-
Artykuły
Czytamy w weekend. 27 marca 2026
LubimyCzytać429 -
Artykuły
Przeczytaj fragment książki „Zbrodnia w rezydencji“
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Tylko że życie nie zna słowa „kiedyś”. Życie zna tylko „teraz” - Gabriela Gargaś radzi
LubimyCzytać4 -
Artykuły
Jak czytać Harry’ego Hole? Kolejność książek Jo Nesbø i dlaczego warto zacząć dziś
Iza Sadowska14
Biblioteczka
Cóż. To jest dobra proza. Z początku byłam skłonna użyć słowa „wybitna”. Jednak co stanowi o spadku mojej oceny: nadmiar. Nadmiar dramatycznych splotów, tragicznych zdarzeń i cudownych rozwiązań. Nadmiar bohaterów, z konieczności w niektórych przypadkach sprowadzonych do prostego schematu (a być może zasługiwaliby na własny tom).
Ja doskonale rozumiem, że proza jest swego rodzaju syntezą literacką świata, że pisarz kumuluje w swej opowieści zdarzenia i cechy charakteru, które w rzeczywistości dzieli przestrzeń i czas. Jest to wymóg wciągającej beletrystyki. Tu jednak wykorzystano zbyt dużo koincydencji, analogii, podobieństw, dramatów, a przede wszystkim – bohaterów krystalicznych. O ile niektórzy, jak Brian czy Anna, są nie tylko krwiści, przekonujący, ludzcy, ale również zachwycający w swoich zagubieniach i wątpliwościach, o tyle inni, w szczególności Campbell, a zaraz po nim Julia, są sztywni jak rama od obrazu i całkowicie nieprzekonujący, wręcz zawadzają głównej osi powieści. Jaka szkoda! Wątek podstawowy – Anna i jej działania, zwłaszcza w formie takiej, jak rozumie ją od początku czytelnik, byłby kanwą całkowicie wystarczającą do osnucia całej psychologicznej otoczki, którą snują w dramatycznej kulminacji strony procesu. Lecz niestety autorka chciała więcej. W odróżnieniu od prozy Coetzee czy Cabre – pozostałam z odczuciem zgiełku, szumu, spłaszczenia.
Muszę pochwalić tłumaczenie – Michał Juszkiewicz i dobre czytanie Magdy Karel.
Cóż. To jest dobra proza. Z początku byłam skłonna użyć słowa „wybitna”. Jednak co stanowi o spadku mojej oceny: nadmiar. Nadmiar dramatycznych splotów, tragicznych zdarzeń i cudownych rozwiązań. Nadmiar bohaterów, z konieczności w niektórych przypadkach sprowadzonych do prostego schematu (a być może zasługiwaliby na własny tom).
Ja doskonale rozumiem, że proza jest swego...
Gdybym szukała najlepszych określeń na konfrontację dwóch światów, o których pisze Coetzee, to z pewnością wybrałabym z całej palety jedną oś: fasada. Bohaterowie „Polaka”: Polak i Katalonka są dwiema stronami osi pozorów. W swej bezbronnej starości jego prawdziwość urąga jej zdystansowanej drwinie ukrytej za maską hojności. Ostateczne rozstrzygnięcie mieści się w ostatnim zdaniu tej pięknej powieści o ludzkim losie i jego dwóch obliczach, a być może tylko o dwóch jego fazach.
Czytanie tej książki było jak słuchanie suity Bacha: skąpe frazy mówiące tak wiele. Każde słowo znaczy w tej minimalistycznej prozie. Jest tu zwykłość konfrontacji dwóch światów (którymi jesteśmy zawsze w momencie spotkania) i niezwykłość procesu łączenia się ich, za każdym razem innego, w każdym toczącego się z inną dynamiką, w innym kierunku. Ale zawsze jednak prowadzącego ku akceptacji lub odrzuceniu cudzego świata w całości. Tajemnica jest ogłoszona już w pierwszym zdaniu książki: „1.Kobieta pierwsza przysparza mu kłopotów, on jej dopiero później.”, a wyjaśnia się pod koniec.
Jak zawsze u Coetzee bez patosu, a jednak z silną emocją, tak celnie w czytelnika wymierzone słowa. Niesamowita uczta w surowej ciszy. Z dala od zgiełku słów.
Gdybym szukała najlepszych określeń na konfrontację dwóch światów, o których pisze Coetzee, to z pewnością wybrałabym z całej palety jedną oś: fasada. Bohaterowie „Polaka”: Polak i Katalonka są dwiema stronami osi pozorów. W swej bezbronnej starości jego prawdziwość urąga jej zdystansowanej drwinie ukrytej za maską hojności. Ostateczne rozstrzygnięcie mieści się w ostatnim...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Źródła wielkości bohaterów na próżno szukać w przymiotach ich charakterów, w brawurowych popisach umiejętności walki, w kompetencjach intelektualnych, nawet w spektakularnej sile ducha. Pozornie wydają się zbyt zwyczajni, zbyt zagubieni jak na superbohaterów, którzy w ostatecznym rozrachunku ratują ziemiomorze od upadku w krainę śmierci za życia. Arcymag rusza w podróż nie wiedząc zasadniczo dokąd iść, Arren za nim, nie wiedząc po co ani jaka jest jego rola. Ged nie wie, z czym ma się zmierzyć, a Arren nie potrafi zasadniczo nic poza tym, co umie ciało przeciętnie wysportowanego siedemnastolatka.
Walka między Arcymagiem a jego przeciwnikiem też nie wygląda wcale imponująco. Nie ma rzucania czarów z błyskotliwych różdżek, wściekłości pojedynkujących ani energii bitwy. Jest rozmowa, która czytelnikowi wydaje się nawet dość nieprzekonująca. Lecz być może zło wcale nie jest tak wielkie, jak nam się wydaje, być może nawet, jeśli zatraciło swoją ludzką twarz i nie patrzy już ludzkimi oczami, to może choć słyszy i za wszelką cenę chce usłyszeć argumenty, które do niego docierają? I może wcale nie jest bezwzględnym złem lecz tylko cierpiącym zagubionym człowiekiem o nieukojonym bólu? Być może wystarczy dotrzeć do niego, dojść na najdalszy brzeg, a on właśnie tego pragnie najbardziej, by ktoś zamknął za nim wrota cierpienia? Cóż. Arcymag zapłacił cenę, ale nie to, co stracił było jego bogactwem. Cóż to więc za cena? Niska.
Wydźwięk ogólny jest zatem bardziej filozoficzny niż przygodowy. Przypomina mi bardziej Portret Doriana Graya niż Trylogię Tolkiena, mimo motywu wycieńczającej podróży do kresu. Zasadnicze pytanie nie zostaje postawione przez Geda, który zdaje się wiedzieć i rozumieć wszystko od samego początku (jego alegoryczny i enigmatyczny język zresztą rzadko operuje twardymi stwierdzeniami). To jego przeciwnik z krainy śmierci jest bohaterem bliskim czytelnikowi, do bólu ludzkim i tragicznym, i to on stawia sobie ostatecznie pytanie: czy warto walczyć o nieśmiertelność? On w głębi duszy wie to, co i Ged, to dla niego żadne nowości. Nosi w sobie jednak ludzką słabość: z lęku przed wewnętrzną konfrontacją ze sobą ulega pędowi za wiecznym życiem. Odejście do krainy śmierci jest zarówno jego porażką, jak i uwolnieniem. A pozostali, którzy podążyli jego ścieżką? Dlaczego poza Arcymagiem nikt (nawet Arren w pewnym momencie) nie stawia oporu wizji nieśmiertelności – łącznie z jego mistrzem, przyjaciółmi? Nie wiem, jaką siłę uosabia tu Ged. Z jednej strony pozornie ludzką: nie kreuje się na superbohatera, podkreśla swoją śmiertelność i słabość. Z drugiej strony używa mocy z rozwagą, umiarem i szacunkiem dla równowagi, jest ponadludzko skromny i cichy, jakby posiadł już wszystko, co ważne i nie musiał o nic zabiegać. Pragnie tylko powrócić na zalesione wzgórza swej wyspy. Dlatego identyfikacja z nim nie przychodzi czytelnikowi łatwo. Katalog wątpliwości co do postaci Arrena i jego sprawczości jest zbyt długi na ten wpis. Być może doświadczenie Najdalszego Brzegu miało mieć ciąg dalszy w jego opowieści?
Duże zastrzeżenia mam do tłumaczenia (Jacek Kozerski) i redakcji (Artur Kawiński), liczne błędy utrudniają czytanie. Czytam wydanie Fantom Press z 1991 roku.
Źródła wielkości bohaterów na próżno szukać w przymiotach ich charakterów, w brawurowych popisach umiejętności walki, w kompetencjach intelektualnych, nawet w spektakularnej sile ducha. Pozornie wydają się zbyt zwyczajni, zbyt zagubieni jak na superbohaterów, którzy w ostatecznym rozrachunku ratują ziemiomorze od upadku w krainę śmierci za życia. Arcymag rusza w podróż nie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Szóstka z plusem dla Filipa Springera .
To nie tylko wspaniała robota reporterska, kawał solidnego śledztwa w sprawie Hansenów, to również dowód ogromnej wrażliwości Autora, jego czułości dla ludzi, o których pisze, szacunku dla przeszłości, delikatności w ujęciu spraw. A jednocześnie reportaż wcale nie ucieka od konfrontacji z opiniami skrajnie oskarżycielskimi, przeciwnie, znalezienie odpowiedzi na zarzuty jest osią zamysłu tej podróży przez miejsca i czasy. To chyba cenię najbardziej w tej literaturze – że trudna materia dość ewidentnych zarzutów została potraktowana jako wyzwanie do poszukiwania równoważnych odpowiedzi, a ścieżka tych odpowiedzi powiodła w głąb czasu i przestrzeni – to olbrzymia zasługa Autora.
A Zofia i Oskar?
Ludzki wymiar dramatu ponadprzeciętności fascynuje mnie. Nieustająca walka o wartości i ostateczne pogodzenie z życiem, przy tym aż do końca wytrwałość we własnym świecie idei – to właściwości ludzi niezwykłych, o których powinniśmy mówić, powinniśmy ich poznawać, próbować zrozumieć.
Dla mnie Hansen to było nazwisko architekta nieudanego osiedla na Pradze. Kiedyś błądziłam tam szukając drzwi mieszkania koleżanki. Kiedy powiedziałam mężowi, co słucham – zapytał: to ten architekt? Jak polski Corbusier?
Coś, gdzieś, kiedyś – ale nic konkretnego. A tu – takie życie!
W odbiorze bardzo pomógł znakomicie czytający tekst Przemysław Bluszcz, to klasa sama w sobie, już dla tego głosu można sięgnąć po tę pozycję.
Znakomita rzecz – dla wszystkich czytelników literatury faktu, dobrej literatury faktu.
Szóstka z plusem dla Filipa Springera .
To nie tylko wspaniała robota reporterska, kawał solidnego śledztwa w sprawie Hansenów, to również dowód ogromnej wrażliwości Autora, jego czułości dla ludzi, o których pisze, szacunku dla przeszłości, delikatności w ujęciu spraw. A jednocześnie reportaż wcale nie ucieka od konfrontacji z opiniami skrajnie oskarżycielskimi,...
Fryc nie jest typowym listonoszem. Jest też kimś więcej niż przeciętnym jasnowidzem. Niestety jego dar nie wystarcza aby odgadnąć miejsce przebywania zaginionej pięknej i niezwykłej córki pastora. Dlatego są tacy, którzy nie tylko wątpią, ale wręcz negują jego zdolności. Tajemnica zatem na długo pozostaje nierozwikłana, a tymczasem we wsi dzieją się inne bulwersujące rzeczy…
I oto cały urok prozy Pilcha: błyskotliwy zmysł obserwacji, umiejętne budowanie tajemnicy, nastroju, aury magicznego świata osadzonego na poły w rzeczywistych miejscach i czasach, na poły zawieszonego w jakimś fantastycznym „gdzieś, kiedyś”. No i te niebotycznie wyraziste postacie! Każda ze swoją filozofią, każda z odrębnym, sobie właściwym i dobrze przemyślanym sposobem widzenia rzeczywistości. Każda umocowana w świecie przedstawionym osobistym dogłębnym uzasadnieniem: każda niezbędna i każda barwna jak element w mozaice.
Świetna zabawa i cudownie spędzony czas w zanurzeniu w takim świecie – znakomita rzecz.
Fryc nie jest typowym listonoszem. Jest też kimś więcej niż przeciętnym jasnowidzem. Niestety jego dar nie wystarcza aby odgadnąć miejsce przebywania zaginionej pięknej i niezwykłej córki pastora. Dlatego są tacy, którzy nie tylko wątpią, ale wręcz negują jego zdolności. Tajemnica zatem na długo pozostaje nierozwikłana, a tymczasem we wsi dzieją się inne bulwersujące...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
To pierwsza moja przygoda z Toni Morrison i muszę przyznać, że nie płynęło się przez tę prozę. Raczej mi się brnęło.
Nie było tu lekkości ani powabu. Świat ciężki, chwytający za nogi i ciągnący w dół, jak ruchome piaski. Zafundowano mi wejście w głowę czarnoskórej narratorki, a z jej głowy wprost w nieszczęsne ciało dziecięcej bohaterki, z którą narratorka współodczuwa, dla której jest pozbawionym sprawczości sekundantem w walce z podłościami niesprawiedliwego świata.
Niesprawiedliwość zaczyna się jeszcze zanim bohaterka wyda pierwszy krzyk. Już jest czarna, jest biedna i pozbawiona praw. Dalej jest tylko gorzej, bo zamiast czułości spotyka ją oziębła powinność, zamiast opieki – gwałt, zamiast przyszłości – niebyt społeczny.
Tak, Toni Morrison wyraziście maluje niedolę i tragizm życia czarnoskórej dziewczynki, która w pewien przewrotny sposób potrafi zrealizować swe jedyne i największe marzenie – aby mieć niebieskie oczy.
To pierwsza moja przygoda z Toni Morrison i muszę przyznać, że nie płynęło się przez tę prozę. Raczej mi się brnęło.
Nie było tu lekkości ani powabu. Świat ciężki, chwytający za nogi i ciągnący w dół, jak ruchome piaski. Zafundowano mi wejście w głowę czarnoskórej narratorki, a z jej głowy wprost w nieszczęsne ciało dziecięcej bohaterki, z którą narratorka współodczuwa,...
„Bo tak: siedzi Ciućkowa w oknie, na szosę patrzy i widzi: Kulas! Kulas na szosę wychodzi, ale taki odstrojony, a niech go, nową jesionkę z futrzanym kołnierzem założył, buty dla lepszego połysku wysmarował margaryną, Kulas! Kulas! Kulas! krzyczy Ciućkowa przez okno, a dokąd? ale Kulas ani spojrzy, jakby ogłuchł nagle, taki jakiś ważny. Ożesz ty!”
Radośnie, prawda? Jakże z polotem, z dystansem, z uroczo odmalowanym w warstwie frazeologicznej klimatem wsi! To, co ma urok komedii z lokalnym wiejskim kolorytem („Sąd sądem a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”), ma również drugą stronę – drugą stronę tego samego medalu. Co wywołuje uśmiech, może też wywołać – i powinno – gęsią skórkę. Czytam więc, czytam, zachwycam się językiem i stylistyką, bo polecił mi książkę Ktoś, kogo opinię cenię – i im dalej idę w tę wieś, im bliżej tych Ludzi, tym zimniej jakoś się robi i mniej familiarnie, i straszniej. W pewnym momencie wiem już, że nie ma odwrotu, nie ma ratunku, okładka nie kłamie, natura i kultura – wszystko wymieszane w tym tyglu odruchów, atawizmów, walki o ogień z wyłączonym bezpiecznikiem wartości. Świat leci na łeb na szyję ku czemuś strasznemu, a czytelnik może tylko oczekiwać tego finału, wiedząc, że będzie cierpienie i będzie trzeba z tym się zmierzyć w wymiarze czytelniczo – osobistym. Osobistym, bo kiedy już przeciągnęło cię przez wszystkie zdumienia, niedowierzania, wewnętrzne niezgody, irytacje, protesty duszy, frustracje, zrywy nadziei i rozczarowania, których oczekiwałeś wiedząc, że nie masz do czynienia z łzawym kiczem – musisz przemielić w końcu i ból.
Wiemy przecież, że jak mały by nie był człowiek w swej podłości, to jest to człowiek – w pełni, a więc ja, a w każdym razie jakaś część ja, ta uogólniona, nieupostaciowiona, która jest naszym wspólnym rdzeniem. A zobaczenie siebie w takiej małości umysłowo-emocjonalnej jest bardzo bolesnym przeżyciem.
Polecam Ewę Ostrowską: świetne pisarstwo, świadome, niemal filozoficzne. Narracja prowadzona zupełnie wyjątkowym torem: nie znamy narratora, nic o nim nie wiemy do samego końca, poza tym, że to jeden z „nas”, że na nim również spoczywa część odpowiedzialności za wydarzenia. I że ostatecznie zdaje on sobie z tego sprawę, co jest jakimś pocieszeniem w całej smutnej wymowie opowieści, snutej równie kolokwialnym co prostym językiem odpowiadającym prostocie i dramatyzmowi kierujących bohaterami podstawowych impulsów.
Wydanie 1979 i zdaje się nie było późniejszych.
„Bo tak: siedzi Ciućkowa w oknie, na szosę patrzy i widzi: Kulas! Kulas na szosę wychodzi, ale taki odstrojony, a niech go, nową jesionkę z futrzanym kołnierzem założył, buty dla lepszego połysku wysmarował margaryną, Kulas! Kulas! Kulas! krzyczy Ciućkowa przez okno, a dokąd? ale Kulas ani spojrzy, jakby ogłuchł nagle, taki jakiś ważny. Ożesz ty!”
Radośnie, prawda? Jakże z...
Klasyka. Wspaniałe, choć długie, trudne i pochłaniające doświadczenie. Uwielbiam literaturę amerykańską, niby więc nic nowego. A jednak. Ilość problemów, które porusza ta książka i jakość ich przedstawienia – poraża. Trudno zaprzeczyć, że, choć całość koncepcji może być odbierana w pełnej skali odczuć od „obrzydliwy” do „porywający” (w opiniach o książce czytam zarówno, że niektóre wątki są nie do przyjęcia, zwłaszcza w kontekście innych, albo że przeciwnie, tylko dzięki nim te trudniejsze są do zniesienia, albo że jedne są nudne, drugie ratują książkę…), to właśnie mnogość kontrowersji i opinii świadczy o klasie tej literatury.
Co ja osobiście tu widzę? Eros i Tanatos. Ciężki, fizyczny, całkowicie ucieleśniony motyw seksu i miłości erotycznej, tak nurtujący narratora i bohaterów, jest partnerem dla obecności śmierci i jej od początku powracającego, krążącego nad nimi cienia. Konstrukcja oparta na tym nierozerwalnym związku to mistrzostwo pierwsze. Miłość fizyczna i pragnienie seksualne – ta nieokiełznana moc rozrywająca ciało 22-letniego narratora i szalona siła związku erotycznego doświadczonej Oświęcimiem pięknej Polki Zofii i niezwykle pociągającego Żyda Natana, to jedna strona monety. Drugą jest ciemność: choroba, śmiertelne szaleństwo i narkomania Natana oraz niewiarygodne upodlenie moralne, duchowe i fizyczne, jakiemu poddana była Zofia. W skrajności doświadczeń, z którymi mamy do czynienia, namiętności, rozpaczy, piękna i beznadziei, jesteśmy poddani emocjom tak silnym i przytłaczającym, że w efekcie dają poczucie konieczności zamknięcia już tego nawiasu, który otworzyło pojawienie się pięknej Zofii w życiu narratora – młodego aspirującego pisarza.
Mistrzostwo drugie – to przywołanie wątków, które w niemniejszym stopniu budują postaci, nierówności społecznej, rasowej w szczególności: z jednej strony antysemityzmu, z drugiej – niewolnictwa w Stanach. Autor zestawia te dwa wątki, gra nimi i „dziedziczną” winą białej części społeczeństwa.
Mistrzostwo trzecie – to odważna próba zmierzenia się z niewypowiadalnym horrorem wojny i Oświęcimia. Próba świadomie podjęta, choć Styron wie i słowami jednego z bohaterów sygnalizuje, że kto tego nie przeżył, nie wie zupełnie, nie ma szans zrozumieć, o jakiej skali przeżyć tu mowa. Widzimy więc obrazy tak straszne i postawieni jesteśmy w za plecami osób dokonujących tak niemożliwych wyborów, że samo ich wyobrażenie mrozi i wywołuje potrzebę ucieczki.
To nie jest powieść dla grzecznych dzieci. Jeśli oczekujemy delikatności w ujęciu tematów, to brutalne opisy fizyczności mogą szokować. Ale wszystko ma tu cel. Sądzę, że jest nim aby spróbować zmierzyć się jeśli nie z rzeczywistością, to choć z literaturą, przez jedną krótką chwilę otrzeć się o tajemnicę niewyobrażalnego. Jest to potrzebne wszystkim: aby tym lepiej rozumieć, że na taki koszmar ludzkość nie powinna się zgadzać nigdy, przenigdy. Zwłaszcza teraz, gdy to właśnie dzieje się kilkaset kilometrów od nas, dziś.
Klasyka. Wspaniałe, choć długie, trudne i pochłaniające doświadczenie. Uwielbiam literaturę amerykańską, niby więc nic nowego. A jednak. Ilość problemów, które porusza ta książka i jakość ich przedstawienia – poraża. Trudno zaprzeczyć, że, choć całość koncepcji może być odbierana w pełnej skali odczuć od „obrzydliwy” do „porywający” (w opiniach o książce czytam zarówno, że...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Ta pozycja to jest taka baza, kamień fundamentu, na którym opiera się filozoficzna obserwacja natury relacji społecznych zawarta w literaturze. Przed nim oczywiście również się działo, a jakże, ale to Molier opisuje nie tyle samo zjawisko tartufizmu, ile jego społeczny skutek - i opisuje go bezspornie świetnie!
Doświadczenie głównego bohatera, Orgona, poważnego ojca rodziny, dziś zwiemy „dysonansem poznawczym”. Reakcja na słowa syna donoszące o wiarołomności przyjaciela to redukcja dysonansu przez zaprzeczenie. Gdy bardziej pragnie utrzymać swą wiarę niż zaufać bliskim – ratuje w istocie własną spójność. Umyka przed brutalną prawdą, że oddał się złej sprawie. Aby zachować siebie Orgon tworzy wygodną teorię spiskową: wszyscy pragną tylko oczernić świętość!
Skąd to znamy?
Ano o Świętoszków ocieramy się na co dzień i od święta.
Dzisiejszy Świętoszek zdumiewająco przypomina Tartufa. Może i dziś stery rodzinnych statków dzierżą Orgonowie, grzęznący w informacyjnym zgiełku między cenami opału, niewiarą w kryzys klimatyczny (winatuska), spiskiem farmaceutów (covidnieistnieje) i niedzielnym kazaniem, wspierani szeregami Pań Pernelle z beretem na skroni?
Jedno jest pewne: przewodzą światli Starcy, których imiona się skanduje, bez przekąsu twierdząc:
„Tak, tyś jest najmądrzejszy z doktorów, a jakże!
W tobie jest cały rozum świata zgromadzony,
Sam jeden jesteś światły, sam jeden uczony,
Tyś jest Kato, wyrocznia, ty sam myślisz górnie,
A wszyscy inni ludzie są przy tobie durnie.”
Tymczasem afery rozliczne w świętej instytucji wsuwane są końcem buta pod gruby dywan. Bo przecież to ludzie tylko. Zaprawdę serce się ściska, gdy mówi jakiś dusz przewodnik słowami Tartufa:
„Będąc nabożnym, czyż być człowiekiem przestałem?
I czyż w sercu, olśnionym przez boskie uroki,
Mogłem z zimną rozwagą ważyć moje kroki?
Toż jeżeli jak zbrodzień dziś przed tobą stoję,
Nie mnie potępiaj, pani, lecz powaby swoje!”
I sam nie ma tu dysonansu bynajmniej, bo wszak:
„Prawda, że w oczach nieba rzecz to nieco zdrożna,
Lecz i z niebem dać rady jakoś sobie można;
Jest sztuka, która wedle potrzeby przemienia,
Rozluźnia, ścieśnia węzły naszego sumienia
I która umie zmniejszyć złych czynów rozmiary,
Jeżeli czyste dla nich wynajdzie zamiary.”
Nie wiem tylko czy dobiega skądś jeszcze przytomny głos chłopskiego rozumu Doryny?
Ta pozycja to jest taka baza, kamień fundamentu, na którym opiera się filozoficzna obserwacja natury relacji społecznych zawarta w literaturze. Przed nim oczywiście również się działo, a jakże, ale to Molier opisuje nie tyle samo zjawisko tartufizmu, ile jego społeczny skutek - i opisuje go bezspornie świetnie!
Doświadczenie głównego bohatera, Orgona, poważnego ojca...
„Żebym skórę zdarł z siebie, mam tam pod spodem, w duszy, całą warstwę kołtunerii, której nic wyplenić nie zdoła. Coś taki nowy, taki inny walczy z tym podstawowym — szarpie się, ciska. Ale ja wiem, że to do czasu — że ten kołtun rodzinny weźmie mnie za łeb, że przyjdzie czas, gdy ja będę Felicjanem, będę odbierał czynsze, będę... no... Dulskim, pra–Dulskim, ober–Dulskim — że będę rodził Dulskich, całe legiony Dulskich — będę miał srebrne wesele i porządny nagrobek, z dala od samobójców. I nie będę zielony, ale nalany tłuszczem i nalany teoriami i będę mówił dużo o Bogu...”
Proroczo powiedziane…
Dwieście sześćdziesiąt lat po Molierze Zapolska woła do społeczeństwa mieszczańskiego: Sprawdzam! I z weryfikacji wychodzi z głębokim dysonansem poznawczym – przecież wierzy w postęp ludzkości!
Dulska, o pozycji o niebo mocniejszej niż Pani Pernelle, jest demonicznym połączeniem władzy Orgona z cynizmem Tartufa. Demonicznym, bo czynienie zła w światłach jupiterów i przy poklasku sąsiadów – to jej żywioł.
Nie ma ratunku od Dulskich. One nie borykają się z dysonansem poznawczym (a jeśli – to przez chwilę), życie i prawdę znają, złudzeń zero. I potrafią się uporać z realiami. Bo jedyna wiara, która im przyświeca to wiara w pieniądz i w reputację. A zatem w siłę społecznej aprobaty. Zasadniczo trudno odmówić jej racji jeśli
Mija kolejne sto dwadzieścia bez mała lat, Dulskie nie rządzą już zamążpójściem służących, ale świat skurczył się do kilkunastu cali ekranu, a my dwoimy się i troimy aby uatrakcyjnić fotki strzelane naszemu stylowi życia. Po co? Nie dla potomnych. Dla społecznej aprobaty i pozazdroszczenia. Podglądamy co u innych. Plotki z czerwonego dywanu służą za platformę do wyskoku w górę samozachwytu.
Ciśnie się na usta pytanie: dulszczyzna kwitnie? Krótko mówiąc, czy naprawdę od stu lat nastąpił jakiś postęp w kwestii kołtuństwa?
„Żebym skórę zdarł z siebie, mam tam pod spodem, w duszy, całą warstwę kołtunerii, której nic wyplenić nie zdoła. Coś taki nowy, taki inny walczy z tym podstawowym — szarpie się, ciska. Ale ja wiem, że to do czasu — że ten kołtun rodzinny weźmie mnie za łeb, że przyjdzie czas, gdy ja będę Felicjanem, będę odbierał czynsze, będę... no... Dulskim, pra–Dulskim, ober–Dulskim —...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Obyczajówka, do której sięgam bardzo rzadko i niestety nie sięgnę teraz szybko. Początek szedł jak po grudzie. Długie maile między przyjaciółkami, trochę o niczym, drobiazgowe opisy przejazdu autobusem, beznamiętnie relacjonowane wydarzenia dnia codziennego pisarki odnoszącej sukcesy. Komunikacja między ludźmi, w której brak całego wachlarza odczuć i emocji związanych z wyrazem twarzy, sposobem patrzenia, mową ciała. Brak chemii. Akcja zaczyna się dokładnie w ¾ książki.
Czwórka bohaterów to postaci, które wydają się wiarygodne. Wszyscy znamy takie osoby jak główne bohaterki: psychicznie połamane, bojkotujące siebie i swe relacje. Być może nawet jesteśmy rodzicami takich dzieci lub takimi partnerami dla swych połówek. Jednak Rooney używa tego schematu psychologicznego do budowy obu bohaterek kobiecych i to już nie przekonuje. Są to panienki „chciałabym ale boję się” i tylko konsekwentna postawa panów doprowadza do szczęśliwego końca. Panie wymieniają maile o niczym, panowie robią swoje. Zakończenie dzieje się poza sprawczością bohaterek i jest im narzucane przez stabilnych lecz delikatnych mężczyzn: książęta na białych koniach ratują kopciuszki z matni ich własnej psyche. Nie twierdzę, że to jest zła książka. Po prostu neurotyczna niemoc bohaterek i mit silnego mężczyzny, który owszem, miewa problemy z ekspresją, ale mężnie znosi ciosy miotającej się ukochanej, wpatrzony w nią z wiernym i cichym uporem – jest mi solą w oku.
Eksperymenty nowoczesnego stylu pisania Rooney mnie rażą. Cabre, w „Głosach Pamano” przepięknie i po mistrzowsku łączy kwestie dialogowe dwóch różnych postaci z różnych czasów i miejsc: byłam zachwycona. Literacka moc, która wyłaniała się z tamtych zestawień była piorunująca. A tu… kwestie dialogowe w najlepszym wypadku ułożone w akapity bez myślnika, częściej po prostu upchnięte w jeden zlepek. To się słabo czyta. Zwarta ściana tekstu była tak trudna do przebrnięcia, że jest to pierwsza obyczajowa powieść, którą czytałam kawałkami przez dwa tygodnie.
Obyczajówka, do której sięgam bardzo rzadko i niestety nie sięgnę teraz szybko. Początek szedł jak po grudzie. Długie maile między przyjaciółkami, trochę o niczym, drobiazgowe opisy przejazdu autobusem, beznamiętnie relacjonowane wydarzenia dnia codziennego pisarki odnoszącej sukcesy. Komunikacja między ludźmi, w której brak całego wachlarza odczuć i emocji związanych z...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Zbiór reportaży o niemożliwej sile rażenia. Dlatego, choć wysłuchałam całości wczesną jesienią, zbierając pomidory i plotąc wianki z drugiego kwitnienia lawendy, za notatki zabrałam się dopiero teraz. Mariusz Szczygieł robi z przeszłością coś niesamowitego. To, czego NIE MA zaczyna żyć w nas, w czytelnikach i rozpierać się aż po brzegi całego ciała, które reaguje na to fizycznie.
Czego NIE MA? Niczego, co już się zdarzyło. Przeszłości. Jak mówi Viola Fischerova, są może ułamki sekund, reszta, zgodnie z cytatem z Miłosza „jest nam dostępna po podwójnej przeróbce, jakiej poddał to umysł kiedyś i poddaje teraz.” A zatem oglądamy ludzi i ich życia, ich śmierci, ból i cuda, których już nie ma, ale które żyją teraz życiem przeżywanym przez nas. Zdumiewające rzeczy dzieją się, kiedy historia widziana jednymi oczami odsłania się po raz drugi, widziana z innego miejsca, i jest inna. Potem przychodzi kolejna opowieść i rzeczywistość zaczyna wyłaniać się w nowym wydaniu, i jeszcze raz, niepojęta w swojej złożoności. Dociera do nas, że prawda zamknięta jest w małych przebłyskach, w mozaice wielu mikroprawd, w wierszu czytanym w metrze, w excelu życia prowadzonym przez „księgową z charakteru”. Prawda istnieje, tylko nie jest nam dane jej poznanie na co dzień, bo mamy tylko nasze jedne oczy i jedną parę uszu. Dopiero wielowarstwowa opowieść o drążonej nieraz latami sprawie, pozwala dojrzeć, jak łatwo na co dzień nasz ssaczy mózg zwodzi nas na manowce. Wydaje nam się, że wiemy jak jest. Tymczasem, myślę sobie, gdybyśmy naprawdę coś wiedzieli, czy byśmy to wytrzymali?
Trzy reportaże rażą szczególną siłą: o willi Mullerów, o Zofii i Ludwice Woźnickich oraz „Śliczny i posłuszny”, rzecz tak wstrząsająca i napisana w sposób do głębi ludzki, że kto raz przeczytał, nie zapomni. „Reportaż to nieumiejętność przeżycia własnego doświadczenia egzystencjalnego za pomocą fikcji”.
Na koniec jeszcze pojawia się mężczyzna, który nie potrafi, lub też nie chce, literacko przekazać ogromu bólu swego doświadczenia. A jednak czujemy doskonale, że ten, którego obok niego NIE MA, jest, i to bardzo, w nim.
Zbiór reportaży o niemożliwej sile rażenia. Dlatego, choć wysłuchałam całości wczesną jesienią, zbierając pomidory i plotąc wianki z drugiego kwitnienia lawendy, za notatki zabrałam się dopiero teraz. Mariusz Szczygieł robi z przeszłością coś niesamowitego. To, czego NIE MA zaczyna żyć w nas, w czytelnikach i rozpierać się aż po brzegi całego ciała, które reaguje na to...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Ta pisarka nie tylko ma coś do powiedzenia, ale ma też dar, wspaniały dar rozumienia słowa. Ona słyszy niewypowiedziane i potrafi oddać to niewypowiedziane słowem, obrazem, klimatem, frazą. Fotografia, którą tu prezentuje, to właściwie czterowymiarowa rzecz, ba, to VR, który też pachnie i ma swoją temperaturę. Bowie rzeczywiście zanurza się w warszawską siermiężną rzeczywistość lat siedemdziesiątych, ale tylko po to, żeby w brawurowej ostatniej scenie spotkać ze sobą bohaterów zagubionych w jej ponurych odmętach. A bohaterowie są barwni – w kolorach tęczy, podczerwieni i ultrafioletu też. Są cieleśni i reprezentatywni, że aż boli. Dlaczego akurat Bowie? To postać z innego świata, UFO, które ukazuje się nad całym rozpaczliwie dusznym peerelem miasta i znika równie szybko jak się pojawiło. Symbol niemożliwego.
Szkoda nawet wymieniać problemy, z którymi mamy tu do czynienia: od tych związanych z tożsamością, również płciową, przez rodzinne traumy i relacje powikłane przez wojnę, po stosunki społeczne i wymuszony nimi konformizm młodych, rezygnację i beznadzieję, wolność i niewolę. Pozycja absolutnie warta nie tylko przeczytania, ale też chwili namysłu.
Ta pisarka nie tylko ma coś do powiedzenia, ale ma też dar, wspaniały dar rozumienia słowa. Ona słyszy niewypowiedziane i potrafi oddać to niewypowiedziane słowem, obrazem, klimatem, frazą. Fotografia, którą tu prezentuje, to właściwie czterowymiarowa rzecz, ba, to VR, który też pachnie i ma swoją temperaturę. Bowie rzeczywiście zanurza się w warszawską siermiężną...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Wspaniała rzecz. Chyba nawet wspanialsza do słuchania niż do czytania. Obojętne zresztą, bo najwspanialsze jest w niej to, że można zatopić się w świecie domu Ramseyów bez reszty. Jest to świat przemijalny, jak wszystko co nas otacza, niejednoznaczny, fragmentaryczny, niespójny, ale tak realny, jak tylko realne może być postrzeganie go wieloma parami oczu bohaterów.
Widzimy go w świetle pięknego jesiennego dnia, widzimy go w pełni życia, wypełnionego postaciami, miłością i nadziejami, widzimy go pustego przez lata, oblanego światłem zimowego słońca i zimnego księżyca, widzimy go w próbie powrotu do niemożliwej przeszłości, na wpół nadgryzionego zębem czasu i wydarzeń. Dom ten to nie tylko miejsce, to też stan dusz i umysłów tworzących go ludzi. Przenosimy się z głowy jednej postaci do kolejnej i zaczynamy rozumieć, że nic nie jest takie, jak się wydaje, że na nic intencje i pragnienia, wszystkie rzeczy przemijają i trwają jednocześnie na wiele sposobów – tyle, ile obserwatorów mają. Intencje i pragnienia są tu jednak kluczowe. To one tworzą, pomimo pozornie niemrawej fabuły, cudowny i barwny teatr. To uchwycona w przebłyskach chwil świadomość bohaterów, aktorów na scenie wczesno-dwudziestowiecznej willi nad morzem, buduje czytelnicze napięcia i piętrzy oczekiwania, aby na koniec zmazać je jak gąbką z tablicy jednym zdaniem lub całym rozdziałem.
Płynie się z opowieścią kolejnych aktorów przez różnorodne światy. Przemyślenia bohaterów mają momentami charakter analiz otaczającej ich rzeczywistości, poszukiwań na poły filozoficznych, na poły metafizycznych. Czujemy jednak genialny autentyzm tego strumienia świadomości, w który Woolf zanurza czytelnika dzięki umiejętnemu użyciu obrazów nacechowanych emocjonalnie, które również tworzą niezwykłą dramaturgię tego leniwego spektaklu.
Czytać klasyków – to jest to. To jest powrót do korzeni.
Wspaniała rzecz. Chyba nawet wspanialsza do słuchania niż do czytania. Obojętne zresztą, bo najwspanialsze jest w niej to, że można zatopić się w świecie domu Ramseyów bez reszty. Jest to świat przemijalny, jak wszystko co nas otacza, niejednoznaczny, fragmentaryczny, niespójny, ale tak realny, jak tylko realne może być postrzeganie go wieloma parami oczu bohaterów....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
„Makiaweliczny” ma zabarwienie pejoratywne (z synonimy.pl: cyniczny, przebiegły, podstępny, przewrotny, diaboliczny, perfidny, obłudny, nikczemny, szubrawcy, judaszowy, nieszlachetny). Tymczasem makiawelizm w polityce, w biznesie, a nawet w życiu – to racjonalne podejście wykorzystujące wiedzę o relacjach społecznych i o ludzkich słabościach do skutecznego działania. Dziś ta wiedza i umiejętność nabywana jest przez polityków w stadium przedszkolnym. Że to niemoralne? Cóż.
Tylko że Machiavelli twierdził, że wartością usprawiedliwiającą działanie moralnie wątpliwe, jest skuteczna egzekucja racji stanu. A dziś jej miejsce zajmuje racja partii lub nawet „moja racja” przekonanego o swej nieomylności polityka. Makiawelizm nasz powszechny. Próbuje się go, za radą Mistrza, pakować w pachnące papierki i wielkie słówka, a przede wszystkim do końca zaprzeczać faktom. Mistrz się cieszy w zaświatach?
„Kiedy więc konieczność wymaga, aby książę potrafił zapatrywać się na zwierzęta, musi lisa i lwa naśladować. Lisem trzeba być aby się poznać na sidłach, lwem, aby przestraszyć wilków. Kto tylko lwa naśladuje, ten nie rozumie rzeczy. Roztropny książę nie może i nie powinien dotrzymać słowa, jeśli by to było ze szkodą dla niego i jeśliby ustały powody, które go do dania słowa skłoniły. Gdyby wszyscy ludzie byli uczciwi, rada ta nie byłaby na miejscu, lecz są przewrotni i na dane tobie słowo nie zważają, więc i ty nie powinieneś dotrzymać twego słowa.(…) Tym dalej zajdziemy, im lepiej lisa naśladujemy. Ale ten przymiot trzeba umieć doskonale zamaskować oraz być niepospolitym zmyślaczem i obłudnikiem. Ludzie bowiem są do tyla dobroduszni, a chwilowa potrzeba tak bardzo na nich wpływa, że zwodziciel zawżdy znajdzie tego, co się da oszukać. Powołam tutaj tylko jeden przykład. Papież Aleksander VI nic nie robił, tylko oszukiwał ludzi. Nawet o czym innym nie myślał, przecie zawsze znalazł takich, którzy mu się podejść dali. Nikt też nad niego nie posiadał więcej wprawy w dawaniu przyrzeczeń i w umocnieniu tychże największymi zaklęciami. Przy tym wszystkim zgoła nic nikomu nie dotrzymał. Jednakowoż udawały mu się jego plany, bo dobrze znał tę stronę świata.”
Mam czasem wrażenie, że w naszej ojczyźnianej rzeczywistości (choć pewnie nie tylko naszej) funkcjonuje niezwykle głęboko zakorzeniony pewien mit dotyczący politycznego pragmatyzmu. Głosi on mianowicie, że my, Polacy, jesteśmy narodem reprezentującym siły czystego Dobra, kierujemy się wyłącznie wzniosłymi, wielkimi, najwyższymi wartościami, typu Wierność Sojusznikom (i niezachwiana wiara w ich wierność…), Wola Narodu, Dobro Powszechne, Walka o Wolność Uciśnionych, Chwała Poległym, Wspólnota w Walce Przeciw (czemuś, komuś) i tak dalej. Kierowanie się racjonalnymi przesłankami, wykorzystywanie znanych z historii mechanizmów i korzystanie z nich na użytek władzy uważa się, najogólniej rzecz ujmując, za niegodne, za kulisy polityki uprawianej cichaczem za zamkniętymi drzwiami gabinetów. Makiawelizm traktuje się jako negatywnie nacechowany moralnie, ponieważ opisuje – i doradza stosowanie – zasad moralnie wątpliwych. Pamiętajmy jednak, że mowa tu o polityce. Gdzie w polityce dziś przestrzega się jakichkolwiek zasad moralnych? Czyżby ktoś wierzył jeszcze, że są politycy prawi i czyści? Czy polityka MOŻE być moralnie czysta? Wydaje się więc, że wszyscy znakomicie poruszają się w makiawelicznej rzeczywistości, a z rad Machiavellego korzystają całymi garściami.
„Makiaweliczny” ma zabarwienie pejoratywne (z synonimy.pl: cyniczny, przebiegły, podstępny, przewrotny, diaboliczny, perfidny, obłudny, nikczemny, szubrawcy, judaszowy, nieszlachetny). Tymczasem makiawelizm w polityce, w biznesie, a nawet w życiu – to racjonalne podejście wykorzystujące wiedzę o relacjach społecznych i o ludzkich słabościach do skutecznego działania. Dziś...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Trudne doświadczenie czytelnicze.
Zacznijmy od treści. Autorka jest uznaną psychoterapeutką i poetką. Nagradzana i ciesząca się popularnością, bada od lat procesy, jakie stoją za wieloma problemami oraz autodestrukcyjnymi postawami współczesnej (i nie tylko) kobiety. Na forach czytelniczki zachłystują się płynącą z „Biegnącej…” nauką i czerpią wskazówki do naprawy życia. Zgoda. Jeśli taka inspiracja działa – to był cel. Poetyckie metafory i parabole interpretacji mogą stanowić cenną pomoc, pobudzać do autoanaliz i zrozumienia różnorakich niepowodzeń, choćby tylko własnych relacji. Koncepcja jest świetna. Autorka wybrała – po wielu latach badań antropologicznych, również językowych – 9 opowieści, podań ustnych z różnych stron świata, i zinterpretowała ich sens w duchu psychologii jungowskiej. Postacie, ich działania oraz symbolikę odniosła do wewnętrznych indywidualnych przemian i stanów psychicznych kobiety.
Niemniej dla mnie czytanie tych 700 stron (2000 znaków na stronę!) to męka. Każda z 9 opowieści to 2 strony prostego, jasnego tekstu, i to są najlepsze warsztatowo fragmenty książki. Język reszty jest koszmarnie ciężki, zdania pokracznie długaśne i – jakby autorce nie udawało się nigdy znaleźć właściwego słowa – pełne synonimicznych wyliczanek. Czytając tracę wątek, mam wrażenie że w kółko jest to samo. Zyskując na jasności przekazu, można by to samo napisać na trzystu stronach. Posłuchajcie (z Wprowadzenia):
„To właśnie dotknięcie dziką naturą każe nam nie ograniczać naszych rozmów do ludzi, naszych najwdzięczniejszych ruchów do parkietów tanecznych, słuchu do muzyki instrumentów stworzonych wyłącznie ręką ludzką, wzroku tylko do wyuczonego piękna, ciał do ogólnie akceptowanych doznań, naszego rozumu do rzeczy, które już nie podlegają dyskusji. Wszystkie te opowieści dają nam głęboki wgląd, płomień namiętności, natchnienie, by wyrażać swą wiedzę, odwagę, by znieść każdy widok bez odwracania wzroku, i zapach dzikiej, pierwotnej duszy.”
Takie zdania przez 700 stron…
Trudne doświadczenie czytelnicze.
Zacznijmy od treści. Autorka jest uznaną psychoterapeutką i poetką. Nagradzana i ciesząca się popularnością, bada od lat procesy, jakie stoją za wieloma problemami oraz autodestrukcyjnymi postawami współczesnej (i nie tylko) kobiety. Na forach czytelniczki zachłystują się płynącą z „Biegnącej…” nauką i czerpią wskazówki do naprawy życia....
Szturm na Kapitol, czarnoskóry policjant Eugene Goodman z pałką dość bezradnie cofa się przed tłumem. Tak zaczyna się świetna publicystyczna książka z serii Szczeliny Wydawnictwa Otwarte. „Historia Goodmana pokazuje doskonale, jak trudno jest ustalić, co rzeczywiście się stało, mimo że uczestnicy wydarzeń nagrywali i fotografowali, umieszczali filmy i zdjęcia w sieci, a eksperci i amatorzy analizowali je w telewizyjnych studiach i sekcjach komentarzy na portalach społecznościowych.” W komentarzach wyglądał na niekompetentnego tchórza. Był inteligentnym bohaterem.
Co mówi nam zdjęcie? Film? Czym są dziś FAKTY? Za obrazem, który obecnie staje się – po piśmie – głównym medium przekazu informacyjnego – kryje się cała historia, która do niego doprowadziła. Niejednokrotnie bardzo zawiła i daleka od jednostronności. Tymczasem wnioski, które wprost z tego obrazu płyną, bywają sprzeczne z przebiegiem zdarzeń. Za tym, co nazywamy „sytuacją bieżącą” również kryje się niewyobrażalna złożoność i wielość czynników, intencji, interesów, krzywd. Interpretacja jednoznaczna najczęściej okazuje się nie tylko niewystarczająca ale też błędna.
Kohut pisze wartko i interesująco, stylem prostym, przejrzystym i zręcznym. Czyta się to fenomenalnie. Prezentuje zdarzenia, fakty, opinie, poglądy, stara się ująć każdą kwestię z różnych stron barykady. Robi przegląd wielu płaszczyzn dzielących i spajających dzisiejszą Amerykę. Nie maluje przy tym wizji ani nie przewiduje, skupia się na rzetelnym, popartym obszerną bibliografią przeglądzie spraw, które kształtują to, co nazywamy „sytuacją polityczną”.
Pozycja godna polecenia każdemu, kto chciałby uporządkować swą wiedzę o Ameryce.
Szturm na Kapitol, czarnoskóry policjant Eugene Goodman z pałką dość bezradnie cofa się przed tłumem. Tak zaczyna się świetna publicystyczna książka z serii Szczeliny Wydawnictwa Otwarte. „Historia Goodmana pokazuje doskonale, jak trudno jest ustalić, co rzeczywiście się stało, mimo że uczestnicy wydarzeń nagrywali i fotografowali, umieszczali filmy i zdjęcia w sieci, a...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Dlaczego wracamy do klasyków? No bo rzeczy, które niby wszyscy wiemy, opowiadają w piękny sposób.
Skandal obyczajowy: dziś – no, może kiedy znany żonaty polityk europejski wyskakuje z hotelu po spotkaniu z panią lekkich obyczajów, którą w dodatku ukrzywdził niestosownymi żądaniami. No, może. Ale co komu do tego, że dojrzała kobieta traci głowę dla młodszego? Lub że nawet dość udane, wieloletnie stadło rozpada się w wyniku szalonego zadurzenia małżonki? Wzruszenie ramion, „zdarza się” – i tyle.
Huragan uczuć i dramat skrywający się za tak lakonicznie opowiedzianym zdarzeniem – to jest temat na literaturę. Zwłaszcza w czasach, gdy każde spojrzenie statecznej kobiety (lub pozornie statecznej) skierowane na niewłaściwego mężczyznę jest przedmiotem dywagacji wyczulonych na nieprzyzwoitość dam oraz szczycących się (ich) wiernością mężów. A także obiektem potępienia przez całe środowisko.
Stefan Zweig (pamiętacie przecudowny „The Grand Budapest Hotel” sprzed kilku lat? Jeśli nie widzieliście – koniecznie obejrzyjcie) – psycholog literat, literacki psycholog. Wrażliwość na miarę Virginii Woolf (byli rówieśnikami, ona urodziła się rok później i zmarła rok wcześniej), pióro nie mniej sprawne.
Polecam.
Dlaczego wracamy do klasyków? No bo rzeczy, które niby wszyscy wiemy, opowiadają w piękny sposób.
Skandal obyczajowy: dziś – no, może kiedy znany żonaty polityk europejski wyskakuje z hotelu po spotkaniu z panią lekkich obyczajów, którą w dodatku ukrzywdził niestosownymi żądaniami. No, może. Ale co komu do tego, że dojrzała kobieta traci głowę dla młodszego? Lub że nawet...
Opowieść o samotności. Ściślej: o samotności współczesnej. O rozbitym społeczeństwie, które nie oferuje już wspólnoty wartości i przekonań. Oferuje wolność do samotności.
Farah pomimo rozpaczliwych prób nie udaje się przełamać samotności. Izoluje się, oddala coraz bardziej, zamyka we własnych lękach.
Jak blisko od siebie są tragizm i śmieszność, czułość i okrucieństwo. Świat Masłowskiej to świat monad, osób wsobnych albo wyobcowanych. Niezdolnych do wyjścia poza własne granice, niezdolnych do otwarcia na innych. I potrzebujących bliskości, dramatycznie poszukujących jej w jakiś przewrotnie przeciwskuteczny sposób.
Poraża sprawność pióra i wrażliwość językowa. Celność obserwacji i umiejętność takiego ich przekazania, że człowiek w oniemieniu zamiera w półśmiechu, bo to, co czyta zbyt śmieszno, zbyt straszno. Oto my.
Dalej uwaga, kawałek ciut spojleruje...
Rzeczywistość plącze się w snach, sny współtworzą rzeczywistość, nie wiemy, co wpływa na co.
Farah śni o tym, że jest w oceanie pod wodą razem z syrenami, te same sny powtarzają się też widziane oczami Artura czy chłopaka Joanne. Niektóre zdarzenia wydarzają się w śnie, ale nie wiemy tego na pewno – strzał, który pojawia się w śnie Joanny i w śnie Farah, nie wiemy czy padł, ani do kogo ktoś strzelał.
Jak dla mnie lepsze od Wojny polsko-ruskiej. Polecam, zwłaszcza jeśli ktoś Masłowskiej jeszcze nie zaznał.
Opowieść o samotności. Ściślej: o samotności współczesnej. O rozbitym społeczeństwie, które nie oferuje już wspólnoty wartości i przekonań. Oferuje wolność do samotności.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toFarah pomimo rozpaczliwych prób nie udaje się przełamać samotności. Izoluje się, oddala coraz bardziej, zamyka we własnych lękach.
Jak blisko od siebie są tragizm i śmieszność, czułość i okrucieństwo....