Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/rozmowy/12162/halina-wraca-z-gor-wywiad-z-anna-kaminska

Halina wraca z gór – wywiad z Anną Kamińską

7 wartościowy tekst

Halina Krüger-Syrokomska wreszcie wyłania się z cienia Wandy Rutkiewicz – o której traktowała poprzednia, bestsellerowa książka Anny Kamińskiej – by tym jaśniej po latach zapomnienia rozbłysnąć barwami swojej legendy. Była liderką w środowisku wspinaczek, ale poza górami też potrafiła czerpać z życia, co jest nie mniej cenną częścią biografii, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Grzegorz Przepiórka: „To jest książka, którą bardzo chciałam napisać po «Wandzie»” – tak brzmi jeden z twoich komentarzy na Facebooku. Dlaczego taką książkę, o takiej bohaterce i akurat w określonym momencie, potrzebowałaś napisać?

Anna Kamińska: Historia Wandy Rutkiewicz to opowieść o samotności i o kobiecie gór, która na dole, po zejściu ze szczytów, nie potrafiła budować głębokich relacji z ludźmi i w pełni cieszyć się życiem. Musiała uciekać w góry, wchodzić w strefę śmierci i nieustannie się z czymś mierzyć. Mimo wspaniałych osiągnięć nie mogła zaznać spokoju. Tym razem chciałam opowiedzieć o kobiecie, która też kochała góry, ale nie miała na ich punkcie fiksacji i potrafiła czerpać z życia pełnymi garściami. Historia Haliny to opowieść o radości.

Ale przecież historia Haliny też nie ma happy endu…

Zgadza się, ale to tylko niefortunny finał na K2. Historia Haliny, która była w czepku urodzona, to wspaniała opowieść o tym, jak zmieniać nieszczęście w szczęście, jak los może być dla nas także łaskawy i jak z radością przejść przez życie. A jeśli ktoś ma do tego temperament, błysk w oku, ten nerw, który sprawia, że chce się wyciskać z życia co się da, taki szwung lub coś, co określilibyśmy jako elan vital, i jeszcze pasję… i przekonanie, by robić to, co się kocha, to nie ma lepszej recepty na ciekawe życie. Halina realizowała się w górach, ale też w pracy, którą uwielbiała, czy w domu, jako matka. W porównaniu z bohaterką mojej poprzedniej książki – Wandą – zdecydowanie dążyła do harmonii. I chciała realizować się w pełni, a przynajmniej próbowała to robić w swoim krótkim, ale bardzo intensywnym, gorącym, takim mocnym życiu, przeżywanym w duchu gór.

Czy to była „miłość od pierwszego wejrzenia” do bohaterki, czy raczej pomysł, by napisać tę książkę potrzebował czasu, żeby wykiełkować?

Na Halinę natknęłam się, zbierając materiały do „Wandy”, co było nie do uniknięcia, gdyż wspominał o niej każdy mój rozmówca. Kobiet ówcześnie w środowisku górskim było niewiele, dlatego nie sposób było opowiadać o wyprawach Wandy, nie mówiąc o Halinie. Tym bardziej że one wspólnie przechodziły różne drogi i zdobywały razem szczyty, a przy okazji się kłóciły, bowiem z damskiego grona alpinistek tamtych czasów miały w sobie najwięcej charyzmy. Z tych rozmów przy okazji pracy nad „Wandą” już wyłaniał się obraz Haliny – kobiety legendy, osoby przyciągającej do siebie ludzi jak magnes, a jednocześnie kobiety z pazurem. Z jednej strony zawsze otwarta, by pomóc innym, z drugiej zamknięta na tych mniej błyskotliwych niż ona. Z jednej strony budząca respekt, choćby za sprawą ciętego języka i rzucanych publicznie ripost, a z drugiej wzbudzająca dystans za sprawą języka pełnego wulgaryzmów, a wręcz niechęć, bo, cytując jednego z moich rozmówców: „Co to za dziewucha, która tak klnie?!”. Halina od początku była dla mnie ciekawa, bo nieprzewidywalna, ekscentryczna, z fajką w dłoni, była takim kolorowym ptakiem i jeszcze z sukcesami w górach.

Próbowałaś się, mimo wszystko, utwierdzić w przekonaniu, że to właściwy kierunek? Nie rzuca się chyba po pierwszej fascynacji na temat, który wymaga wiele pracy i zabierze mnóstwo czasu. Z inną sytuacją miałaś do czynienia w przypadku Wandy Rutkiewicz, której nazwisko było rozpoznawalne w momencie, kiedy zabierałaś się za pisanie. Halinę większość czytelników pozna dopiero dzięki Annie Kamińskiej.

Tak, zorientowałam się dość szybko, że mam do czynienia z ciekawą historią, także rodzinną Haliny, i z nieodkrytą postacią. Ale wiesz – akurat to, że Halina jest powszechnie nieznana, tylko rozbudziło mój apetyt. Utwierdzałam się też oczywiście w przekonaniu, że dobrze robię, pewnie. Pytałam na przykład innych ludzi, czy warto dzisiaj pisać o Halinie, a jeśli tak, to dlaczego. Jedną z takich osób był profesor Andrzej Paczkowski, który wymienił kilka powodów. Pamiętam dwa z nich: po pierwsze warto, bo od niej zaczął się alpinizm kobiecy, była pionierką, o której warto przywrócić pamięć, bo ma swoje miejsce w historii. I po drugie: była filarem środowiska – kimś, kto ma doświadczenie, wiedzę, do kogo idzie się po radę i pomoc, kto był swego czasu niesamowitym motorem napędowym wielu wypraw w góry.

To ten sam profesor Paczkowski, który też chodził w góry i to w tym samym czasie, co Halina. Po co wtedy, po wojnie, chodziło się w góry?

Po przygodę! Wspinaczka i góry to była wielka pasja tych ludzi, ale w góry chodziło się też dla towarzystwa i po to, po co zawsze chodzi się w góry, czyli by być bliżej nieba. Po przeżycie, po piegi na nosie, po zadrapania na rękach, po oddech, po wolność. W górach można było swobodnie porozmawiać o książkach, które były wtedy na indeksie, śpiewać piosenki ułańskie albo Wysockiego czy Okudżawę, recytować dowolne wiersze i wznosić jakie się chce toasty. A towarzystwo było doborowe – prawie wszyscy ludzie wspinający się po wojnie to intelektualiści. Dzisiaj wielu z nich jest profesorami. Liczyło się więc poczucie wspólnoty, braterstwo liny i przebywanie wśród ludzi o podobnych temperamentach. To było towarzystwo ludzi kochających autonomię, mających za sobą traumatyczne doświadczenia wojny, a jednocześnie potrafiących cieszyć się chwilą i po tych trudnych przeżyciach wojny chcących mocno doświadczać teraz w górach życia.

„Halina. Dzisiaj takich kobiet już nie ma” – tak brzmi pełny tytuł twojej książki. Halina Krüger-Syrokomska była barwną postacią za życia. Na czym jednak polega jej wyjątkowość z dzisiejszej perspektywy?

Jest prekursorką. Tak jak każda moja bohaterka wyprzedziła swoje czasy, bo potrafiła przełamać schemat i nadać swojemu życiu sens. Halina inicjowała w górach przechodzenie przez kobiety dróg, które wcześniej w zespołach żeńskich nie były realizowane. Wszystkie moje bohaterki takie są: Wanda, Halina i Simona. Piszę o tym, by pokazać, że tylko niebanalne osoby, które mają wielką charyzmę, odwagę i wyobraźnię, a do tego przekorę, ogień i żar w oczach, są w stanie zaproponować nam coś nowego i pchnąć ten świat naprzód, robiąc przy okazji coś dobrego. Tak jak Simona – mogą obronić słabszych; tak jak Halina – mogą udowadniać, że drogi i szczyty są też dla kobiet, otwierając dla nich góry; czy tak jak Wanda – mogą pokazywać, że kobiety są w stanie osiągać w górach nawet więcej niż mężczyźni, dodając innym kobietom odwagi, by nie bały się żadnych wyzwań i zmieniały świat na swój indywidualny sposób.

W przypadku „Wandy” jednym z pytań, na które poszukiwałaś odpowiedzi, było dlaczego Rutkiewicz szła w góry po trupach. Czy było podobne pytanie wabik w przypadku Haliny? Co cię najbardziej nurtowało w jej historii?

Zadawałam sobie pytanie, dlaczego to akurat Halinie zależało na tym, by wspinać się drogami, których wcześniej kobiety nie przeszły, i co czyniło ją skuteczną. Myślę tu między innymi o owianej od międzywojnia złą sławą południowej ścianie Zamarłej Turni, od której przejścia zaczęło się poszerzanie horyzontu w kobiecym taternictwie. Tak samo nurtowało mnie, dlaczego to Halina stanęła jako pierwsza Europejka na ośmiotysięczniku i z jakiego powodu dzisiaj o tym głośno nie mówimy. Co ją ukształtowało jako liderkę w środowisku himalaistów i skąd brała moc. Odpowiedzi znajdowałam oczywiście nie w górach, tylko czytając jej listy, badając jej losy, także te niezwykłe rodzinne, pytając ludzi, którzy ją znali, czyli generalnie „śledząc” jej życie.

Skąd wynikała popularność jednej i pozostawanie w cieniu drugiej? Dlaczego nazwisko Rutkiewicz przynajmniej obiło się o uszy tak wielu osobom, a Krüger-Syrokomska, pomimo niewątpliwych sukcesów, pozostała nieznana na szerszą skalę?

Wanda jako himalaistka dorastała, rozwijała się i dojrzewała u boku charyzmatycznej Haliny. Jej sukces medialny wziął się między innymi z tego, że już na początku lat 70. podpatrzyła u Reinholda Messnera, że warto budować swoją legendę. On opowiadał, że żyje z prelekcji, z tego, że pisze książki i pokazuje się w mediach, że pracuje na miano ikony himalaizmu. Wanda zaczęła potem myśleć podobnie o górach, była pierwszą osobą w Polsce, która chciała uprofesjonalizować alpinizm. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że świadomie inwestowała we własny PR. Chodziła do telewizji, dbała o swój wizerunek, chętnie przyjmowała w domu dziennikarzy, za jej życia pisano o niej książki. Halina była daleka od podobnych zabiegów i jak wielu ludzi z jej pokolenia w środowisku patrzyła na autopromocję z niesmakiem. Jest takie powiedzenie w tym środowisku, zaczerpnięte od jednego wspinacza, że „sława to kur…” i takie było też podejście Haliny. Nie chciała żyć z gór ani sprzedawać swoich sukcesów w mediach, by móc żyć z gór. A po tym, gdy została na zawsze w górach, nikt nie opisał jej historii. Bardzo długo myślała o tym córka, ale do tego nie doszło. Tak więc jest wiele powodów tego, że Halina pozostawała w cieniu, a teraz może wróci do nas z gór.

Mamy dzisiaj do czynienia z koniunkturą na książki o ludziach zdobywających szczyty. Jakie jest twoim zdaniem wytłumaczenie tego fenomenu?

Posłużę się przykładem ze świata muzyki, żebyśmy nie zamknęli się tylko w świecie gór. Kiedyś, gdy na scenę wychodziła Kora, to było wiadomo, że ta scena należy do niej i że ona ma coś do powiedzenia nie tylko na temat muzyki, ale i kultury, literatury, polityki czy w ogóle świata. Chciało się jej słuchać, patrzeć na nią i od niej czerpać, bo czuło się, że to jest ktoś, kto ma moc. Dzisiaj w polskiej rzeczywistości cierpimy na deficyt takich osób. W przestrzeni publicznej, nie mówiąc o polityce i tym żenującym poziomie reprezentujących nas ludzi, mamy wyraźny brak wielkich postaci. Nie ma takich ludzi, którzy chcą rezygnować z własnej wygody i dokonywać wielkich rzeczy i potrafią przy tym bez kompleksów pokonywać własne ograniczenia, będąc w pełnej gotowości, by podjąć wyzwanie. A w środowisku gór było i wciąż jest sporo silnych indywidualności, ludzi, którzy odznaczają się nie tylko charyzmą, intelektem, zaradnością, ale również oprócz tego wytrwałością czy skutecznością. Myślę, że my zawsze potrzebujemy bohaterów. Jeśli ich nie znajdujemy na wyciągnięcie ręki, to szukamy tam, gdzie są ludzie, którzy reprezentują interesujący nas poziom, aspirują do niego czy też w jakimś sensie wychodzą naprzeciw naszym wyobrażeniom.

To jest odpowiedź na deficyt o charakterze społecznym, brak liderów, którym można zaufać. A jakie potrzeby indywidualne zaspokajają te książki?

To, by zaglądać do domu, do plecaka, ale też do serca i do duszy himalaistów, wynika pewnie z tego, że chcemy się dowiedzieć, co ich ukształtowało, co ich niesie i pcha do tego, by przesuwać horyzonty. To jest generalnie pytanie do czytelników. Ja mogę mówić tylko o tych osobach, które do mnie piszą, że na przykład „Wanda” dodaje im sił: w chorobie, w kryzysie, w zmaganiach w jakiejś indywidualnej życiowej bitwie.

Chodziłaś podobno po strychach himalaistów, zbierając materiały do książki „Wanda”. Ile razy musiałaś się wspiąć na poddasze jednego czy drugiego alpinisty, by napisać książkę o Halinie?

Uwielbiam wchodzić na strychy, brana za rękę przez swoich rozmówców, którzy pokazują zgromadzone na nich stare zdjęcia, listy, pocztówki i plakaty, ale tym razem nie było ku temu zbyt wielu okazji, a w sumie i potrzeby. Córka i mąż Haliny – Marianna Syrokomska-Kantecka i Janusz Syrokomski – zrobili mi ogromny prezent, przekazując dwie ogromne paczki z archiwum Haliny, w których były listy i zdjęcia. Dużo radości dało mi również to, że Marianna zaprosiła mnie do mieszkania, w którym wcześniej mieszkała jej mama, i pokazała jej książki, figurki słoni czy meble, które Halina przywoziła z wypraw w góry. Nie chodziłam po strychach, ale po archiwach. I to ze znalezionych w nich drobiazgów budowałam na przykład początek tej książki. Pracowałam też w oparciu o zdjęcia, próbując wyczytać z nich, ile się da. Miałam więc do czynienia z innym rodzajem pracy niż słuchanie gawęd Simony czy przeglądanie materiałów filmowych o Wandzie. I dobrze! Nie ma nudy. Każda praca jest inna, tak jak każda książka.

Z jakimi jeszcze wyzwaniami tym razem musiałaś się zmierzyć?

Na początku na pewno z własnymi demonami. Zbierając materiały do „Haliny”, chciałam rozmawiać z osobami, z którymi wcześniej współpracowałam, przygotowując „Wandę”. Niepokoje dotyczyły więc tego, jak poprzednia książka została przyjęta, a dokładnie odebrana przez środowisko, i czy ludzie gór nadal będą chcieli ze mną rozmawiać. I czy na przykład, choćby niechcący, nie nadużyłam czyjegoś zaufania, nie sprawiłam komuś przykrości, nie napisałam o czymś mało subtelnie, niedelikatnie czy za szeroko, i nie wsadziłam komuś noża w serce. Okazało się jednak, że nie, i mogę nadal w tym środowisku pracować. Trudnością okazała się zaś specyfika pokolenia Haliny, o czym już wspomniałam, które raczej nie było skłonne uzewnętrzniać się, opowiadać o swoich przeżyciach w górach czy zwykłych przygodach po drodze, przeżywanych także z Haliną.

Powiedziałaś „na początku”. A na końcu?

W książce piszę o rzeczach, o których nie wiedzieli bliscy Haliny, a o których nie można było nie napisać, tworząc jej historię, bo wpisały się one mocno w jej życiorys i miały wpływ na jej los. To się wiąże z osobnością dwóch światów: tego w górach i tego na dole. Nie o wszystkim wiedziała rodzina, co jest zresztą naturalne, zawsze człowiek pozostaje nawet dla swoich bliskich nieodgadniony. Nigdy nie poznajemy nikogo do końca, znamy tylko swoje „fragmenty”. Albert Camus powiedział kiedyś, że trzeba byłoby postawić przed kimś kamerę, by rejestrowała czyjeś życie dzień po dniu i wtedy może poznalibyśmy je w całości, a tak znamy się tylko po kawałku. Tak więc czułam się zobowiązana do tego, by rodzina Haliny dowiedziała się o tych nieznanych kawałkach najpierw ode mnie, a nie z książki. To nie jest proste przynosić rodzinie różne wieści, ja miałam przynajmniej tremę i to było dla mnie odrobinę surrealistyczne, ale nie wyobrażałam sobie, by nie zachować się fair.

Bohaterkami trzech twoich książek są kobiety, co więcej, walczące o swoje w męskim środowisku. Czy płeć jako kategoria materiału pisarskiego ma dla ciebie znaczenie? I jak postrzegasz swoje książki w kontekście literatury feministycznej?

Wiesz, ja nigdy nie byłam osobą, która miała przymus wpisywania się w jakiś nurt czy uprawiania określonego gatunku, wręcz przeciwnie – nie mam takich ciągot, by wkładano mnie do jakiejś z szuflad z napisem „herstory” czy w jakiś garnitur szyty na feministyczną miarę. Feminizm jest mi absolutnie bliski, to są moje poglądy, jestem po tej stronie mocy, ale to nie jest główna siła, która motywuje mnie do pracy. To nie z tego wynikają te opisywane przeze mnie historie. Kobiety, o których piszę, żyły w dzikiej przyrodzie i jedynie kategoria, że jestem autorką od kobiet „żyjących za górami, za lasami…”, jak to się podobno mówi, jest dla mnie OK. (śmiech) To oczywiście taka odpowiedź pół żartem, pół serio – bo tak jak mówię: nie dam się zamknąć w żadnej szufladzie. Nie zgadzam się! (śmiech)

A jak widzisz swoją rolę poza nurtami?

Widzę swoją rolę w pływaniu pod prąd. (śmiech) Sens, esencja, wyzwanie i cała przyjemność tej pracy polegają na tym, że jako autorka wchodzę w nowe środowiska i opisuję to, co nieznane, ucząc się i pokonując kolejne przeszkody po drodze. Na przykład dzięki Simonie poznałam świat przyrodników, o których nie wiedziałam nic, a dzięki Wandzie weszłam w środowisko himalaistów, nie znając wcześniej żadnego himalaisty. Tak więc widzę swoją rolę we wchodzeniu w nowe światy i nierozpoznane rejony i w przekraczaniu granic, bardzo często swoich lęków, słabości, wad i innych rzeczy w sobie, i w zdobywaniu wiedzy o tym, czego nie znam, a próbuję zrozumieć, opisywać to świeżym okiem. W tym przekraczaniu siebie i zdobywaniu nowych doświadczeń z entuzjazmem, otwartością i gotowością do ciężkiej pracy widzę swoją rolę. To jest zresztą ogromnie podobne – ta nasza praca reporterska i przekraczanie słabości, z pokorą, ale też z przekorą i szczyptą bezczelności – do tego, co robią w górach alpiniści. W naszych żyłach płynie, w jakimś sensie, podobna krew.


Pokaż wszystkie rozmowy
Komentarze
Autor:  Grzegorz |  wypowiedzi: 5  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 204
Grzegorz
06-06-2019 18:33
Zapraszam do dyskusji.
książek: 89
Logan
09-06-2019 11:18
Cóż, przyznaję że trafiłem tu dość przypadkowo, gdyż nie znam żadnej z wymienionych książek, ani samej autorki. Jednak skoro już tu zajrzałem, to nie omieszkałem przeczytać ;)

Wywiad był bardzo interesujący. Zawsze mnie ciekawi, w jaki sposób autorzy zbierają materiały. Rzadko kiedy znają temat swoich dzieł od A do Z, by nie musieć nieco wiedzy zaczerpnąć z innych źródeł. Oczywiście to i tak...
Cóż, przyznaję że trafiłem tu dość przypadkowo, gdyż nie znam żadnej z wymienionych książek, ani samej autorki. Jednak skoro już tu zajrzałem, to nie omieszkałem przeczytać ;)

Wywiad był bardzo interesujący. Zawsze mnie ciekawi, w jaki sposób autorzy zbierają materiały. Rzadko kiedy znają temat swoich dzieł od A do Z, by nie musieć nieco wiedzy zaczerpnąć z innych źródeł. Oczywiście to i tak było bardzo ogólne, zapewne o zbieraniu potrzebnych danych możnaby napisać osobną książkę.

Co do samej książki "Haliny", jak już wspomniałem nie znam twórczości autorki, jednak ten wywiad był dość zachęcający. Jest wiele tytułów, na które na pewno postawię wcześniej, gdyż po prostu od dawna czekają w kolejce, jednak jeśli będę miał okazję, na pewno chętnie przeczytam. Uwielbiam ludzi z pasją, którzy kochają coś robić, którzy potrafią odpłynąć jakby spełniali swoje marzenia, uczestnicząc w danej pasji. Nie ważne czy to wspinaczka, zbieranie znaczków czy gra na gitarze. Ważny jest ten błysk w oku, to zapomnienie o wszystkich wokół. A ten wywiad sprawia, iż takie właśnie mam przeczucie co do twórczości p. Anny Kamińskiej.
pokaż więcej
książek: 204
Grzegorz
09-06-2019 23:33
Dziękuję za lekturę rozmowy, pozytywną opinię i życzę dużo więcej takich przypadkowych odwiedzin :)

Zbieranie materiałów przez autorów to temat rzeka. Wiele zależy oczywiście od tego, z jakim rodzajem książki mamy do czynienia.

Na koniec gratuluję spostrzeżenia, gdyż Anna Kamińska faktycznie równa się opowiadanie i pisanie z ogromną pasją. Gorąco zachęcam do lektury. Kto wie, czy nie...
Dziękuję za lekturę rozmowy, pozytywną opinię i życzę dużo więcej takich przypadkowych odwiedzin :)

Zbieranie materiałów przez autorów to temat rzeka. Wiele zależy oczywiście od tego, z jakim rodzajem książki mamy do czynienia.

Na koniec gratuluję spostrzeżenia, gdyż Anna Kamińska faktycznie równa się opowiadanie i pisanie z ogromną pasją. Gorąco zachęcam do lektury. Kto wie, czy nie warto nawet dokonać przetasowań na liście tytułów :)
pokaż więcej
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 475
addam23
10-06-2019 08:12
Świetnie! Czytając książki Anny Kamińskiej zawsze zachodzę w głowę: co mnie to wszystko obchodzi? Dlaczego nie mogę oderwać się od tych historii?
I nie znam odpowiedzi na to pytanie. Dlaczego historie prostych ludzi z Białowieży pasjonowały mnie bardziej niż 'skandynawskie kryminały'? Dlaczego "Wanda" jest moją ulubioną biografią?
Nie mam pojęcia :) A książkę już zamawiam
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Pogrzebani

CSI: Kryminalne zagadki Lincolna Rhyme – sezon 13… Tak z przymrużeniem oka można by powiedzieć o książce „Pogrzebani”. Nie piszę tego z jakimś przesad...

zgłoś błąd zgłoś błąd