-
Artykuły
„Ostatni smrek” Marii Gąsienicy-Zawadzkiej trzyma w napięciu do ostatniej strony
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nie jesteśmy skazani na powtarzanie błędów, ale jesteśmy na to podatni
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Gdy prawdy powiedzieć nie możesz, a kłamać nie chcesz
FioletowaRóża1 -
Artykuły
Sportowa opowieść o sile dziecięcego charakteru – „Akademia Piłkarska. #1 Gra się zaczyna”
LubimyCzytać2
Biblioteczka
2019-01-28
W 2016 roku, piłkarskim środowiskiem w Polsce, wstrząsnęła pewna fotka. Przedstawiała ona pewnego jegomościa, w kamizelce odblaskowej. Stał on sobie spokojnie, oparty o ścianę. Z pozoru nic ciekawego. Zainteresować mógł nas jednak fakt, że osobą znajdującą się na zdjęciu, był Radosław Kałużny. Największą sensację wzbudzało miejsce, w którym to zdjęcie wykonano. Były to magazyny firmy kurierskiej DHL w angielskim Nuneaton. Na wszystkich sportowych portalach ukazały się jednakowe nagłówki: „Była gwiazda reprezentacji Polski pracuje jako magazynier.” Kibice i dziennikarze zaczęli dociekać: „Jak to się stało, że Kałużny roztrwonił swój majątek zarobiony na grze w piłkę?”. Spekulacjom nie było końca. Kałużny długo wzbraniał się przed pytaniami opinii publicznej i izolował się od mediów. W końcu stało się jednak to, co wydawało się być nieuniknione. Popularny „Tata” postanowił wydać książkę.
Dlaczego uważam, że wydawało się być to nieuniknione? Bo mnogość książek, wydawanych przez piłkarzy, którzy pogubili się w pewnym momencie swojego życia, zaczyna powalać. A naturalnym sposobem, na zarobienie pieniędzy i podreperowanie swoich budżetów, nadszarpniętych przez -wystawne życie, nałogi, kosztowne rozwody itp. itd – jest spisanie swoich wspomnień i wydanie ich w formie książkowej. Absolutnie tego nie potępiam. Jest to obopólna korzyść. Bohater opowieści może zarobić, a czytelnik dostaje ciekawą historię. Warunek jest jeden. Autor musi umieć w ciekawy sposób opowiedzieć o swoich perypetiach. Tudzież, mieć obok siebie dziennikarza, który spisze jego wspomnienia w interesującym stylu. Zwłaszcza, że jak wcześniej wspomniałem, biografii piłkarskich utracjuszy, powstało przez ostatnie kilka lat sporo i wielu osobom temat mógł się przejeść. Czy „Radosław Kałużny. Powrót Taty.” wyróżnia się na tle innych tego typu książek? Moim zdaniem nie. A wręcz pokuszę się o stwierdzenie, że jest to jak do tej pory najsłabsza taka pozycja.
Jakiś czas temu dzieliłem się z wami swoimi odczuciami po lekturze książki Arka Onyszki. Historia Radka Kałużnego w wielu aspektach przypominała mi to, co przeczytałem na kartach „Fucking Polaka”. Ich życiorysy są w kilku miejscach zbieżne. Obydwaj natrafiali na niewłaściwe kobiety, przez które sporą część życia musieli spędzić na salach sądowych. Obydwaj stracili kontakt ze swoimi dziećmi. Obydwaj w końcu popadli w kłopoty finansowe. Jednocześnie nie byli uzależnieni od używek i wiele swoich problemów generowali przez swój trudny charakter. Obydwaj wydali też średnio udane biografie, przy czym „Fucking Polak” podobał mi się trochę bardziej.
Jaka jest największa wada „Powrotu Taty? Historie opowiadane przez Kałużnego to raczej taka powierzchowna podróż przez życie. Gdzieś tam byłem, coś zrobiłem, z tym wypiłem a z tamtym się pokłóciłem. Konkretów brak. Brak jakichś mocniejszych, zakulisowych historii. Brak pikantnych anegdot. Troszeczkę mam wrażenie, jakby Kałużny nie chciał się za bardzo pokłócić ze środowiskiem. To i tak się nie udało, bo nie dawno Tomasz Hajto oburzył się na Kałużnego, że ten śmiał zasugerować, iż kadra ostro chlała za czasów Jerzego Engela. Oczywiście panie Tomku, na pewno siedzieliście na zgrupowaniach przy kakao i Kubusiu. A Kałużny tak naprawdę zdradził tajemnicę poliszynela.
Książkę czyta się szybko, ma 275 stron. Układa się chronologicznie. Od dzieciństwa, po wyjazd do Anglii. Jeśli jednak wyciśnie się z niej banały i lanie wody, to zostaje naprawdę niewiele. Raptem kilka ciekawych historyjek. Osobiście ostrzyłem sobie zęby na rozdziały dotyczące Mundialu w Korei i Japonii. Sądziłem, że poznam jakieś zakulisowe historie, to co działo się w obliczu klęski itp. Podejrzewam, że gdyby Jerzy Engel wydał drugą część „Futbolu na tak”, to byłoby to równie ekscytujące. Kałużny nie zaprzecza, że na zgrupowaniach lał się alkohol, że sam lubił ostro zabalować, że lubił ruszyć „na miasto”. Wszystko to jednak zamyka się ogólnikach. Samo stwierdzenie, że piłkarz lubił w czasie kariery imprezować, czy nawet fakt, że uciekał z hotelu, by pójść na dyskotekę, są tak samo zaskakujące, jak spółki skarbu państwa obsadzone rodzinami polityków. Banały.
No ok. Żeby nie było, że ta lektura jest kompletnym niewypałem. Nie jest. Jest po prostu przeciętna. Bliżej jej na pewno do przytłaczającego „Zasypanego”, niż wesołego zbioru anegdot w „Szamo.” Może szokować smutna historia dzieciństwa Radka i stosunek jego ojca do swojego syna, oraz to jak rodzina zachowała się wobec niego, gdy był już znanym piłkarzem. Całkiem fajnie czyta się historię gry w Energie Cottbus, gdy Kałużny był podopiecznym Eduarda Geyera – trenerskiego rzeźnika. Jest to też kolejny dowód na to, że gdy jest się sławnym, to ciężko znaleźć prawdziwą miłość, która będzie kochać ciebie a nie sumę na twoim koncie bankowym. Bo pięknych pijawek kręci się wówczas koło ciebie wiele. Wstrząsające jest też post scriptum, napisane na końcu, przez obecną żonę „Taty”. Życie po zakończeniu kariery, to nie bułka z masłem, jeśli nie masz pomysłu na siebie i nie zabezpieczyłeś się odpowiednio.
Wyczuwam jeszcze jeden wspólny mianownik pomiędzy Onyszką a Kałużnym. Mam wrażenie, że obydwaj byli zahukanymi chłopakami z Polski, trochę zakompleksionymi gdy grali za granicą. Sami zresztą o tym mówię. Europa Zachodnia i oni – „chłopaczki z jakiejś tam Polski”. Niepewność i stres odreagowywali agresją. Obydwaj jednak pochodzą z czasów, gdy świadomość piłkarzy wyjeżdżających z kraju była zerowa. Język? Dieta? Odpowiedni styl życia? O czym my mówimy? Na szczęście czasy się zmieniają, dlatego obecnie młodym graczom będzie zdecydowanie łatwiej przebić się w lepszych ligach.
Książkę napisać pomagał Mateusz Karoń. Dziennikarz SportowychFaktów.pl. Szczerze mówiąc, pierwszy raz o nim usłyszałem dzięki tej lekturze, no ale to może o mnie źle świadczy? Zresztą to młody, 25 letni dziennikarz. Cóż, Krzysztof Stanowski i jego książki nadal pozostają niedoścignionym wzorem.
Podsumowując – możecie sięgnąć po tą pozycję dla zaspokojenia ciekawości, ale nie nastawiajcie się na nic przełomowego. Nie wyróżnia się z szeregu.
https://futbolowarebelia.wordpress.com/2019/01/28/biblioteczka-futbolowej-rebelii-r-kaluzny-m-karon-radoslaw-kaluzny-powrot-taty/#more-1775
W 2016 roku, piłkarskim środowiskiem w Polsce, wstrząsnęła pewna fotka. Przedstawiała ona pewnego jegomościa, w kamizelce odblaskowej. Stał on sobie spokojnie, oparty o ścianę. Z pozoru nic ciekawego. Zainteresować mógł nas jednak fakt, że osobą znajdującą się na zdjęciu, był Radosław Kałużny. Największą sensację wzbudzało miejsce, w którym to zdjęcie wykonano. Były to...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2019-01-15
https://futbolowarebelia.wordpress.com/2019/01/15/biblioteczka-futbolowej-rebelii-d-wolowski-canarinhos-11-wcielen-boga-futbolu/
„Canarinhos. 11 wcieleń boga futbolu”, to książka napisana przez dziennikarza „Gazety Wyborczej” – Dariusza Wołowskiego. Ukazała się tuż, przed Mistrzostwami Świata w 2014 roku. Ja sięgnąłem po nią dopiero przed tygodniem. I bardzo żałuję tego, że nie stało się to wcześniej, bo dawno nie czytałem tak ciekawej, wypełnionej anegdotami i przybliżającej historię futbolu pozycji. Jednak, żeby nie było tak cukierkowo, to napomknę tylko, że książka posiada także kilka pomniejszych wad. Zapraszam do zapoznania się z moimi odczuciami po lekturze tego dzieła.
Gdybym oceniał „Canarinhos. 11 wcieleń boga futbolu” na podstawie pierwszej połowy książki, ta dostałaby ode mnie „dychę”. Bezapelacyjnie. Pan Wołowski podzielił swoje dzieło na 10 rozdziałów. Osiem z nich nawiązuje do słynnych brazylijskich graczy (Arthur Friedenreich, Garrincha, Pele, łączony rozdział Zico, Socratesa i Falcao, Romario, Ronaldinho, Neymar i najlepsza piłkarka świata – Martha). Jeden poświęcony jest największej tragedii w dziejach brazylijskiego futbolu, czyli słynnemu „Maracanazo”. Była to porażka z Urugwajem na Mundialu w 1950 roku. Ostatni zaś, dotyczy „Copacabany”, plaży nazywanej „największym boiskiem świata”. Jednakże piłkarze, którzy „patronują” poszczególnym rozdziałom, są tak naprawdę tylko tłem. Pan Wołowski zabiera nas w podróż w czasie. Książka i jej bohaterowie, są ułożeni w sposób chronologiczny. Tym samym dostajemy wycieczkę przez ponad sto lat historii futbolu, rodem z „Kraju Kawy”. Oprócz ciekawostek na temat danego piłkarza, otrzymujemy także mnóstwo ciekawych informacji o tym, jak w danej dekadzie przedstawiała się sytuacja polityczna, czy też społeczna największego państwa Ameryki Południowej.
Dlaczego powiedziałem, że za pierwszą część książki wystawiłbym „dyszkę”? Ponieważ pierwsze rozdziały, dotyczące Arthura Friedenreicha, Garrinchy czy Pele, to istne arcydzieło ! Jako chłopak piszący dla „Retro Futbol”, czyli najlepszego polskiego portalu, traktującego o historii piłki, jestem wręcz zobowiązany darzyć miłością, romantyczne opowieści o piłkarskich herosach sprzed lat J. Postaci takiej jak Friedenreich – przyznam ze wstydem – nawet do tej pory nie znałem. A była to pierwsza, wielka gwiazda brazylijskiej piłki. W reprezentacji grał w latach 1914-1925. W ciągu swojej kariery, strzelił rzekomo 1329 goli (chociaż trudno to zweryfikować). Wiadomo, że opowieści o czasach tak odległych, ociekają zawsze mnóstwem anegdot, których liczba przewyższa ilość faktów. Jednakże, czyż nie najlepiej czyta się takie romantyczne opowieści, które choćby były mocno przerysowane, to wryją się zawsze w pamięć i wyobraźnię czytelnika najmocniej? Opowieści o chłopaku, który musiał mąką rozjaśniać sobie twarz (był mulatem), gdyż widok „kolorowej” gwiazdy futbolu, nie każdemu przypadał wówczas do gustu? I to w Brazylii, chyba najbardziej różnorodnym, pod każdym względem, kraju świata. Garrincha to legenda sama w sobie. Gość o którym Brazylijczycy mogliby opowiadać całymi dniami. Piłkarz, którego być może kochają mocniej, niż wielkiego Pelego. Dla mnie osobiście, ścisły top, jeśli chodzi o najbardziej nietuzinkowe postaci piłki nożnej. Król dryblingu, który miał jedną nogę, krótszą o 6 cm, od drugiej. Geniusz futbolu, który zmarnował swoje życie dla kobiet i alkoholu. Gdyby nie przeogromny talent do piłki, to zapewne skończyłby jako zapijaczony, wioskowy głupek, w zapomnianej przez Boga dziurze. Pele? Tego pana nikomu przedstawiać nie muszę. Razem z Garrinchą tworzyli, być może najlepszy futbolowy team, jaki świat nosił na swojej ziemi. Do tego dochodzi tragiczna opowieść o „Maracanazo”. Wielkiej brazylijskiej traumie, która dla zakochanego w futbolu ludu, była gorszą katastrofą, niż głód czy klęska żywiołowa. Te historie czyta się z zapartym tchem. Magia tego barwnego kraju, miłość Latynosów do futbolu niespotykana nigdzie indziej. To wszystko składa się na niepowtarzalny klimat tych opowieści. W dodatku możemy się wiele dowiedzieć o tym, jak w Brazylii zmieniały się rządy, nastroje społeczne, jak kraj się rozwijał. Książka jest po części podróżą, przez historię najbardziej utytułowanego piłkarsko kraju. Genialnie się to czyta!
Dlaczego druga część tej lektury obniża ocenę? Im dalej brniemy, tym mniej magii dawnych lat. Więcej czasów współczesnych, postaci które znaliśmy i wydarzeń, które mamy prawo pamiętać. W drugiej części, pan Wołowski dużo miejsca poświęca wydarzeniom przedmundialowym. Prognozom i przewidywaniom na temat Mundialu w 2014 roku. Być może 5 lat temu był to ciekawszy temat. Teraz, gdy wiem już jak się potoczył tamten turniej, ciekawi mnie to jakoś mniej. Historia o Zico, Socratesie i Roberto Falcao jest bardzo przyjemna. Stanowili oni trzon drużyny z 1982 roku, którą określa się jako tą, która grała najpiękniej ale nie zdobyła tytułu. Każdy z nich z osobna, to również ciekawa historia. Romario, Ronaldo i Ronaldinho to magowie futbolu, ale też piłkarze, których pamiętamy i wydarzenia ich dotyczące, raczej niczym wielkim nas nie zaskoczą. Neymar to wróżenie, wówczas 22-letniemu gwiazdorowi, świetlanej przyszłości i prorokowanie, że już wkrótce może przegonić Cristiano Ronaldo i Leo Messiego z piedestał. Pięć lat później wiemy, że Neymarowi nadal sporo do nich brakuje. A wręcz stał się jednym z najbardziej irytujących piłkarzy świata, którego najbardziej kojarzy się z ordynarnych symulek. Dużo obiecywałem sobie po rozdziale Marthy. Ciekawiła mnie historia najlepszej piłkarki globu. Niestety jest ona tylko tłem i poświęca jej się niewiele miejsca. Jest powodem, dzięki któremu pan Wołowski może poruszyć temat równouprawnienia w futbolu, a nawet zastanowić się, dlaczego w futbolowych szatniach ujawnia się tak mało osób homoseksualnych? No cóż, wydawnictwo ze stemplem „Gazety Wyborczej” do czegoś zobowiązuje.
Książkę jako całość oceniam jednak bardzo dobrze. Pan Wołowski odbył dwutygodniową podróż do Brazylii, by napisać ją jeszcze bardziej rzetelnie. Badał nastroje mieszkańców tego kraju przed Mundialem. Odbył wiele rozmów z miejscowymi, zaliczył kilka meczy i odwiedził stadiony największych drużyn w kraju. Myślę, że doskonale oddał, kapitalny klimat latynoskiego futbolu. W pewny sensie poruszył też temat, który jest samograjem. Brazylia to kopalnia doskonałych, futbolowych historii. Kraj pięciokrotnych Mistrzów Świata, kilku geniuszy w swojej dziedzinie i ludności, która ma bzika na punkcie tego sportu. W porównaniu z wyrachowanym, europejskim futbolem, tam ta dyscyplina ociera się o magię. Pan Wołowski poza bohaterami poszczególnych rozdziałów, przybliża też nazwiska innych piłkarzy z panteonu gwiazd. Smutną historię Heleno de Freitasa czy bardziej współcześnie Roberto Carlosa. Przypomina, że jest to ojczyzna, która dała piłce także „kołyskę” Bebeto czy gest fair play Garrinchy. Lektura po którą zdecydowanie warto sięgnąć
https://futbolowarebelia.wordpress.com/2019/01/15/biblioteczka-futbolowej-rebelii-d-wolowski-canarinhos-11-wcielen-boga-futbolu/
„Canarinhos. 11 wcieleń boga futbolu”, to książka napisana przez dziennikarza „Gazety Wyborczej” – Dariusza Wołowskiego. Ukazała się tuż, przed Mistrzostwami Świata w 2014 roku. Ja sięgnąłem po nią dopiero przed tygodniem. I bardzo żałuję tego,...
2019-01-06
Polski rynek książek sportowych składa się w 2/3 z biografii (nie znam dokładnych danych, strzelam). Dlatego każda pozycja, nie będąca historią znanego sportowca, tudzież nie opisująca historii jakiegoś klubu/reprezentacji, jest miłą odmianą. Z wielką ciekawością sięgnąłem więc po dzieło Stefana Szymańskiego i Simona Kupera. Miało ono stanowić książkową wersję filmu "Moneyball", tylko lepszą, bo traktującą o ukochanej piłce nożnej, a nie o jakimś egzotycznym basseballu. Miało być wypełnione mnóstwem odkrywczych tez i ciekawostek. Czy faktycznie tak było? No niekoniecznie.
Patrząc na to, kto jest autorem "Futbonomii", można było się wiele spodziewać. Simon Kuper to holenderski dziennikarz, żydowskiego pochodzenia. Prawdziwy kosmopolita, który urodził się w Ugandzie, zaś w swoim życiu mieszkał w USA, Szwecji, Anglii, RPA i na Jamajce. W wieku 25 lat zdobył prestiżową nagrodę im. Williama Hilla, za książkę "Football against the enemy". Pisał dla The Gurdian" i "The Observer", miał także swoją stałą rubrykę w "Financial Times". W 2003 roku ukazała się jego kolejna książka, która odbiła się głośnym echem: "Futbol w cieniu holokaustu. Ajax, Holendrzy i wojna". Ta ostatnia pozycja, została wydana również w języku polskim.
Szymański to pochodzący z polski wykładowca akademicki. Pracuje na Uniwersytecie Michigan i zajmuje się zarządzaniem w sporcie. Od niemal 30 lat bada biznesowe i ekonomiczne aspekty futbolu. Opublikował masę artykułów na ten temat. Wydał sześć książek. Zatrudniano go jako konsultanta wielu instytucji sportowych, a nawet doradzał rządom państw.
Co by nie było, dwóch świetnych fachowców. Można się zatem spodziewać dobrej lektury. Z takim też nastawieniem chwyciłem w swoje ręcę "Futbonomię". Pierwszy plus przyznałem już, za ładnie komponującą się kolorystycznie i miłą dla oka okładkę. Ale nie ocenia się książki po okładce. W tym wypadku dosłownie.
Dzieło Szymańskiego i Kupera, jest podzielone na trzy części: "Kluby", "Fani" i "Kraje". Nie trudno więc się domyśleć o czym traktują poszczególne segmenty. No dobra, przejdźmy do meritum. Jak się prezentuje zawartość tej ponad 500 stronnicowej pozycji? Moim zdaniem przeciętnie. Wprawdzie znajdziemy tam kilka fajnych ciekawostek, jak historia rzutów karnych, w finale Ligi Mistrzów w Moskwie, gdy Chelsea miała rozpracowane jedenastki United, dzięki pomocy baskijskiego ekonoma. W większość, książka opiera się jednak na rozbieraniu futbolu, od strony ekonomicznej oraz taktycznej. Uważam jednak, że wnioski do których dochodzą autorzy, to w wielu przypadkach banały, których jesteśmy świadomi od dawna. Czy zaskoczy was fakt, że budowa stadionu nie przynosi najczęściej korzyści finansowych? Albo, że organizacja dużej imprezy piłkarskiej wiąże się z ujemnym bilansem w zeszycie księgowej? Panowie wiele razy obalają mity, z którymi rozprawiono się już dawno. To może wzorem bohaterów "Moneyball", dowiemy się, jak dobrać piłkarzy, by stworzyć drużynę skazaną na sukces? No też nie. Zresztą człowiek, który był inspiracją dla postaci granej przez Brada Pitt'a - Billy Beane - po rozbiciu basseballowego banku, za pomocą wyliczeń i statystyk, próbował ugryźć futbol w ten sam sposób. Okazało się jednak, że piłka nożna to gra o wiele bardziej dynamiczna, niż stateczne odbijanie piłeczki, za pomocą kija. Składa się na nią o wiele więcej czynników, których nie da się przewidzieć. Magiczny wzór na futbol nie został jeszcze wynaleziony. Zresztą jaki magiczny? To futbol jest magią ! A rozpracowanie go za pomocą matematycznych formułek, w dużej mierze obdarło by go z tej magii. Piłkarski alchemik jeszcze się nie znalazł, chociaż próbowało wielu. Duńczycy z FC Midtjylland najlepszym tego przykładem. Póki co, nie udało im się nawet zdominować kraju Hamleta. Z "Futbonomii" dowiemy się jednak, że innowacyjne metody rodem z USA, próbował już także przeszczepić Everton, za czasów Davida Moyesa, a transfer Jordana Hendersona do Liverpool'u był w dużej mierze oparty na wyliczeniach. Autorom muszę przyznać, że każda ich teza, poparta jest mocnymi argumentami i często skomplikowanymi obliczeniami. W książce nie znajdziecie żadnych fotosów, za to wiele tabelek i wykresów. Panowie postarają wam się udowodnić jaka nacja uchodzi za najbardziej wysportowaną i kochającą futbol (myślę, że wynik może was mocno zaskoczyć). W fajny sposób rozprawiają się także, z mitem o wielkiej reprezentacji Anglii. Udowadniają, że każdy występ "Synów Albionu" na wielkiej imprezie, przebiega w podobny sposób, według określonego schematu. Zarówno na płycie boiska, jak i wśród kibiców z Wielkiej Brytanii (swoją drogą, pierwsze wydanie książki nosiło tytuł "Dlaczego Anglia przegrywa?", ale tytuł nie zachęcał Anglików do kupna :)). Wszystkie te ciekawe fragmenty, są jednak zatopione w sosie banałów i nudy.
Po raz kolejny przekonałem się też, że książki tłumaczone z języka obcego odstają zazwyczaj poziomem od rodzimych pozycji. Broń Boże, nie twierdzę, że Polacy są tak wspaniałymi autorami a obcokrajowcy kompletnie nie umieją pisać. Zrzucałbym to bardziej na karb słabego tłumaczenia tych książek na język polski. Wszak już śp. Tomasz Beksiński, psioczył 20 lat temu na poziom polskich tłumaczeń zagranicznych filmów (polecam jego felieton dla pisma "Tylko rock" --- > ten). Myślę, że w kwestii literatury też miałby wiele do powiedzenia. Chociaż minęło 20 lat.
Reasumując, jeśli jesteście fanami piłki, a zarazem matematycznymi świrami, to ta pozycja może wam przypaść do gustu. Jeśli jednak, podobnie jak ja, wolicie romantyczne historie o biednych Brazylijczykach z faweli, kopiących szmacianki na ulicach Rio, lub o brytyjskich dokerach, wychylających kolejne piwo, przed meczem ukochanej drużyny, to raczej dajcie sobie spokój. W tej książce nie ma nic romantycznego. Jest zimna ekonomia i do bólu realistyczna matematyka. Moim zdaniem nie do końca odkrywcza. Chociaż, jak mawiał klasyk - momenty były.
Moja ocena: 6/10
Polski rynek książek sportowych składa się w 2/3 z biografii (nie znam dokładnych danych, strzelam). Dlatego każda pozycja, nie będąca historią znanego sportowca, tudzież nie opisująca historii jakiegoś klubu/reprezentacji, jest miłą odmianą. Z wielką ciekawością sięgnąłem więc po dzieło Stefana Szymańskiego i Simona Kupera. Miało ono stanowić książkową wersję filmu...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2018-12-04
2018-10-04
2018-09-26
Każdy większy klub, którego początek sięga chociaż kilku dekad wstecz może pochwalić się swoimi piłkarskimi „ikonami”. Piłkarzami, którzy całe swoje piłkarskie życie spędzili dumnie reprezentując tylko jeden, ukochany klub. Gracze, którzy zapewniali swoim zespołom największe sukcesy w ich historii, wznoszący w górę trofea. Długoletni kapitanowie. Chłopacy wychowani w dzielnicach, w których znajdował się stadion. Lokalni autochtoni wdzierający się w dzieciństwie na stadionowe trybuny przez dziurę w płocie, bo rodzice byli zbyt biedni lub zapracowani by zabierać ich tam samemu. W późniejszych latach zdobywali oni uznanie kibiców klubu z którym związani są od maleńkiego. Idole trybun, czasami urastający do rangi piłkarskich półbogów. Wielkie europejskie marki mogą wręcz pochwalić się całymi tabunami takich graczy, z których mogliby złożyć na przestrzeni kolejnych upływających dekad legendarne, historyczne team’y. Taką drużyną z pewnością jest też Arsenal Londyn. A mówiąc o kapitanie i ikonie „Kanonierów” na myśl przychodzi szczególnie jedna postać – Tony Adams.
Nie dawno miałem okazję przeczytać książkę „Uzależniony”. Jest to autobiografia Adamsa napisana wespół z Ianem Ridleyem a na brytyjskim rynku wydana już w 1998 roku. Jednakże na język polski ta pozycja została przełożona niespełna przed dwoma laty. Tyle też mniej-więcej czasu minęło w momencie pisania tej książki od chwili, kiedy to Mr. Arsenal po raz ostatni wypił łyk alkoholu. A alkohol a mianowicie uzależnienie od niego to w tej opowieści wątek równie istotny co piłka nożna.
Ok, może na początku warto by było przybliżyć postać wieloletniego kapitana Arsenalu. Chociaż nie wierzę by dla kogokolwiek, chociażby średnio zainteresowanego futbolem było to konieczne.
Tony Adams urodził się w 1966 roku. W 1980 trafił do juniorskiej ekipy Arsenalu. Po trzech latach został już jednak wypromowany do pierwszego zespołu. W wieku lat 17 zadebiutował w najwyższej lidze w Anglii w meczu przeciwko Sunderlandowi. Mając niespełna 22 lata został najmłodszym w historii kapitanem zespołu. Opaskę na ramieniu nosił przez kolejnych czternaście lat. Karierę piłkarską zakończył w 2002 roku, przez cały czas będąc wiernym jedynie klubowi z północnego Londynu. Dzięki temu dorobił się pseudonimu „Mr. Arsenal”. Z armatką na piersi zagrał w 668 spotkaniach. Lista jego sukcesów to: Cztery Mistrzostwa Anglii, trzykrotnie zdobyty Puchar tego kraju, cztery Superpuchary, Puchar Zdobywców Pucharów i dwa Puchary Ligi. W roku 1987 zadebiutował w reprezentacji Anglii. W ciągu 13 lat zagrał w niej 66 razy. Był z kadrą narodową na Mundialu w 1998 roku oraz trzy razy na europejskim czempionacie. W ekipie „Synów Albionu” także sprawował funkcję kapitana.
Piłkarskie portfolio Adamsa jest nad wyraz imponujące. Imponująca jest również wierność barwom jednego klubu, rzadko spotykana w obecnych czasach. Ale życie tego fenomenalnego stopera to nie była droga usłana różami. O wiele częściej przypominało drogę przez ciernie. Adams w swojej autobiografii postanowił nam to przybliżyć. Mr. Arsenal opowiada nam o tym, jak jego życie zostało pochłonięte przez dwa uzależnienia. Futbol i alkohol. Na pierwszy rzut oka dwie rzeczy, które nijak nie powinny się łączyć. Sport, hartowanie swojego ciała, dążenie do coraz lepszej dyspozycji fizycznej, samodyscyplina oraz używka, która jest największym wrogiem każdej z wcześniej wymienionych fraz. Jednakże każdy kibic piłki angielskiej (i zresztą nie tylko) wie, że paradoksalnie profesjonalna kariera i hektolitry alkoholu, wlewane przez zawodników do gardeł kilkadziesiąt lat temu nad wyraz często się ze sobą łączyły. Fenomenalnych graczy, którzy wysokoprocentowe płyny cenili bardziej niż trening było w wyspiarskim futbolu na pęczki. Paul Gascoigne, George Best, Robin Friday, Paul Merson … czy też nasz bohater. W dzisiejszych czasach, w których piłkarze czasami przypominają bardziej roboty niż ludzi, taki styl prowadzenia się jest wręcz nie do pomyślenia. Kiedyś futbol był mniej sprofesjonalizowany. Nad piłkarzami nie czuwały całe sztaby ludzi. Lekarzy, dietetyków, psychologów i kogo tylko dany gracz sobie wymarzy. Kiedyś w dążeniu do sukcesu piłkarz zdany był w głównej mierze tylko na siebie. Życiowych pokus było jednak tak samo dużo i o wiele łatwiej było pogubić się w labiryncie dobrych i złych decyzji. Może dlatego piłkarze jakoś bardziej przypominali zwykłych ludzi…
W „Uzależnionym” Adams opowiada o swojej wrodzonej nieśmiałości. O tym jak alkohol dawał mu wytchnienie i pozwalał zrzucić z siebie ciągłą presję. Nie miał ego CR7, żelaznej dyscypliny Lewandowskiego. Picie pozwalało mu uciec w inny świat. Właściwie to stereotypowy przykład nieśmiałej osoby, która problemy otaczającego ją świata stara się topić w kolejnych kuflach piwa. W pewnym momencie zaczyna jednak brakować hamulca. Przychodzenie na kacu na kolejne treningi, pijackie incydenty, bójki w barze. To co stanowiło bezpieczną przystań, w której Adams mógł się zatrzymać i odcinać od całego świata, zaczyna generować kolejne problemy. Aż w końcu po pijaku powoduje wypadek samochodowy, przez który na okres trzech miesięcy trafia do więzienia. To zdarzenie również nie działa na niego reformująco. Pije nadal. Coraz bardziej destrukcyjnie. O jego problemach z alkoholem zaczynają wiedzieć powoli zarówno włodarze Arsenalu jak i kibice. Więcej czasu niż w domu spędza w pobliskim pubie do którego przychodzi praktycznie bezpośrednio po każdym meczu, wrzucając torbę ze sprzętem sportowym za bar a samemu siadając przy stoliku i zamawiając kolejne Ale lub Lagery. I tak aż do uzyskania stanu, w którym zapomina o całym świecie, o otaczających go problemach, ewentualnych porażkach. Czasami tych na piłkarskim boisku ale coraz częściej o tych życiowych. Zresztą jedne z drugimi się łączyły. Upadek ze schodów w jednym z angielskich klubów nocnych, po którym Adamsowi trzeba było założyć 29 szwów czy awantura z kibicami Tottenhamu w którą wdał się wraz z kolegą z drużyny Rayem Parlourem podczas wizyty w Pizza Hut. To obok epizodu w więzieniu chyba najbardziej znane pijackie przygody legendy „Kanonierów”. Jego alkoholizm był tak naprawdę dla opinii publicznej tajemnicą poliszynela. Coraz gorzej układało mu się również z żoną Jane, która zaś zmagała się z uzależnieniem od narkotyków.
Momentem zwrotnym był przegrany półfinał Mistrzostw Europy ’96. Gdy Gareth Southgate zmarnował decydującą o awansie „jedenastkę” w Adamsie przelało to taką szalę goryczy, że poszedł w siedmiotygodniowy cug. Jednakże właśnie to zdarzenie spowodowało, że Adams przejrzał na oczy i w końcu dostrzegł swój problem. Poszedł do terapeuty, zaczął uczęszczać na mityngi AA. Zmienił swoje życie o 180 stopni. Zadbał o własny rozwój. Godziny życia marnowane na chlanie zastąpił wznowieniem edukacji, nauką gry na fortepianie czy też interesowaniem się literaturą i sztuką. Owocem tej przemiany jest również książka „Addicted”. Mr. Arsenal oficjalnie przyznał się do choroby alkoholowej. Wcześniej uczynił to również przed kamerami brytyjskiej telewizji. W 2000 roku założył „Sporting Chance Clinic”. Klinikę uzależnień pomagającą wyjść na prostą sportowcom. Korzystali z niej m.in. Paul Gascoigne czy Joey Barton. Czysty pozostaje do dziś, czyli już ponad 20 lat.
Co do samej książki… Niemal dwie dekady temu, gdy ukazywała się na rynku brytyjskim, została tam przyjęta bardzo dobrze. W końcu ikona wyspiarskiego futbolu wyspowiadała się ze swoich grzechów, opowiedziała swoją mroczną historię i weszła na dobrą drogę. Anglików to zdecydowanie urzekło. Sam osobiście jestem fanem „Kanonierów”, więc tę pozycję pochwyciłem z przyjemnością i nadzieją na kawał dobrej lektury. Lubię zresztą bardzo popularną ostatnimi czasy, szczególnie u nas w kraju tematykę piłkarzy, którzy zmagali się w czasie swojej kariery z uzależnieniami. Czy to od hazardu czy też alkoholu. Wiele osób przesyciło się już tym tematem. Ja mimo wszystko uważam, że o wiele ciekawiej czyta się takie historie aniżeli wymuskane opowieści o ugrzecznionych piłkarzach, kładących się o 22 spać i pijących co najwyżej wodę… i to bez gazu. Całkowicie nie mam parcia na czytanie biografii chociażby Messiego czy CR7. Bo właściwie co takiego przykuwającego uwagę mogą oni napisać w swoich książkach? O wizytach w kriokomorach czy diecie bezglutenowej? Zdecydowanie wolę spędzić czas nad pozycją opowiadającą o niegrzecznych chłopcach futbolu.
Sam „Uzależniony” z pewnością jednak nie zostanie moją ulubioną piłkarską opowieścią. Pewną zależnością u mnie jest, że pozycje napisane w naszym kraju, opowiadające o naszych piłkarzach czyta mi się zdecydowanie lepiej aniżeli opowieści zagraniczne. Nie wiem. Być może jest to spowodowane tym, że książka traci na wartości w momencie przełożenia jej z języka obcego na nasz? Wiadomo, że pewnych zwrotów nie da się idealnie przetłumaczyć na inny język. Tracą one w tym momencie siłę przekazu. Najlepiej więc jest czytać zagraniczne książki w oryginalnej wersji. Aczkolwiek wiadomo, że nie każdy może sobie na to pozwolić. „Uzależniony” momentami przynudzał. Świetne fragmenty mieszały mi się z takimi, gdzie miałem wrażenie, że Adams opowiada je chyba z braku laku. O wiele lepiej czytało się gdy opowiadał o zmaganiach z uzależnieniem niż gdy streszczał suche piłkarskie fakty. Mimo wszystko uważam, że warto sięgnąć po tą książkę nie będąc nawet fanem Arsenalu. Pozycja nie jest jakaś przesadnie długa. Ma niewiele ponad 300 stron. Jak ktoś się uprze, ogranie ją w dwa wieczory. Warto przybliżyć sobie historię jednego z najlepszych stoperów lat 90tych i warto poczytać o tym, że w swoim życiu można wyjść na prostą tkwiąc praktycznie w każdym gównie.
Każdy większy klub, którego początek sięga chociaż kilku dekad wstecz może pochwalić się swoimi piłkarskimi „ikonami”. Piłkarzami, którzy całe swoje piłkarskie życie spędzili dumnie reprezentując tylko jeden, ukochany klub. Gracze, którzy zapewniali swoim zespołom największe sukcesy w ich historii, wznoszący w górę trofea. Długoletni kapitanowie. Chłopacy wychowani w...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2018-09-06
2018-08-23
2018-08-18
Napiszę to po raz kolejny. Lubię książki o piłkarskich wykolejeńcach ! Lubię książki o futbolowych utracjuszach ! Lubię poczytać o boiskowych bad boyach ! Co ciekawego mogłoby być w lekturze autobiografii Cristiano Ronaldo, Leo Messiego i Roberta Lewandowskiego? Przepisy na bezglutenowe sałatki? Opowieść o tym jak chodzą spać o 22? Zostawanie po treningu na dodatkowych ćwiczeniach by być jeszcze lepszym? Nuda! Brutalna prawda jest taka, że najlepiej czyta się lektury o postaciach, które utopiły swoje kariery w wódzie, zamiast treningów wybierały wyrywanie kolejnych panienek w ekskluzywnym klubie i nie gryzły się w język przy wywiadach.
Muszę na początku zaznaczyć. Arek Onyszko nie jest Janczykiem czy Iwanem. Nie jest nawet Kowalczykiem. Nigdy nie miał poważnych problemów z używkami. Jest trochę innym typem boiskowego wariata. Jemu nie były potrzebne „dopalacze”, wystarczył jego cięty język. Życie komplikował sobie tylko tym, że w wywiadach potrafił powiedzieć o kilka słów za dużo. Zwłaszcza, że mieszkał przez wiele lat w Danii. Kraju, który słynie z politycznej poprawności. Nie kończył przedwcześnie kariery, nie zmarnował raczej talentu. Grał do 36 roku życia, cały czas znajdował się w dobrej dyspozycji i pewnie bronił by dłużej, gdyby nie choroba nerek. W Polsce przez wiele lat był niedoceniany. Pewnie dlatego, że grał w lidze duńskiej, która jawi się przeciętnemu polskiemu kibicowi jako pewnego rodzaju egzotyka. A przynajmniej było tak 10 lat temu. Obecnie jako egzotyka nie może nam się mienić nawet Luksemburg. Ale to temat na osobny artykuł. Onyszko wyrobił sobie w Danii bardzo dobrą opinię – jako bramkarz – był wybierany najlepszym golkiperem tej ligi. W kraju nad Wisłą częściej mówiono o nim z powodu skandali jakie wywoływał za granicą. Kulminacją tej historii był moment w którym Onyszko wydał w kraju Hamleta swoją autobiografię. Nazwał ją „Fucking Polak”. Książka z miejsca stała się bestsellerem. Jednakże samemu bramkarzowi przysporzyła więcej problemów aniżeli powodów do zadowolenia. Powód? Jak zawsze ten sam – kontrowersyjne wypowiedzi golkipera. Onyszko negatywnie wypowiedział się na temat homoseksualistów, nazwał duńskie dziennikarki sportowe „głupimi blondynkami”, powiedział, że słynni duńscy sportowycy – Peter Schmeichel i Caroline Wozniacki mają polskie korzenie i Duńczycy nie powinni przywłaszczać sobie ich sukcesów a także wypowiedział się pozytywnie na temat gangu motocyklowego „Hell’s Angels”. Te wypowiedzi były skutecznym wabikiem by przyciągnąć czytelników. Niestety okazały się także powodem wyrzucenia Onyszki z FC Midtjylland. W Danii przyklejono mu łatkę homofoba (bo oczywiście wypowiedź na temat gejów okazała sie dla Duńczyków najbardziej kontrowersyjna). Rok 2009 w ogóle nie był zbyt udany (mówiąc eufemistycznie) dla Polaka. Kilka miesięcy wcześniej został skazany za pobicie swojej byłej żony. Była to też przyczyna z powodu której, Onyszko w końcu zaistniał w naszym kraju. Lata dobrej gry nie wystarczyły. Trzeba było pobić żonę i obrazić kilka osób.
„Fucking Polak” przez dłuższy czas była dostępna jedynie w Danii. Dopiero dwa lata temu, przy udziale dziennikarki „Przeglądu Sportowego” – Izy Koprowiak – pozycja ukazała się także na polskim rynku. Wiedziałem, że ta książka może okazać się magnetyzującą lekturą. Mimo to, mnogość książek, które czekały w kolejce do przeczytania, sprawiła, że sięgnąłem po autobiografię Arka dopiero jakiś czas temu. Czy zaspokoiła moją potrzebę nasycenia się kulisami szatni, skandalizującymi wypowiedziami i mocnymi historyjkami? W pewnym sensie tak. Nie jest to mdła opowiastka ugrzecznionej gwiazdeczki, która poprzez wydanie książki chciała wzbogacić się PR-owo. Nie jest to jednak jakiś mega sztos, który rzucił mnie na kolana. Czytałem pozycje ciekawsze, bardziej wstrząsające. Rozumiem, że w Danii, która hoduje społeczeństwo odpowiadające standardom zachodniej Europy ta książka mogła wywołać skandal. Na polskie warunki? Eeee… jest średnio. Daleko tej książce do pozycji pisanych przez Krzysztofa Stanowskiego. Nie jest tak wstrząsająca jak – będący dla mnie pozycją kultową – „Spalony” Andrzeja Iwana. Nie ma tam tylu ciekawostek i anegdot jak w książce Grzegorza Szamotulskiego. Nie przytłacza jak „Zasypany”. Myślę, że można było wyciągnąć z niej więcej. Oczywiście skłamałbym, mówiąc, że nie da się z niej wyłowić wielu interesujących fragmentów ale… po tym, jak ta książka została owiana legendą gdy zszokowała całą Danię, liczyłem na prawdziwą bombę. Mamy co najwyżej solidną petardę.
Przede wszystkim, jeśli Onyszko chciał ocieplić tą pozycją swój wizerunek, to wyszło mu to naprawdę przeciętnie. Moje subiektywne odczucia po lekturze? Tak gdybym miał oceniać Arka jako człowieka na podstawie jedynie tego, co wyciągnąłem z „Fucking Polak. Nowe życie”? No nie kupił mnie. Po raz pierwszy opisał sprawę pobicia swojej żony, przyznał, że ją spoliczkował. Powód? Żona była na całonocnej imprezie. Byli wówczas w separacji. Onyszko tłumaczy się, że zrobił to z tego powodu, że zostawiła dzieci na noc same w domu. Synowie państwa Onyszko mieli jednak wówczas … 16 i 11 lat? Jakoś w tych okolicach. No nie były to w każdym bądź razie małe dzieci. Nie wydaje mi się, by był to powód do bicia kobiety. O ile istnieje jakikolwiek powód, który może sprowokować faceta do tak haniebnego czynu. Oczywiście bramkarz kaja się w książce za to co zrobił, ale zawsze musi dodać jakieś usprawiedliwienie. W ogóle książka pokazuje Arka, jako osobę bardzo impulsywną. Częste sprzeczki z kolegami z drużyny, wszczynanie kłótni chociażby z powodu niedostatecznego przykładania się do treningów przez kumpli z klubu (oczywiście w odczuciu golkipera). Kłótni, które często przechodziły w rękoczyny. Jednocześnie każdy rozdział poprzedzony jest fotosami Arka. Na kilu z nich golkiper pozuje z różańcem w ręku. Na ramieniu Arka widnieje tatuaż, przedstawiający postać Matki Boskiej, która ukazała się w wizji Św. Katarzynie Laboure. W ogóle temat głębokiej wiary piłkarza przewija się przez książkę kilkukrotnie. W moim subiektywnym odczuciu, gryzie się to niesamowicie z wybuchowym charakterem Onyszki, skorym do bijatyk i wyjaśniania problemów za pomocą argumentu siły. Idealny przykład człowieka, który może posłużyć za wzór katolika-hipokryty, wszelkim lewicowym postaciom, które lubia wyciągać takie przykłady. Głęboko wierzący katolik, który bije byłą żonę i non-stop popada w konflikty z innymi ludźmi. Taki obraz wyłania się z kart tej autobiografii.
Wypowiedzi o gejach akurat mnie w żaden sposób nie gryzą. Każdy ma prawo do wypowiedzenia własnego zdania. Tutaj dziwnym by było, gdyby katolik akceptował te zaburzenia. Bardziej można oburzać się na zachowanie Duńczyków – narodu, który chce mienić się tolerancyjnym a mści się na człowieku, który wyraża jedynie swój pogląd. No ale w dzisiejszych czasach takie praktyki nie dziwią. Wiadomo, że jest tylko jedna, akceptowalna droga dla mainstreamu. Możesz wyrażać swoje ideały o ile zgadzają się one z tym, co pozwalamy głosić. Onyszko w ogóle przedstawia Danię jako kraj, który ma do granic możliwości rozpasany socjal, wysokie podatki, ludzie nie są tam zbyt pracowici, kobiety w większości mają głowy wyprane feministycznymi głupotami a weekend to czas wszechobecnej alkoholizacji i rozpasania obyczajowego. Czy tak jest? Nie wiem, nigdy nie byłem w Danii. W każdej historii zapewne znajduje się ziarenko prawdy. Aczkolwiek nie dziwi mnie niechęć Duńczyków do Onyszki, jeżeli ten przedstawia w takim świetle państwo, które przez wiele lat dawało mu zarobić na chleb. Nie wiem czy w pierwotnej wersji tej książki, Onyszko równie otwarcie krytykował kraj Hamleta, jeśli tak to Duńczycy mieli pełne prawo nie polubić golkipera i mieć mu kilka wypowiedzi za złe.
Zarabianie na chleb. System podatkowy w Danii podobno jest tak skonstruowany, że ciężko byłoby odłożyć na godziwą starość. Tak utrzymuje nasz bohater. Przyznaje jednak przy tym, że nigdy nie kalkulował i kupował zawsze to na co miał ochotę. Drogi zegarek z certyfikatem? No problem. Gdy w końcu Arka dopadł dramat w postaci niewydolności nerek, która zakończyła jego karierę, ten po jakimś czasie zmagał się z problemami finansowymi. Sądzę mimo wszystko, że prawie 20 lat profesjonalnej kariery, powinno pozwolić na odłożenie godziwej sumy na koncie. Gdyby nie przykra choroba to ile czasu zostałoby Onyszce? Miał 37 lat, gdy zmianiał Odrę Wodzisław na Polonię Warszawa. Ile by jeszcze pobronił? 2-3 sezony? Mimo wszystko koniec kariery byłby momentem, gdzie trzebaby było rozejrzeć się za nowym źródłem zarobku. Wiele pieniędzy pochłonęła choroba, procesy sądowe z byłą żoną. Arek nie był jednak wzorem piłkarza jeśli chodzi o prowadzenie swoich finansów.
Ostatecznie choroba Onyszki miała swój happy end – o ile możemy w tym przypadku mówić o jakimkolwiek happy endzie – znalazł się dawca, nie trzeba było spędzać połowy życia na dializach. Arek jest czasami zapraszany do studia tv jako ekspert, zrobił uprawnienia trenerskie. Pordził sobie samemu ze swoim skomplikowanym życiem. Nie skończył gdzieś na bruku jak wielu jego kolegów po fachu. Nasuwa się jednak pytanie. Na ile silny charakter Onyszki pozwolił mu wyjść na prostą a na ile wpędził go w wiele prblemów życiowych? Z lektury „Fucking Polak. Nowe życie” wyłania mi się obraz gościa, którego nie złamie byle kryzys, nie złamie ciężka choroba ale też gościa, który większość swoich życiowych problemów generuje sam. Nie liczę choroby. Cenię go za silny charakter, wiarę w ideały i swoje zdanie, którego nic nie zmieni. Z drugiej strony razi mnie łatwość denerwowania się, która potrafi go pchnąć do tak haniebnych czynów jak przemoc wobec kobiety. Sytuacja ta spowodowała brak kontaktów z synami, którzy stanęli po stronie matki. Onyszko jest prostym facetem, który wali prosto z mostu. Jego poglądy z pewnością nie spodobają się wielu osobom. Kontrowersje wokół jego osby, jego religijność. Potrafi skrytykować także Polaków i zarzucić im brak stylu, jeśli chodzi o modę. Nie jest postacią, którą pokochają wszyscy dookoła. Trzeba wyrobić sobie własne zdanie. Moje nie jest do końca pozytywne. Zaznaczam jednak, że Onyszki nie znam osobiście i kieruję się jedynie tym, co podsuwa mi książka.
Sama książka podzielona jest na 37, krótkich rozdziałów. Ma trochę ponad 300 stron. Myślę, że da się ją bez problemu skończyć w góra 2-3 wieczory. Wydało ją wydawnictwo SQN. Tak jak napisałem wcześniej – uważam, że można było z niej wycisnąć więcej. Mogła być czymś w rodzaju opowieści Andrzeja Iwana. Połączeniem naprawdę pokręconego życiorysu, który wiele razy chwyta za serce z masą weselszych anegdot, przedstawiających kulisy szatni. Z całą moją sympatią dla pani Izy Koprowiak, stwierdzam, że gdyby współautorem był tutaj Krzysztof Stanowski to ta książka miałaby szansę stać się jeszcze lepsza. A tak? Pozostaj bardzo solidna.
Napiszę to po raz kolejny. Lubię książki o piłkarskich wykolejeńcach ! Lubię książki o futbolowych utracjuszach ! Lubię poczytać o boiskowych bad boyach ! Co ciekawego mogłoby być w lekturze autobiografii Cristiano Ronaldo, Leo Messiego i Roberta Lewandowskiego? Przepisy na bezglutenowe sałatki? Opowieść o tym jak chodzą spać o 22? Zostawanie po treningu na dodatkowych...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2018-08-05
2018-05-28
Wielkie uznanie dla pana Grzędowicza za budowę tak wielkiego świata jak Midgaard. Nie jest to może Westeros czy Śródziemie, ale wielki szacunek dla każdego pisarza, który jest w stanie wykreować tak ciekawą planetę. Co do samej powieści, to czyta się ją całkiem strawnie. Są momenty gdy przynudza, są chwile gdy muszę chwytać za słownik i sprawdzać znaczenie zwrotów używanych przez autora (być może to źle świadczy akurat o mnie) i nie do końca pasuje mi ilość tych surrealistycznych stworów, które na swym garbie nosi planeta Midgaard. Gdyby ta powieść została zekranizowana to nie wiem czy zdecydowałbm się na seans, bo ilość odpychających, oślizłych stworzeń paradujących na kartach powieści jest olbrzymia. Jako film czy serial to raczej obok fantasy czy SF moglibyśmy zakwalifikować ten obraz również do kategorii film grozy/horror.
Wielkie uznanie dla pana Grzędowicza za budowę tak wielkiego świata jak Midgaard. Nie jest to może Westeros czy Śródziemie, ale wielki szacunek dla każdego pisarza, który jest w stanie wykreować tak ciekawą planetę. Co do samej powieści, to czyta się ją całkiem strawnie. Są momenty gdy przynudza, są chwile gdy muszę chwytać za słownik i sprawdzać znaczenie zwrotów używanych...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Nie jest to książka, w której przeczytamy o osobach z pierwszych stron gazet. Co więcej, nie jest ona napisana stricte o futbolu – stanowi on jedynie tło historii bohaterów. Piłka nożna dla wielu stała się jednak nadzieją – na lepsze życie, na zmiany w kraju
https://futbolowarebelia.wordpress.com/2024/11/28/recenzja-ksiazki-nadzieja-fc-futbol-ludzie-polityka/
Nie jest to książka, w której przeczytamy o osobach z pierwszych stron gazet. Co więcej, nie jest ona napisana stricte o futbolu – stanowi on jedynie tło historii bohaterów. Piłka nożna dla wielu stała się jednak nadzieją – na lepsze życie, na zmiany w kraju
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo tohttps://futbolowarebelia.wordpress.com/2024/11/28/recenzja-ksiazki-nadzieja-fc-futbol-ludzie-polityka/