrylion-fazylionów o wiele większe wrażenie od tego, co w tej geekowskiej sprawie zrobiło czytanie i oglądanie pierwszych rozdziałów i odcinków legendarnego isekaiowca, ,,Overlord”. Pilotowe rozdanie komiksu o sympatycznym i ,,rozgadanym” Slimie, tak samo odcinki anime: 1-3, już na starcie w odniesieniu do całości tego Wymiaru rozrywki (bo nie oszukujmy się... dopiero zaczynam przygodę i naukę specyfiki ,,isekai” i miksu gatunkowego tego galaretowatego Świata) kupiło mnie totalnie, ba!, zrobiło dobry humor i nastawienie na dalsze realizowanie się pasjowo z ,,Odrodzonym…”. A co do samej historii, jej budowy, ,,grafiki”, samego wkładu artystów: Mitz Vah, Taiki Kawakami, czy Fuse’a w wyłonienie tego a nie innego contentu w takiej a nie innej formie na ,,mangowe światło dzienne”, którego to przeżywamy świadectwo (bo takie to jest mocne i twórcze! Że nie jest zwykłym czytaniem, ale przeżywaniem świadectwa) w tomie 1 mangi, mogę śmiało napisać: jest oryginalnie, mocno ,,zaczepiście", i do tego stopnia, że sama transformacja MC do ,,innego wymiaru/Struktury", z postaci świadomości/duszy ludzkiej do... galaretowatego gluta, co w pilocie komiksu (oraz anime!) wizualnie ukazano baaaardzo pomysłowo – już na wstępie naszej znajomości z takim Uniwersum potrafi oszołomić totalnie! Ba kupić humor i dzień ostatecznie! Bo rzadko coś takiego w tych Innych Światach w Isekai, jak ta właśnie produkcja/manga dostaje się tak gustownie ,,opakowanego” na tacy, dla głodnego contentu ,,Isekai” geeka. Nie ma takiej opcji. Nie da się przejść obojętnie obok takiego ,,wirtuala” jak ten. Teraz sam ten gatunek/motyw w fantastyczno-naukowej odsłonie popkultury będzie kusił mnie jeszcze bardziej niż dotychczas, a inne ,,isekaiowce” będą stały jeszcze bardziej dla mnie otworem.
Ta opowieść o Slimie, to ,,mangowy” absolut. Fizycznie w kwestii tomu no.1: jest skromnie – zwykła okładka, i gdzieś tam na jej tle ,,glut” z bohaterką obok. No ale w tej normalności kryje się cała magia: to wnętrze które to opisywałem wyżej. Za pilot mangi w polskim wydaniu odpowiada niezrównane J. P. Fantastica; mamy do dyspozycji około 240 stron solidnie drukowanych i oprawionych, z historią o wiele dynamiczniej się realizującą niż analogicznie kreowało to anime z Uniwersum. Koniec jest tak płynny jak początek; podejrzewam że historia z finiszu kolejnego tomu na 3-ci będzie przechodzić tak samo płynnie jak w tym przypadku: z tomu 1-ego na drugi. Czyżbym dostał na tacy coś, co jest odpowiednikiem Studia Ghibli dla tworów Isekai? No właśnie… To w końcu, jak… jak to młodzieży ostatnio zwykła mówić w ramach swoich nietuzinkowych reakcji: ,,pykło tu wszyćko... czy nie?.
No, raczej pykło, i to co najmniej ,,bardzo pykło!”. Stosując inną łopatologię w używaniu określeń do reakcji na coś niespodziewanie dla nas wyjątkowego, podkreślę inaczej moje wrażenia z lektury tomu 1 ,,Odrodzonego…”: ,,Ale urwał... Ale to jest dobre!". Tym bardziej cała manga smakuje po tysiąckroć lepiej, gdy taki fan jak Ja dowiaduje się, że w czerwcu w polskich kinach pojawi się ,,kinówka” z tego Uniwersum. Cóż, osobiście nie oglądnąłem mini-teaserka do zapowiadanego filmu z cyklu - tak luknąłem tylko około połowy zawartości, żeby sobie za bardzo nie spolerować, bo nie dość że jestem w trakcie oglądania sezonu 1-ego ,,OJG", to właśnie, co widać po niniejszej recenzjo-opinii tej mangi, jestem po lekturze bardzo owocnego, ale miejscami zbyt memicznego komiksu, który otwierał Świat mangi z perspektywy realiów ,,Odrodzonego jako galareta”! Tak, zapewne do premiery filmu w Polsce zdążę nadrobić całe 3 sezony ,,animu" plus… co najmniej 3 lub 4 tomy: mangę, którą zamierzam kupować i wczytywać się z pasją i klasą fana!
Anime, animu, animavi, animatum – o tak, ,,zajechało” łaciną, a to dlatego, że ostatnio ,,manganimeholizm” przybrał u mnie na sile. Ogarniam tyle tytułów do czytania czy oglądnięcia, na ile rzeczywiście mogę sobie pozwolić. Wiele z nich mam na na liście ,,must watch or read ASAP”, a stety ...
Rozwiń
Zwiń