-
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Dlaczego poziom czytelnictwa w Polsce nie rośnie? Raport Biblioteki Narodowej
Iza Sadowska17 -
Artykuły
Wakacje pełne magii - weź udział w akcji recenzenckiej i przenieś się do magicznego świata
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać378
Biblioteczka
2026-04
2026-04
Horrory psychologiczne potrafią mnie bezsprzecznie urzec. Nic więc dziwnego, że z olbrzymią ekscytacją sięgnęłam po „Helter Skelter” autorstwa Kyoko Okazaki. Ta krótka opowieść jest nadzwyczaj treściwa, budzi emocje, a przy tym po prostu wciąga.
W całej Japonii nie ma bodaj jednej osoby, która nie słyszałaby jeszcze o Liliko. Modelka, piosenkarka, aktorka. Ikona piękna, ucieleśnienie wszelkich marzeń – mężczyźni pragną być z nią, a kobiety wyglądać jak ona. Popularność jednak przemija, ciało poddaje się upływowi czasu. Liliko coraz częściej potrzebuje kolejnych zabiegów upiększających, leki dają coraz więcej efektów ubocznych. Wszystkiemu towarzyszy coraz większe pragnienie ucieczki podyktowane stresem oraz nieustannym poczuciem beznadziei i bezcelowości życia. Kobieta spada w spiralę deprawacji, tracąc stopniowo kontakt z rzeczywistością.
Prosty motyw wyjściowy, znany tak dobrze z innych dzieł kultury, potrafi tutaj niekiedy przybrać niezwykle transgresywny obrót. Operacje plastyczne, a także ich skutki, wprowadzają elementy body horroru, gdy bohaterki spostrzegają druzgocące powikłania. Centralnym elementem jest tu bez wątpienia przemijanie – dotyczące nie tylko samej młodości czy urody, lecz również sztuki masowej jako takiej. Zjawisko dostrzegalne jeszcze silniej współcześnie, gdy trendy potrafią zmieniać się z tygodnia na tydzień. Bardzo przypadł mi do gustu także wątek władzy w dość nietypowym wydaniu. Liliko jest piękna, więc ludzie gotowi są zrobić wszystko, by wciąż móc obcować z tym pięknem, co modelka potrafi wykorzystać na iście hedonistyczną modłę. Zakończenie wypada spójnie, choć pozostawia pewną fascynującą furtkę dla kontynuacji, która niestety prawdopodobnie nigdy się nie urzeczywistni.
Styl rysunków świetnie dopełnia treść. Proporcjonalność poszczególnych bohaterów koresponduje z postrzeganym przez szerokie masy poziomem atrakcyjności. Ci piękni są zgrabni, szczegółowi, przyjemni dla oka; ci niepasujący do kanonów zarysowani zostali „niezgrabną” kreską, która pozornie wydaje się niechlujna. Bardzo ciekawie autorka zobrazowała elementy grozy przebijające szczególnie z końcowych rozdziałów. Rysunki naprawdę potrafią spowodować dyskomfort u odbiorcy, zabierając do pokrętnego entourage’u odciętego od uniwersalnych wartości.
Powiedziałabym, że „Helter Skelter” skierowane jest szczególnie do młodych dorosłych, którzy dopiero przestępują próg „prawdziwego świata”. Wnioski płynące z tytułu są ponadczasowe, a refleksja towarzysząca lekturze bywa potrzebna szczególnie w erze konsumpcjonizmu. Ciekawy, dojmujący tytuł – 8/10.
Horrory psychologiczne potrafią mnie bezsprzecznie urzec. Nic więc dziwnego, że z olbrzymią ekscytacją sięgnęłam po „Helter Skelter” autorstwa Kyoko Okazaki. Ta krótka opowieść jest nadzwyczaj treściwa, budzi emocje, a przy tym po prostu wciąga.
W całej Japonii nie ma bodaj jednej osoby, która nie słyszałaby jeszcze o Liliko. Modelka, piosenkarka, aktorka. Ikona piękna,...
2026-03
Zmierzyłam się z czwartym tomem „Mrocznej Wieży”, nieomal przy tym nie polegając. Było ciężko, było męcząco, jednak ostatecznie zwycięsko przebrnęłam przez tę niebotyczną cegłę. O czym jest „Czarnoksiężnik i Kryształ” i dlaczego najsłynniejszy cykl autorstwa Stephena Kinga wcale nie jest dla wszystkich?
Blaine Mono ostatecznie zostaje pokonany przez sprytnych członków ka-tet. Czwórka podróżników oraz Ej wysiadają w Topece, przez którą przeszła nieznana supergrypa pozostawiając po sobie wyłącznie śmierć. Prędko orientują się, że nie są już wcale w Kansas i zbliżają się do Oz... Podczas postoju ich umysły przenika odgłos Błony, co przypomina Rolandowi wydarzenia sprzed lat. Rewolwerowiec snuje opowieść o dawnych czasach, ucieczce przed Martenem, Susan Delgado, złej czarownicy oraz Tęczy Czarnoksiężnika, które ostatecznie zniszczyła wszystko, co kochał.
Ledwo rozpoczęła się przygoda, a tu tuż za rogiem pojawia się retrospekcja na kilkaset stron. Jak najbardziej rozumiem, czemu niektórzy wysiadają z tego pociągu właśnie na tym etapie. Jednocześnie odsłona ta do cna przesiąkła westernową estetyką, prezentując się naprawdę fascynująco. Co zaskakujące, naprawdę porwała mnie ta historia. Wszystko się tutaj broni jako powieść nawet w oderwaniu od całego cyklu. Niebezpieczeństwo, intrygi, zgrana drużyna młodych rewolwerowców oraz przepełnione emocjami wzloty i upadki. Całe miasteczko żyje swoim życiem, a na tej nieomal wiejskiej kanwie rozgrywają się wydarzenia mogące zaważyć na losach świata (oraz wszystkich innych niż ten). „Czarnoksiężnik i Kryształ” sprawnie operuje tym, co Kingowi wychodzi najlepiej – zamkniętą społecznością o często rozbieżnych interesach. Może właśnie dzięki temu da się uwierzyć w przedstawioną opowieść oraz emocjonalnie zaangażować się w losy bohaterów. Postacie nie są wycięte z kartonu, a do tego obserwujemy je w początkowo dość zwyczajnych warunkach, co zdecydowanie przybliża te kreacje w sposób jakkolwiek godny uwagi.
Niemniej, by ochów i achów nie było za dużo – to wciąż typowy King, więc tam, gdzie zachwycają pomysły, przyjęte konwencje oraz sama narracja, tam styl rzuca tej misternej konstrukcji kłody pod nogi. Momentami się ciągnie, miejscami niedomaga, a objętość tej cegły naprawdę po prostu czuć. Niemniej nim ktokolwiek dotrze do tej kobyły, to zdąży się albo przyzwyczaić do tej toporności językowej, albo podda się w trakcie. Ewentualnie nauczy szybko wyłapywać fragmenty, które można bez bólu pominąć.
„Mroczna Wieża IV: Czarnoksiężnik i Kryształ” wydaje się naprawdę solidną lekturą i jak na razie w całej serii bawiłam się przy niej najlepiej. Westernowy klimat, dramatyczna narracja – można się w tym zagubić, zatracić oraz odnaleźć. Z mojej strony 8/10: ciężka książka, ale mimo wszystko było warto.
Zmierzyłam się z czwartym tomem „Mrocznej Wieży”, nieomal przy tym nie polegając. Było ciężko, było męcząco, jednak ostatecznie zwycięsko przebrnęłam przez tę niebotyczną cegłę. O czym jest „Czarnoksiężnik i Kryształ” i dlaczego najsłynniejszy cykl autorstwa Stephena Kinga wcale nie jest dla wszystkich?
Blaine Mono ostatecznie zostaje pokonany przez sprytnych członków...
2026-03
Ocena zbiorcza dla tomów #5-#6
Znów sięgnęłam po coś odrobinę lżejszego. Kolejne dwa tomy „100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie” połknęłam dość prędko. Wciąż bawię się nieźle, choć przyznam, że akurat ten wątek wypadł lepiej na ekranie niż w mandze.
Podróż Akiry wciąż trwa – tym razem na nieco dłużej zatrzymała się w jego rodzinnych stronach. Gdy banda zdeprawowanych ludzi pragnących się zabawić cudzym kosztem odblokowuje tunel prowadzący do wioski, zaczynają się prawdziwe problemy. Zombie nadciągają ze wszystkich stron, a drogi ucieczki są odcięte. Jedynie Akira i jego przyjaciele są w stanie powstrzymać tę katastrofę, nim będzie za późno! Dwóch marzycieli kierujących się odmiennym wartościami zrobi wszystko, by ukończyć wszystkie punkty listy rzeczy do zrobienia…
Bawiłam się przy tej opowieści dość dobrze, choć pod pewnymi względami mnie nudziła. Nie było tu tylu szalonych pomysłów, niespodziewanych zwrotów akcji, czy zwyczajnie głupkowatych idei, co w poprzednich częściach. Również sama motywacja Akiry się odrobinę zmieniła, przez co fabuła jawiła się jako nieco bardziej poważna. To niewątpliwie dość istotny punkt zwrotny dla przedstawianej historii, choć w związku z tym wypada ona w pewnym sensie nudniej tudzież bardziej przewidywalnie. Jednocześnie pojawia się kilka zwyczajnie obrzydliwych scen, w dodatku wcale niezwiązanych z zombie – ot po prostu przejawy czysto kloacznego humoru. W dodatku raczej żenującego niż faktycznie śmiesznego.
Piąty i szósty tom „100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie” wciąż mnie bawił, choć odrobinę mniej. Akcji tu sporo, może nie być miejsca na złapanie oddechu, ale zabrakło mi nieco tej cudaczności z kilku pierwszych części. Mimo wszystko wciąż 7/10.
Ocena zbiorcza dla tomów #5-#6
Znów sięgnęłam po coś odrobinę lżejszego. Kolejne dwa tomy „100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie” połknęłam dość prędko. Wciąż bawię się nieźle, choć przyznam, że akurat ten wątek wypadł lepiej na ekranie niż w mandze.
Podróż Akiry wciąż trwa – tym razem na nieco dłużej zatrzymała się w jego rodzinnych stronach. Gdy banda...
2026-03
Ocena zbiorcza dla tomów #5-#6
Znów sięgnęłam po coś odrobinę lżejszego. Kolejne dwa tomy „100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie” połknęłam dość prędko. Wciąż bawię się nieźle, choć przyznam, że akurat ten wątek wypadł lepiej na ekranie niż w mandze.
Podróż Akiry wciąż trwa – tym razem na nieco dłużej zatrzymała się w jego rodzinnych stronach. Gdy banda zdeprawowanych ludzi pragnących się zabawić cudzym kosztem odblokowuje tunel prowadzący do wioski, zaczynają się prawdziwe problemy. Zombie nadciągają ze wszystkich stron, a drogi ucieczki są odcięte. Jedynie Akira i jego przyjaciele są w stanie powstrzymać tę katastrofę, nim będzie za późno! Dwóch marzycieli kierujących się odmiennym wartościami zrobi wszystko, by ukończyć wszystkie punkty listy rzeczy do zrobienia…
Bawiłam się przy tej opowieści dość dobrze, choć pod pewnymi względami mnie nudziła. Nie było tu tylu szalonych pomysłów, niespodziewanych zwrotów akcji, czy zwyczajnie głupkowatych idei, co w poprzednich częściach. Również sama motywacja Akiry się odrobinę zmieniła, przez co fabuła jawiła się jako nieco bardziej poważna. To niewątpliwie dość istotny punkt zwrotny dla przedstawianej historii, choć w związku z tym wypada ona w pewnym sensie nudniej tudzież bardziej przewidywalnie. Jednocześnie pojawia się kilka zwyczajnie obrzydliwych scen, w dodatku wcale niezwiązanych z zombie – ot po prostu przejawy czysto kloacznego humoru. W dodatku raczej żenującego niż faktycznie śmiesznego.
Piąty i szósty tom „100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie” wciąż mnie bawił, choć odrobinę mniej. Akcji tu sporo, może nie być miejsca na złapanie oddechu, ale zabrakło mi nieco tej cudaczności z kilku pierwszych części. Mimo wszystko wciąż 7/10.
Ocena zbiorcza dla tomów #5-#6
Znów sięgnęłam po coś odrobinę lżejszego. Kolejne dwa tomy „100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie” połknęłam dość prędko. Wciąż bawię się nieźle, choć przyznam, że akurat ten wątek wypadł lepiej na ekranie niż w mandze.
Podróż Akiry wciąż trwa – tym razem na nieco dłużej zatrzymała się w jego rodzinnych stronach. Gdy banda...
Zwykle nie pożyczam książek. Ta jednak została mi niezmiernie polecona i użyczona do czytania. Gdy zaczęłam szukać informacji o „Domu z liści” Marka Z. Danielewskiego, poczułam się naprawdę zaintrygowana. Po lekturze to uczucie nie przemija, a w pewnym stopniu się wyłącznie zaognia – muszę przy tym nadmienić, że ta pozycja naprawdę nie trafi do każdego i warto się dobrze zastanowić przed sięgnięciem po ten tytuł.
Johnny Wagabunda natrafia na notatki pozostawione przez niewidomego starca, który zmarł w nietypowych okolicznościach. Początkowa ciekawość zapisków Zampanò stopniowo przeradza się w obsesję, gdy mężczyzna zaczyna zgłębiać niepokojącą historię relacji Navidsona. Dom inny od wszystkich innych. Wymiary zewnętrzne są mniejsze od wewnętrznych, a pięcioipółminutowy korytarz, który nie powinien istnieć, to wyłącznie przedsionek tajemniczego wnętrza budowli. Wędrówki w serce ciemności, naukowe analizy, mylne tropy i zdarzenia niepotwierdzone żadnymi dowodami. W obliczu niepojmowalnego otwierają się stare rany, zamazane wspomnienia wracają do życia… Wszystko jest prawdą. Nic nie jest prawdą. Koniec bywa początkiem, po którym pozostało wyłącznie głuche echo.
Nie ma wątpliwości, że to jedna z tych książek, które się albo kocha, albo nienawidzi. Warstwa fabularna ma tutaj przynajmniej trzy poziomy, przez co momentami można się pogubić w tej kompozycji szkatułkowej. Z jednej strony mamy historię rodem z dobrego horroru pełną mrocznych wnętrz o zmiennych wymiarach, z drugiej próbę rozkładu naukowego tych wydarzeń z pogłębioną analizą z pogranicza fizyki, chemii czy… literaturoznawstwa? Architektury? Filologii? Oprócz tego mamy ostatnią (czy aby na pewno?) warstwę opakowania, czyli Jonny’ego komentującego znalezisko oraz co rusz przerywającego opowieść, by rzucić kilka słów o swoim życiu i miłosnych podbojach. Każde ze wspomnianych puzderek oferuje coś innego, a niektóre z nich mogą niemalże irytować, gdy pojawiają się w środku napiętej akcji. W moim odczuciu to wszystko ma jednak cel, który można docenić dopiero po dobrnięciu do końca lektury (łącznie z dodatkami). Gdybym miała jakoś krótko podsumować tę opowieść – nazwałabym ją horrorem psychologicznym pozostawiającym szerokie pole na własną interpretację. Ja po skończeniu miałam mnóstwo hipotez względem odsiewania prawdy od kłamstwa (w zasadzie żaden z narratorów nie jest w pełni wiarygodny) i w gruncie rzeczy każda z nich miała swoje niedociągnięcia. Bez wątpienia jeszcze nie raz będę w myślach wracać do tej pozycji, starając się poskładać w całość te porozrzucane puzzle.
Tym, co jednak najbardziej wyróżnia omawiany tytuł, nie jest jednak wcale wielowątkowa opowieść starająca się wewnętrznie wykluczać, lecz sama nietypowa konstrukcja książki. Tutaj przypisy potrafią mieć kilka stron objętości, do których następnie pojawiają się kolejne przypisy. Tekst może być kolorowy, wykreślony, niekompletny, odwrócony do góry nogami i porozrzucany pozornie losowo na stronicach. Szczególnie udany fragment tego typu zabiegów niemalże wizualnie obrazuje nam mroczne zakamarki korytarzy we wnętrzu/zewnętrzu domu. Jednak w niektórych miejscach potrafią one lekko irytować, gdy trzeba wywijać siedemsetstronicową cegłą na wszystkie możliwe sposoby, by znaleźć kontynuację opowieści… Tylko po to by okazało się, że od dłuższego czasu śledzi się wzrokiem pozornie bezsensowny ciąg nazwisk lub wymienionych po przecinku stylów architektonicznych. Na tym nie kończą się jednak niespodzianki! Pod powierzchnią kryje się o wiele więcej tajemnic, nietypowych kodów, zaszyfrowanych wskazówek. Sygnał SOS wyrażony długością linijek? Wiadomość zakodowana pierwszymi literami wyrazów? Wielkimi literami? Cóż, po jednym czytaniu nie wyłapie się większości z tajnych wiadomości. Przy drugim prawdopodobnie też nie. Najpewniej nawet z pomocą Internautów będzie ciężko… Inna sprawa, że niektóre z nich zginęły bezpowrotnie podczas przekładu.
„Dom z liści” jest pozycją unikalną na swój naprawdę pokręcony sposób. Zawiłości i przedziwna konstrukcja mogą zniechęcić do czytania, jednak tych, którzy zostaną bezmiernie wciągnięci do tego zaskakującego świata, czeka naprawdę miła niespodzianka. O tej książce trudno zapomnieć – po dość długich dywagacjach uznałam, że zasługuje na ocenę 9/10. Polecam ją szczególnie fanom wszelkich łamigłówek, zwłaszcza tych najbardziej tajemniczych.
Zwykle nie pożyczam książek. Ta jednak została mi niezmiernie polecona i użyczona do czytania. Gdy zaczęłam szukać informacji o „Domu z liści” Marka Z. Danielewskiego, poczułam się naprawdę zaintrygowana. Po lekturze to uczucie nie przemija, a w pewnym stopniu się wyłącznie zaognia – muszę przy tym nadmienić, że ta pozycja naprawdę nie trafi do każdego i warto się dobrze...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to