-
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać11 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać10 -
Artykuły
Umrę, jeśli tego nie polubisz - weź udział w konkursie i wygraj wspomnienia influencerki
LubimyCzytać35 -
Artykuły
Dlaczego poziom czytelnictwa w Polsce nie rośnie? Raport Biblioteki Narodowej
Iza Sadowska170
Biblioteczka
2026-04-02
2026-04-01
O ile pamiętam to w szkole przerabialiśmy "Ferdydurke" raczej we fragmentach. Nawet oglądaliśmy film Skolimowskiego na lekcji. Chociaż nie bardzo rozumiem dlaczego film jest w wersji anglojęzycznej, bo wątpię by był zrozumiały dla kogoś poza Polakami, choć z drugiej strony słyszałem, iż "Ferdydurke" jest jedną z popularniejszych polskich powieści za granicą. Sama ekranizacja jest zbyt dosłowna, więc jak komuś książka nie przypadnie do gustu to film również.
Wracając do powieści. Gdy ją przerabialiśmy Na pewno nie przeczytałem jej w całości, a że to dość ważna i znana w polskiej literaturze książka to postanowiłem nadrobić. Nie przepadam za groteską, absurdem, awangardą czy szeroko pojętą sztuką współczesną, którą obecnie możemy oglądać w Klocku Trzaskowskiego. Nie sposób jednak odmówić Gombrowiczowi sprawności posługiwania się piórem, bo mimo wszystko dobrze się to czyta, zwłaszcza trzy pierwsze rozdziały. Jest tutaj też kilka trafnych spostrzeżeń odnośnie szkoły czy literatury, do których pewnie wielu uczniów doszło, ale określało je innymi słowami. Szkoła wtłacza w swoje ramy zarówno uczniów, jak i przerabiany materiał, zwykle sprowadzając go do kilku określeń czy terminów.
Jednak im dalej tym mniej sensu w tym widziałem. Skłaniam się przyznać rację Józefowi Mackiewiczowi, iż pod tą formą groteski i absurdu najczęściej nie ma żadnej treści. Poniekąd przyznaje to sam Gombrowicz wieńcząc książkę: "Koniec i bomba! A kto czytał, ten trąba!". Można by sparafrazować samego Gombrowicza:
- A zatem dlaczego Gombrowicz wzbudza w nas zachwyt i miłość? Dlatego, że Gombrowicz wielkim pisarzem był!
- Ale kiedy ja się wcale nie zachwycam! Nie zajmuje mnie! Nie mogę zrozumieć, jak zachwyca, jeśli nie zachwyca!
Mało co zostanie w mojej pamięci z tej powieści. Kilka scen, określeń i tyle. Z Gombrowicza sięgnę pewnie po "Trans-Atlantyk", bo jest w miarę krótki, choć spodziewam się, że będzie równie ciężki w czytaniu co "Ferdydurke".
O ile pamiętam to w szkole przerabialiśmy "Ferdydurke" raczej we fragmentach. Nawet oglądaliśmy film Skolimowskiego na lekcji. Chociaż nie bardzo rozumiem dlaczego film jest w wersji anglojęzycznej, bo wątpię by był zrozumiały dla kogoś poza Polakami, choć z drugiej strony słyszałem, iż "Ferdydurke" jest jedną z popularniejszych polskich powieści za granicą. Sama...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-03-11
Często w opiniach o lekturach do których powróciłem po latach piszę, iż ich wówczas nie doczytałem, głównie z braku czasu, choć nie tylko. Tymczasem "Cierpienia młodego Wertera" przeczytałem bez większego bólu i mi się podobały, w przeciwieństwie do większości klasy. Po latach powróciłem by ją sobie odświeżyć i stwierdzić czy nadal mi się podoba.
"Cierpienia młodego Wertera" to powieść epistolarna składająca się kolejnych listów Wertera do jego przyjaciela Wilhelma, choć jest też kilka listów do Lotty. Jest to ciekawy koncept z którym wówczas spotkałem się po raz pierwszy i może sama forma do mnie trafiła. Poszczególne listy są stosunkowo krótkie a sama książka do najdłuższych nie należy, więc dość sprawnie się ją czyta. Mamy tutaj opowieść o miłości Wertera do Lotty, która powoli go niszczy. Oprócz samego motywu miłości znajduje się tutaj również kilka spostrzeżeń odnośnie ówczesnego społeczeństwa. Książka wywarła olbrzymi wpływ w okresie romantyzmu tworząc nurt zwany werteryzmem. W literaturze sporo jest nawiązań do tej powieści, więc warto poznać oryginał. Goethe zamieścił w niej wątki autobiograficzne, jak również dość wiernie oddał okoliczności śmierci jednego ze swych znajomych - Wilhelma Jeruzalema.
Wciąż podtrzymuję, iż jest to świetnie napisana powieść i dobrze się ją czyta. Znużył mnie jedynie dość obszerny fragment tłumaczenia Osjana, który Werter czyta Lotcie. Powszechną opinią o "Cierpieniach młodego Wertera" jest to, że przez całą książkę Werter płacze i cierpi, a tak nie jest. To trochę jak z legendarnymi rozwlekłymi opisami przyrody w "Nad Niemnem", których tak naprawdę jest mniej niż w takich "Chłopach".
Często w opiniach o lekturach do których powróciłem po latach piszę, iż ich wówczas nie doczytałem, głównie z braku czasu, choć nie tylko. Tymczasem "Cierpienia młodego Wertera" przeczytałem bez większego bólu i mi się podobały, w przeciwieństwie do większości klasy. Po latach powróciłem by ją sobie odświeżyć i stwierdzić czy nadal mi się podoba.
"Cierpienia młodego...
2026-01-28
Tym razem Mirmił posyła Kajka i Kokosza do swojego brata Wojmiła by pomogli mu w walce z jego wrogami z którymi nieustannie walczy. Niemal cały komiks zajmuje bohaterom dojście do grodu Wojmiła. Po drodze spotykają rycerza Wita i mają kilka innych przygód jak zatarg z karczmarzem. Czyta się ok, ale miałem wrażenie, że Christa wymyślał kolejne historyjki na bieżąco. Może w kolejnej części opowieść nabierze tempa, bo wreszcie Kajko i Kokosz doszli do Wojmiła, który podobnie jak Wit zakochał się w Fochnie.
Tym razem Mirmił posyła Kajka i Kokosza do swojego brata Wojmiła by pomogli mu w walce z jego wrogami z którymi nieustannie walczy. Niemal cały komiks zajmuje bohaterom dojście do grodu Wojmiła. Po drodze spotykają rycerza Wita i mają kilka innych przygód jak zatarg z karczmarzem. Czyta się ok, ale miałem wrażenie, że Christa wymyślał kolejne historyjki na bieżąco. Może w...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-26
O jak dobrze było wreszcie przeczytać kryminał, który nie składa się w 90% z wątków obyczajowych i nie ma tysiąca stron! Przez "Wołanie kukułki" J.K. Rowling nie jestem w stanie się przebić. Doczytałem do połowy i nic a nic sprawa, którą prowadzi główny bohater mnie nie interesowała. Ostatnio zmęczony współczesnymi kryminałami, które coraz bardziej zamieniają się w obyczajówki czy romanse postanowiłem sięgnąć do klasyki, a więc do Doyle'a oraz Agathy Christie. Owszem, "Studium w szkarłacie" w drugiej części też ma wątki obyczajowe, ale to nic w porównaniu z dzisiejszymi kryminałami. No i sama książka jest krótka, można ją przeczytać w jeden, dwa wieczory.
Sama sprawa przesadnie skomplikowana nie była. Miałem wrażenie, że Sherlock rozwiązał ją praktycznie od ręki. Jednak część swoich dedukcji trzyma w tajemnicy tak samo przed doktorem Watsonem, jak i czytelnikiem. Niemal połowę książki zajmuje retrospekcja mająca prezentować motywacje sprawcy morderstw. Jak na pierwszą opowieść o Sherlocku Holmesie jest ok, ale liczę, że kolejne powieści czy opowiadania będą jeszcze lepsze, bo czuję niedosyt.
O jak dobrze było wreszcie przeczytać kryminał, który nie składa się w 90% z wątków obyczajowych i nie ma tysiąca stron! Przez "Wołanie kukułki" J.K. Rowling nie jestem w stanie się przebić. Doczytałem do połowy i nic a nic sprawa, którą prowadzi główny bohater mnie nie interesowała. Ostatnio zmęczony współczesnymi kryminałami, które coraz bardziej zamieniają się w...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-19
Już od pierwszych chwil czytając "Siekierezadę" miałem skojarzenia z prozą Myśliwskiego. Postaci mają tutaj taką samą tendencję do dywagowania np. czy przykład idzie z góry czy z dołu. Albo czy lać jodynę na ranę czy wokół rany. Bardzo to w stylu Myśliwskiego właśnie. Bohater w którym należy dopatrywać alter ego Stachury często rozpamiętuje również śmierć Zbigniewa Cybulskiego, która miała miejsce kiedy faktycznie w 1967 roku Stachura jechał do Grochowic na Dolnym Śląsku by tam pracować przy ścince. Tak swoją drogą, czytając opinie czy różne omówienia książki albo filmu często widzę, że wielu umieszcza akcję w Bieszczadach. Nie wiem skąd się te Bieszczady wzięły, gdyż ani w powieści, ani w filmie nie ma o tym ani słowa. Taka ładna pani a do nas ani, ani.
Jest to też proza poetycka, więc sporo jest tutaj powtórzeń, które powracają niczym refren, jak chociażby: w tej mgle, tej mgle czy cała jaskrawość. Dla mnie "Siekierezada" najlepsza jest wtedy kiedy Stachura okiełzna ten swój strumień świadomości i pisze o rzeczach bardziej przyziemnych jak praca na zrębie, mieszkanie u babci Oleńki, popijawa w Hoplance czy zabawa w remizie.
Obejrzałem też film i jak to zwykle bywa w tego typu prozie opartej na słowie ciężko jest przełożyć ją na język filmowy. Dlatego też ekranizacje książek Myśliwskiego nie mają sensu. Nawet "Pod Mocnym Aniołem" Smarzowskiego bez słynnej pilchowskiej frazy to nie to samo. Tym niemniej uważam, że całkiem dobrze udało się Witoldowi Leszczyńskiemu oddać klimat powieści. Może dzięki temu, że nad scenariuszem pracował razem ze Stachurą, choć czytałem, iż pierwotna wersja scenariusza nie została dopuszczona. Film ma niesamowity klimat a scenę w Hoplance mogę oglądać non stop. Nieliczne dialogi z książki zostały przeniesione niemal 1:1. Także Edward Żentara jako Janek Pradera dobrze wypadł. Może miał coś z głównego bohatera i samego Stachury, gdyż wszyscy skończyli tragicznie.
Już od pierwszych chwil czytając "Siekierezadę" miałem skojarzenia z prozą Myśliwskiego. Postaci mają tutaj taką samą tendencję do dywagowania np. czy przykład idzie z góry czy z dołu. Albo czy lać jodynę na ranę czy wokół rany. Bardzo to w stylu Myśliwskiego właśnie. Bohater w którym należy dopatrywać alter ego Stachury często rozpamiętuje również śmierć Zbigniewa...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-12-29
2025-12-27
2025-12-27
2025-12-27
2025-12-09
O ile "Lalka" to dla mnie polska powieść wszechczasów odkąd kilka lat temu do niej powróciłem po dekadzie od zakończenia liceum i na pewno będę do niej co jakiś czas wracać, tak przez "Faraona" dość ciężko mi się przebijało. Zacząłem chyba rok temu, ale jakoś odpadłem po kilkunastu rozdziałach. W tym roku zacząłem raz jeszcze, od początku. I jakoś poszło, choć po grudzie. Nie jest to porywająca powieść, którą czytałoby się z napięciem nie mogąc się od niej oderwać. Są takie momenty, jak chociażby sama końcówka kiedy akcja znacząco przyspiesza i gna aż do samego końca po tym jak przez kilkadziesiąt wcześniejszych rozdziałów snuła się niespiesznie. Niektóre opisy nie pobudzały wyobraźni i potrafiły znużyć. Szacunek należy się jednak Prusowi za wykonaną pracę przy oddaniu realiów epoki. Kwerenda historyczna musiała być imponująca, tym bardziej, iż to były całkiem świeże odkrycia archeologiczne i jeszcze wiele było niewiadomych. Z tego też powodu zdarzyło się kilka lapsusów, co nie jednak nie odbiera powieści wartości. Autorowi udało się też wpleść wiele autentycznych tekstów, pieśni czy modlitw.
Najbardziej w "Faraonie" interesowały mnie wątki dotyczące mechanizmów władzy i Prus w bardzo ciekawy sposób na wielu przykładach to pokazuje. Podobało mi się chociażby jak w świątyni Hator kapłani przy pomocy inscenizacji pokazują Ramzesowi jak funkcjonuje państwo. Można by to odnieść do czasów współczesnych zarówno autorowi, jak i nam co tylko świadczy o tym, że "Faraon" jest ponadczasowy. Wielu naturalnie stosuje dość proste analogie i kapłanów utożsamia z biskupami i KK, jednak myślę, że prawdziwy ośrodek władzy jest gdzieś indziej. Wystarczy sprawdzić kogo nie można krytykować.
Ekranizację obejrzałem już rok temu, po tym jak nie podołałem książce za pierwszym razem. Jest to wspaniale nakręcony film w reżyserii Jerzego Kawalerowicza, za zdjęcia odpowiadał Jerzy Wójcik. Większość kadrów to gotowe do powieszenia obrazy. Wiadomo, że film nie jest w stanie przekazać wszystkiego co jest zawarte w powieści, jednak to co najważniejsze w filmie się znalazło. Szkoda też, że rekonstrukcji cyfrowej nie doczekała się 3-godzinna wersja i obecnie można obejrzeć wersję trwającą 2,5 godziny. Teraz, już po przeczytaniu powieści zamierzam obejrzeć film po raz drugi.
Z książek utrzymanych w podobnych klimatach historycznych na pewno mam zamiar za jakiś czas zapoznać się z "Egipcjaninem Sinuhe".
O ile "Lalka" to dla mnie polska powieść wszechczasów odkąd kilka lat temu do niej powróciłem po dekadzie od zakończenia liceum i na pewno będę do niej co jakiś czas wracać, tak przez "Faraona" dość ciężko mi się przebijało. Zacząłem chyba rok temu, ale jakoś odpadłem po kilkunastu rozdziałach. W tym roku zacząłem raz jeszcze, od początku. I jakoś poszło, choć po grudzie....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-12-02
Bezpośrednia kontynuacja "Zdradzonej czarodziejki". Thorgal i Aaricia mają zamiar się pobrać, jednak Aarcia zostaje porwana przez dwa wielkie orły. Thorgal i reszta wikingów ruszają w pościg by dotrzeć ostatecznie na tytułową wyspę lodowych mórz. Nic więcej nie napiszę by nie spoilerować w końcu ciężko rozpisywać się o komiksie złożonym z 46 plansz. Dość rzec, że w tej części pojawiają się już informacje o pozaziemskim pochodzeniu Thorgala, które nie będą tajemnicą dla czytelników, jeśli rozpoczęli oni swoją przygodę z tą serią chronologicznie: od "Gwiezdnego dziecka". Rysunki Rosińskiego są świetne, fabuła jest ok, choć nie powala na łopatki. Myślę, że najlepsze tomy dopiero przede mną.
Bezpośrednia kontynuacja "Zdradzonej czarodziejki". Thorgal i Aaricia mają zamiar się pobrać, jednak Aarcia zostaje porwana przez dwa wielkie orły. Thorgal i reszta wikingów ruszają w pościg by dotrzeć ostatecznie na tytułową wyspę lodowych mórz. Nic więcej nie napiszę by nie spoilerować w końcu ciężko rozpisywać się o komiksie złożonym z 46 plansz. Dość rzec, że w tej...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-10-25
Sporo ostatnio zamieściłem opinii o komiksach, nie znaczy to, że przestałem czytać powieści. Nic z tych rzeczy! Nadszedł wreszcie czas by wreszcie odświeżyć sobie książkę która powszechnie uważana jest za jedną najlepszych lektur szkolnych. Często słyszy się określenia, że "Mistrz i Małgorzata" to taki "Harry Potter" dla nieco starszych czytelników. Nie bez powodu książka ta jest na 10. miejscu wśród najczęściej ocenianych książek na LC, zaraz za wszystkimi częściami "Harry'ego Pottera", "Małym Księciem" oraz "Hobbitem". Szczerze powiedziawszy jakoś ominęły mnie zachwyty nad tą powieścią. O ile w przypadku wielu lektur mam wątpliwości czy je przerabialiśmy, czy nie, tak w przypadku "Mistrza i Małgorzaty" ich nie mam. Przerabialiśmy na pewno, w pamięci mam niektóre sceny, głównie z początkowych rozdziałów, więc raczej przeczytałem maksymalnie do połowy.
Teraz po przeczytaniu całości rozumiem nad czym były te zachwyty. I nie rozumiem dlaczego powieść mnie nie wciągnęła, gdy czytałem ją jako lekturę. Nie wiem czy to zasługa tłumaczenia, czy autora, ale czytając książkę niemal cały czas miałem uśmiech od ucha do ucha, a już zwłaszcza czytając część pierwszą. Podobnie mam z książkami Makuszyńskiego. Humor i pozytywna energia biją z każdego zdania. Narrator czasami zwraca się bezpośrednio do czytelnika co tylko dodaje klimatu snutej opowieści. Teraz "Mistrza i Małgorzatę" czytałem w tłumaczeniu Jana Cichockiego z ilustracjami Eweliny Rivillo-Kamińskiej. Swoją drogą bardzo fajne wydanie. Ilustracje mają swój klimat, kartki są grube, czcionka duża i wygodnie się czyta. Szkoda tylko, że Świat Książki nie dał zarobić polskiej drukarni tylko wydrukował książkę w Chinach.
O ile pierwszy tom pomimo różnych fantastycznych i dziwnych wydarzeń w miarę mocno trzymał się ziemi, tak w drugim akcja znacząco przyspiesza, coraz więcej jest groteskowych scen i ogólnego chaosu przez co miałem wrażenie, że zatracił się kierunek w którym powieść podążała w pierwszym tomie. Początek drugiego tomu poświęcony jest Małgorzacie, drodze na bal u szatana, a później już mamy pospieszną końcówkę "Czas! Już czas!", kilka pożarów i epilog w których opowiedziane zostały losy kilku postaci pobocznych. I tutaj już czasami musiałem sobie przypominać kim jest dana osoba, gdyż trochę się ich przez powieść przewija, zwłaszcza przez pierwszą część, bo jak już wspomniałem druga poświęcona jest niemal w całości Mistrzowi, Małgorzacie, Wolandowi i jego świcie.
Ciekawy był moment w którym Woland w czasie pokazu magii pytał o kondycję mieszkańców Moskwy. Sądziłem, że ten wątek będzie kontynuowany i niczym w filmie "Iluzjonista" będzie więcej tych pokazów czarnej magii w teatrze Variétés w których Woland będzie objawiał kolejne przywary mieszkańców stolicy. A tak szczerze powiedziawszy nie bardzo wiem o co Wolandowi i jego świcie chodziło. Wątek Mistrza i Małgorzaty też poszedł nie tym kierunku, w jakim się spodziewałem.
Po pierwszym tomie wahałem się między oceną 9 a 10, jednak po drugiej nieco rozczarowującej części daję 8/10, co nadal jest wysoką oceną. Spodziewałem się jakiegoś katharsis i satysfakcjonującego zakończenia. To które jest jakoś mnie nie przekonało i pozostawiło z pewnym niedosytem.
Sporo ostatnio zamieściłem opinii o komiksach, nie znaczy to, że przestałem czytać powieści. Nic z tych rzeczy! Nadszedł wreszcie czas by wreszcie odświeżyć sobie książkę która powszechnie uważana jest za jedną najlepszych lektur szkolnych. Często słyszy się określenia, że "Mistrz i Małgorzata" to taki "Harry Potter" dla nieco starszych czytelników. Nie bez powodu książka...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-10-25
Ostatnio zabrałem się poważnie za komiksy i nadrabiam serie, które zawsze mnie ciekawiły. Jedną z nich były "Baśnie", głównie za sprawą gry "The Wolf Among Us" w której bardzo spodobało mi się uniwersum, jak i zaskakujące zakończenie. Szkoda, że po dziś dzień nie doczekaliśmy się sequela, choć podobno powstaje i ma wyjść w przyszłym roku.
Pierwsza część pt. "Na wygnaniu" stanowi swoiste wprowadzenie w ten świat. Poznajemy, więc powody przybycia baśniowców do naszego świata, zasady rządzące ich społecznością. Mamy i zagadkę kryminalną, którą będzie starał się rozwiązać Bigby Wolf. Zakończenie może nie jest jakoś bardzo zaskakujące, ale generalnie dobrze się czytało ten tom i na pewno sięgnę po kolejne. Z chęcią wrócę też do wspomnianej gry, bo grałem w nią całe lata temu.
Ostatnio zabrałem się poważnie za komiksy i nadrabiam serie, które zawsze mnie ciekawiły. Jedną z nich były "Baśnie", głównie za sprawą gry "The Wolf Among Us" w której bardzo spodobało mi się uniwersum, jak i zaskakujące zakończenie. Szkoda, że po dziś dzień nie doczekaliśmy się sequela, choć podobno powstaje i ma wyjść w przyszłym roku.
Pierwsza część pt. "Na wygnaniu"...
2025-10-09
Pierwsza część przygód Thorgala nie porwała mnie zanadto i nie urzekła jak "Gwiezdne dziecko", które czytałem jako pierwsze. Historia jest dość przewidywalna, ale jak na początek jest wystarczająca by zapoznać się z bohaterem i światem. Mamy złego Gandalfa, wodza wikingów, który skazuje Thorgala na śmierć za to, że ten śmiał się zakochać w jego córce. Jest tajemnicza rudowłosa kobieta z przepaską na oku. Jest i Aaricia, ukochana Thorgala. Akcji też jest co nieco. Świetny jest chociażby kadr na którym Thorgal i Gandalf walczą z Baaldami na tle twarzy i ognistych włosów Slivii. Jak twierdzi przypis kontynuacja tej opowieści będzie w tomie drugim pt. "Wyspa lodowych mórz" i już jestem jej ciekaw. Oprócz "Zdradzonej czarodziejki" jest również opowieść "Prawie raj..." w której Thorgal trafia do dziwnego magicznego miejsca zamieszkiwanego przez trzy młode kobiety. Ciekawa historia, choć nie umywa się do "Metalu, który nie istniał" z "Gwiezdnego dziecka". Zakończenie skojarzyło mi się z zakończeniem CGI do Wiedźmina 3 "Pamiętna noc".
"Zdradzona czarodziejka" to solidny start, ale sądzę, że najlepsze tomy "Thorgala" są jeszcze przede mną. Wzrost poziomu serii zarówno pod względem opowieści, jak i ilustracji pokazuje już chociażby "Gwiezdne dziecko", które przeczytałem jako pierwsze.
Pierwsza część przygód Thorgala nie porwała mnie zanadto i nie urzekła jak "Gwiezdne dziecko", które czytałem jako pierwsze. Historia jest dość przewidywalna, ale jak na początek jest wystarczająca by zapoznać się z bohaterem i światem. Mamy złego Gandalfa, wodza wikingów, który skazuje Thorgala na śmierć za to, że ten śmiał się zakochać w jego córce. Jest tajemnicza...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Gatunek kojarzy się głównie z Szekspirem czy dramatem antycznym, więc miło jest przeczytać coś w miarę współczesnego. Dramat ten, a ściślej: tragifarsę, czyta się w miarę wartko. Jednak nie wnosi on nic do tematu bezdomności, nie daje jakichś recept. Bezdomni byli, są i będą. Dlatego dużo bardziej spodobał mi się aspekt humorystyczny. Pchełka jest z pewnością najzabawniejszą postacią. Szkoda, że w teatrze TV w reżyserii Kazimierza Kutza Pchełki nie zagrał Jerzy Trela, gdyż czytając wyobrażałem sobie właśnie go w tej roli. Trela zagrał Saszę, który jest dość nudną i monotonną postacią. Nie przepadałem też za monologami policjanta.
Gatunek kojarzy się głównie z Szekspirem czy dramatem antycznym, więc miło jest przeczytać coś w miarę współczesnego. Dramat ten, a ściślej: tragifarsę, czyta się w miarę wartko. Jednak nie wnosi on nic do tematu bezdomności, nie daje jakichś recept. Bezdomni byli, są i będą. Dlatego dużo bardziej spodobał mi się aspekt humorystyczny. Pchełka jest z pewnością...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to