-
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać11 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać8 -
Artykuły
Umrę, jeśli tego nie polubisz - weź udział w konkursie i wygraj wspomnienia influencerki
LubimyCzytać24 -
Artykuły
Dlaczego poziom czytelnictwa w Polsce nie rośnie? Raport Biblioteki Narodowej
Iza Sadowska127
Biblioteczka
2026-03
2026-02
W serii Wydawnictwa Literatura To lubię! skierowanej do czytelników w wieku 9-12 lat ukazało się wiele wartościowych tytułów. Takich, przy których można się pośmiać, i takich, które wzruszają. Do tej drugiej grupy należy Chłopiec i Gwiezdny Wilk Ewy Martynkien. I jest to książka warta waszej uwagi.
To historia o rodzinie w żałobie, która przejawia się na różne sposoby. Mama stopniowo pogrąża się w depresji, starszy brat kipi gniewem i pakuje się w ryzykowne sytuacje, a sam Antek rozpaczliwie próbuje przywrócić domową normalność, jednocześnie martwiąc się, że z jego myśli umykają wspomnienia. Krucha domowa równowaga chwieje się coraz mocniej i trudno oczekiwać, że z jej przywróceniem poradzi sobie dziesięciolatek. Na szczęście w porę na ratunek przybywa babcia.
W centrum opowieści stoi dziesięciolatek, który może nie umie nazwać tego, co się wokół niego dzieje, ale dzięki wrażliwości wyczuwa nastroje innych. Autorka bardzo umiejętnie obrazuje bezsilność chłopca, ale też udaje jej się uchwycić okruchy jego codzienności – często nieobecnego przyjaciela, szkolne obowiązki, życzliwego sąsiada i kota, który zdaje się teleportować tam, gdzie nikt się go nie spodziewa.
Autorka wprowadza młodego czytelnika w trudny temat z subtelnością i empatią. Nie zarzuca go słowami, kreśli jedynie obrazy, sceny, z których odbiorca może czytać na poziomie własnej emocjonalnej wrażliwości. Prowadzi opowieść tak, by była interesująca, ale nie przytłaczająca. Mimo że autorka podejmuje temat bolesny, dotyczący utraty najbliższej osoby i tego, jak wygląda dalsze życie po takiej stracie, to w gruncie rzeczy opowieść pełna ciepła. Pokazuje rodzinę w kryzysie, która dostaje pomoc na czas i siłę, żeby się odrodzić. Jest tu także pięknie wprowadzona metaforyka Gwiezdnego Wilka, motyw talentu i pasji i siły opowieści, która także daje nadzieję.
Historia z pewnością spodoba się docelowym odbiorcom, choć ja mam pewien niedosyt. Bardzo chciałabym, żeby wątki były bardziej rozwinięte, przez co sceny nie wydawałyby się tak urywane i płynniej przechodziły jedna w drugą. Ale nie twierdzę, że to mankament książki. Mój niedosyt wynika właśnie z zachwytu historią, w której chciałabym się rozsmakowywać dłużej. Prawdopodobnie to okrojenie treści to świadoma decyzja autorki, która kieruje przekaz do młodszego odbiorcy i dopasowuje do niego także objętość samej książki.
To opowieść nie tylko o różnych obliczach żałoby, o depresji i gniewie, o żalu i potrzebie bliskości. To opowieść o tym, że dziecko nie powinno dźwigać na swych barkach tak ogromnego ciężaru, że warto prosić o pomoc. I jak wielką uzdrawiającą moc ma bliskość innej kochającej osoby. Subtelna i finalnie otulająca opowieść o uzdrowieniu, dająca nadzieję, że po utracie można jeszcze być szczęśliwym, choć zupełnie inaczej.
W serii Wydawnictwa Literatura To lubię! skierowanej do czytelników w wieku 9-12 lat ukazało się wiele wartościowych tytułów. Takich, przy których można się pośmiać, i takich, które wzruszają. Do tej drugiej grupy należy Chłopiec i Gwiezdny Wilk Ewy Martynkien. I jest to książka warta waszej uwagi.
To historia o rodzinie w żałobie, która przejawia się na różne sposoby....
Kiedy przeczytałam, że na polskim rynku wydawniczym ma ukazać się książka tłumaczki Olgi Tokarczuk, do tego w tłumaczeniu Kai Gucio, a potem spojrzałam na zarys fabuły, wiedziałam, że Wymieranie Ireny Rey Jennifer Croft przeczytać muszę. Choć zupełnie nie byłam gotowa na to, co czekało mnie podczas lektury.
W czasie lektury powieści przeszła mi myśl, że jest to surrealistyczny kryminał, zrodzony przez umysł tak błyskotliwy, jak wolny od rynkowych oczekiwań. Autorka nie tylko puściła wodze fantazji, ale też nie starała wpisać się w mainstreamowe gusta, stąd nie jest to książka dla masowego odbiorcy. Jednak nie jest to też frywolna zabawa motywami, która okazuje się wydmuszką, bo wiele wątków skłania także do refleksji.
Niewątpliwym atutem powieści jest jej nieprzewidywalność. Zaskakuje tu niemal wszystko - grupa bohaterów przez dłuższy czas bezimiennych, określanych wyłącznie przez pryzmat ich języka, ale też fakt, jak mało ich łączy i jak silnym spoiwem grupy pozostaje uwielbienie (ale czy to na pewno uwielbienie?) dla autorki, także bezimiennej, za to zwanej Naszą Autorką. Intryguje zniknięcie autorki. A późniejsze poszukiwania wywołują pobłażliwy uśmiech względem niekompetentnych działań.
Ciekawym aspektem do obserwacji jest dziwna dynamika grupy, którą destabilizuje zniknięcie centralnego układu odniesienia w postaci Autorki. Wypracowany porządek od razu zaczyna chwiać się u samych podstaw, wyzwalając ciąg - znów - nieprzewidywalnych zdarzeń. Na jaw wychodzą sekrety, dochodzi do starć ego i walki o określenie nowej pozycji w grupie, a w tym wszystkim ujawniają się ambicje związane i niezwiązane z osobą autorki.
Ale o czym jest ta historia? Czy to opowieść o rozpadzie grupy? Kryminał z zaginięciem w roli głównej? A może próba opowiedzenia o książkowym świecie nieco inaczej? Myślę, że jest tu każdy z tych elementów i o wiele więcej. Odbiór powieści zapewne zależy od tego, co wniesie ze sobą odbiorca. Na pewno nie raz odniesienia do twórczości noblistki odkryją tutaj ci, którzy znają książki Tokarczuk, ale i bez tej znajomości można odkryć dla siebie wiele ciekawych znaczeń i refleksji.
Croft pokazuje, jak otoczenie tworzy idola, bożka, któremu inni poddają się bezwiednie, pozwalając Autorce mitologizować samą siebie. Tłumacze są niczym prywatni wyznawcy, tworzą kult, ale na chwiejnych podstawach, które nie wytrzymują konfrontacji z brakiem ciągłej obecności Autorki. Tu mówimy co prawda o idolu ze świata literatury, ale ten sam mechanizm przenieść możemy na inne sfery sztuki, i nie tylko sztuki, bo Nasza Autorka mogłaby być po prostu jednym z influencerów otoczonym przez wiernych czcicieli.
Mamy w tych relacjach, napięciach, konfrontacjach interesujące studium psychologiczne każdej z postaci, która została wyróżniona przez dołączenie do orszaku Ireny Rey, ale też ciekawie wprowadzone kwestie ekologiczne. To kolejny niespodziewany wątek w tej opowieści, który pobudza do refleksji. Jest to też - czego spodziewać się można - opowieść o mocy przekładu, o niuansach języka, które otwierają furtki do interpretacji. Znów ciekawie wprowadzony wątek za pośrednictwem postaci, które w niecodziennych okolicznościach muszą współpracować ze sobą i porozumiewać w języku Autorki, który łączy ich ze sobą bardziej niż języki ojczyste.
Jest tu i dosłowność reakcji ludzi pod presją, i sporo humoru, przede wszystkim sytuacyjnego, i refleksje nad stanem przyrody, a do tego metaforyka związana z grzybami. Kryminał, romans, obyczaj. Eklektyczny tygiel gatunków i literackich motywów, który jest szalony i fascynujący zarazem. To historia układu, w którym autor pozostaje Słońcem, wokół którego orbitują oddani tłumacze. Jest to lektura wymagająca i z pewnością nie dla każdego, ale dająca masę satysfakcji w rewanżu za uważną lekturę. Osobliwa, bizarna, ale i zmuszająca do myślenia. I ciekawie rozwiązująca motyw tytułowego wymierania Ireny Rey.
Kiedy przeczytałam, że na polskim rynku wydawniczym ma ukazać się książka tłumaczki Olgi Tokarczuk, do tego w tłumaczeniu Kai Gucio, a potem spojrzałam na zarys fabuły, wiedziałam, że Wymieranie Ireny Rey Jennifer Croft przeczytać muszę. Choć zupełnie nie byłam gotowa na to, co czekało mnie podczas lektury.
W czasie lektury powieści przeszła mi myśl, że jest to...
Dobrych powieści detektywistycznych nigdy dość. Jeśli chodzi o ten gatunek, to wciąż nie mam poczucia przesytu. Zwłaszcza w obrębie literatury dziecięcej. I z radością testuję nowości w gatunku, szukając ciekawych pomysłów na intrygi i dobrze kreowanych bohaterów. I tak w moje ręce trafiła zupełna nowość, książka Leny Jones pt. Agata Szajba. Tajemniczy klucz od wydawnictwa Kropka.
To jedna z tych książek, w których bohaterka ma szansę zrealizować swoje marzenie, ale też uczy się, że powiedzenie "uważaj, czego sobie życzysz" to realne ostrzeżenie. Bo w wyobraźni niejeden młody człowiek może być profesjonalnym detektywem, ale konfrontacja dziecięcych możliwości z realnym zagrożeniem okazuje się mniej zabawna niż w marzeniach. Tylko czy rasowy detektyw kiedykolwiek odpuszcza?
Agata Szajba to bohaterka z prawdziwym potencjałem na serię książek. Wyraziście wykreowana i budząca sympatię od pierwszej strony. Młoda pasjonatka, która ma tendencję do pakowania się w kłopoty, szkolna outsiderka, ale i lojalna przyjaciółka i wrażliwa dusza. Ma bystry umysł, jest dociekliwa i działa z godną pozazdroszczenia determinacją. Cóż, chciałabym poznawać takie bohaterki w czasach, gdy sama byłam dzieckiem. Co ważne, to postać, którą polubią też chłopcy, ale znajdą też bohatera dla siebie w postaci Liama, który może nie ma ryzykanctwa we krwi, ale lojalnie pomaga przyjaciółce, kiedy jest potrzebny. Poza tym... czyż każdy bohater nie potrzebuje głosu rozsądku?
Jest jeszcze jedna ciekawie wprowadzona postać, ale tu nie chcę za dużo zdradzać. Za to nadmienię, że świetnie wprowadza za jej pomocą autorka wątek fałszywych przyjaźni, gdy pozorów i próby dopasowania się do ogółu. Bohaterowie mają spory potencjał do wykorzystania, liczę więc, że seria będzie się rozrastać.
Ale nie ma detektywistycznej powieści bez intrygi, a ta również się autorce udała. Rozpoczyna się od przypadkowych obserwacji dokonanych podczas wypadku, którego bohaterka jest świadkiem, a potem wraz z rozwojem fabuły odkrywamy kolejne jej warstwy. Bo to nie tylko zagadka, którą należy rozwiązać, ale intryga uknuta przez ludzi, którzy nie mają skrupułów.
Pierwszoosobowa narracja sprawia, że młody czytelnik nie tylko dobrze poznaje bohaterkę, ale i angażuje się w jej działania, niesiony siłą pasji i determinacji. Jednocześnie dysponuje dokładnie tymi samymi informacjami co Agata i może spekulować co do przyszłych zdarzeń i rozwiązania tajemnicy. Autorka z rozmysłem korzysta z tej pierwszoosobowej formuły i znanych fabularnych schematów, tak by umożliwić odbiorcy przeżywanie emocji w komfortowych warunkach. Obserwując bieg myśli Agaty poznajemy ją coraz lepiej i nawiązujemy emocjonalny związek z bohaterką, której charyzma niesie nas przez akcję.
To książka, w której obok zagadki bardzo dobrze wybrzmiewają też relacje. Rodzinne - z kochającym ojcem i tęsknota za zmarłą mamą oraz rówieśnicze - przyjaźń, poczucie niedopasowania do otoczenia w elitarnej szkole, nieśmiało i z dozą nieufności nawiązywana relacja z osobą ze szkoły. A do tego starcie młodych ludzi ze światem dorosłych także wypada bardzo wiarygodnie. Przy całej swojej fikcyjności, książka ma w sobie wiele autentyzmu.
Już czuję, że to będzie porywająca seria i nie mogę się doczekać ponownego spotkania z Agatą. Mamy tu charyzmatyczną bohaterkę i wspierających przyjaciół, wielowarstwową intrygę, z którą przeplata się tajemnica zmarłej matki dziewczynki. Dynamiczna akcja doprawiona szczyptą humoru, a na koniec intrygujący cliff-hanger. Inspirująca, emocjonująca, angażująca lektura dla wszystkich miłośników powieści detektywistycznych z delikatnym sensacyjnym sznytem.
Dobrych powieści detektywistycznych nigdy dość. Jeśli chodzi o ten gatunek, to wciąż nie mam poczucia przesytu. Zwłaszcza w obrębie literatury dziecięcej. I z radością testuję nowości w gatunku, szukając ciekawych pomysłów na intrygi i dobrze kreowanych bohaterów. I tak w moje ręce trafiła zupełna nowość, książka Leny Jones pt. Agata Szajba. Tajemniczy klucz od wydawnictwa...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02
Stuart Gibbs mnie wykończy. Powinnam przestać pisać o jego książkach, bo nawet nie mogę ich skrytykować, tylko muszę chwalić, a utrzymywanie stale dobrego poziomu wyczerpuje mój repertuar komplementów. Za to dla czytelników Szkoły szpiegów stała forma oznacza jedno: bezpieczny - w pozytywnym tego słowa znaczeniu - wybór zawsze, gdy chcą dobrej rozrywki. Nie inaczej jest z kolejnym już tomem - Kierunek Alaska.
Co nas czeka w nowym tomie? Przede wszystkim znajomy schemat. Znajomy tylko w ogólnym zarysie. Bo schemat, na którym opiera swoje książki autor, jest jak stelaż, na którym układa kolejne elementy intrygi. Dlatego teoretycznie wiemy, czego się spodziewać po każdej części, a jednocześnie z przyjemnością odkrywamy zupełnie nową pogodę. A choć wydawać by się mogło, że po dziesięciu tomach może się już nam ten schemat nudzić, to jednak raz za razem z zaskoczeniem odkrywamy, że czytanie wciąż nas bawi.
Choć to opowieści fikcyjne, to większość z przygód Ripleya wynika z inspiracji czerpanych przez autora z jego ukochanych książek oraz życiowych obserwacji. Tym razem odwołuje się do historii włączenia Alaski do Stanów Zjednoczonych i opiera na tej kwestii całkiem udaną intrygę wywiadowczą. Można powiedzieć, że Gibbs czasem jedzie po bandzie, ale skoro godzimy się na pewne naciągnięcia, sięgając po opowieści o Bondzie czy innych szpiegach, to czemu nie w literaturze dziecięcej?
Jak zawsze w tej przygodzie ważne są relacje, choć tym razem nie tylko rówieśnicze i rodzinne. Dochodzi jeszcze kwestia rywalizacji z przeciwnikami i efekt lustrzanego odbicia w postaci bohaterki, która zaskoczy Erikę i odbierze jej nieco pewności siebie. To ciekawie prowadzony wątek i bardzo atrakcyjny element fabuły.
Jeśli macie w otoczeniu dzieci, które zarzekają się, że książki są nudne, podsuńcie im Szkołę szpiegów. Jeśli chcecie uatrakcyjnić czas w domu, podróży czy poczekalni w przychodni - dajcie dzieciakom Szkołę szpiegów. Każdy zasługuje na tak atrakcyjną rozrywkę i zabawę literaturą. A Gibbs ma talent do wyczuwania, co spodoba się odbiorcom. I - podejrzewam - świetnie się przy wymyślaniu tych książek bawi.
Stuart Gibbs mnie wykończy. Powinnam przestać pisać o jego książkach, bo nawet nie mogę ich skrytykować, tylko muszę chwalić, a utrzymywanie stale dobrego poziomu wyczerpuje mój repertuar komplementów. Za to dla czytelników Szkoły szpiegów stała forma oznacza jedno: bezpieczny - w pozytywnym tego słowa znaczeniu - wybór zawsze, gdy chcą dobrej rozrywki. Nie inaczej jest z...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02
Nie wszystkie książki dla dzieci muszą być pouczające. Bo przecież czytanie ma być także dobrą zabawą. Jeśli więc szukacie do poczytania z najmłodszymi czegoś przyjemnie zabawnego, a do tego jesteście miłośnikami zwierzaków, zwróćcie uwagę na książkę Mii Öström i Maria Jönsson pt. Nie jestem milutki.
Historia jest w gruncie rzeczy bardzo prosta. Oto spoglądamy na życie domowego pupila jego oczami. I to oczami, które widzą świat zupełnie inaczej niż nam się wydaje. Kotek, który w oczach rodziny jest domową maskotką, postrzega siebie jako morderczego obrońcę, który strzeże domu nocą, ale też za dnia, kiedy przychodzą obcy. Jednak jego działania prowadzą do nietypowych rezultatów.
To jednak z tych książek, w których ilustracje są równie ważne jak tekst, ponieważ one nie tylko obrazują, co się dzieje, ale nadają słowom kota kontekst, który wielokrotnie okazuje się dość przewrotny. Autorki bardzo sprawnie wykorzystują humor sytuacyjny do zabawiania czytelnika, ale też wywoływania poczucia dysonansu między tym, co dzieje się w warstwie słownej, a tym, co rozgrywa się na ilustracjach. I dlatego książka sprawia jeszcze więcej frajdy, bo nadaje opowieści wielowymiarowości.
Bohater tej historii, choć podkreśla, jak bardzo NIE JEST milutki, w rzeczywistości jest bardzo uroczy i zapewne skradnie niejedno serce. Ale jednocześnie cała historia ma drugie dno, które można wykorzystać do wielu interesujących rozmów. Najbardziej oczywista będzie rozmowa o domowych pupilach. Dzięki tej książce możemy uzmysłowić dzieciom, że zwierzę to nie zabawka i nie zawsze musi mieć ochotę na interakcje z człowiekiem. Możemy porozmawiać też o kociej naturze, wyjaśniając, dlaczego te zwierzęta często przesypiają całe dnie. Ale możemy też porozmawiać z dziećmi o tym, że często nasze wyobrażenia o nas samych różnią się od tego, jak postrzegają nas inni, co prowadzić może do sytuacji zabawnych, ale też nieporozumień. W sumie, jeśli dobrze się zastanowić, można zaczerpnąć z tej książki dużo więcej, niż się początkowo wydaje.
To doskonała propozycja do wspólnego czytania z maluchami. Takiego, w którym wspólnie śledzimy zarówno tekst, jak i ilustracje. Właśnie niespieszna lektura tego niewielkiego tekstu pozwoli bawić się w najlepsze. Uroczy bohater, humor sytuacyjny, ale też punkt wyjścia do ciekawych rozmów i rozważań sprawiają, że to książka, którą warto polecać.
Nie wszystkie książki dla dzieci muszą być pouczające. Bo przecież czytanie ma być także dobrą zabawą. Jeśli więc szukacie do poczytania z najmłodszymi czegoś przyjemnie zabawnego, a do tego jesteście miłośnikami zwierzaków, zwróćcie uwagę na książkę Mii Öström i Maria Jönsson pt. Nie jestem milutki.
Historia jest w gruncie rzeczy bardzo prosta. Oto spoglądamy na życie...
2026-02
Kojarzycie to zdjęcie z grupą mężczyzn siedzących na metalowej belce gdzieś ponad rozrastającym się miastem? To jeden z tych obrazów, który żyje już własnym życiem, stał się popkulturową ikoną wyjętą poza rzeczywisty kontekst. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, kim są ci ludzie, jak się tam znaleźli, powinniście przeczytać rewelacyjną powieść graficzną Giant, w której za scenariusz i rysunki odpowiada Mikaël Suivre.
To rewelacyjna historia osadzona w czasach wielkiego kryzysu, kiedy do Nowego Jorku wciąż napływały fale imigrantów, a jednocześnie o pracę było coraz trudniej. W tym świecie załapanie się do pracy na budowie drapacza chmur, bez kwalifikacji, było jak manna z nieba. Mikael wciąga w tę historię, zaczynając od mocnego akcentu, jakim jest śmierć jednego z robotników. Motyw ten jest nie tylko próbą uchwycenia uwagi czytelnika, ale i punktem wyjścia do całej opowieści.
Autor świetnie buduje klimat swojej opowieści. Po pierwsze - graficznie, decydując się na utrzymanie całej opowieści w palecie barw kojarzonych ze starymi zdjęciami w sepii, ale też kreską nieco przypominającą szkice rysowników z gazet. Mikaelowi udaje się też w oszczędny sposób ożywić całe tło fabularne, pojedynczymi scenami oddając atmosferę czasów - nędzne mieszkania robotników, często zbiorowe, proste przyjemności, popijawy i inne "uciechy" w kontaktach towarzyskich. Wystarczy kilka kadrów, by odwołać się do tego, co czytelnik już wie, widział, o czym czytał, a dzięki temu sama historia pozostaje nieprzegadana.
To opowieść, która paradoksalnie mocno wybrzmiewa właśnie teraz, kiedy obserwujemy wszystko, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych. Ponieważ opowieść Mikaela przypomina, że Ameryka to kraj budowany rękami imigrantów, zasilany ich marzeniami i pracą. Choćby dla tak banalnego przypomnienia warto po tę historię sięgnąć.
Ale nie tylko. Obok obrazu codzienności najniżej w hierarchii stojących robotników budowlanych, pracujących bez zabezpieczeń, za marne stawki, ale wdzięcznych za jakąkolwiek pracę, mamy też historię samotnego mężczyzny, który izoluje się od wszystkich. Nieprzystępny, wzbudzający ciekawość wielkolud, skrywa wrażliwe wnętrze i z czasem objawia się jako człowiek zamknięty we własnym bólu. Jego historia osobista jest przypomnieniem też o bolesnych kartach historii Irlandii i ranach, które zmęczeni walką imigranci zabrali ze sobą do nowego świata.
Mikael zdaje się operować na znanych schematach fabularnych, ale operuje nimi z takim rozmysłem, że udaje mu się stworzyć opowieść emocjonalnie angażującą i wciągającą. To opowieść, która jest przypomnieniem przeszłości, uniwersalnym odbiciem historii, a jednocześnie pozostaje jednostkowa. Przepięknie wybrzmiewa w niej ludzka niedoskonałość, samotność, która staje się skorupą odgradzającą od bólu, ale też potrzeba relacji z drugim człowiekiem, nawet jeśli ze świadomością, że jest ona złudna.
W strukturze opowieści ujawnia się scenariuszowy talent autora, który zamyka historię robotników w klamrze radiowego głosu komentującego rzeczywistość. Jednocześnie autor nie napędza biegu wypadków przesadnym nagromadzeniem twistów. W tej historii rozwija się społeczno-obyczajowe tło, jak i tajemnica skrywana przez tytułowego bohatera. Oba te plany ze sobą współgrają, przeplatają się i rozwijają w nieco gawędziarskim rytmie, podkręconym choćby przez pojawienie się dociekliwej dziennikarki. Mikael postawił na proste emocje, na historię, która wyda się znajoma nam wszystkim, jednocześnie oddając autentyzm zamknięty w fikcji.
Wizualnie komiks również przemawia prosto, ale dobitnie. Kolorem, kreską, ale też kadrami. Udaje się w nich zamknąć zarówno codzienną rutynę, jak i dynamiczne, zaskakujące zdarzenia. Starannie rozłożone akcenty i pomniejsze sceny budują autentyczne tło dla fikcyjnych zdarzeń i nie ma tu miejsca na przypadkowe, zbędne sceny. Kadry wizualnie osadzają czytelnika w strukturze opowieści i jej atmosferze. Niemal filmowo zderzają ze sobą metaforyczną przyziemność życia budowniczych Nowego Jorku z rozpasaną, sięgającą nieba ambicją możnych.
To komiks przypominający czytelnikowi o tym, że ambicje jednych okupione były często ciężką pracą innych. O zderzeniu nadziei z rzeczywistością. O jednostkowych tragediach, które wpływały na wielu ludzi. Świetnie opowiedziana obrazem i słowem historia.
Kojarzycie to zdjęcie z grupą mężczyzn siedzących na metalowej belce gdzieś ponad rozrastającym się miastem? To jeden z tych obrazów, który żyje już własnym życiem, stał się popkulturową ikoną wyjętą poza rzeczywisty kontekst. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, kim są ci ludzie, jak się tam znaleźli, powinniście przeczytać rewelacyjną powieść graficzną Giant, w której...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02
Wspominałam już kiedyś, że literatura nie ma terminu przydatności, choć zdarza się, że ujęcie pewnych tematów po latach trąci myszką. Nie jest to jednak przypadek powieści Torborg Nedreaas pt. Nic nie rośnie w blasku księżyca, która, choć powstała w pierwszej połowie ubiegłego wieku, wciąż pozostaje aktualna i robi wrażenie.
Choć minęło wiele dziesięcioleci, odkąd opublikowano powieść, nie straciła ani trochę na sile przekazu. Tym bardziej że i tematyka - o z grozo - wciąż aktualna. I nie chodzi tylko o tę najbardziej szokującą jej część, ale też o kwestie uczuć, potrzeby bycia kochanym, samotności i toksycznych relacji. Warto też pamiętać o tym, że choć forma powieści dziś nie wydaje się szczególnie wyróżniać, to w pierwszej połowie XX wieku była dość nowatorska.
Klamrą opowieści jest rozmowa dwojga bohaterów, choć z akcentem na wypowiedzi bohaterki, które stają się dla nas przewodnim monologiem prowadzonym w konfesyjnym stylu. To w tym wyznaniu zawierać się będą jej doświadczenia, refleksje i emocje. A my, podobnie jak mężczyzna, do którego się zwraca, staniemy sie ich przypadkowymi słuchaczami. Słuchaczami, których rola do tego właśnie się sprowadza.
Mamy tu do czynienia z pogłębionym portretem psychologicznym kobiety, której miłość przybrała kształt obsesji, ale też której miłość została wykorzystana i potraktowana ze wzgardą. Portret osoby, której życie nie oszczędzało, wyrosłej w niedostatku, dla której uczucie było poniekąd wołaniem o pomoc i uwagę. To powieść poruszająca, smutna i momentami wstrząsająca, która długo zostaje z czytelnikiem.
Choć powieść powstała w 1947 roku, jest tak naprawdę ponadczasowa. Pozostaje aktualna mimo upływu lat. Porusza trudne tematy, często z intensywnością, która emocjonalnie przytłacza, pozostawiając trwałe wrażenie i skłaniając do refleksji nad ludzkimi relacjami. Choć może być szokująca, nie ma w tej historii przesady. Nie ma sztucznej dramatyzacji. Wszystko, o czym opowiada bohaterka, nosi znamiona autentyczności. Autorka jednocześnie nie zmusza czytelnika do jednej konkretnej interpretacji. To, jak powieść odbierzemy, zależy od nas samych. Nie można jednak pozostać wobec bohaterów i wydarzeń obojętnym, tak po mistrzowsku jest skomponowana i napisana.
Język powieści doskonale oddaje naturę bohaterki. Jest prosty, czasem gorączkowy, pełen powtórzeń, dygresji i emocjonalny. To język prostej kobiety, pozbawiony ozdobników, wydumanych metafor, często dosadny, pełen ambiwalentnych uczuć wobec opisywanych zdarzeń i osób. Świetnie zbudowana atmosfera niemal dosłownie osadza nas w scenie, w sytuacji nocnych wyznań przy papierosach i dymie. W tej dusznej ciszy słowa wybrzmiewają mocniej, a desperacka potrzeba wyznania oddziałuje na odbiorcę wyraźnie. W całej surowości przekazu, pasującego do surowego życia bohaterki, wyłania się niczym wątła roślina na kamienistym gruncie pewna subtelność, delikatność tkwiąca pod twardą skorupą kobiety doświadczonej przez życie. Mówi ona wiele o nas, jako o ludziach, często szorstkich z wierzchu, lecz miękkich i podatnych na zranienie w środku. Autorka świetnie pokazuje kobietę, która jest symbolem, uosobieniem spychanych na margines osób, które rozpaczliwie pragną być kochanymi. Z tej rozpaczy godzimy kryć się z uczuciami, godzimy się na uczucie, które toczy się tylko nocą, ale przecież "nic nie rośnie w blasku księżyca", więc i ukrywane uczucie nie ma szansy rozkwitać. Staje się tylko marną imitacją.
Niełatwo tę książkę odłożyć, choć momentami naprawdę przytłacza. Do tego stopnia, że trudno wziąć oddech i uwolnić się z potoku myśli. Lecz to właśnie świadczy o jej klasie i ponadczasowości, że tak duże wrażenie wywiera w zupełnie innym wieku, w innych czasach. Warto zdać sobie przed lekturą sprawę, że autorka porusza wiele tematów wrażliwych, w tym niechcianej ciąży i aborcji. Choć akcja rozgrywa się w powojennej Norwegii, jest to historia uniwersalna, z dużą dozą emocji.
Wspominałam już kiedyś, że literatura nie ma terminu przydatności, choć zdarza się, że ujęcie pewnych tematów po latach trąci myszką. Nie jest to jednak przypadek powieści Torborg Nedreaas pt. Nic nie rośnie w blasku księżyca, która, choć powstała w pierwszej połowie ubiegłego wieku, wciąż pozostaje aktualna i robi wrażenie.
Choć minęło wiele dziesięcioleci, odkąd...
2026-02
Uwielbiam książki, które pomagają dzieciom w trudnych okresach, gdy przychodzi im zmierzyć się z nadchodzącą zmianą. Zwłaszcza jeśli są wyjątkowo napisane i - przy tych skierowanych do maluchów - pięknie zilustrowane. Dlatego nie mogę przestać zachwycać się książką Jutro będę dzielny Sabine Bohlmann z ilustracjami Emilii Dziubak.
Emilia Dziubak to niekwestionowana gwiazda wśród ilustratorów książek dla dzieci, potrafiąca zamknąć uniwersalne piękno w pełnych koloru obrazkach i która wypracowała własny, rozpoznawalny styl, ceniony przez odbiorców. O jej ilustracjach łatwo powiedzieć "magiczne", nawet gdy dotyczą całkiem niemagicznych treści. Są także pełne ciepła i autentycznego uroku. Fakt, że to ona odpowiada za ilustracje do tej książki, może być dla wielu pierwszym impulsem do zakupu. I słusznie, bo doznania estetyczne są bardzo ważne. Ale to oczywiście niejedyny powód, by po książkę sięgnąć.
Równie ważna jak piękne ilustracje jest skierowana do najmłodszych treść. W tej niewielkiej, oszczędnej opowieści, najmłodsi śledzą losy pewnej ptasiej pary. W ich gnieździe wszystko odbywa się jak zwykle. Pojawiają się jaja, a potem wykluwają pisklęta, które z czasem rosną i opuszczają gniazdo oraz rodziców. Poza jednym dzieckiem, które robi wszystko znacznie wolniej. Jednak dla rodziców nie ma to znaczenia, cierpliwie czekają na to, co ma się wydarzyć.
Najpiękniejsze w tej książce, ewidentnie przeznaczonej do wspólnego czytania z dzieckiem, jest to, że mówi jednocześnie do dziecka, jak i dorosłego. Przesłanie skierowane do dziecka brzmi: nie jesteś gorszy dlatego, że nie rozwijasz się tak szybko jak inni, robisz to we własnym tempie i to jest okej. Wydaje się to banalne, ale będzie bardzo przydatne w momentach, kiedy dziecko czeka zmiana, kiedy się jej obawia, albo kiedy czuje, że odstaje od rówieśników. Ale tak naprawdę to przesłanie ważne jest dla wszystkich dzieci, także tych pędzących odważnie do przodu, by zrozumiały, że każdy ma swój czas na działanie i warto to uszanować.
A co z przesłaniem do rodziców? Ta historia utwierdza nas w dostosowywaniu się do postępów dziecka. Ta opowieść pokazuje, jak wielką wartością jest cierpliwość i niezachwiana wiara w dziecko, w to, że ma jeszcze czas na działanie. I że najlepszym, co możemy zrobić, to otoczyć je miłością. Oczywiście w tej prostej historii brak miejsca na niuanse czy gdybanie, ale jej przekaz jest wartościowy i poruszający każdego odbiorcę. To książka, która otula jak ramiona rodzica i daje siłę do tego, by odwaga do zmiany kiełkowała w każdym z nas.
To historia, która wspiera dziecko w procesie zmiany, ale i dorosłych pod obstrzałem zewnętrznej krytyki. Spokojna, otulająca, mądra, choć wyrażona w oszczędnych słowach. Piękna.
Uwielbiam książki, które pomagają dzieciom w trudnych okresach, gdy przychodzi im zmierzyć się z nadchodzącą zmianą. Zwłaszcza jeśli są wyjątkowo napisane i - przy tych skierowanych do maluchów - pięknie zilustrowane. Dlatego nie mogę przestać zachwycać się książką Jutro będę dzielny Sabine Bohlmann z ilustracjami Emilii Dziubak.
Emilia Dziubak to niekwestionowana gwiazda...
2026-02
Kiedy tylko zobaczyłam zapowiedź książki, w której pojawić ma się Mikołaj Kopernik, ale kluczową rolę odgrywa w niej kobieta, a jeszcze całość swoim nazwiskiem firmuje Maja Wolny, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Wszak Kopernik to jeden z symboli otaczających mnie na co dzień, a o jego domniemanym związku z Anną Schilling ledwie gdzieś coś słyszałam. Ciała niebieskie okazały się zaś doskonałym wyborem na weekend.
To opowieść ze wspaniale zbudowanym klimatem. Maja Wolny wciąga czytelnika w renesansowe realia bez poczucia dysonansu. Bez poczucia, że świat przedstawiony jest nam całkowicie obcy, tak jak obce mogłyby wydawać się zasady funkcjonowania wiele wieków temu. Okazuje się, że choć wiele się zmieniło, to równie wiele mechanizmów pozostaje dla nas rozpoznawalnych, dzięki czemu tak łatwo zaangażować się w tę opowieść i ulec jest czarowi.
Głowna bohaterka jest kobietą zwykła i niezwykłą zarazem. Jako żona dobrze sytuowanego mieszczanina ma określony status społeczny i zdaje się wieść życie we względnym luksusie, wśród służby i bez przymierania głodem. Jednocześnie tkwi w przemocowym małżeństwie, które naznacza jej życie poczuciem beznadziei i nieustannego lęku. Jednocześnie nie została stłamszona doszczętnie. Wciąż ma dość woli, by samodzielnie myśleć, dostrzegać i buntować się choćby przez potajemne wizyty u przyjaciółki.
To jest książka nie tylko o uczuciu, fantazja o przebiegu potencjalnego romansu. To przede wszystkim portret kobiet w patriarchalnym społeczeństwie, w którym dodatkowo prawo do samostanowienia odbiera się im przez religię, kolejne narzędzie władzy wykorzystywane przez mężczyzn, by wmawiać kobietom, że cierpienie jest ich powinnością.
Historia, którą opowiada nam autorka, pozwala czytelnikowi dobrze poznać bohaterkę. Zobaczyć to, co ją ukształtowało, jak adaptowała się do sytuacji i jak ocaliła cząstkę siebie pod skorupą. I właśnie dlatego rozkwit uczucia między Anną i Niklasem jest tak autentyczne i poruszające. To nie jedna z tych romantycznych historii, w których w zakochanych trafia grom z jasnego nieba, ale opowieść o mężczyźnie, który dostrzegł wyjątkowość charakteru i intelektu kobiety, a także o kobiecie, która rozkwita dzięki przepełnionemu szacunkiem uczuciu.
Maja Wolny pisze tak sugestywnie, że nie mamy ochoty kwestionować żadnego elementu historii. Tka opowieść, łącząc ze sobą fakty historyczne i literacką fikcję. Odtwarza klimat tamtych czasów, buduje gęstą atmosferę, a jednocześnie z wciągającą lekkością opowiada zarówno o trudnych doświadczeniach bohaterki, jak i o dojrzałym uczuciu Anny i Niklasa. Doskonale dobiera słowa, by przekaz był przystępny, a jednocześnie dopasowany do czasu i miejsca akcji. Z ogromnym szacunkiem traktuje swoich bohaterów, ale i czytelnika. Każdy element historii jest przemyślany, spójny, a jednocześnie jako całość urzeka pełną czułości w tym nieprzyjaznym świecie narracją.
To powieść, która spodoba się miłośnikom powieści historycznych, a także fikcyjnych opowieści o postaciach autentycznych. Tym, którzy chcą czytać ją na poziomie dosłownym, i tym, którzy lubią dostrzegać drugie dno. Bo Ciała niebieskie to nie tylko opowieść o zakazanej miłości w czasach renesansu. To opowieść o dojrzałym uczuciu opartym na wzajemnym szacunku, na potrzebie dbania o drugą osobę bez zdominowania jej. A także opowieść o kosztach życia w patriarchalnym, często też "religijnym" społeczeństwie, jakie ponoszą masowo kobiety, ale pośrednio też sami mężczyźni. Wciągająca, poruszająca i bardzo warta uwagi lektura.
Kiedy tylko zobaczyłam zapowiedź książki, w której pojawić ma się Mikołaj Kopernik, ale kluczową rolę odgrywa w niej kobieta, a jeszcze całość swoim nazwiskiem firmuje Maja Wolny, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Wszak Kopernik to jeden z symboli otaczających mnie na co dzień, a o jego domniemanym związku z Anną Schilling ledwie gdzieś coś słyszałam. Ciała niebieskie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02
Od debiutu Magdaleny Kubasiewicz minęło już 10 lat, a ja, choć czytałam książki autorki, nadal nie nadrobiłam debiutanckiej powieści i serii o Królewskiej wiedźmie. Ale, jak to mówią, co się odwlecze... i tym sposobem przy okazji wznowienia miałam przyjemność wreszcie poznać fabułę Spalić wiedźmę.
Trudno sprawiedliwie ocenić debiut, mając w pamięci wrażenia po lekturze serii o Wilczej Jagodzie. Ale choć wiem, że od tego czasu autorka się rozwinęła (a debiutancka powieść została poddana drobnemu liftingowi, na szczęście bez pisania jej niemal od nowa), to nadal mogę stwierdzić, że to całkiem udana pozycja i świetne wprowadzenie do świata Polanii. A na tamte czasy (końcówka 2015 roku) bardzo dobry debiut.
Autorka jest obecnie jedną z czołowych przedstawicielek nurtu urban fantasy na naszym rodzimym rynku wydawniczym i brawurowo wkroczyła na tę drogę historią o Sanice (choć mam wrażenie, że największym echem w social mediach odbijały się kolejne książki z serii Wilcza Jagoda). Myślę, że wznowienie to doskonały pretekst, by poszerzyć grono miłośników także tej serii książek.
Kubasiewicz wykorzystuje z premedytacją baśniowy (i historyczny) potencjał Krakowa, by zaprosić nas do stolicy Polanii, krainy, którą nadal rządzi król i w której magia jest realna. Współistnieją obok siebie czarownice, czarodziejki, czarodzieje czy czarnoksiężnicy oraz różne mityczne istoty.
W ten świat nie jesteśmy wprowadzani stopniowo, nie ma tu miejsca na rozbudowaną ekspozycję, a zasady rządzące światem przedstawionym i mechanikę magii poznajemy, obserwując bieg wypadków. W pierwszej części podążamy śladami Saniki w misji na mniejszą skalę, która pozwala nam poznać bohaterkę i rozeznać się w realiach świata, w którym funkcjonuje. Początek książki jest jakby osobnym opowiadaniem, które osadza czytelnika w świecie i staje się punktem wyjścia do dłuższej opowieści o czarownicy.
Kreacja świata przedstawionego jest ciekawa, choć nieprzesadnie rozbudowana. Choć niektórych czytelników może rozczarować, to jednak zdaje się świadomym wyborem debiutantki. Tą powieścią buduje bowiem fundament, który rozwijać może w kolejnych częściach. Kubasiewicz stawia na wydarzenia i protagonistkę, jedynie delikatnie szkicując tło dla fabuły.
Autorce udało się już w tej pierwszej książce wykreować ciekawą postać kobiecą, tajemniczą, intrygująca i wyrazistą. Silną kobietę, która budzi kontrowersje w otoczeniu i sama nie jest pewna własnych motywacji. Siła tej bohaterki nie jest przerysowana, nie czyni z niej karykatury. Jest dobrze umocowana zarówno w stopniowo odkrywanej przeszłości, jak i rdzeniu osobowości. Jest postacią sarkastyczną, nieco wycofaną i zmęczoną swoją rolą społeczną, co dodaje jej autentyczności. Choć jest potężna, musi lawirować między oczekiwaniami królewskiego dworu a własną mroczną przeszłością, o której wolałaby zapomnieć. Właśnie to czyni ją ludzką i bliską czytelnikowi.
Bardzo mnie cieszy, że autorka nie pokusiła się o wprowadzenie wątków miłosnych, przyćmiewając tym samym zarówno atuty bohaterki, jak i wspieraną przez odwołania do legend i folkloru akcję. Udowodniła tym samym, że wątki romansowe nie są potrzebne do zbudowania emocjonującej fabuły.
Rozwijana stopniowo intryga również okazuje się nieźle zbudowana. Stawka w kolejnych częściach rozwija się i rośnie, osiągając spektakularny punkt kulminacyjny w finałowym starciu. Akcja rusza z kopyta od morderstwa i nie zwalnia aż do finału, w którym stawką jest bezpieczeństwo całego miasta. Jednocześnie autorka nad panuje nad powieściową dynamiką, unikając dróg na skróty i zbyt wielu dogodnych zbiegów okoliczności. Co prawda opiera się na znanych fabularnych schematach, ale dzięki umiejętnemu korzystaniu z motywów i kreacji protagonistki wypada to wszystko atrakcyjnie i lektura przyniosła mi sporo radości.
Postaci poboczne są niestety dość jednowymiarowe i schematyczne, ale znów - składam to na karb debiutanckiej próby, w której nie wszystko jeszcze jest na najwyższym poziomie. Mimo to była to interesująca lektura, zwłaszcza jeśli nie winduje się oczekiwań, znając prozę autorki. Może i świat przedstawiony nie jest bardzo rozbudowany, ale też autorka unika rozwlekłych opisów, zbytnio skupiających się na detalach kosztem tempa akcji i budowanego napięcia.
To książka, którą czyta się szybko i przyjemnie. Ciekawa lektura i dla miłośników urban fantasy, jak i fanów autorki, którzy zakochali się w jej twórczości na nieco późniejszym etapie kariery. A także dla tych, którzy lubią miks świata realnego i magii oraz zdarzenia odwołujące się do folkloru, baśni i legend. Gdybym sięgnęła po książkę 10 lat temu, powiedziałabym, że widzę potencjał. Teraz zaś wiem, że ten potencjał autorka cały czas wykorzystuje i rozwija.
Od debiutu Magdaleny Kubasiewicz minęło już 10 lat, a ja, choć czytałam książki autorki, nadal nie nadrobiłam debiutanckiej powieści i serii o Królewskiej wiedźmie. Ale, jak to mówią, co się odwlecze... i tym sposobem przy okazji wznowienia miałam przyjemność wreszcie poznać fabułę Spalić wiedźmę.
Trudno sprawiedliwie ocenić debiut, mając w pamięci wrażenia po lekturze...
2026-01
Jak rozmawiać z dziećmi o osobach z niepełnosprawnościami? Przede wszystkim szczerze. Choć brzmi to jak truizm, takie rozmowy są im potrzebne. Kształtowanie dziecięcej empatii jest bowiem tak samo ważne jak nauka czytania, pisania i liczenia. Empatia ma wpływ na tolerancję, a ona jest podstawą właściwego funkcjonowania społeczeństwa inkluzywnego. Tolerancja to także zdolność do empatycznego rozumienia perspektywy innych. A do przedstawiania takiej perspektywy najmłodszym doskonale nadają się książki. I tu propozycja dla wszystkich, którzy chcą wraz z dziećmi poznać perspektywę osób z niepełnosprawnościami: wspaniała książka Sylwii Błach pt. Nie znajdziesz mnie po śladach stóp.
Warto sięgnąć po tę książkę z wielu powodów. A jednym z najważniejszych z nich jest fakt, że autorka sama jest osobą z niepełnosprawnością. Któż lepiej nadaje się do opowiadania o życiu z niepełnosprawnością niż osoba, której ten fakt dotyczy bezpośrednio? Tak wiele dyskusji w świecie toczy się bez osób najbardziej zainteresowanych, że czas najwyższy oddać im głos.
Ale to niejedyny powód. Drugim równie istotnym jest jej forma i przystępny język. W fabularnej tkance narratorka będąca głosem autorki rozmawia ze swoją małą przyjaciółką o niepełnosprawności i związanych z nią doświadczeniach. Odpowiada na pytania oddające dziecięce zainteresowanie i dociekliwość, dopasowując sposób wypowiedzi do percepcji odbiorcy. Posługuje się czytelną metaforyką i analogiami, które błyskotliwie i trafnie uzmysławiają najmłodszym wszystko, co najważniejsze.
Spokojna, zabarwiona szczyptą magii historia jest jednocześnie doskonałą przestrzenią do refleksji. Idealną do tego, by spojrzeć na drugiego człowieka jego oczami. Szczere odpowiedzi na pytania, których wielu dorosłych nie miałoby odwagi zadać, budzą autentyczne poruszenie. A cała opowieść staje się dla nas lekcją. To nie jest historia, która budzi litość czy smutek, bowiem jest w niej miejsce na radość, odwagę i pasję. To książka, która nikomu nie umniejsza, nie budzi litości, ale szacunek wobec doświadczeń i sposobów na budowanie własnego szczęścia mimo przeciwności losu.
Książka została przepięknie zilustrowana przez Karolinę Jeske. To wydanie będzie prawdziwą ozdobą biblioteczki i estetycznym doznaniem towarzyszącym literackiej podróży. Spokojna paleta barw wykorzystana na kolejnych stronach, utrzymana w odcieniach sepii przełamywanych odrobiną czerwieni i niebieskiego nadaje całości łagodny i ciepły charakter, a kreślone wyraźną kreską obrazy mają w sobie coś melancholijnego i onirycznego, a jednocześnie nie odejmują autentyzmu poruszanym w tekście zagadnieniom.
Rewelacyjna jest to lektura, która nie zabiega ani o współczucie, ani nie wymusza wzruszeń. To szczera, autentyczna historia, która uczy najmłodszych, czym jest życie z niepełnosprawnością i że osobom z niepełnosprawnościami należy się szacunek. Pokazuje, że niepełnosprawność to taka sama cecha jak kolor skóry, włosów czy inne, na które nie mamy wpływu. I że nie decyduje o tym, kim jesteśmy. Mimo odmienności, wszyscy tak samo chcemy być szczęśliwi, choć realizować się możemy na różne sposoby.
Ta opowieść ogrzewa jak wiosenne promienie słońca. Jednocześnie pozostaje historią osadzoną w codzienności, w zwyczajnych radościach. Nie ma w niej ani nadmiernego heroizmu, ani przepełnionego rezygnacją pogodzenia się z losem. Jest za to akceptacja i optymizm, które urzekną i trafią do serca nie tylko dzieci, ale i dorosłych. To doskonała książka do czytania w domowym zaciszu, ale też w przedszkolu czy szkole. Zwłaszcza że fabułę uzupełnia zestaw ćwiczeń dla najmłodszych, które pomagają jeszcze lepiej przyswoić i zrozumieć poruszone w opowieści zagadnienia.
Jak rozmawiać z dziećmi o osobach z niepełnosprawnościami? Przede wszystkim szczerze. Choć brzmi to jak truizm, takie rozmowy są im potrzebne. Kształtowanie dziecięcej empatii jest bowiem tak samo ważne jak nauka czytania, pisania i liczenia. Empatia ma wpływ na tolerancję, a ona jest podstawą właściwego funkcjonowania społeczeństwa inkluzywnego. Tolerancja to także...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01
Historia = nuda? Skąd bierze się to przekonanie? Najczęściej, niestety, z relacji tych pechowców, którzy nie trafili na pełnego pasji nauczyciela, który w wytyczonych przez program szkolny ramach potrafi przekazywać wiedzę w angażujący i interesujący sposób. Ale istnieje koło ratunkowe - oczywiście w postaci książkowej. Jeśli chcecie, by wasze dzieciaki poznawały historię i czerpały z tego przyjemność, koniecznie podsuńcie im książki z serii Niezła historia napisane przez Bogusia Janiszewskiego i Agnieszkę Jankowiak-Maik, a zilustrowane przez Maxa Skorwidera. W tym najnowszą część Czy Krzyżacy to fajni chłopacy?
O moim uwielbieniu do twórców tej książki pisałam już w poprzedniej recenzji, nie będę się więc powtarzać. Powiem tylko, że wypatrywałam tej książki z ogromną niecierpliwością i wysoko stawiając poprzeczkę. Robiłam to niebezpodstawnie i moje oczekiwania zostały spełnione. Jeśli więc podobała wam się którakolwiek z książek autorów, śmiało możecie sięgać także po tę historię.
Choć motywem przewodnim opowieści są Krzyżacy, to nie pojawiają się oni od pierwszych stron. Bo autorzy nie na nich wyłącznie chcą się skupiać, ale wprowadzają cały kontekst historyczny, pozwalający zrozumieć, jak doszło do powstania zakonów rycerskich, a zwłaszcza dlaczego zostali na polskie ziemie sprowadzeni. Tworzą fabularny łącznik między czasami Chrobrego a obecną historią, opowiadając o tym, jak doszło do rozbicia dzielnicowego królestwa i jak działały poszczególne księstwa. A także jak próbowano je ponownie scalić i dlaczego nie było to takie łatwe.
Udało się autorom opowiedzieć o całkiem długim wycinku czasu w sposób skondensowany, a jednocześnie maksymalnie wypełniony faktami i wiedzą. Są tu wszystkie fakty potrzebne, aby zrozumieć ówczesne realia. Te pozytywne, i te negatywne zarazem, bo choć to publikacja skierowana do dzieci, pozostaje wierna faktom i współczesnej wiedzy historycznej. Oczywiście przekazanej w sposób dostosowany do odbiorcy. Przesycony humorem język nie odwraca uwagi od merytoryki publikacji, za to pozwala ją lepiej zrozumieć dzięki współczesnym odniesieniom. Podobają mi się zarówno dialogi w komiksowych dymkach, ale też narracja, ogłoszenia i inne formy wyrazu.
Ale nie tylko ilość wiedzy warto docenić w przypadku tej publikacji, ale i formę jej podania. A ta jest tak dobrana, że książkę czyta się z lekkością i szerokim uśmiechem na twarzy. Tekst jest merytoryczny, ale napisany w przystępny sposób, który będzie zrozumiały dla młodszych i starszych odbiorców, a przy tym pełen zrozumiałych porównań do czasów współczesnych. Lekkości dodają mu ilustracje Maksa Skorwidera, kreślone ze swadą jego charakterystyczną kreską, zabawne same w sobie i opatrzone jeszcze zabawniejszymi dialogami w dymkach. Po raz kolejny ilustrator dosłownie wrysował w opowieść siebie i współautorów książki, dorzucając do historycznego kontekstu współczesne spojrzenie.
Odnajdą się w tej lekturze zarówno miłośnicy historii, jak i ci nieco bardziej wobec tematyki oporni. Mniejsi i więksi odbiorcy będą podczas czytania nie tylko zdobywać czy poszerzać wiedzę, ale te naprawdę świetnie się bawić. Spojrzymy tu na pielgrzymki, spory i wojny, na sposoby okaleczania, na drzewa genealogiczne władców, lokowanie miast i wiele innych. Słowem blisko 300 lat zamknięte w jednej opowieści.
To książka z powodzeniem realizująca ideę nauki przez zabawę. Autorzy doskonale wiedzą, jakimi środkami przyciągnąć czytelnika i jak utrzymać jego uwagę. Dla wielu będzie to wręcz książka nieodkładalna. Pełna napięcia jak rasowy thriller i akcji jak w przygodówce. A do tego humor jak z dobrej komedii, trafiającej do odbiorcy bez względu na wiek, i wiedza, cała masa wiedzy. Nie da się w ten sposób uczyć historii w szkole (dlaczego? temat rzeka), ale można edukację formalną wspomagać dzięki takim perełkom.
Historia = nuda? Skąd bierze się to przekonanie? Najczęściej, niestety, z relacji tych pechowców, którzy nie trafili na pełnego pasji nauczyciela, który w wytyczonych przez program szkolny ramach potrafi przekazywać wiedzę w angażujący i interesujący sposób. Ale istnieje koło ratunkowe - oczywiście w postaci książkowej. Jeśli chcecie, by wasze dzieciaki poznawały historię i...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Są takie książki, które nazywamy żartobliwie cegłami. Oszałamiające liczbą stron i rozmachem opowieści. Ale są też te niepozorne, krótkie książeczki, które w skromnej formie mieszczą w sobie prawdziwą głębię emocji. Taką właśnie książką jest Pamięć drzewa katalońskiej autorki Tiny Valles.
To książka, w której mieszczą się w sobie otulające ciepło, ale i niewyobrażalny smutek. Opowieść o pięknej relacji rodzinnej, ale też stopniowym odchodzeniu. O śmierci, która przychodzi, choć ciało jeszcze żyje i odziera człowieka z tego, kim jest. O umieraniu pamięci, a zarazem sztafecie pokoleń, która staje się dla traconych wspomnień azylem.
Autorce udało się w tej opowieści oddać dziecięcą perspektywę i spojrzenie na świat bez infantylizacji narracji. W prostych, płynących łagodnym nurtem słowach odsłania się przed czytelnikiem wrażliwa natura chłopca-narratora, ciekawość, ale i lęk przed odpowiedziami. Stajemy się świadkami, jak Jan zostaje zmuszony, by skonfrontować się ze smutną prawdą o stanie dziadka i pogodzić z okolicznościami, na które nie ma wpływu. Choć po dziecięcemu odsuwa problemy od siebie, to jednocześnie na swój, po dziecięcemu naiwny, sposób próbuje się z nimi zmierzyć.
W dziecięcym obrazie choroby nie ma miejsca na trudne słowa. Nie ma miejsca na „demencję” czy „Alzheimera”. Jest za to szklisty wzrok dziadka, szare twarze rodziców, słabnąca chmura zapachu babci czy pusty brzuch bez kanapki na powrotną drogę. To drobiazgi odtwarzające dziecięce spojrzenie dosłownie wciągają nas do świata przedstawionego. Autorka udowadnia, że o wielu sprawach - o chorobie, o jej dziedziczności, o trudnych decyzjach - można świetnie opowiedzieć nie wprost, jak dziecku, i nie utracić mocy oddziaływania, a nawet ją spotęgować.
Mały bohater-narrator nie wszystko w pełni pojmuje, a czasem w słowa ubiera rzeczy oczywiste. Które w tym ujęciu wcale nie wydają się truizmem. Tworzą raczej przestrzeń do refleksji. Nad tym, jak pamięć określa naszą tożsamość. Jak wraz z traconymi wspomnieniami tracimy samych siebie. I jak można przestać być sobą samym, nawet o tym nie wiedząc.
W kameralnej formie i niespiesznej narracji kreuje się autentyzm postaci, ale przede wszystkim obraz autentycznej, przesyconej miłością relacji dziadka i wnuka. Bo to nie tylko smutna opowieść o chorobie, która niszcząc pamięć, rani wszystkich wokół. To także pełen ciepła i czułości obraz międzypokoleniowej relacji opartej na szacunku i miłości, choć nie wyrażonej w spektakularnych gestach. Ten piękny portret więzi wyraźnie ukazuje tragizm sytuacji, z jaką mierzy się cała rodzina, choć każdy na swój własny sposób. To nie tylko obraz odchodzenia w niebyt, ale też historia o tym, że wspomnienia można pozostawić ukochanym jak schedę. I o tym, że warto się pożegnać na swój własny sposób, by ukoić tych, których zostawiamy za sobą.
W tej historii to dziadek i wnuk odgrywają kluczowe role, ale ważne miejsce zajmują też najbliżsi chłopca. Dorośli, którzy znają prawdę od początku, i chronią chłopca, ale też rozumieją, że nie można tego robić bez końca. Choć dla mamy, taty i babci to bardzo trudna sytuacja, każde z nich na swój sposób zapewnia chłopcu oparcie i pomaga radzić mu sobie z trudną sytuacją. Objaśniają ją, oswajają z prawdą, a Jan czasem uczy się to dostrzegać. Ten obraz kochającej się, wspierającej rodziny jest jednym z piękniejszych jakie spotkałam w literaturze.
Choć to opowieść o doświadczeniu granicznym, odzierającym bohatera z dziecięcej naiwności, konfrontujących z prawdą o życiu, którego odchodzenie jest częścią, zawiera się w niej też ważna lekcja - trudne chwile nie muszą przekreślać dzieciństwa. One zmieniają wszystkich wokół, ale nie odbierają wszystkiego. Zwłaszcza jeśli wokół są inni, których się kocha i którzy kochają ciebie.
O utracie pamięci można pisać na różne sposoby i motyw ten nie jest obcy literaturze. Valles stawia na narrację czułą, niespieszną, subtelną. Robi to jednak z taką precyzją, tak pięknie konstruuje sceny, obrazy i zdania, że zawiera w niej cały dramatyzm sytuacji i całe spektrum emocji. Krótkie rozdziały płynące jak myśli, łączące tytuł kolejnego z wydarzeniami z poprzedniego, sprawiają, że mimo wagi tematu, przez opowieść płynie się z lekkością. A ona sama jednocześnie łamie serce i otula, pokazując, że dzielenie się wspomnieniami ma moc ocalającą, a mnie samej raz po raz echem w głowie rozbrzmiewała fraza z wiersza Gałczyńskiego: "Więc ja chciałbym twoje serce/ocalić od zapomnienia", który tak pięknie rezonuje z Pamięcią drzewa.
To wzruszająca, prosta i głęboka zarazem opowieść o rodzinie, o miłości i wsparciu w obliczu tragedii, jaką jest choroba ukochanego dziadka. O tym, jak tworzą nas wspomnienia, i o tym, jak tożsamość rozpada się wraz z jej utratą. O pięknej relacji dziadka i wnuka. I o tym, że dzielenie się pamięcią ma moc ocalającą, zachowuje cząstkę nas samych w kolejnych pokoleniach, a wspomnienia mogą się powtórzyć. To historia, która żyje w czytelniku długo po tym, gdy zakończymy lekturę.
Są takie książki, które nazywamy żartobliwie cegłami. Oszałamiające liczbą stron i rozmachem opowieści. Ale są też te niepozorne, krótkie książeczki, które w skromnej formie mieszczą w sobie prawdziwą głębię emocji. Taką właśnie książką jest Pamięć drzewa katalońskiej autorki Tiny Valles.
To książka, w której mieszczą się w sobie otulające ciepło, ale i niewyobrażalny...
2026-01
Seria dzieł pisarzy skandynawskich wydawana przez Wydawnictwo Poznańskie to strzał w dziesiątkę dla każdego miłośnika dobrej literatury, a także prawdziwa pokusa dla okładkowych srok. Trzeba przyznać, że spójność koncepcyjna serii zapewnia jej rozpoznawalność, a jednocześnie zindywidualizowanie okładkowych motywów nawiązujących do treści. Ostatnio w ramach serii ukazała się powieść Theis Ørntoft Na tej ziemi i od pierwszej chwili mnie zauroczyła.
To bez wątpienia powieść monumentalna, początkowo onieśmielająca objętością, ale warta każdej spędzonej na lekturze godziny. Ma formę rodzinnej sagi, której punktem wyjścia jest pogrzeb dziadka Ernsta. Akcja toczy się od lat 60. w Danii po rok 2036, eksplorując relacje rodzinne, kapitalizm i naturę.
Akcja powieści jest niespieszna, nieco melancholijna, a lektura przypomina stopniowe zanurzanie się we wspomnieniach przy jednoczesnym poznawaniu rzeczywistości. Dzięki temu prostemu zabiegowi, skoncentrowaniu na codzienności, bez szukania wyłącznie tych bardziej spektakularnych momentów, autorce udaje się sportretować zawiłe sieci powiązań między postaciami, ale też mechanizmy kształtujące ich osobowości. Dzięki nieliniowemu rozwojowi akcji i licznym retrospekcjom, niejednokrotnie zyskujemy nowe spojrzenie na postaci w miarę pojawiania się kolejnych scen i informacji.
To opowieść o więziach, także tych zerwanych, zaburzonych i odzyskiwanych. Więziach z ludźmi i z miejscami. Jednocześnie dotyka kwestii samotności, nieprzystawalności do świata i społecznych traum.
Choć akcja rozgrywa się głównie w Danii i nieco w Stanach Zjednoczonych, jest opowieścią głęboko uniwersalną. W aspiracjach i lękach bohaterów odbija się prawda o nas samych. O tym, do czego dążymy, o tym, przed czym uciekamy. I jak kształtujemy w tej przestrzeni własną tożsamość.
To prawdziwy rejs po meandrach duszy. Pełen zaułków, zatoczek i mielizn. To podróż, która choć zawiła i niespieszna, okazuje się niesamowitym doznaniem i cudowną przestrzenią do refleksji. To powieść monumentalna, epicka i z tego względu dla niektórych czytelników może być irytująca, ale jeśli jesteście gotowi zagłębić się w rodzinnej historii bez pośpiechu, możecie liczyć też na zachwyt.
Jedną z ważnych kwestii, które poruszane są w fabule, jest nie tylko człowiek, ale i jego miejsce na ziemi, a co za tym idzie odpowiedzialność za środowisko i zmiany klimatyczne oraz szacunek do przyrody. Ponieważ nasz los splata się z losem otoczenia, jest to szczególnie istotne i warte uwagi.
Warto czytać tę książkę bez pośpiechu, bez presji, zanurzyć się w jej rytmie i dać poprowadzić meandrującymi ścieżkami. Taka lektura pozwala w pełni zobaczyć głębię koloru, odcieni uczuć bohaterów, zgłębić mozaikę zdarzeń i splątane sieci relacji. To literatura wymagająca, ale i dająca poczucie satysfakcji, saga rodzinna mieszcząca uniwersalny przekaz. Aktualna, czasem smutna i bolesna, surowa i melancholijna zarazem. To powieść dla tych, którzy są dość cierpliwi, by scena po scenie odkrywać przesłanie i dla gotowych by oddać się refleksji. To pozorny chaos, z którego wyłania się spektakularny, ale i bliski nam wszystkim obraz. Piękna, choć niełatwa lektura.
Seria dzieł pisarzy skandynawskich wydawana przez Wydawnictwo Poznańskie to strzał w dziesiątkę dla każdego miłośnika dobrej literatury, a także prawdziwa pokusa dla okładkowych srok. Trzeba przyznać, że spójność koncepcyjna serii zapewnia jej rozpoznawalność, a jednocześnie zindywidualizowanie okładkowych motywów nawiązujących do treści. Ostatnio w ramach serii ukazała się...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01
Czy da się opowiedzieć o tańcu w statycznej, książkowej formie? Zuzanna Kisielewska udowadnia, że jak najbardziej. Jej książka O tańcu to wspaniała publikacja, a do tego z treścią skierowaną także do młodszych czytelników.
Autorka nie dąży do stworzenia dziecięcej encyklopedii, ale opowiada historię. Historię o tym, jak przez wieki różne kultury wyrażały siebie poprzez taniec. Jak ruchy i gesty złączone w jednym rytmie czciły i błagały bogów, leczyły choroby, tworzyły wspólnoty. Jak z czasem taniec oddzielał się od formy kultu i stawał rozrywką, by w innym czasie i innych okolicznościach stać się nawet narzędziem w pokojowej walce.
To opowieść nie tylko o tańcu jako części kultury, ale też historia antropologiczna, pozwalająca młodym odbiorcom poznawać ludy i nacje przez ich taniec i jego funkcje. Pełna informacji podanych w skondensowanej, zwięzłej formie. To opowieść o pasji snuta z prawdziwą pasją, przystępnie i wciągająco, ujmująca tematykę pod różnym kątem.
Na kartach tej książki pojawią się nazwy egzotycznych ludów i ich tańców, ale też to, co odbiorca miał szansę zobaczyć w telewizji - współczesne tańce, zarówno ludowe, jak i estradowe, a nawet uliczne. Przeczytać można o wybitnych tancerzach, którzy przełamywali schematy lub wprowadzali style tańca na tzw. salony. I o wspomnianych już formach protestu i walki z ciemiężcami za pomocą tanecznych kodów.
Dzięki rewelacyjnym ilustracjom Małgorzata Nowak i Agata Dudek, z wykorzystaniem ograniczonej, ale dopracowanej palety barw z dominującym pomarańczem, każda z kart opowieści żyje i zdaje rwać się do tańca. Ilustratorki zamknęły ruch w jednym ujęciu, jednocześnie pozostawiając go w toku w umyśle odbiorcy. Ilustracje są rozpoznawalne i zapadają w pamięć, nie giną w gąszczu podobnych stylem kreacji czy - o zgrozo - generowanych. Zarówno wizualnie, jak i merytorycznie ta książka to prawdziwy majstersztyk.
To książka o tańcu, jego historii, zmieniającej się roli, wolności czy radości, jaką daje z narracją prowadzoną w stylu przypominającym snutą przy ogniu gawędę. To fakty rozwinięte w opowieść, fragmenty złożone w jedną historię, biografie i nurty splecione ze sobą niczym para na parkiecie. Autorka nie wyczerpuje oczywiście tematu, ale buduje fundament wiedzy, którą można z czasem rozwijać w wybranym dowolnie kierunku. To książka dla tych, którzy tańczyć kochają, i którzy mają dwie lewe nogi, ale chętnie się wirującym tancerzom będą przyglądać. Rewelacyjna propozycja dla małych i dużych.
Czy da się opowiedzieć o tańcu w statycznej, książkowej formie? Zuzanna Kisielewska udowadnia, że jak najbardziej. Jej książka O tańcu to wspaniała publikacja, a do tego z treścią skierowaną także do młodszych czytelników.
Autorka nie dąży do stworzenia dziecięcej encyklopedii, ale opowiada historię. Historię o tym, jak przez wieki różne kultury wyrażały siebie poprzez...
2026-01
To już szóste spotkanie z Rorykiem, nieśmiałym detektywem i jego gadatliwą 13-letnią partnerką Matyldą. I to ponownie powód do radości, bo takiego detektywa jak Roryk Nieśmiał ze świecą szukać. Oliver Schlick wykreował tę niebanalną postać w taki sposób, że z miejsca podbiła nasze serca i każdy tom serii jest okazją do dobrej zabawy. Nie zmienia się to ani trochę w tomie pt. Porwanie córki Króla Sosów. Aż szkoda, że to już prawdopodobnie ostatni tom serii.
Wracając do serii, zawsze czuję się, jakbym wracała do starych przyjaciół, po których niby wiem, czego się spodziewać, ale też zawsze dobrze się z nimi bawię. Autor łączy w kreacji bohaterów prostotę z sympatycznym obliczem i komicznymi cechami, które bawią, ale nie ośmieszają i dlatego nie sposób ich nie lubić.
W pierwszoosobowej narracji świetnie wybija się osobowość nastoletniej Matyldy, dziewczynki bystrej, odważnej i... gadatliwej. To indywidualistka gotowa do działania, która z przenikliwością, ale i uważnością obserwuje otoczenie i bieg wydarzeń. Matylda wchodzi i działa jak burza, okazując się prawdziwym wsparciem dla nieśmiałego detektywa. Tych dwoje razem stanowi doskonałą parę protagonistów dla komediowo-detektywistycznej serii.
Elementy komiczne są dobierane konsekwentnie, ale w taki sposób, by nie przyćmić kryminalnej intrygi. Bo historie przygód Roryka i Matyldy pozostają rasową powieścią detektywistyczną, w której detektyw tropi złoczyńców i rozwiązuje zagadkę. Tym razem mamy do czynienia z porwaniem dokonanym na oczach widzów musicalu, ale pod tą warstwą kryje się znacznie więcej. Są tu dawne przewiny i porachunki, uczucia i ich brak, defraudacje, okup i pościgi.
Choć powieść ma podobną strukturę do poprzednich tomów, nadal jest interesująca, ponieważ kryminalna zagadka, z którą mierzy się Roryk, jest zupełnie nowa. Jednocześnie jest wyjątkowa, bo to finalny tom, w którym zbiegają się znane z poprzednich części motywy. Dowiadujemy się choćby, skąd wzięło się nietypowe imię psa Matyldy, odkrywamy wraz z bohaterką, że nawet jeśli coś bardzo się lubi, można czuć przesyt. Po raz kolejny pojawiają się znane już postaci.
Lektura powieści przynosi naprawdę wiele satysfakcji i moim zdaniem to jeden z najlepszych tomów. Choćby dlatego, że wraz z upływającym rokiem w Matyldzie zaczyna zachodzić mała przemiana z dziecka w nastolatkę. Odbywa swoją pierwszą randkę-nierandkę, trzyma się z chłopakiem za rękę... Ale także powieściowe wątki zdają się dojrzalsze. Pojawia się tu ojciec, który nie stawia córki na pierwszym miejscu, w kontraście do syna, który dla matki zrobiłby wszystko. Pojawia się motyw defraudowanych pieniędzy, wykradania tajemnic zawodowych, a osoba o wyraźnych cechach antybohatera wcale nie przechodzi oczyszczającej przemiany. Zupełnie jakby Schlick przygotowywał swoich czytelników do poważniejszych kryminałów, skierowanych do starszego odbiorcy.
To zarazem zabawna i angażująca opowieść, od której trudno się oderwać. Wspaniały powrót ukochanych bohaterów i wciągająca, dojrzale prowadzona fabuła. To doskonała komedia detektywistyczna dla czytelników od 10. roku życia. Jeśli lubicie Roryka, nie będziecie zawiedzeni.
To już szóste spotkanie z Rorykiem, nieśmiałym detektywem i jego gadatliwą 13-letnią partnerką Matyldą. I to ponownie powód do radości, bo takiego detektywa jak Roryk Nieśmiał ze świecą szukać. Oliver Schlick wykreował tę niebanalną postać w taki sposób, że z miejsca podbiła nasze serca i każdy tom serii jest okazją do dobrej zabawy. Nie zmienia się to ani trochę w tomie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01
Macie w domu stare albumy wypełnione fotografiami? Kiedy spoglądam na swoje, wyniesione jeszcze z domu rodzinnego, zawsze nachodzi mnie refleksja, że fotografia cyfrowa sprawiła, że takich pamiątek jest coraz mniej. Oczywiście wciąż wywołuje się zdjęcia, wciąż powstają albumy, ale coraz częściej fotograficzne pamiątki zalegają raczej gdzieś na dyskach. Jeszcze kilka lat temu robiłam to regularnie, ale z czasem mobilizacja spadła. Być może późniejsze pokolenia nie będa znały tej przyjemności poznawania historii rodziny podczas przeglądania albumu. A jak to inspirujące, przypomniała mi niedawno książka Opowieści z zielonego albumu. Prawdziwe historie Rafała Skąpskiego.
Czytając tę książkę, właściwie za jednym zamachem, czułam, jak ogarnia mnie błogie ciepło. Bo właśnie taka jest to lektura - otulająca. To historia rodzinna, ale interesująca nie tylko dla wąskiego grona najbliższych autorowi. A do tego opowiedziana w sposób uroczy.
Oto dziadek siada z małymi wnuczkami nad albumem pełnym zdjęć i pokazuje im rodzinne skarby, snując opowieść o ludziach, których losy czasem splatały się też z losami naszego kraju. Opowiada o wyjątkowych członkach rodziny, którzy zostali uwiecznieni na zdjęciach i przekazuje pamięć o nich kolejnemu pokoleniu. Jednocześnie opowiada o zaborach, powstaniach, budowaniu wolnego kraju. O spotkaniach z ludźmi, którzy są powszechnie znani i zapisali się na kartach historii. Opowiada też tym, jak wychowywały się kolejne pokolenia i o rodzinnej miłości.
Jest w tych opowieściach duma z przeszłości i historii przodków, jest wiara w to, że warto pamięć kultywować. Jest też piękny język całej opowieści i prostota przekazu, dzięki której najmłodsi swobodnie mogą za tematem podążać.
Sama publikacja jest również starannie przygotowana. Tekstowi towarzyszą proste, ale urocze ilustracje Kasi Kołodziej, ale także reprodukcje zdjęć z autentycznego albumu autora, o których jest mowa w tekście. Dzięki temu mały czytelnik może przez kilka chwil poczuć się częścią tej historii, tej rodziny, i podążać za opowieścią dziadka tak jak małe bohaterki historii.
Piękna to i wzruszająca książka, opowieść jednej rodziny, która trafi do każdego. Bo i losy jej bohaterów są ciekawe i warte opowiedzenia. Jednocześnie może być przyczynkiem do zadawania pytań o przeszłość własnej rodziny, do rozmów z rodzicami i dziadkami. Pokazuje, że w zakurzonych często albumach kryje się masa ciekawych historii, czekających na odkrycie. To także inspiracja do wspólnego robienia nowych albumów, dla tych pokoleń, które przyjdą po nas. Polecam wam tę otulającą lekturę na chłodne wieczory, bo rozgrzewa lepiej niż gorąca czekolada.
Macie w domu stare albumy wypełnione fotografiami? Kiedy spoglądam na swoje, wyniesione jeszcze z domu rodzinnego, zawsze nachodzi mnie refleksja, że fotografia cyfrowa sprawiła, że takich pamiątek jest coraz mniej. Oczywiście wciąż wywołuje się zdjęcia, wciąż powstają albumy, ale coraz częściej fotograficzne pamiątki zalegają raczej gdzieś na dyskach. Jeszcze kilka lat...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01
Czy można docenić kunszt pisarski autora, a jednocześnie zupełnie nie zachwycić się samą powieścią? Wygląda na to, że tak. A przynajmniej takie mam odczucia po lekturze nagrodzonej Bookerem powieści Kairos Jenny Erpenbeck. Zawsze bliżej mi było do zachwytu powieściami z list nominacji do tej nagrody niż Pulitzera, ale tym razem fabuła nie znalazła mojego uznania. Choć nie odmawiam autorce warsztatu.
Nie można odmówić tej powieści pewnej kunsztowności. Autorka świetnie operuje słowem, kreśli obrazy z należytą starannością, ale i bez przesadnego skoncentrowania na detalach. Dzięki temu świetnie tka emocjonalną warstwę dla historii, w hipnotyczny sposób wciągając weń odbiorcę.
Świetnie udało się również autorce przedstawić tło wydarzeń, mieszając losy dwojga głównych bohaterów z realiami życia w schyłkowej erze NRD. Co ważne, skupia się nie na spektakularnych wydarzeniach, ale na prozie życia, w której życie toczyło się swoim własnym torem. Jednocześnie otwiera też oczy na koszt, jaki zapłacili mieszkańcy tej części Niemiec za zjednoczenie państwa. To, co zazwyczaj omawiane jest w kategorii sukcesu, dla wielu okazało się jednak życiową porażką, a przynajmniej nie biletem wstępu do raju. Tę warstwę książki doceniam najbardziej i stała się ona dla mnie najbardziej interesująca.
Jednak główna oś fabularna dała mi znacznie mniej satysfakcji. A jest nią rozpisany na lata związek uczuciowy młodej, dorosłej, ale jeszcze nastoletniej dziewczyny i dużo od niej starszego, żonatego mężczyzny. Żadne to novum w literaturze i nawet nie temat tabu, choć autorka naprawdę zgrabnie zestawia ze sobą naiwne, obsesyjne oddanie młodej osoby wobec w gruncie rzeczy cynizmu starszego mężczyzny, świadomego przecież tego, co robi.
Erpenbeck skupia się na perspektywie kobiety, która wikła się w ten romans, świadomie odpychając od siebie myśli o żonie mężczyzny, a następnie raz za razem decydując się ignorować kolejne czerwone flagi. Jej naiwność jest irytująca, choć przecież zrozumiała, jednak w tym miejscu byłam jeszcze ciekawa, w jakie nieoczywiste rejony poprowadzi nas ta historia.
Jednak w miarę rozwoju fabuły czułam coraz większą frustrację. I tu nadal uznać muszę, że autorka świadomie wciąga czytelnika w duszną opowieść o uczuciu nie tylko kontrowersyjnym, ale przede wszystkim toksycznym. Pieczołowicie wprowadza do miłosnej sielanki coraz więcej niepokojących elementów, pokazując jad zatruwający bohaterów i powolny rozkład tej relacji. Trudno zachować spokój w trakcie lektury i niejednokrotnie miałam ochotę cisnąć książkę w kąt, tak bardzo frustrowały mnie wybory bohaterki, jej postępowanie i nieumiejętność dostrzeżenia prawdziwego oblicza jej kochanka. Ogromu cynizmu, z którym ją kontrolował i wymagał całkowitego oddania i wierności, podczas gdy sam przez lata nie rozwiódł się z żoną, a wcześniej miewał inne kochanki. Frustrowała mnie także postawa najbliższych bohaterki, którzy zamiast przemówić jej do rozsądku, czynnie lub biernie wspierali ją w tym urojonym życiu.
Oczywiście fakt, że książka wzbudziła we mnie tak silne emocje, nawet jeśli głównie negatywne, świadczy przede wszystkim o tym, że stworzyła opowieść wciągającą, wiarygodną i angażującą. I tu należą jej się duże brawa. A jednak nie jestem w stanie ocenić powieści wysoko i nie rozumiem do końca, skąd nagroda. A wszystko z powodu zakończenia.
Podążając przez tę przytłaczającą historię obsesyjnego uczucia, toksycznej relacji, autorka zdaje się składać obietnicę, oczekiwałam, że nie będzie to kolejna historia o "niszczącej sile miłości", ale coś więcej. Od czasu Wichrowych wzgórz Bronte takich historii powstało już wiele. To, co kiedyś szokowało, wykraczając poza granice moralności, choć nadal jest moralnie karygodne, nie szokuje tak bardzo. Nawet dodanie interesującego tła historycznego i ciekawego twistu związanego z przeszłością głównego bohatera, to dla mnie za mało, by uznać książkę za wybitną. Bo niestety mnie nie przekonuje zakończenie.
Czego zabrakło? W mojej perspektywie to historia, która prowadzi donikąd. Nie zaoferowała mi ani katharsis po całej frustracji przebiegiem toksycznej relacji, ani ciekawej konkluzji. Historia urywa się tam, gdzie można dodać wiele interesujących spostrzeżeń na temat wyzwalania się z takiej relacji i gdzie można postawić pytanie, czy bohaterka dostrzega w ogóle, co tak mocno naznaczył jej życie. Po tak pełnym detali skupieniu na relacji zostałam pozostawiona z poczuciem, że oto przeczytałam kolejną historię o emocjonalnym uwikłaniu, ale poza dekoracjami nie ma w niej nic, czego już bym nie czytała. Nie wiem, jakie życiowe i emocjonalne konsekwencje wydarzeń towarzyszyły bohaterom i dlaczego nawet w dojrzałym wieku bohaterka zdaje się wspominać je z sentymentem. To tylko moja jednostkowa perspektywa, ale nie czuję się usatysfakcjonowana lekturą (czego nie mogę w pełni uzasadnić, bez podawania szczegółów). Tak, to opowieść o nieprzystającym do społecznych norm romansie, toksycznym, wyniszczającym uczuciu, z ciekawymi portretami postaci wyrosłymi z osobnych historycznych doświadczeń i ukształtowanych przez inne doświadczenia związane z niemiecką historią, wypełniona sztuką i muzyką, ale finalnie niewykraczająca poza model opowieści o złym romansie, pozbawiona satysfakcjonującej puenty.
Czy można docenić kunszt pisarski autora, a jednocześnie zupełnie nie zachwycić się samą powieścią? Wygląda na to, że tak. A przynajmniej takie mam odczucia po lekturze nagrodzonej Bookerem powieści Kairos Jenny Erpenbeck. Zawsze bliżej mi było do zachwytu powieściami z list nominacji do tej nagrody niż Pulitzera, ale tym razem fabuła nie znalazła mojego uznania. Choć nie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01
Brytyjski system szkół prywatnych, tych z internatem, zawsze budził moje podlane podejrzliwością zainteresowanie. W mojej, ukształtowanej przez rodzimą kulturę, głowie zupełnie nie mieści się oddanie dziecka do placówki edukacyjnej nie tylko oddalonej od domu, ale jeszcze całkowicie przejmującej kontrolę nad opieka do tego stopnia, że ogranicza moje prawo jako rodzica do swobodnych odwiedzin i komunikacji. Dziś, w erze internetu i telefonów komórkowych, utrzymanie kontaktu jest zapewne łatwiejsze i zwiększa się wpływ rodziców na warunki w szkole. A jak to było wcześniej? Tego, częściowo, można dowiedzieć się z książki Charlesa Spencera Szkoła bardzo prywatna.
Trudno jest tę książkę oceniać, pamiętając, że jest to zapis osobistych doświadczeń autora i osób, które zgodziły się z nim porozmawiać, a nie obiektywny reportaż, a do tego skupia się na jednej, konkretnej szkole, z której autor i jego rozmówcy mają niewesołe wspomnienia. Niemniej uważam, że autor podszedł do swojego dzieła w sposób wyważony i dobrze się do jej pisania przygotował. Podkreśla, że jest to jego osobiste doświadczenie, nie pozwala jednak, by zdominowało ono narrację, czyniąc ją jednostronną.
To historia osobistego doświadczenia, które pozwala zajrzeć za kulisy prywatnej szkoły pierwszego stopnia z perspektywy dziecka. Spencer opisuje swoją sytuację rodzinną i czynniki, które - poza podejściem arystokratycznego środowiska do kwestii kształcenia prywatnego i jego elitarności - zadecydowały o tym, że rodzice przekazali go do placówki edukacyjnej. Jednocześnie opisuje swój głęboki sprzeciw wobec tej decyzji i udowadnia, że dla dziecka, zwłaszcza w tak wczesnym wieku, jest to doświadczenie ze wszech miar traumatyzujące. Udowadnia, że ta forma kształcenia i podejście - przynajmniej ówczesne - do możliwości kontaktu z rodzicami w czasie trwania roku szkolnego pozbawia najmłodszych poczucia bezpieczeństwa i praktycznie zrywa jakiekolwiek bliskie relacje w rodzinie w sposób niemożliwy do odbudowania w dorosłym wieku. Dla mnie chyba to najbardziej szokująca, a może po prostu bolesna, część tej książki, ponieważ o nadużyciach czy przemocy, zarówno ze strony opiekunów, jak i uczniów, mówiło się nie raz. Ale tak naprawdę nie uzmysławiałam sobie, jak wielkie szkody emocjonalne są wyrządzane już od momentu podjęcia przez rodziców decyzji.
Oczywiście w szkole, do której wspomnieniami wraca autor, działy się rzeczy szokujące i karygodne. Ale Spencerowi udaje się uniknąć pułapki sensacyjnego tonu. On nie stara się dodawać dramaturgii wydarzeniom, próbuje je tylko odtworzyć i zastanowić się, jak postrzegał je jako dziecko i czy jego odbiór się zmienił. To właśnie ta rzeczowość relacji sprawia, że czytelnik nie czuje się emocjami bombardowany i może samodzielnie zastanowić się nad skalą zdarzeń i ich konsekwencjami. Dzięki zaś przywołaniu innych przykładów krzywd, jakich doznali koledzy autora, w tym tych ujawnionych Spencerowi w czasie przygotowań do pisania, możemy w pełni zobaczyć, z czym wiąże się izolacja dzieci od rodziny i rozwojowi jakich patologii sprzyja brak nadzoru.
Nie jest to komfortowa lektura, ale interesująca dla wszystkich, którzy interesują się brytyjskim systemem kształcenia elit, a także dla tych, którzy z podobnymi obrazami spotykają się w dziełach literackich. Relacja z pierwszej ręki, choć powstała po latach i reprezentująca spojrzenie z dystansu, jest ciekawym punktem odniesienia do zrozumienia i zgłębienia tematu.
Brytyjski system szkół prywatnych, tych z internatem, zawsze budził moje podlane podejrzliwością zainteresowanie. W mojej, ukształtowanej przez rodzimą kulturę, głowie zupełnie nie mieści się oddanie dziecka do placówki edukacyjnej nie tylko oddalonej od domu, ale jeszcze całkowicie przejmującej kontrolę nad opieka do tego stopnia, że ogranicza moje prawo jako rodzica do...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Wbrew pozorom o dobry thriller psychologiczny nie jest łatwo. Nie przy tak rozbudowanej produkcji gatunku. Coraz trudniej tu o oryginalność, a autorzy, w pogoni za zaskakującymi zwrotami akcji, potrafią zapętlić się w niewiarygodnych zabiegach fabularnych. Miałam w związku z tym sporo obaw, gdy sięgałam po Dom ze szkła Sarah Pekkanen, ale też i nadzieję, bo zaintrygował mnie zarys fabuły.
Autorka stawia na kameralną historię, w której to, co najstraszniejsze, dzieje się w domu, w miejscu, które powinno być azylem. I bardzo umiejętnie wprowadza w tę historię element zagrożenia. Ciekawie, bo sama zbrodnia w domu już się wydarzyła, ba, nawet śledztwo i szum medialny spowodowany wypadkiem (czy wypadkiem?) i skandalem są już nieco przebrzmiałe. Tyle że niebezpieczeństwo nie zniknęło, a my będziemy się mu przyglądać.
W centrum wydarzeń staje kuratorka sądowa zajmująca się osobami nieletnimi, która pomaga sądowi podjąć najlepszą dla dziecka decyzję w przypadku spraw rozwodowych i rodzinnych. Ma działać na rzecz 9-letniej Rose, w której domu doszło do wypadku (a może jednak zbrodni?). Dziewczynka budzi w niej uśpione demony, przypomina o ranach, jakich sama doznała jako dziecko. A sprawa rodziny Barclayów rozgrywać się będzie równolegle z bardziej osobistym śledztwem.
Pekkanen buduje napięcie z rozwagą, kontroluje przepływ informacji, jak dodawane do rozpalonego ogniska polana. Wszystko, co odkrywa bohaterka, jej spostrzeżenia, ulotne wrażenia, odrobinę zmieniają optykę historii i budzą coraz większy niepokój. Próby uchwycenia całości obrazu i odkrycia prawdy przypominają pełne powidoków próby spoglądania w słońce. Gdy już udaje nam się uchwycić zarys ciągu przyczynowo-skutkowego, rozwiewa się on niczym miraż.
W tej intrydze nie ma miejsca na brutalne opisy, szybkie pościgi czy dynamiczną akcję, a jednak książkę czyta się z zapartym tchem. To rasowy thriller psychologiczny, którego siła opiera na napięciu, na dusznej atmosferze, w której czytelnik - tak jak protagonista - zaczyna kwestionować wszystko i wszystkich. Niejasne intencje, tajemnice, świetnie zarysowana dynamika relacji między postaciami sprawiają, że w kameralnej opowieści emocje wrzą jak w tyglu.
Świetnie wypada w powieści zestawienie dziecięcej traumy Rose i przeżyć Stelli z dzieciństwa, przez co bohaterka widzi w małej odbicie samej siebie. Jednocześnie autorka świetnie akcentuje ryzyko , jakie to podobieństwo ze sobą niesie i możliwą nieobiektywność wobec podopiecznej. Ale to niejedyna dobrze budowana paralela, bo obok wspomnianej autorka tworzy też rys podobieństwa między Stellą a doświadczeniami opiekunki Rose. Te zbieżności są nie tylko ozdobnikami, ale interesująco podbijają napięcie i mają zwodniczy wpływ na odbiór wydarzeń.
To powieść przemyślana, zbudowana ze starannie dobranych elementów i - poza drobiazgami - nieprzekombinowana. Jej siłą jest napięcie i duszna, wypełniona niepokojem atmosfera, której towarzyszy niespieszne tempo. To opowieść nie tylko o zbrodni, ale o rodzinnych więzach, zależnościach, które w ludziach wyzwalają to, co najlepsze, i to, co najgorsze. O tajemnicach, manipulacji i jednoczeniu się w ochronie bliskich. O dążeniu do prawdy i trudnych decyzjach, które czasem trzeba podjąć w najlepiej rozumianym interesie dziecka. To wielowarstwowa intryga i umiejętne zwodzenie czytelnika, które rzeczywiście przykuwa do lektury.
Wbrew pozorom o dobry thriller psychologiczny nie jest łatwo. Nie przy tak rozbudowanej produkcji gatunku. Coraz trudniej tu o oryginalność, a autorzy, w pogoni za zaskakującymi zwrotami akcji, potrafią zapętlić się w niewiarygodnych zabiegach fabularnych. Miałam w związku z tym sporo obaw, gdy sięgałam po Dom ze szkła Sarah Pekkanen, ale też i nadzieję, bo zaintrygował...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to