-
Artykuły
„Kawa z Mistrzem Zbrodni” – wygraj spotkanie z Wojciechem Chmielarzem z okazji Światowego Dnia Książki
LubimyCzytać0 -
Artykuły
"Przejścia. Którędy do miłości" Natalii de Barbaro. Mamy dla Was 40 egzemplarzy książki!
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać442 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać8
Biblioteczka
Recenzja: www.stanzaczytany.pl
Samantha Young podbiła moje serce cyklem On Dublin Street, dlatego też mogę brać jej książki w ciemno. Jej pióro jest lekkie, bez problemu mogę trafić do wykreowanego przez nią świata, aby choć na chwilę oderwać się od szarej codzienności i zawędrować w tak dobrze nam znany świat literacki. Niemniej jednak wiemy, że nie zawsze książka trafi nam do serca. Nawet jeśli napisała ją jedna z naszych ulubionych autorek. Jaka więc jest moja ocena odnośnie ,,Nieznośny ciężar tajemnic"?
Przyznaję bez bicia, że nie tego oczekiwałam. Podczas czytania książki miałam wrażenie, że styl autorki jest nieco... inny. Czy to źle? Sama nie wiem. Z jednej strony brakowało mi tego piorunującego uderzenia w serce, kiedy czytałam o miłości dwójki ludzi. W ,,Nieznośny ciężar tajemnic" z kolei naszą czytelniczą uwagę przykuwa... przyjaźń. Oczywiście na głównej scenie również występuje miłość, a właściwie elektryzująca miłość, jak to bywa w tego typu powieściach, ale jeśli mielibyśmy skoncentrować się na fabule... Tutaj zdecydowanie priorytety są inne.
Przyjaźń. Zaufanie. Tajemnice. Główna bohaterka jest zmuszona porzucić swoich przyjaciół i przede wszystkim swoją popularność, aby rozpocząć nowe życie w zupełnie innym miejscu. Mieszkając teraz w jednej z najbogatszych dzielnic Bostonu musi od nowa budować swoją reputację, ale... Ciężko jest zaczynać od zera. Nikt nie powie, że nie. India, główna bohaterka, nadal musi ukrywać swoje tajemnice i nie może pozwolić, aby ktokolwiek dowiedział się o jej ciemnej przeszłości. Jednak z biegiem czasu poznaje osoby, które... Również dźwigają na barkach swoje - i cudze - sekrety. Czytelnik, poznając każdą jedną historię, naprawdę może poczuć nieznośny ciężar tajemnic. Czy to dobre uczucie?
Owszem. Z początku byłam nieco zdegustowana, gdyż nie mogłam wygodnie ,,ułożyć się" przy lekturze. Byłam przygotowana na miłosne, dorosłe uniesienia, nie nastoletnie miłostki i ich problemy. W końcu na rynku wydawniczym powstało wiele tego typu powieści, które mają w sobie te same składniki - sekrety, problemy i wewnętrzne konflikty, więc rozpoczynając podróż z nową książką Samanthy Young, jakoś... Nie potrafiłam dokładnie wejść w tę historię. Dopiero w połowie powieści zrozumiałam, że chociaż moje odczucia są inne, ja nie mogę oderwać wzroku od kartek papieru. Książka mnie tak zainteresowała, że nawet po dobie spędzonej w pracy zasnęłam późnym wieczorem, dopóki nie dobrnęłam do ostatniej strony.
Jak wyżej napisałam, z początku historia mnie nie zainteresowała. Jednak teraz, przeczytawszy całą powieść, zrozumiałam, że byłam przyzwyczajona do innych historii owej pisarki. Bardziej dorosłych. Dlatego też ciężko było mi uchwycić tę fabułę, skoro oczekiwałam czegoś innego.
Ale powieść mnie wciągnęła... I to bardzo!
Życie Indii się zmienia, kiedy jej mama ogłasza, iż przeprowadzają się do jednej z najbogatszych dzielnic Bostonu - do narzeczonego rodzicielki, który ma wielką posiadłość. Kiedy tam trafia, poznaje Eloise, swoją przyszłą siostrę przyrodnią. Eloise wraz ze swoją popularną grupką przyjaciół nie ułatwia jej zadania w odnalezieniu się w nowym środowisku. India ma wrażenie, że trafiła do króliczej nory, gdzie pieniądze są traktowane jak... coś, co każdy powinien posiadać i to w dużej ilości. Torebka z Diora? W porządku, kupię ją sobie, jak tylko skoczę za chwilę po perfumy Chanel. Co to dla mnie! - rozumiecie? India nie pasuje do tego miejsca. Czuje się jak śmieć, który omyłkowo trafił do złotego pałacu. Tutaj ludzie byli uporządkowani, a najgorszym ich problemem było to, że Justin Timberlake nie odpisał na ich wiadomość prywatną.
Ale czy na pewno?
Z biegiem czasu India dowiaduje się, że ten niby ,,idealny" świat jest tylko jedną wielką fasadą kłamstw i wcale żadne z nich nie ma łatwego życia, jak mogłoby się z początku wydawać. Główna bohaterka nie jest jedyną osobą, która pilnie strzeże swoje tajemnice. Tych osób jest o wiele więcej, a ciężar kłamstw robi się z każdym kolejnym oddechem coraz to cięższy...
Jak już wspomniałam, chociaż na głównej scenie występuje miłość, jest przyćmiona przez silne cechy fabuły - tajemnice i moc przyjaźni. Przyznaję się bez bicia, że uwielbiam romanse i nie przypuszczałabym, że coś innego w tego typu powieściach mnie zainteresuje, ale... Tak się stało. Tym razem romans odszedł na bok, aby móc zobaczyć, jak przyjaźń jest ważna w życiu. Bo, wybierając swojego życiowego partnera, nie myślimy tylko o tym, aby nas kochał. Chcemy, żeby był przyjacielem, kompanem na całe życie i aby nie oceniał nas przez pryzmat naszych zalet, tylko wad. Żeby akceptował.
A my chcemy być akceptowani we wszechświecie. Chcielibyśmy, aby nasze wady były dla kogoś zaletami.
,,Nieznośny ciężar tajemnic" nie tylko zabawia, ale również uczy. Uczy tego, jak ważne w życiu jest zaufanie i przyjaźń. Pokazuje nam, że pieniądze i pozycja szczęścia nie dają, a najważniejszymi priorytetami w życiu są rodzina i przyjaciele - oraz oczywiście emocje, uczucia, którymi darzymy drugiego człowieka. Tajemnice potrafią zepsuć każdą silną więź, ale... Kiedy one już wyjdą na jaw, tylko ci prawdziwi przyjaciele zostaną z nami do końca.
Pióro Samanthy pozostaje więc niezmienne - nadal pochłaniam każdą napisaną przez nią stronę i w rezultacie jestem zadowolona z wyniku. ,,Nieznośny ciężar tajemnic" nie tylko zabawia czytelnika, pozwala przenieść się do innego świata, ale i również naucza o tym, co jest najważniejsze w życiu. Bohaterowie mają silne charaktery, są zbudowani od samych podstaw, a ich historię - nawet postaci drugoplanowych - pochłaniają czytelnika bez reszty. Chociaż widać pewne składniki fabuły, które już wcześniej przewijały się w literaturze tego pokroju, myślę, że tutaj Samantha wzbogaciła swoją powieść o dodatkowy składnik - dała swojej książce duszę, dzięki której inaczej odbieramy historię.
Reasumując, książkę... Połknęłam i chciałabym więcej tego typu powieści. Chociaż oczekiwałam czegoś innego, zastałam zupełnie inną, ale bardziej wartościową literaturę. India zaczęła nowe życie i każdy dzień był dla niej kolejną niewiadomą. Ja z kolei mogę Was zapewnić, że przeżyjecie z nią wiele emocjonalnych momentów, przy których na pewno oderwiecie się od rzeczywistego świata. Szczerze polecam!
Recenzja: www.stanzaczytany.pl
Samantha Young podbiła moje serce cyklem On Dublin Street, dlatego też mogę brać jej książki w ciemno. Jej pióro jest lekkie, bez problemu mogę trafić do wykreowanego przez nią świata, aby choć na chwilę oderwać się od szarej codzienności i zawędrować w tak dobrze nam znany świat literacki. Niemniej jednak wiemy, że nie zawsze książka trafi...
więcej na stanzaczytany.pl
Cukrzyca. To choroba, o której każdy z nas słyszał. Autorka porusza również ten temat w swojej powieści. Właściwie jest to główny składnik fabuły, gdyż Ada na nią choruje, a przez to, jakie są z nią związane ograniczenia życiowe, główna bohaterka zaczęła myśleć całkiem inaczej. Popadła w depresję, miała myśli samobójcze i odliczała dni do dnia swojej śmierci. Chciała umrzeć. Jak możemy ją więc zrozumieć?
Tutaj było ciężko. Z początku negatywnie postrzegałam charakter głównej bohaterki, gdyż... Cukrzyca nie jest wyrokiem śmierci. Przynajmniej ja tak myślałam. Nie wiedziałam natomiast, że cukrzyca odkłada się również w sferze psychologicznej. Narzucone musy, ciągły strach, lęk przed swoimi pragnieniami. Tak łatwo jest powiedzieć, tak łatwo powierzchownie ocenić, tak trudno wejść w głąb choroby, czy toteż chorego, tak trudno zrozumieć. Autorka pokazała nam fikcyjny świat, który nie tylko zabawia, ale również - a może przede wszystkim? - uczy. Dominika Smoleń poprzez swoją powieść wspiera w chorobie, w problemach. Pokazuje, że zawsze jest światełko w tunelu. Pokazuje, jak ważne jest mieć osoby, które wesprą Cię nawet przy najczarniejszych scenariuszach. A nade wszystko ukazuje, że nigdy nie możemy być pewni jutrzejszego dnia, bo... To życie pisze za nas życiorys, my tylko podążamy swoją ścieżką.
Przyjaźń. Miłość. Ból i cierpienie. Jak zaprzyjaźnić się z ludźmi, jak znaleźć miłość swojego życia, skoro w swoim kalendarzu zbliża się dzień naszej śmierci?
Jak już wyżej napisałam, Ada cierpi na depresję i nie może doczekać się swojego ,,dnia ostatecznego". Jednak jeden, wyjątkowy list od nieżyjącej już babci zmienił jej nastawienie. Postanowiła korzystać z uroków życia, nawiązać znajomości i przynajmniej chociaż trochę cieszyć się z tego, że żyje. Ani ja, ani ona nie przypuszczałyśmy, że w tak krótkim czasie będzie potrafiła tyle w sobie zmienić. Byłam zauroczona tym, jak autorka skrupulatnie zmienia charakter głównej bohaterki, a tym samym zmienia bieg wydarzeń. Zmienia świat. Każdy drugo- i trzecio-planowy bohater, który staje na naszej drodze, ma w sobie iskrę nadziei. Czy zmieni Adę? Czy zmieni nasz świat?
Nigdy nie możemy być niczego pewni. A już na pewno nie przy lekturach Dominiki Smoleń...
Ale nie myślcie sobie, że to na tyle. Autorka skomponowała nie tylko powieść pełną bólu, łez i cierpienia, ale również radości, łez szczęścia i zaraźliwego humoru. No i pełną facetów... Och! Tak, nie byłabym sobą, gdybym o tym nie wspomniała. Tym razem to nie kobietki będą ruszać biodrami, tylko mężczyźni! Będzie szał ciał, Ola (czyli ja!) przy tancerze i dużo chwil ochów i achów. Wielka dawka dobrej rozrywki. Nie wiem jak Wy, ale ja na samo wspomnienie szczerzę się jak głupia do monitora...
Chciałam uwzględnić jakieś negatywy tej powieści... Ale choć usilnie starałam się znaleźć jakąś wadę, nie mogłam jej znaleźć. Dlaczego? Dominika Smoleń kierowała się zasadą, którą najbardziej lubię w powieściach - życiem. W rzeczywistości nie jesteśmy pewni tego, co stanie się jutro. Co stanie się za minutę. Zegar wciąż tyka, a my pędzimy dalej. Uczymy się, widzimy nowe rzeczy, które później zmieniają nasz światopogląd. Zmieniają naszą przyszłość, nasze nastawienie. I tutaj, w Biegu do gwiazd również jesteśmy świadkami tego, jak życie bywa przewrotne. Kiedy już myślałam, że wiem, co nastąpi - jak na przykład miłość, bo zawsze bywa tak w powieściach... Nie! Trzeba było pójść w tył zwrot, bo na miłość było trzeba poczekać jeszcze chwilę. Bo ta książka okazała się życiem, a nie kolejną nudną obyczajówką. Autorka tak umiejętnie zakręciła losem bohaterów, że w końcu nie byłam pewna tego, co się stanie. To było jak jazda bez trzymanki. Bałam się, że w końcu wypadnę z wagonika, ale... Cóż. Do tej pory nie wiem, czy przypadkiem tego nie zrobiłam.
Co by tu jeszcze dodać? Nadal ciężko mi ugryźć ten temat. ,,Bieg do gwiazd" miał być dla mnie zwykłą obyczajówką, która pozwoli mi przez chwilę zrelaksować się przy lekturze, ale tak nie było. Zdecydowanie nie. Weszłam do powieści, żyłam w niej, a kiedy wyszłam, stałam się całkowicie inną osobą. Dominika Smoleń pozwoliła mi nie tylko dosięgnąć gwiazd, ale i również pokazać, że życie wygląda piękniej, kiedy na chwilę się zatrzymamy. Bo nie zawsze widzimy to, co nas otacza. Uciekamy przed koszmarami nie zważając na to, że za rogiem może czaić się szczęście. Uciekamy przed samym sobą. Uciekamy przed życiem. Uciekamy przed gwiazdami, które wskazują nasz los.
Więc przestańmy uciekać. Przystańmy. Chwyćmy ,,Bieg do gwiazd" i pozwólmy sobie na moc wrażeń. I przede wszystkim cieszmy się z każdego dnia, niezależnie jaki on ma kolor.
więcej na stanzaczytany.pl
Cukrzyca. To choroba, o której każdy z nas słyszał. Autorka porusza również ten temat w swojej powieści. Właściwie jest to główny składnik fabuły, gdyż Ada na nią choruje, a przez to, jakie są z nią związane ograniczenia życiowe, główna bohaterka zaczęła myśleć całkiem inaczej. Popadła w depresję, miała myśli samobójcze i odliczała dni do dnia...
Psychicznie byłam nastawiona na kolejną niesamowitą przygodę z Panem Wilkiem. Po przeczytaniu dwóch poprzednich części, które miały swoje elementy wspólne, ale dostarczały czytelnikowi całkowicie innych emocji, wiedziałam, czego mogę się spodziewać - emocji, chwil wzlotów i upadków oraz oczywiście... pieprzenia. Zapoznając się z fragmentami powieści, domyślałam się, na co mam być przygotowania. Jednakże... Nic nie mogło przygotować mnie na to, co zastałam. Myślicie, że poprzednie książki były dobre? Że jedna drugą pokonała? Usiądźcie wygodnie, zanim weźmiecie trzecią część do dłoni, bo ta z kolei powali Was z nóg. Ale o tym za moment...
Pan Wilk to mężczyzna po czterdziestce, który od pierwszego tomu pokazuje nam swoje losy. Przy ,,Pan Wilk i kobiety" poznajemy typowego samca, który lubi się pieprzyć i z tym się nie kryje. Osoba poboczna, widząc jego poczynania, zapewne będzie wyrabiała o nim złe zdanie, ale czytelnik oraz osoby z jego otoczenia wiedzą, że to po prostu prawdziwy facet. Nie pizduś-plastuś, wylizany maminsynek, czy inne typowe ,,dolegliwości" fikcyjnego (i nie tylko) bohatera literackiego. To mężczyzna z krwi i kości, a poznając jego historię, możemy wejść do jego umysłu. A poznając jego psychikę, sami poznajemy swoją...
To nie typowy erotyk. To nie typowa obyczajówka, która wchodzi na chwilę do życia czytelnika, aby po przeczytaniu historii wyparować z naszego umysłu. Koncentrując się na dwóch pierwszych częściach, nigdy nie przypuszczałam, że Jarosław Wilk przy trzeciej podniesie swoją poprzeczkę o trzy stopnie wyżej. Jak nie więcej! Psychicznie byłam przygotowana, że autor dostarczy nam sporą dawkę emocji, ale to... To była niewyobrażalna przygoda. Przygoda usłana pragnieniami, marzeniami, snami oraz wadami i zaletami, dzięki czemu Wilcza historia nie staje się surrealistyczna, a rzeczywista. Bliska naszym codziennym problemom. Czego chcieć więcej?
Gdybym miała sklasyfikować tę powieść, musiałabym wypisać chyba każdy gatunek. Nawet koncentrując się na samej trzeciej części... Tego jest mnóstwo. Jest ogrom historii, emocji i... życia. Tak, wiem - powtarzam się. Ale nie da się inaczej tego określić. Ta cała Wilcza magia jest na tyle niesamowita, że aż zapiera dech w piersiach. Przenosimy się do fikcyjnego świata, obyczajówka bajeruje nasze czytelnicze zmysły, romans gdzieś tam się unosi, erotyk miażdży nasze serca (i nie tylko), a potem... Powieść historyczna? Powieść psychologiczna? Fantasy? Och, tak... Tego jest tak wiele, że nie sposób jest pomieścić w jednej książce. Ale czy aby na pewno? Powiem (a raczej napiszę) jedno... Jarkowi to się udało!
Po przeczytaniu poprzednich części, z niecierpliwością czekałam na trzeci tom przygód Pana Wilka. Myślałam, że wiem czego mogę się spodziewać, ale nic nie przygotowało mnie na to, co w istocie zastałam. Jarosław Wilk kolejny już raz dopieścił czytelnika, dostarczając mu więcej, niżby się spodziewał. Z prywatnych źródeł wiem, że autor chciał, aby powieść ta odniosła wielki sukces. Nie chodzi mi oczywiście o ilość sprzedanych egzemplarzy - chociaż to i tak jest ważne - ale o to, żeby czytelnik był jeszcze bardziej usatysfakcjonowany tą częścią - bardziej niż poprzednimi. I chyba biedny pisarz nie zdawał sobie sprawy, że jego marzenie spełni się ponad to, co sobie zażyczył. ,,Pan Wilk tam i z powrotem" powala na kolana. Styl autora jest elastyczny. Pisarz powinien odnaleźć się w każdej sytuacji, a Jarosław Wilk idealnie to nam pokazał. Czułam się jak na rollercoasterze, bo płakałam i śmiałam się naprzemiennie. Strach również znalazł swoje miejsce w moim krwiobiegu. Adrenalina, tak bardzo wyczuwalna podczas czytania książki... To było niesamowite. Niesamowite przeżycie, które będę na pewno miło wspominać za każdym razem, kiedy usłyszę o Wilczych powieściach.
Emocje to główna cecha, o której chciałabym wspomnieć. Chyba każdy z Was wie, jak kobiety przed ,,krwawym okresem" są zazwyczaj rozregulowane emocjonalnie, prawda? Podczas czytania trzeciego tomu tak właśnie się czułam - płakałam, wzruszałam się, aby po chwili śmiać się i przeklinać zarazem. Nie dostajemy samych pustych słów, nudnej historyjki na dobranoc dla kur domowych. To emocjonalny pakiet, który przeniesie każdego czytelnika do literackiego świata, z którego niekoniecznie chce się wyjść. Właściwie to w ogóle nie chcemy odłożyć książki, dopóki nie dobrniemy do ostatniej strony. Otrzymujemy mądrości życiowe, czas na chwilę namysłu. Dryfujemy po przestworzach wspomnień, po przestworzach życia. Widzimy teraźniejszość, przeszłość, a nawet... Przyszłość. Czego chcieć więcej?
Czuję się jak na narkotykowym odlocie. Jarosław Wilk stworzył powieści, które przemawiają do czytelnika w każdym aspekcie. Jako czytelniczka czuję się dopieszczona. I choć wcześniej przygotowałam się na niesamowitą jazdę, nigdy nie przypuszczałam, że Wilk zaserwuje nam takie danie.
Czy polecam? Jak najbardziej!
Psychicznie byłam nastawiona na kolejną niesamowitą przygodę z Panem Wilkiem. Po przeczytaniu dwóch poprzednich części, które miały swoje elementy wspólne, ale dostarczały czytelnikowi całkowicie innych emocji, wiedziałam, czego mogę się spodziewać - emocji, chwil wzlotów i upadków oraz oczywiście... pieprzenia. Zapoznając się z fragmentami powieści, domyślałam się, na co...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
www.stanzaczytany.pl
Pół roku temu recenzowałam dla Was ,,Przeszłość Violet i Luke'a" (KLIK), którą oceniłam naprawdę pozytywnie. Już wcześniej wyznałam, że poprzednie książki aż tak bardzo nie zachwyciły mnie swoją historią, jednak nie mogłabym nie zauważyć, że Jessica Sorensen z każdą kolejną książką podnosi swoją poprzeczkę coraz wyżej. Poprzednią część tego cyklu oceniłam bardzo dobrze - pochłonęła mnie doszczętnie, sprawiając, że autorka stała się jedną z moich ulubionych pisarek. Jednak to nie znaczy, że z góry będę osądzać jej kolejne powieści. Jak oceniam więc tę część?
Och. Och. Po prostu: OCH! Czuję się, jak podczas jazdy bez trzymanki kolejką górską. Już dawno żadna książka nie sprawiła, że moje serce tak szalenie uderzało w moją klatkę piersiową. Emocje wzbierały się we mnie, kumulując się aż do ostatniej strony. Tylko że... Nie każda emocja była dobra. Na samym szczycie królowało ból i cierpienie...
To nie jest kolejna bajeczka z cukierkowym love story, która sprawi, że na niebie ukaże się tęcza. Chyba najbardziej wyczuwalną pozytywną emocją jest tutaj nadzieja, jaka pojawia się nie tylko w historii dwójki bohaterów, ale i w sercach czytelnika. To dzięki niej jakoś odparowujemy atak tych wszystkich negatywnych emocji, które i tak sprawiają, że nasze łzy mienią się w oczach, a ból w klatce piersiowej staje się nieznośny.
Jessica Sorensen ma lekkie pióro, które wciąga już od pierwszej strony. Autorka koncentruje się na psychologii, a dokładniej na tych silnych emocjach, przez co nie możemy zapomnieć o jej wykreowanej historii przed długi czas. Chociaż jestem osobą, która zwykle nie przyjmuje dosadnie książek do siebie, to powieści autorki mocno wkodowały mi się w pamięć. ,,Przeszłość Violet i Luke'a" była dla mnie... katalizatorem myśli. Niełatwo mnie zaskoczyć, a jednak Sorensen to się udało. Nie zapomnę nigdy zwrotu akcji, a już na pewno nie wyrzucę z pamięci tego, czego byłam świadkiem w ,,Przyszłości Violet i Luke'a". Ja po prostu... Brakuje mi słów, aby opisać to, co działo się podczas czytania książki.
Główni bohaterowie to młodzi dorośli, których los nie oszczędził, jednak o tym możecie przekonać się podczas czytania lektury. Chciałabym tutaj skoncentrować się na całokształcie fabuły. Jak już sami mogliście przeczytać, w tej historii nie brakuje emocji. Ale jak zbudowana jest fabuła?
Autorka skomponowała powieść, która jest od A do Z przemyślana. Jesteśmy świadkami tego, że przeszłość nigdy nie daje o sobie zapomnieć. Druzgocąca historia oparta jest na wydarzeniach, które mogłyby zaistnieć w rzeczywistości. Nie ma naciągań. Nie ma nawet idealnej miłości. Jest tylko prawda i przeszłość, która jest nieodłączną naszą przeszkodą w przyszłości.
Zwykle podczas czytania powieści tego typu czytelnik ma widoczną jakąś pozytywną drogę - nie tylko nadzieję, że losy bohaterów pozytywnie się zakończą, ale i również wiarę, że tak będzie. Jednak tutaj... Wiarę porzucamy już na początku książki. Widzimy tylko ciemność. Ciemność oświetlona jedynie nadzieją, która umiera również jako pierwsza, ale... Uch. Sami widzicie, że mam problem z klasyfikacją tej książki. To po prostu lektura, która rozbija czytelnika na każdy możliwy sposób.
I jestem rozbita. Nawet jeśli minął już jakiś czas od momentu przeczytania powieści, nadal czuję ją w sercu. Przy kolejnych stycznościach z książkami Sorensen będę musiała pamiętać o zaparzeniu sobie melisy na swoje stargane nerwy. Z każdą kolejną książką Jessica pokazuje nam swoje możliwości, podnosząc sobie coraz wyżej poprzeczkę. A my? My, biedni czytelnicy, choć zostajemy skazani na pękające serce, chcemy jeszcze więcej historii, która porusza nas dogłębnie. Czy polecam? To chyba pytanie retoryczne. Jeśli jesteście miłośnikami takiej literatury, koniecznie musicie sięgnąć po tę książkę!
www.stanzaczytany.pl
Pół roku temu recenzowałam dla Was ,,Przeszłość Violet i Luke'a" (KLIK), którą oceniłam naprawdę pozytywnie. Już wcześniej wyznałam, że poprzednie książki aż tak bardzo nie zachwyciły mnie swoją historią, jednak nie mogłabym nie zauważyć, że Jessica Sorensen z każdą kolejną książką podnosi swoją poprzeczkę coraz wyżej. Poprzednią część tego cyklu...
Chciałabym opisać tę książkę, jednakże wciąż brakuje mi odpowiednich słów. Autorka umiejętnie weszła do czytelniczego umysłu, dając nam dużą dawkę... Czego? Zamieszania? Obłędu? Pozytywnych emocji? Nie wiem, jak to do końca określić, ale gwarantuję Wam, że fikcyjna rzeczywistość, do której wchodzicie, będzie pozbawiona barier. A co najważniejsze, po skończeniu lektury nie będziecie mogli dokładnie zidentyfikować prawdziwych realiów. Czy to rzeczywistość okazała się prawdą, czy raczej fikcja weszła do życia?
Lisa to normalna kobieta - choć jej życie koncentruje się na sławie, nie jest jakąś toksyczną bohaterką, typową gwiazdeczką, która liczy kalorie i wciąga biały proszek w ramach osobliwej diety. Realizuje się w aktorstwie i dobrze sobie z tym radzi. Co najważniejsze, kiedy poznajemy jej historię, autorka wprowadza nas w świat aktorów i scenarzystów. Cała ta ,,produkcja" jest niesamowita. Zresztą... K.C. Hiddenstorm pokazała nam pełną klasę - jej wykreowani bohaterowie są dobrze zbudowani. Każda z postaci ma nie tylko ciało, ale i duszę, charakter i... życie. Życie, do którego i my wchodzimy. Fikcja kształtuje swoją materię, przybierając twarz realiów. Po prostu... WOW! Brak słów.
To taki... Matrix. Jeśli jesteście fanami twórczości braci Wachowskich, albo macie przynajmniej podstawową wiedzę na temat fabuły, raczej powinniście wiedzieć, co mam na myśli. Wachowscy stworzyli świat, z którego wychodzi się całkowicie odmienionym. Przynajmniej większość z Was zadawało sobie pytanie: a jeśli jest to prawda? Jeśli żyjemy w świecie Matrixa, a nawet o tym nie wiemy?
To samo tyczy się twórczości K.C. Hiddenstorm. Jak już z opisu możecie wywnioskować, autorka napisała powieść, w której głównym motywem jest alternatywna rzeczywistość. Jak już wyżej wspomniałam, z początku wchodzimy do normalnego świata, gdzie możemy zapoznać się z życiem dwudziestodziewięcioletniej aktorki. Po zapoznaniu się z nietuzinkowym, a właściwie psychodelicznym prologiem, wzburzone morze myśli nieco się uspokaja, kiedy wczytujemy się w historię Lisy. Czarny humor, spokojny bieg zdarzeń fałszywie daje nam do zrozumienia, że na akcję na razie nie możemy liczyć. Jednak, kiedy ona już nadejdzie (szybciej, niż się spodziewasz)... Och. Znowu braknie mi słów.
Króliczku...
Kiedy reżyser wypowie swoje klasyczne ,,Gotowi? Kamera, akcja!", nie jesteśmy pewni, czy przypadkiem już wcześniej nie padł pierwszy klaps na planie literacko-filmowym ,,Po złej stronie lustra", a my nie jesteśmy świadkami tego, jak skomplikowana może być rzeczywistość. Ba! Nie jesteśmy tylko świadkami, ale również uczestniczymy w całym tym maratonie alternatywnej rzeczywistości. Kiedy bohaterka próbuje wybudzić się z nie-snu, kiedy próbuje wmówić sobie, że to wszystko fikcja i niedługo wybudzi się, wracając do realistycznego świata, my staramy się pamiętać, że ,,to tylko książka". Nic nas nie przygotuje na to, w jakim stopniu powieść wciągnie nas w swoje sidła. Nawet nie wiem kiedy puściłam tę linę, którą zwykle trzymam, aby móc być przynajmniej jedną nogą w prawdziwym życiu. Czułam się jak Alicja w Krainie Czarów, która wpadła do króliczej nory i była świadkiem niesamowitych zdarzeń. Niesamowitych? Raczej powinnam napisać: upiornych. Okropnych. Nierealistyczno realistycznych. A przede wszystkim: świetnych.
Jestem zdumiona piórem autorki. Tkwiąc przy tym punkcie recenzji nie jestem pewna, czy to jej pióro nas zaczarowało, czy raczej cała fabuła? Chyba obstawiałabym oba czynniki. Dziwię się, że autorka nie stała się po tym wszystkim obłąkana, bo ja... Ja raczej normalna z tej lektury nie wyszłam. Po tym wszystkim zastanawiam się, czy podejmując dosłownie każdą decyzję, w alternatywnym świecie wyglądalibyśmy inaczej? Ile jest tych światów? Dziennie podejmujemy miliony decyzji - nie tylko pod względem zawodowym, czy prywatnym, ale także kierując się drobnostkami, takimi jak zjedzenie kromki chleba zamiast bułki. To po prostu... Surrealistyczne. Prawdziwe. A zarazem... Och. Sami musicie to przeczytać, aby wiedzieć, o czym mówię.
,,Po złej stronie lustra" to mieszanka wybuchowa. Autorka skoncentrowała się na ludzkiej psychologii, ale nie tylko to zagwarantowało jej pozytywną ocenę. K.C. Hiddenstorm charakteryzuje się czarnych humorem, niekonsekwentnym budowaniem nastroju (cholera, nawet w powieści znajdziemy epizod z nekrofilem!), czy psychodeliczną wizją świata - oczywiście w sensie pozytywnym. Ponadto strach i adrenalina buzują w naszych żyłach. Kobieta w Bieli to postać, której za cholerę nie chciałabym spotkać na swojej drodze. Prędzej królik by mnie kopnął.
Oczywiście nie mogłoby zabraknąć romansu, który rozgrzewa nasze serca w tych chłodnych chwilach. To miłość przyczynia się do nadziei, aby główna bohaterka wyszła cało z ,,dziwnej przypadłości" - że tak to określę. K.C. Hiddenstorm buduje napięcie i emocje stopniowo, aby czytelnik ostatecznie był całkowicie rozgrzany od nadmiaru endorfin.
Mamy również do czynienia ze snami, z przeszłością głównej bohaterki i niezbadaną teraźniejszością. Oj, tak - tutaj nie ma błędu. To teraźniejszość stoi pod znakiem zapytania, nie przyszłość. Opisywana powieść jest po prostu wulkanem, który wybucha w momencie, gdy tylko zaczynamy czytać pierwszą stronę książki. Nic więc dziwnego, że wyszłam z fabuły nie do końca taka sama. I wątpię, żebym kiedykolwiek zapomniała o tym, w jakim stopniu historia weszła do mojego krwiobiegu...
więcej na: www.stanzaczytany.pl
Chciałabym opisać tę książkę, jednakże wciąż brakuje mi odpowiednich słów. Autorka umiejętnie weszła do czytelniczego umysłu, dając nam dużą dawkę... Czego? Zamieszania? Obłędu? Pozytywnych emocji? Nie wiem, jak to do końca określić, ale gwarantuję Wam, że fikcyjna rzeczywistość, do której wchodzicie, będzie pozbawiona barier. A co najważniejsze, po skończeniu lektury nie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
www.stanzaczytany.pl
Usłyszawszy o tym tytule, pomyślałam sobie ,,cholera, co to jest passada?". Nigdy o tym nie słyszałam, dlatego niemalże od razu przeczytałam o niej wszystko, co można było wyczytać. Jest to styl tańca, portugalska muzyka (choć są wyjątki) i dużo, dużo odczuwalnego przez widza pożądania. To taniec zmysłów - zmysłowe ruchy, które łączą partnerów w niesamowity sposób. Przyznaję, że zanim sięgnęłam po lekturę, sama na własną rękę starałam się nauczyć kroków związanych z tym tańcem. I powiem (czyt. napiszę) Wam jedno... Kizomba to nie tylko taniec zmysłów, ale i uczuć oraz... charakteru. Takie odniosłam wrażenie, ale nie na tym chciałabym oprzeć swoją recenzję. Powracajmy więc do książki.
Anna Dąbrowska (wcześniej Laven Rose) zadebiutowała powieścią ,,Stalowe serce", które spowodowało. że wiłam się na fotelu z powodu nerwów. Wielokrotnie rzucałam książką o ścianę, a kiedy moje serce nieco się uspokoiło, wchodziłam znowu do historii. Książkę przepełniało tyle emocji, że moje serce odmawiało posłuszeństwa.
Później autorka odkryła przed nami swoją twarz, a raczej nazwisko, wydając swój drugi ,,debiut" o tytule ,,Nakarmię Cię miłością". Tutaj akcji stanowczo było mniej, ale ponownie Anna chwyciła mnie za serce, z powodu swojego wykreowanego świata.
Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać w jej następnej powieści. Niby już po pierwszej książce wiem, na co stać autora i w jaki sposób przygotować się na rozwinięcie historii, ale przy Annie Dąbrowskiej naprawdę ciężko mi cokolwiek stwierdzić. To jedyne, co wywnioskowałam po przeczytaniu książek jej autorstwa.
Powieść zaczyna się... niewinnie. Biedny przystojniak, który poszukuje pieniędzy dla śmiertelnie chorej matki. Jeszcze biedniejsza nastolatka, która z powodu swoich przeżyć, nie jest w stanie do kogokolwiek się zbliżyć. Ich historie może i są fascynujące, ale bardziej ciekawiła mnie problematyka, jaką wymyśliła dla ich losu autorka. Nie mogłam zaprzestać snuć własnych podejrzeń, mimo że w głębi duszy wiedziałam, iż po Annie Dąbrowskiej wszystkiego można się spodziewać. Sądziłam, że pogmatwa sprawy, ale wszystko dobrze się ułoży. Sądziłam również, że niektóre sprawy dobrze się ułożą, a inne gorzej. Już pod koniec książki sto scenariuszy przelatywało przez mój umysł, ale w rezultacie i tak nigdy, za żadne skarby, nie przypuszczałam, że tak będzie wyglądać cała historia.
I... Płakałam. To chyba odpowiedni moment, abym przyznała się, że rzadko kiedy płaczę - nie tylko w życiu, ale także przy książce, czy przy filmie. Anna Dąbrowska wydała na świat książkę, która moje stalowe nerwy rozpuściła w chemicznej mieszance. Rzadko kiedy udaje się to autorom, dlatego opisywana pozycja już po pierwszym przeczytaniu zajęła miejsce w moim sercu. I pragnę także zauważyć, że płacz nie jest związany z fabułą. Po trochu tak, ale...
Prawda ukryta jest w znaczeniach. W tym drugim dnie, który jest tak rzadko kiedy zauważalny. To dlatego tak bardzo kładę nacisk na dopracowaną, na mądrą fabułę. Kobiety kochają przystojnych bohaterów, ale czytając taką powieść, nic do naszego życia taka pozycja nie wnosi. ,,W rytmie passady" właśnie to się zmienia. Czytamy powieść, przy której szybko i przyjemnie płynie czas. Spędzamy interesujący wieczór z ,,lekką" literaturą o cięższym (w odniesieniu do fabuły) brzmieniu, jednak po przeczytaniu lektury książka nabiera innego znaczenia. Zdajemy sobie sprawę, że muzyka dźwięcząca na kartkach papieru, to puls życia. Że to nie rytm passady, tylko rytm trwającego żywota.
Kiedy przeczytałam całość, zalałam się łzami, bo nie potrafiłam pozbierać swoich szczątek duszy. Dusza wróciła na miejsce dopiero, gdy mój umysł do końca przeanalizował powieść. Przeanalizował ,,nauczkę" - z braku lepszego słowa - jaką zafundowała nam autorka.
Mogłabym napisać o barwnych postaciach, niesamowitej i bolesnej historii, o tym, jak przyjemnie mi się to czytało, ale stwierdziłam, że to nie ma sensu. Takich recenzji na pewno napłynie, bo książka chwytająca za serce z całą pewnością i do Was dojdzie. Ja zaś chciałabym Was przekonać tym, że... Do tej pory jestem wewnętrznie rozbita. Od momentu czytania minęło sporo czasu i choć mam ochotę jeszcze raz sięgnąć po tę powieść... Strasznie się boję. Boję się, że ponownie rozbije mnie na kawałki. Boję się, że tak jak oglądając ,,Pamiętnik", przy którym płaczę przy napisach początkowych, tak jak i przy ,,W rytmie passady" zamienię się w miękką kluchę, która przez łzy nie będzie w stanie przeczytać tytułu. Bo prawda jest taka, że trafiło to wszystko do mojej duszy. Przebiło się przez moje zewnętrzne i wewnętrzne bariery. Myślałam, że sama zatańczę passadę, ale prawda jest taka, że passada zatańczyła ze mną. I to ona prowadziła.
Podsumowanie również jest zbyteczne. Polecam duszą. Polecam sercem. Polecam samą sobą.
www.stanzaczytany.pl
Usłyszawszy o tym tytule, pomyślałam sobie ,,cholera, co to jest passada?". Nigdy o tym nie słyszałam, dlatego niemalże od razu przeczytałam o niej wszystko, co można było wyczytać. Jest to styl tańca, portugalska muzyka (choć są wyjątki) i dużo, dużo odczuwalnego przez widza pożądania. To taniec zmysłów - zmysłowe ruchy, które łączą partnerów w...
2017-04-07
www.stanzaczytany.pl
Colton!
Nie mogłabym inaczej rozpocząć recenzji. Colton to... To bohater literacki, który w tej części niesamowicie mnie zaskoczył. Co prawda, uwielbiam serię zapoczątkowaną od Driven, ale jednak miałam pewien opór względem czwartej części. Przeczytawszy, że akcja dzieje się po sześciu latach... Czy nie będzie to przypadkiem naciąganie historii? Mimo że wcześniej czułam okropny niedosyt (spowodowany rzecz jasna Coltonem - wybaczcie, jestem tylko kobietą), to i tak miałam wrażenie, że K. Bromberg zrobiła fałszywy krok. Krok, który nie będzie pozytywnym krokiem w kierunku dobrych ocen Aced. Uwikłani. I chociaż ogromnie cieszyłam się, że mam okazję przeczytać tę powieść, to i tak... Obawiałam się tego, co tam znajdę. A co znalazłam? Przeczytajcie sami.
Cholerne love story, które zawładnęło moim sercem już od pierwszej strony. Colton to ucieleśnienie seksu, marzeń (prawie) każdej kobiety. Bogaty, przystojny, zabawny - klasyczny bad boy, który jednak wyróżnia się na tle innych bohaterów literackich. Jest tak rzeczywisty, że za każdym razem przy czytaniu lektury, niemal płakałam z zazdrości, że autorka, pisząc powieści, miała okazję dogłębnie go wymacać. Oczyma wyobraźni widziałam jego - każdą jego minę, każde zachowanie, każdy ruch, jakbym oglądała film w VR, a nie czytała książkę. To chyba główny powód, dlaczego za każdym razem przy czytaniu książek K. Bromberg nie mogę oderwać wzroku od stronic. Pochłania mnie fikcyjny świat, z którego nawet nie mam ochoty wyjść, chociaż rzeczywistość wzywa. I choć tej części, jak już wcześniej wspomniałam, nieco się obawiałam, to...
Nie nadążałam za emocjami. Miałam wrażenie, że powoli wkroczyłam do ich życia, do historii, w której dwójka zakochanych w sobie bez pamięci bohaterów tańczą w miłosnym uścisku. JEDNAK w ciągu ułamku sekundy wszystko się zmieniło. Światło zgasło, zasłony zostały zaciągnięte, a pozytywna energia, którą można było wyczuć, gdzieś wyparowała. Czułam, jakbym była w samym sercu III wojny światowej. Eksplozja za eksplozją, opary dymu unoszące się w powietrzu. Nie potrafiłam nawet przerwać lektury, bo za każdym razem, kiedy na chwilę wszystko cichło, katastrofa znowu pukała do drzwi. Nie miałam czasu nawet zapłakać, bo w moich myślach ciągle interpretowałam to, co właśnie przeczytałam. I owszem... Wzruszałam się wielokrotnie. Płakałam, bo już psychicznie nie dałam rady. Chciałam, żeby ten koszmar w końcu się skończył, żeby był happy ending i wszyscy (czyt. ja i Colton) żyli długo i szczęśliwie, ale... Czy to było im pisane?
K. Bromberg wprowadza za każdym razem czytelnika do innego świata - gdzie może i miłość z pożądaniem stawiane jest na pierwszym miejscu, niemniej jednak rozgrywa się to wszystko w świecie pozbawionym hamulców. Czytelnik siada po stronie pasażera do auta i modli się przez całą jazdę, aby się nie rozbić. Nie znamy rezultatu spraw; nigdy nie jesteśmy pewni zakończenia. Autorka dała nam powieść, w której rzeczywistość miesza się z fikcją, a jak sami wiemy, nikt nie zna przeznaczenia. Nikt nie zna przyszłości.
Sześć lat. Sześć lat ciszy przed burzą. Miłość, która powinna uleczać każdy problem, każdą depresję i każdy zły nastrój. Ale czy na pewno miłość ma taką siłę? Czy miłość Rylee i Coltona zdoła przetrwać, mimo że każdy ich dzień zbliża ich do piekła? Czy zaufanie i determinacja nie wypalą się?
Polecam tę powieść całym swoim sercem. Nawet na chwilę nie mogłam oderwać się od lektury. Choć poprzednie części bardzo mi się podobały, to jednak ten tom sprawił, że wszystkie moje emocje zmieniły się w tornado, unicestwiając całkowicie rzeczywistość. Jednak nie jest to tylko pusta książka, która zapewnia nam dobrą rozrywkę - nauki, które można z niej wyciągnąć, są dodatkowym atutem. Rylee w tej części pokazuje nam naszą kobiecą ciemną stronę, a z kolei Colton to osoba, dzięki której widzimy to małe światełko w tunelu. Mam ogrom myśli, ogrom wiary, ogrom chaosu w głowie. Na pewno tej lektury nie zapomnę.
A na zakończenie dodam:
Chcę Coltona.
www.stanzaczytany.pl
Colton!
Nie mogłabym inaczej rozpocząć recenzji. Colton to... To bohater literacki, który w tej części niesamowicie mnie zaskoczył. Co prawda, uwielbiam serię zapoczątkowaną od Driven, ale jednak miałam pewien opór względem czwartej części. Przeczytawszy, że akcja dzieje się po sześciu latach... Czy nie będzie to przypadkiem naciąganie historii? Mimo...
www.stanzaczytany.pl
Jak Romeo może być zły? Już sam tytuł przywołuje w naszych myślach wizerunek typowego bad boy-a, jakich pełno w romansach erotycznych. Z takim też nastawieniem zaczęłam pochłaniać powieść, która okazała się być zupełnie inna, niż na początku sądziłam. Jesteście ciekawi?
Zapraszam do przeczytania recenzji.
Ethan to mężczyzna, który nie dorósł jeszcze do bycia w poważnym związku. Z kolei główna bohaterka jest typową Julią, która chciałaby napisać szczęśliwy scenariusz.
Ale to było wcześniej...
Zdziwiona byłam tym, że poznajemy teraźniejsze losy bohaterów, będąc tym samym w środku akcji, ale jednocześnie autorka cofa nas do ich wspomnień i możemy poznać powoli ich losy. Przedstawienie, które miało odzwierciedlić jedynie dramaturgię Szekspira, weszło również do ich krwiobiegu. Romeo i Julia - dwie zupełnie różnorodne postacie, łączą się we wspólnym tańcu miłości. Jak każdy z nas zapewne wie, dramat angielskiego poety nie kończy się klasycznym happy ending-iem. Jak więc zakończy się nasza współczesna powieść?
Emocje były tak gwałtowne, że aż nie wiedziałam, po której stronie stoję. Czy po stronie poszkodowanej kobiety, czy poszkodowanego mężczyzny? Wiem na pewno, że ,,Zły Romeo" dostarczył mi mnóstwo emocji - począwszy od śmiechu, aż po łzy smutku. Serce niejednokrotnie zatrzymywało swój bieg, aby po chwili ruszyć galopem.
Nałożenie maski to jedno - bohaterowie są aktorami, którzy muszą wcielić się w postaci. W bohaterów zakochanych w sobie bez pamięci. W romans, z którego nie może wyniknąć nic dobrego, oprócz miłości.
Realizm to drugie - prawdziwe życie, którym nie kieruje scenariusz. Doskonale znamy to prawdziwe przedstawienie - przedstawienie w reżyserii życia, gdzie nie znamy rozwinięcia ani zakończenia. Nie wiemy, czy nasz fikcyjny Romeo będzie naszym realnym mężczyzną marzeń. Pozostajemy więc nadal w świecie fantazji, gdzie główna bohaterka próbuje wyobrazić sobie związek, który nie może zaistnieć, z powodu sytuacji swojego wybranka.
Dużo o tej książce myślałam - w śnie i na jawie. Wiele czasu spędziłam na rozmyśleniu o tym, co mogłoby być, a co było. Zły Romeo to powieść, która wciąga niemalże od samego początku. Przenosi nas z marzeń na jawę, aby zaistnieć w rzeczywistym świecie. Polecam więc książkę, która odgoni smutki, a przyciągnie emocje.
Autorka ma lekkie pióro, które sprawi, że uważnie będziemy śledzić losy bohaterów, nie śledząc tym samym wskazówek zegara. Minuty zamienią się w godziny, a my będziemy trwać w bezruchu, z książką w dłoniach i z nadzieją na pozytywny koniec. Ale jaki będzie? Czy Romeo i Julia skończy się katastrofą, czy może w końcu szczęśliwym zakończeniem?
Polecam tę powieść. Jeśli jesteście miłośnikami pozycji, które dostarczają łzy, śmiech i dużą dozę miłości, koniecznie sięgnijcie po tę książkę.
www.stanzaczytany.pl
Jak Romeo może być zły? Już sam tytuł przywołuje w naszych myślach wizerunek typowego bad boy-a, jakich pełno w romansach erotycznych. Z takim też nastawieniem zaczęłam pochłaniać powieść, która okazała się być zupełnie inna, niż na początku sądziłam. Jesteście ciekawi?
Zapraszam do przeczytania recenzji.
Ethan to mężczyzna, który nie dorósł...
www.stanzaczytany.pl
Już na wstępie chciałabym napisać, że niełatwo mnie wzruszyć. Nie łatwo zaskoczyć, nie łatwo wprawić mnie w tak zwaną ,,euforię". Przede wszystkim, jeśli chodzi o tak lekkie lektury, jak zdawało się być ,,Carpe Diem". Bo umierająca dziewczyna to jedno - nie wystarczy napisać o śmierci, żeby poruszyło się serce. Nie wystarczy napisać ckliwą historię romantyczną, aby czytelnik ją poczuł. I choć dawałam szansę Carpe Diem, dawałam szansę autorce, to... Zresztą, przeczytajcie sami.
Mało dni. Odliczanie czas zacząć. Przyznaję, że na początku miałam pewne opory z przyswojeniem sobie charakteru bohaterów. Wszystko odbierali lekko, chociaż dało się wyczytać i poczuć ciężar, który niosą w sercu. Ich czarne humory na początku na mnie nie działały, choć sama takowy posiadam. Trwało to jednak zaledwie dwadzieścia stron, aż w końcu powieść wciągnęła mnie do tego stopnia, że nie byłam w stanie oderwać wzroku od latający liter. Sama również się wznosiłam, chwytając słowa i chowając je sobie głęboko do swojego serca...
Humor jest zaraźliwy. Zapewne każdy z nas chciałby mieć takie bliskie osoby, jakie ma przy sobie główna bohaterka. Dzięki temu życie, choć spisane na czarno-białych kartkach, wydaje się być kolorowe. To dzięki temu życie nabiera sensu. Byłam wzruszona ich działaniami, ich wzajemnym wsparciem psychicznym i tym, że znajdują w tej całej przykrej sytuacji miejsce na uśmiech. Czytelnik odbiera pozytywny nastrój i lokuje informacje o chorobie bohaterki gdzieś głęboko w umyśle, starając się być optymistą i nie zamartwiać się na przyszłość. Chwyta dzień, chwyta książkę w dłoń i spędza z historią miły czas... Lecz nawet i optymistyczne nastawienie nie przygotowuje nas na takie zakończenie. Niełatwo mnie zaskoczyć, niełatwo wzruszyć, ale autorce to się udało. W każdym aspekcie.
Przeznaczenie, miłość, przewrotny los... Moje serce unosiło się i upadało, aż w końcu nie byłam pewna, czy to główna bohaterka ma problemy z sercem, czy może ja. Znalazłam tutaj nie tylko humor i łzy skryte za fasadą dobrego ducha, ale i... Pożyteczne lekcje dla czytelników. Kiedy byłam po lekturze, przyznaję bez wstydu, że duuużo przeklinałam. Przeklinałam, bo nie wiedziałam, jak obrać w słowa to, co przeżyłam podczas czytania Carpe Diem. Płakałam jak bóbr, a czytanie podczas gdy kompletnie nic się nie widzi, jest cholernie trudne. Byłam w takiej rozsypce, że nie wiedziałam, jaką myśl najpierw uchwycić. Czy tą, że książka pokazuje nam przewrotność losu i każdy z nas może nauczyć się tego, jak ważne jest życie? Że należy cieszyć się dniem i korzystać nawet z najgorszej pogody, bo nie wiadomo, co stanie się za sekundę? Czy może chodzi o doznania, które przeżyłam podczas czytania tego debiutu? Czy przez łzy, a może przez wiecznie towarzyszący śmiech?
Napiszę Wam tylko jedno... Choć minął spory czas od przeczytania książki, wciąż nie wiem, jak mogę wyrazić swoje emocje, które nawet do dzisiejszego dnia mi towarzyszą. Mam łzy w oczach, kiedy przypominam sobie o pewnej sytuacji. Zresztą! Mam łzy w oczach, kiedy przypominam sobie całą powieść. Czasami nie warto płakać tylko ze smutku. Ja płaczę ze szczęścia. Ze szczęścia, że autorka zaprezentowała nam tak bogatą i wartościową lekturę, po którą koniecznie musicie sięgnąć. Poza tym zawarte jest w książce wiele, wiele dobrego, jak na przykład sprawa z dawcą organów. Nasz mały gest może uratować czyjeś życie. Dając cząstkę siebie, możemy przyczynić się do życia drugiej osoby. To właśnie ta szlachetność, ta dobroć, powinna znajdować się na pierwszym miejscu w naszych życiowych priorytetach.
Diane Rose to nie tylko pisarka, ale i recenzentka. Z tego, co wyczytałam na jej stronie autorskiej zaczęła pisać już za czasów gimnazjum. Ma lekkie pióro, które pochłania czytelnika do ostatniej strony. Fikcję literacką, która ma na celu zabawiać czytelników, miesza z ważną problematyką dnia codziennego. Jestem oczarowana jej twórczością. Jestem pozytywnie zaskoczona, przede wszystkim, że to jej literacki debiut, który jest na miarę zawodowych pisarzy. Gratuluję autorce pomysłu na książkę.
Są minusy! O, tak... Mam wiele zastrzeżeń nie tylko co do powieści, ale i co do autorki. Przede wszystkim... Chusteczki. Gdzie, u diabła, są moje chusteczki? Powinno się je dodawać do powieści, jako niezbędnik do przetrwania. Bez nich ani rusz!!!
Po drugie... Kiedy mogę oczekiwać kolejną powieść autorki? Już po pierwszej książce ufam Diane Rose bezgranicznie. Jej pióro jest lekkie, jak już wcześniej wspomniałam, przez co nie sposób nie pochłonąć jej twórczości. Minusem więc jest na pewno to, że mamy do dyspozycji tylko jej debiutancką powieść. TYLKO. Chcę więcej książek Diane. Jedna mi nie wystarczy. Chcę na już.
Po trzecie - kto teraz pozszywa moje serce? Carpe Diem to powieść, która podwędziła moje serce i nie chciała oddać. Wracając myślami do tej powieści, moje serce nadal nie jest w najlepszej kondycji. Tyle emocji, tyle radości, tyle cierpienia, tyle... Rozrywki. To chyba powód, abyście wrócili do drugiego punktu.
Debiut? Wolne żarty. Diane Rose pokazała nam, jak powinna wyglądać wartościowa książka. Choć przyznaję, że boję się wrócić jeszcze raz do lektury, bo nie wiem, czy moje serce to zniesie, to i tak będę do niej wracać w trudnych dla mnie dniach.
www.stanzaczytany.pl
Już na wstępie chciałabym napisać, że niełatwo mnie wzruszyć. Nie łatwo zaskoczyć, nie łatwo wprawić mnie w tak zwaną ,,euforię". Przede wszystkim, jeśli chodzi o tak lekkie lektury, jak zdawało się być ,,Carpe Diem". Bo umierająca dziewczyna to jedno - nie wystarczy napisać o śmierci, żeby poruszyło się serce. Nie wystarczy napisać ckliwą historię...
2016-01-10
http://facebook.com/StanZaczytany
Czego można spodziewać się po erotyku napisanego z perspektywy mężczyzny? Myśląc stereotypowo: zapewne prostackiego zachowania. Seks, seks, seks i żadnych innych atrakcji. Zero uczuć, brak jakiejś ujmującej fabuły, bo wszystko kręci się wokół istotnej męskiej części ciała.
Jeśli faktycznie tak myślicie, jesteście w wielkim błędzie. Sięgając po tę książkę nie byłam nastawiona na to, co zastałam. Ale o tym później...
Książka przedstawia nam Pana Wilka - czterdziestolatka, który wyłapuje swoje kobiety na portalu randkowym. Po druzgocącym zerwaniu z ,,Nią" postanawia w jakiś sposób zapełnić to puste miejsce, które Ona zostawiła po swoim odejściu. Wilk nie ukrywa, że kocha kobiety, seks i gotowanie. Łączy więc swoje pasje i dzięki temu możemy być świadkami jego wcale nie nudnego życia...
Z początku, zanim sięgnęłam po książkę, miałam różne myśli. Było właściwie tak samo, jak mam z dowcipami. Kiedy człowiek mówi ,,Stary, opowiem Ci taki dowcip, że aż padniesz ze śmiechu! No po prostu rewelka! Pół godziny się z tego śmiałem! (...)" i zanim zacznie już go opowiadać, twoje myśli wędrują wokół pytania ,,a co, jeśli ja tego kawału nie zrozumiem?". Koniec końców dowcip może okazać się rewelacyjny, ale ty się nie zaśmiejesz, bo już umysł zatwierdził fakt, iż go nie zrozumiesz.
Tyle słyszałam dobrego o tej książce... Tyle pozytywnych recenzji, tyle osób mi ją polecało. Z początku nie mogłam się doczekać, aż wezmę ją w ręce, ale z każdą kolejną minutą, godziną, dniem po prostu wkradały się do mojej głowy wątpliwości. A co, jeśli mi się nie spodoba? Jeśli styl autora nie przypadnie mi do gustu? Wiedziałam, że takie myśli nie są wskazane. Ocena mogła się przez takie myślenie znacznie obniżyć, ale... Nie miałam powodów do obaw. Okazało się, że już pierwsza strona rozwiała wszystkie moje wątpliwości.
,,Pan i Suka to nie papier i długopis, to mózg i bat"
,,Pan Wilk i kobiety", Jarosław Wilk
Najistotniejszą - choć właściwie nie jedyną - sprawą jest oczywiście seks. Czytam dużo romansów erotycznych oraz zwykłych erotyków i miałam wielkie obawy, że autor zastosuje tutaj okropne sformułowania, jakie często bywają w literaturze erotycznej. W końcu to facet. Okazało się, że Jarosław Wilk ma lekkie pióro, dobry język i zajebistą wyobraźnię. Z czegoś naturalnego, zwykłego, stworzył obraz bardzo kreatywny. Zdominował nie tylko kobiety pojawiające się w książce, ale i również wszystkie czytelniczki.
A propos dominacji: facet - zarówno autor, jak i główny bohater - opisał sceny seksu używając wyobraźni, nie tylko korzystając z samego kutasa. Już za to należy mu się ogromny plus.
Akcja toczy się w różnych miejscach, ale zazwyczaj jest to mała miejscowość/wieś Wilczków, położona niedaleko Wrocławia. To tam główny bohater często sprowadza swoje kobiety, które wpraszają się do niego dobrowolnie. Sam zawsze jest szczery, nie toleruje kłamstwa i z góry uprzedza, że nie jest gotowy na związek. Niektóre to rozumieją - a niektóre nie...
Jest także kot... Tak, kot. Właściwie to kocur, który idealnie pasuje do naszego Pana Wilka. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam rozdział napisany oczami zwierzęcia! To takie nietypowe, tym bardziej że Mruk - bo tak ma na imię - jest strasznym chamem i erotomanem. Mądrym skurczybykiem, który przeklina co drugi wyraz. Po prostu go uwielbiam! Za każdym - prawie - razem powodował u mnie salwy śmiechu.
Ale nie tylko to było w tej książce zabawne. Niektóre sytuacje, odzywki bohaterów po prostu są mistrzowskim wykonaniem! Często się śmiałam, szczerzyłam zęby do stronic, jak jakaś popaprana laska. Książka posiada raptem trzysta stron, ale czyta się naprawdę szybko. Po prostu wciąga i czyta się na bezdechu.
,,Pan Wilk i kobiety" to nie tylko opis perwersyjnego seksu, ale i również opis całego życia. Wzloty i upadki. Rozmowy, ukazanie wartości rodziny i odczytywanie zachowań kobiet. Wewnętrzny konflikt ze sobą i... Gotowanie - o, tak. To przede wszystkim. Autor oraz główny bohater kochają spędzać czas w kuchni tak samo, jak kochają się pieprzyć. Oboje znają się na wyborze win oraz na przyrządzaniu dobrego jedzenia.
Zagadka... Powieść sama w sobie jest jedną, wielką zagadką. Już zaczynając czytać ma się wrażenie, że czytamy czyjś pamiętnik. Ja natomiast po przeczytaniu całości czułam się, jakbym siedziała z autorem przy stoliku w kawiarni, a on opowiadał mi o własnym życiu, prowadząc ze mną monolog. Wiadomo, że każdy pisarz wzoruje się niekiedy na własnej postaci. Dodaje fragmenty z życia wzięte. Ale ile w tej książce jest prawdy? Czy Jarosław Wilk jest tym samym Wilkiem, który opisany jest w książce? To jest właśnie zagadka. Zagadka z magią niewiedzy.
Muszę jedynie ostrzec, że książka nie jest dla wszystkich. Wiadomo, że jest to pornos - jak to autor uwzględnił - co wiąże się z tym, że odbiorca powinien dorosnąć do tej pozycji. Ale chodzi tu także o coś innego. W powieści jest dużo przekleństw i ukazanie dominującego charakteru. Wiadomo, że niektóre osoby są zbyt wrażliwe, aby to wszystko ,,przełknąć". To właśnie dla wrażliwców nie jest dobra pozycja.
Długo zastanawiałam się nad oceną. Naprawdę. Minęło osiem godzin od zakończenia lektury, a ja wciąż próbuję ustalić, co takiego tutaj dać, Jaką liczbę. Dałabym pięć z plusem, ale rozmyślając o całej fabule, o wszystkich moich reakcjach i myślach, po prostu jest to za słaba ocena. Ale żeby dać sześć?
Jak wiecie, nigdy nie oceniłam książki celująco. Zostawiam tę ocenę na coś wartego uwagi, na coś, co mnie zaskoczy pozytywnie. Na coś nowego. Coś, o czym jeszcze nie czytałam - a wiecie przecież, że erotyki są moją ulubionym gatunkiem. Jednak po głębokim namyśle ,,Pan Wilk i kobiety" jest kompletnie innym erotykiem. Nie tylko odstępstwem od normy jest pióro faceta, ale również... szczerość. Realny świat. Świat, w którym my żyjemy, a którego właściwie już nie zauważamy. W książce zawarte są momenty podniecenia, momenty śmiechu i bólu. Momenty wkurzenia się i żalu. Chwile na refleksje i zastanowienie się, czy autor i główny bohater nie są przypadkiem tą samą osobą. Po prostu...
Rewelacja.
Z radością i czystym sercem oświadczam, że ta książka zasługuje na pierwszą szóstkę w naszych recenzjach.
Gorąco polecam!
6/6
Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi
http://facebook.com/StanZaczytany
Czego można spodziewać się po erotyku napisanego z perspektywy mężczyzny? Myśląc stereotypowo: zapewne prostackiego zachowania. Seks, seks, seks i żadnych innych atrakcji. Zero uczuć, brak jakiejś ujmującej fabuły, bo wszystko kręci się wokół istotnej męskiej części ciała.
Jeśli faktycznie tak myślicie, jesteście w wielkim błędzie....
Myślałam, że będzie to zwykła obyczajówka, która pokaże nam interesującą historię rodziny. Myślałam, że to powieść dla młodzieży - coś na kształt Akademii Pana Kleksa (naprawdę - taka myśl przebiegła mi po głowie). Myślałam nawet, że może i będzie coś o magii, wnioskując po magicznie cudownej okładce książki. Jeśli jeszcze mnie nie poznaliście, przypominam Wam, że zazwyczaj nie czytam opisów - lubię być zaskakiwana. Lubię, kiedy sama poznaję historię, nie będąc na nic przygotowana. Ciężko jest więc wybrać powieść, która ,,w ciemno" mi się spodoba. Zaryzykowałam... Czy to się opłaciło?
Opis:
Porywająca epicka opowieść o miłości i stracie – pierwsza z wyjątkowej serii siedmiu książek, osnutych wokół legendy o konstelacji Siedmiu Sióstr.
Na wieść o śmierci bajecznie bogatego i otoczonego aurą tajemniczości ojca Maia D'Aplièse i jej pięć sióstr, wszystkie adoptowane przez Pa Salta jako małe dziewczynki, spotykają się w domu, w którym spędzały dzieciństwo. „Atlantis” – to wspaniały zamek położony nad brzegiem Jeziora Genewskiego. Każda z dziewcząt otrzymuje wskazówkę, która pozwoli jej odkryć istotę dziedzictwa otrzymanego w spadku po ukochanym ojcu. Maię tropy wiodą do zrujnowanej willi w Rio de Janeiro, gdzie poznaje historię swojej przodkini z czasów Belle Époque, pełnej pasji Izabeli Bonifacio. Elementy zagadkowej układanki zaczynają powoli tworzyć całość."
źródło opisu i okładki: materiały wydawnictwa
Pierwsze pytanie: w tytule jest siedem sióstr. A wiecie, że w powieści jest ich tylko sześć? Tak, sześć. To pierwsza interesująca namiastka historii, która mnie zainteresowała. Ojciec, a właściwie mężczyzna, który adoptował dzieci, przyprowadził do swojego domu sześć dziewczynek. Już od początku wiemy, że nawet wybierając im imiona, kierował się najjaśniejszymi gwiazdami w gwiazdozbiorze Byka - nazywane Plejadami, a inaczej Siedmioma Siostrami. Kiedy siostry czekały na przyjazd siódmej siostry, ojciec powiedział im, że niestety jej nie znalazł. To właśnie ten fragment zainteresował mnie, bo w końcu coś musiało być na rzeczy, prawda? Dlaczego nie mógł wybrać pierwszego lepszego dziecka i nazwać kolejną dziewczynkę następną - a zarazem ostatnią - nazwą gwiazdy? Czym się kierował, wybierając swoje dzieci? Dlaczego tak bardzo interesował się Plejadami? Jaki związek mają dziewczynki z jego historią? I przede wszystkim... Kim był ich ojciec?
Dużo pytań, prawda? A zapewniam Was, że te pytania napłynęły po pierwszych stronach powieści. Czytając dalej, mogłabym ze swoich pytań stworzyć swój osobisty gwiazdozbiór. Brnęłam w historię, która do końca mnie pochłonęła.
,,Miłości nie ogranicza odległość ani żaden kontynent. Oczyma sięga gwiazd."
,,Siedem sióstr", Lucinda Riley
Poznajemy Maię - jedną z sióstr, które Pa Salta adoptował i przygarnął do swojej bajecznej rodziny. Po śmierci ojca, Maia otrzymała skrawek swojego poprzedniego życia - wskazówki na to, kim była przed adopcją. Sprawa wyglądała na prostą - ona wyjedzie, zwiedzi miasto, zobaczy swój stary dom, a może i nawet pozna swoją rodzinę. Nikt jednak nie domyśla się, że jej historia jest bardziej obszerna, niż można byłoby przypuszczać. Trop ciągnie za kolejnym tropem i nie tylko poznajemy jej przeszłość - jej dzieciństwo, ale również cofamy się do dziejów jej prababki. Co można znaleźć w tym fascynującego?
Czytam każdą książkę, którą upoluję. Nie liczy się dla mnie gatunek, tylko przekaz, jaki za sobą niesie. Niemniej jednak... Nigdy nie przypadła mi do gustu powieść historyczna. Nie lubię, kiedy bohaterowie cofają się w czasie, a razem z nimi ja. Lubię teraźniejszość. Jednak...
Tutaj, chociaż wracamy do drugiej dekady XX wieku, nie odczułam żadnego ,,dyskomfortu". Co najważniejsze, poczułam się, jakbym faktycznie tam była. Autorka umiejętnie przeplatała fikcję literacką z prawdziwymi wydarzeniami - chociażby budowa słynnego pomnika Cristo w Rio de Janeiro. W historii jej prababki pojawiają się nazwiska, na przykładzie podaję: Landowskiego, francuskiego rzeźbiarza polskiego pochodzenia, który był twórcą jednego z nowych siedmiu cudów świata. Dzięki takiej mieszaninie miałam wrażenie, że czytam pamiętnik obcej, a zarazem bliskiej mi osoby. Straciłam czytelniczy grunt pod nogami. Słowa dosłownie wciągnęły mnie do powieści. Podczas czytania książki siedziałam z włączonym Internetem i przeglądałam co jakiś czas wyszukiwarkę, aby zobaczyć, czy kolejna ciekawostka naprawdę wydarzyła się w naszym realnym świecie. I chociaż niejednokrotnie zostałam oszukiwana przez autorkę, bo ubarwiała rzeczywistość, to jestem jej wdzięczna za to, co zrobiła z moim umysłem.
Choć nie mam ulubionego gustu muzycznego, tak samo jak i czytelniczego, od chwili, kiedy skończyłam czytać książkę, wciąż puszczam muzykę klasyczną. Jednak gdy to robię, przypomina mi się piękna historia, która wzrusza i pozostawia niedosyt. To jedna z tych powieści, po których czytelnik ubolewa nad faktem, iż nie może wejść do książki i na własnej skórze poczuć chociażby powietrze, którym oddychają bohaterowie. Chociaż klasyfikuję ,,Siedem sióstr" do tych bardziej lekkich powieści, czuję ciężar jej wartości. To piękna historia, którą będę wspominać czule i z radością będę do niej wracać, gdy tylko moje serce wróci na swoje miejsce.
,,Siedem sióstr" to piękna powieść, która nie tylko zabawia czytelnika, ale i wnosi coś magicznego do serca. Jest to pierwsza z siedmiu części serii (sześć z nich opowiada o innej siostrze) i aż nie mogę się doczekać, aż przeczytam kolejną powieść autorstwa Lucindy Riley. Już sama okładka zabrała mnie w inny czytelniczy wymiar, jednak historia... Ach. Nawet po kilku dniach po przeczytaniu jestem wciąż tak samo zauroczona powieścią, co wcześniej. To właśnie z tego powodu daję jej maksymalną ocenę.
Myślałam, że będzie to zwykła obyczajówka, która pokaże nam interesującą historię rodziny. Myślałam, że to powieść dla młodzieży - coś na kształt Akademii Pana Kleksa (naprawdę - taka myśl przebiegła mi po głowie). Myślałam nawet, że może i będzie coś o magii, wnioskując po magicznie cudownej okładce książki. Jeśli jeszcze mnie nie poznaliście, przypominam Wam, że zazwyczaj...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
www.stanzaczytany.pl
Usłyszałam o tej książce od jednej z czytelniczek. Pozytywne oceny na tyle mnie zachęciły, że z upragnieniem wypatrywałam daty ,,29 marca", aby móc w końcu zakupić tę powieść i przekonać się, czy fabuła jest równie dobra, co sam opis. Chociaż słodka okładka i dobre recenzje wystarczyły, aby zakupić tę książkę, obawiałam się, że na tym skończy się moje szczęście. Ostatnio mam problemy z czytaniem - nawet z tymi lekkimi. Brak czasu, brak chęci i nagrom pracy zachęcały mnie jedynie do tego, aby przytulić się do kołdry i zasnąć, niżeli otworzyć książkę i czytać. Jednak kiedy parę dni temu otrzymałam ,,Złapać milionera" (dziękuję empik.com, że wysyłacie wcześniej!), z ciekawości przeczytałam pierwszą stronę...
... i 550 innych...
Bohaterka, która często się spóźnia - nie miałam więc problemu z utożsamieniem się z tą postacią. Jej charakterystyczny temperament bawił mnie do łez. Poza tym sam Kline Brooks również nie należy do tych ,,nudnych" milionerów. Kiedy oboje pojawiali się na fabularnej scenie, musiałam uważać na to, aby nie obudzić domowników, więc w rezultacie dławiłam się śmiechem. Już dawno nie sięgnęłam po książkę, która jest tak... pozytywnie nastawiona. Już dawno tak się nie śmiałam.
Nie ma takiego ognia - nie ma silnej problematyki, która sprawi, że czytelnik będzie bał się o rozwój sytuacji. Tutaj mamy do czynienia z lekką literaturą - bajkowym romansem erotycznym. Zwykle takie lekkie pozycje mnie nudzą - powieści, w których nie ma takiego wielkiego ,,BUM!", dlatego też byłam pozytywnie zaskoczona, gdy ,,Złapać milionera" wciągnęło mnie aż do ostatniej strony.
Jedyną problematyką była niewiedza bohaterów (a właściwie bohaterki), że to ze sobą piszą wiadomości na portalu internetowym.
Cóż za zbieżność zdarzeń - ona założyła sobie konto, wstawiając na profilowe zdjęcie swojej zwariowanej przyjaciółki, a on założył sobie konto, wstawiając na profilowe zdjęcie swojego zwariowanego przyjaciela. Ogromnym plusem w tej powieści jest to, że główny Kline nie jest typowym literackim milionerem - nie charakteryzuje się brakiem poczucia humoru, twardym nastawieniem, czy mottem ,,włóż - wyłóż, znajdź inną dziurkę". On poszukuje normalnej kobiety, z którą mógłby miło spędzić czas. Georgia za to nie pęka, jeśli on zbliży się do jej serca, czy ciała. Miło spędzają ze sobą czas, chcą więcej siebie, więcej zbliżenia.
A co najważniejsze... Georgia ma dwadzieścia sześć lat. I jest dziewicą. Wyobrażacie sobie cały ten humor? Ja sobie nie wyobrażałam. Teraz na samo wspomnienie usta rozszerzają się w uśmiechu. Pokochałam Georgie i Kline'a, co nie zdarza się za często. Nie mam do nich żadnych uwag - są tak entuzjastyczni, błyskotliwi, inteligentni, a zarazem... świrnięci, że nie sposób ich nie lubić.
Wczoraj opowiadałam mamie całą książkę - trwało to około godziny. Wcześniej naszła do mnie myśl, aby zacząć kręcić vlog, ale zważając na moje gderanie, zdecydowanie muszę odpuścić - przede wszystkim, jeśli chodzi o takie pozycje, jak te. Jest tyle śmiechu, tyle PRZYJEMNOŚCI z czytania, że buzia nie zamknęłaby mi się nawet na sekundę. To powieść, która postawiła moje czytelnictwo na nogi.
Tak więc... Kochani, wracam. I postaram się wszystko nadrobić.
,,Złapać milionera" to lekka powieść, po której na niebie pojawia się słońce. Pozytywna energia emanująca od tej książki jest po prostu zaraźliwa. Co najlepsze, a zarazem najgorsze, zważywszy na mój brak czasu, pięć minut po skończeniu książki miałam ochotę przeczytać ją od początku. Książka nie trafia na najwyższą półkę - trafia na półkę tuż obok mnie, abym sięgnęła po nią w najbliższym czasie.
JA CHCĘ JESZCZE RAZ! Ale teraz Wasza kolej.
Ocena: 5+/6
www.stanzaczytany.pl
Usłyszałam o tej książce od jednej z czytelniczek. Pozytywne oceny na tyle mnie zachęciły, że z upragnieniem wypatrywałam daty ,,29 marca", aby móc w końcu zakupić tę powieść i przekonać się, czy fabuła jest równie dobra, co sam opis. Chociaż słodka okładka i dobre recenzje wystarczyły, aby zakupić tę książkę, obawiałam się, że na tym skończy się moje...
Echo. Po prostu echo głowy, sumienia, czucia. Już kolejny raz po przeczytaniu jakiejkolwiek twórczości Kai Kowalewskiej, mam taki... chaos. Pozytywny chaos. Chociaż nie wiem jeszcze, jak się z tym czuję. Jak mam napisać recenzję, zrozumiałe dla Was słowa, jeśli nie potrafię skleić jeszcze jakiegoś normalnego zdania? Chciałabym Wam tyle opowiedzieć, z tyloma rzeczami się podzielić, ale... Nie wiem. Po prostu nie wiem. Nie wiem od czego zacząć, co napisać, co pomyśleć. Po prostu... Zostałam już kolejny raz rozłożona na łopatki... Leżę. Leżę i patrzę się na słowa, które fruwają mi po suficie.
O czym książka? Jest kobieta. Jest sukienka. Czerwona sukienka, której nie ma. Jest kobieta, sukienka, których właściwie nie ma. Jest chaos.
Ale może powróćmy do bardziej racjonalnych słów...
Poznajemy Kasandrę - młodą kobietę, która ma problemy psychiczne. Widzi coś, czego nie ma. Słyszy głos, który - choć pojawia się w jej głowie - nie istnieje. Jej przeszłość nie jest kolorowa, mimo że plami teraźniejszość i przyszłość na czerwono. Nic więc dziwnego, że czytelnik ma istny chaos w głowie. Główna bohaterka nie myśli racjonalnie (chociaż...? O tym za chwilę). Kurczowo trzyma się tych smaków dzieciństwa, które skosztowała. Wprowadzając się do Sary, nowej współlokatorki, wkracza nie tylko do nowego życia, ale i do dorosłości. Późnej dorosłości. Jej chaos staje w czerwonych płomieniach.
Sara z kolei to normalna kobieta, która umie żyć, umie się ubrać, wypić, pogadać, myśleć. Fakt faktem, każdy potrafi myśleć, ale nie każdy potrafi swoje myśli zaszufladkować. Mimo że mamy do czynienia z dwoma innymi kobietami, dwoma innymi nie tylko względem fizycznym, ale i psychicznym, Kaja Kowalewska pokazuje nam, że każdy z nas ma jeden umysł. Ten sam, choć używamy go całkiem inaczej. W powieści widzimy różnorodność postaci - mamy boga seksu, dobrą duszę, złą duszę, średnią duszę, duszę nieznaną, duszę obłąkaną, duszę niekoniecznie trafioną. Ale... Która dusza trafi do ciała? Która do nieba, która do piekła? Którą zobaczymy?
To pierwsze, co chciałabym opisać. Wiecie, że uwielbiam psychologiczne aspekty. Aspekty osobowości. Lubię widzieć coś, czego nie widać. Lubię zauważać dusze, które przed nami się chowają. Kaja Kowalewska trafiła w celny punkt, bowiem jak możemy scharakteryzować człowieka? Postawmy tutaj na przykładzie Jana Kowalskiego. Jest sobie mężczyzna, który pomaga żonie, pomaga dzieciom, pomaga nawet staruszce przejść przez ulicę. Jednak czy będziemy klasyfikować go do tych dobrych? Każdy z nas ma wady. Nasz Jan często morduje szefa w myślach i raz nawet specjalnie zepsuł jego zszywacz, leżący na biurku. My nie widzimy w tym nic złego, ale stawiając się na miejscu szefa, który musiał nadwyrężyć swoje ciało, aby się pochylić i wyciągnąć z szuflady zapasowe narzędzie pracy, bylibyśmy źli. Gdyby szef dowiedział się, że Jan tak go potraktował, Jan dla niego byłby wzorem zła. A przecież zepsucie zszywacza to nic takiego, prawda?
Podałam przykład, żebyście widzieli, że choć wspólnie żyjemy na tej planecie, każdy z nas ma inną wizję społeczeństwa. Każdy inaczej patrzy na człowieka. Ktoś, kto jest dobry dla większości świata, nie zawsze jest ideałem dla innego. Tak samo w odwrotną stronę - ktoś, kto źle Cię traktuje, niekoniecznie jest zły dla innego osobnika.
Kaja Kowalewska wymieszała dusze. Bohaterowie stoją na okręcającej się platformie, dzięki czemu widzimy ich każdą stronę. Widzimy ich dobre i złe strony. Widzimy każdy zakamarek umysłu, choć niekoniecznie jesteśmy świadomi tego, jaki wniosek możemy z tego wyciągnąć. Bo umysłu nie da się zbadać. Dopóki żyjemy, zmieniamy się. Zmieniamy swoje myśli, postępowanie, zachowanie. Każdy dzień, każda spędzona z życiem godzina, minuta, sekunda kształtuje nasz umysł w inny sposób. To chaos. Codziennie widzimy swoje siedem grzechów. Głuchych na wołania. Wołania duszy.
,,- Cukier? - pytam.
- Do zmywania depresji? Poproszę dwie łyżeczki"
,,Siedem grzechów głuchych", Kaja Kowaleska, str. 40
Chaos. Ha, to słowo będę chyba ciągle powtarzać. Kiedy piszę tę recenzję i staram się wylać choć kroplę z oceanu własnych myśli, ciągle kręcę z niedowierzaniem głową. Jestem psychicznie rozbita. Tak jak w przypadku Play listów - czyli nie wszystkie fobie są o miłości, tak samo tutaj słowa dźwięczą mi w duszy. Nie wiem które są głośniejsze. Które bardziej treściwe, a które mniej. Powieść ta przeniosła mnie w zupełnie inny wymiar czytelnictwa. Przy książkach Kai Kowalewskiej odkrywam kompletnie inne rejony umysłu. Umysłu czytelnika, umysłu człowieka i umysłu życia. To tak, jakbym kupiła sobie wycieczkę krajoznawczą do nieba i piekła. Zwiedzała rejony, które są odizolowane od siebie jedynie cienką ścianą. Ścianą złożoną z ludzi, z ich dusz i czynów.
,,(...) Fałsz ubiera się w długi, ciemny płaszcz. Wychodzi w kapturze, aby oszukać d(r)eszcz. Wychodzi w masce, aby omamić gwiazdy."
,,Siedem grzechów głuchych", Kaja Kowalewska, str. 276
Postanowiłam dać Wam tylko dwa cytaty, ale uwierzcie mi, że... Gdybym miała wybrać swoje ulubione słowa, musiałabym przepisać całą książkę. Kaja posługuje się lekkim językiem, jednak ma ono w sobie taki... pierwiastek poetycki. Im dalej w las, tym bardziej rozumiemy drzewa. Słowa, które na pierwszy rzut oka są niezrozumiałe, nabierają swoją krwistą barwę po ich przeczytaniu. Zrozumiemy wtedy, że oczy nie muszą rozumieć. To dusza musi skonsumować tekst.
Autorka dołączyła wiersze, słowa piosenek, ale i przede wszystkim... dziecięce wyliczanki. To całkowicie odmieniło tę powieść - a właściwie nasze zrozumienie tekstu. Widzimy Kasandrę, która boryka się z własnymi problemami. Problemami psychicznymi, które zostały spowodowane wydarzeniami w dzieciństwie. Teraz łaknie każdego dotyku, każdego zrozumienia, tańca, łez, słońca. Z początku miała opory przed poznaniem świata, ale kiedy już wyszła ze swojego prowizorycznego, umysłowego więzienia, jej mózg zaczął inaczej relacjonować wydarzenia. Chciała dużo. Chciała wszystko. Zarazem nie chcąc nic.
To powrót do dzieciństwa. Do wyliczanek. Do tego, jak ciekawe jest dziecko. Każdy z nas ma w sobie tego małego szkraba, który chciał kolorową gałkę z lodziarki. Który pragnął grać w klasy, biegać po tęczy i smakować chmur. Autorka pokazana nam, że dziecięcy umysł wciąż w nas tkwi. Czasami bardziej, czasami mniej. Czasami tymi dziećmi jesteśmy. Czasami bardziej, czasami zawsze.
Ene, due, rike, fake...
Czy polecam? Książki Kai Kowalewskiej mają to w sobie, że mogę po nie sięgać z zamkniętymi oczami. Dusza i tak odczyta słowa. Dusza zawsze będzie chciała pragnąć coś, co w końcu do niej przemówi. Coś, co zaburzy naszą koncepcję myślenia i sprawi, że spojrzymy na to wszystko pod innym kątem. Z innej strony. Z każdego serca, duszy i umysłu.
Ocena: 6/6
Tym bardziej miło mi ogłosić, że Stan: Zaczytany jest patronatem medialnym powieści. Za ten zaszczyt oraz możliwość przeczytania książki dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu Novatorja
Echo. Po prostu echo głowy, sumienia, czucia. Już kolejny raz po przeczytaniu jakiejkolwiek twórczości Kai Kowalewskiej, mam taki... chaos. Pozytywny chaos. Chociaż nie wiem jeszcze, jak się z tym czuję. Jak mam napisać recenzję, zrozumiałe dla Was słowa, jeśli nie potrafię skleić jeszcze jakiegoś normalnego zdania? Chciałabym Wam tyle opowiedzieć, z tyloma rzeczami się...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
www.stanzaczytany.blogspot.com
To moja pierwsza styczność z tym autorem. Po przeczytaniu tej książki aż wstyd mi przyznać, że nigdy wcześniej - choć słyszałam wiele dobrego na temat jego książek - nie miałam z nim do czynienia. Harlan Coben to ,,mistrz w swoim fachu, człowiek czarujący słowem" (według The Huffington Post). To chyba powód, dlaczego postanowiłam sięgnąć po jego nową powieść. Teraz mogę bez zarzutu wyrazić swoją opinię. Jakie jest więc moje zdanie?
Nie specjalizuję się w thrillerach. Sami wiecie, że czytam wszystko, co tylko wpadnie mi do rąk, jednak gdybym miała wybrać lekturę na wieczór, thriller nie należałby do tego zbioru. Ciężko mnie zaskoczyć, zwykle rozwiązuję zagadki bez mrugnięcia okiem. Trzymające w napięciu? Umysł na wysokich obrotach? Przez całą historię zwykle się nudzę. Łapię za każdy małoznaczący szczegół, dzięki czemu wiem, że tak naprawdę te drobiazgi przeistoczą się w meritum. Taka nuda. Jednak...
Cóż, zaczęło się interesująco. Twarda kobieta, żołnierz, pochowała własnego męża. Lubię zagłębiać się w ludzką psychologię, więc tutaj chciałabym Wam wyznać, że jej wewnętrzny ,,stan" był naprawdę interesujący. Trzymała się mocno, nie pokazała swojej słabej strony. Żegnała swojego małżonka w postawie żołnierskiej. Z takim też nastawieniem kroczyła dalej w życie. Owszem, wracała myślami do wspólnych chwil, niemniej jednak, jak na wdowę, trzymała się naprawdę stabilnie. Nie zbzikowała.
Dopiero, kiedy obejrzała nagranie z zamontowanej ukrytej kamery, jej życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Zobaczyła męża, który powinien leżeć pod piachem, w zamkniętej trumnie. To wtedy czytelnik musiał usiąść wygodniej, bo zaczynała się akcja. Mój umysł próbował rozwiązać sprawę, jednak kolejne poszlaki, które niby miały ułatwić zadanie, tylko to pogorszały. Jedna sprawa goniła drugą. Trzecia z pierwszą się mieszały, a szósta z drugą wykluczały. Koniec końców... Zrobiłam tak wielki supeł myśli, że nie potrafiłam go rozwiązać. Jako ,,mały detektyw" poczułam się z tym źle. Jako czytelnik... byłam pod ogromnym wrażeniem.
,,Gdyby była religijna, pewnie uznałaby, że siostra i babcia spoglądają na nią z góry. Ale nie była. Zmarli zawsze pozostają nieżywi. W tym cały szkopuł."
,,Już mnie nie oszukasz", Harlan Coben, str. 131
Co najważniejsze, nie koncentrujemy się tylko na mężu. Powracamy do jej poprzednich losów, do życia znajomych i bliskich, przez co sprawa staje się bardziej zawiła, niż na początku. Jak już wcześniej wspomniałam, mamy wiele poszlak, ale nie wszystkie są w stanie użytku. Bo jak połączyć sprawy zmarłej siostry z osobą, którą dopiero poznajemy? Jak połączyć życie dwóch nieznanych osób? Jak wrócić do przeszłości, skoro przyszłość ciągnie nas ku przepaści?
Uwierzcie mi, że nie miałam łatwo. Właściwie to mój umysł grzał się aż do czerwoności, aby móc przed ostatnią stroną wydobyć prawdziwe zakończenie. Byłam zszokowana i zniecierpliwiona historią wykreowaną przez autora. Jestem po prostu zadowolona, że Harlan Coben trafił do moich rąk i że to z ,,Już mnie nie oszukasz" spędziłam lutowy wieczór.
Pismo autora jest naprawdę lekkie. Litery układają się w słowa, a słowa w zdania, od których nie można się oderwać. Mało kiedy autorzy takich gatunków potrafią delikatnie wprowadzić czytelnika w stan napięcia. I co najśmieszniejsze, choć w książce nie ma żadnych strasznych rzeczy - nie licząc nieznajomego rozwinięcia historii - w pewnym momencie, gdy odłożyłam na chwilę książkę, mój umysł dalej pracował nad zagadką. To dlatego moje serce zbliżało się do gardła, kiedy usłyszałam najmniejszy huk. Czułam się tak, jakby za chwilę ktoś miał wparować mi do domu i na mnie napaść. To jeden z kolejnych powodów, dlaczego daję tak wysoką notę. Zostałam wrobiona przez autora w niestudzoną aferę. Komu wierzyłam? Jakiemu bohaterowi? To było zadanie niezwykle trudne, ponieważ... Przestałam wierzyć nawet własnym myślom. Dobrym odniesieniem byłby cytat z wiersza Adama Mickiewicza - ,,Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko".
Oczywiście nie mam zamiaru Wam spojlerować. Nie będę pisać o tym, co jeszcze jest przed Wami. Napiszę dla Was tylko tyle, że... Omamiła mnie ta książka. Trzymałam ciągle gardę, aby ochronić się przed ciosami, ale kiedy ją opuściłam, zostałam zaatakowana. Zaatakowana do takiego stopnia, że kiedy dotarłam do zakończenia, jeszcze chwilę mrugałam i pochłaniałam informacje, które powoli wchodziły do mojej głowy.
Zaskoczenie? Wielkie.
Głowa? Wielka.
Szok? Sami możecie się domyśleć.
Harlan Coben pozytywnie mnie zaskoczył. Na pewno nie będzie to jedyna książka jego autorska, po którą sięgnę. Człowiek z krwi i kości, który potrafi dać czytelnikowi na tacy pełny posiłek. Jestem najedzona, choć - szczerze powiedziawszy - wciąż mi mało.
Reasumując: opisywany thriller to powieść, którą ciężko wyrzucić z pamięci. Akcja goni akcję, a my, jako czytelnicy, próbujemy za nią nadążyć. Biegniemy ku rozwiązaniu zagadki, ale z powodu narzuconego tempa, nasze nogi się plączą i summa summarum i tak wylądujemy na twarzy. Osobiście jestem przyjemnie zaskoczona i z całą pewnością w najbliższym czasie sięgnę po inne książki autorstwa Cobena.
Poza tym na pewno wrócę do tej lektury. Przynajmniej teraz wiem, że już mnie ona nie oszuka...
www.stanzaczytany.blogspot.com
To moja pierwsza styczność z tym autorem. Po przeczytaniu tej książki aż wstyd mi przyznać, że nigdy wcześniej - choć słyszałam wiele dobrego na temat jego książek - nie miałam z nim do czynienia. Harlan Coben to ,,mistrz w swoim fachu, człowiek czarujący słowem" (według The Huffington Post). To chyba powód, dlaczego postanowiłam sięgnąć po...
Nowa powieść Augusty Docher przenosi nas w rzeczywistą baśń o pięknej i bestii. Przedstawiony świat jest bardzo nietypowy. Czytamy historię, która jest naprawdę wyjątkowa. Nie spotkamy podobnego wzoru nigdzie indziej. To właśnie jedna z zalet nowej powieści A. Docher, z którą już teraz możecie się zapoznać! Więcej szczegółów niżej.
,,Nie mam prawa o tobie myśleć - odpowiedziała, nagle cichnąc i gasnąc. - Wiesz jak to jest, gdy budzisz się rano, odwracasz głowę i patrzysz w bok, żeby zobaczyć puste miejsce? Poduszkę bez śladu wgniecenia po czyjejś głowie. Zarzucasz rękę, żeby objąć kogoś, dotknąć, a tej osoby po prostu nie ma. Nie ma jej zapachu, ciepła, szmeru oddechu. Nic. - Przełknęła ślinę. - Przecież to znasz..."
Fabiana prowadzi normalne życie, które nie jest usłane różami. Konflikty życiowe i uczuciowe toczą swoją walkę między sobą, przez co główna bohaterka musi stanąć na głowie, aby uporać się ze swoim losem. Kiedy fatum wyciąga złe karty, Fabi zostaje uprowadzona. Wszystko nagle się zmienia.
Znajduje się w surrealistycznym pałacu, gdzie przepych miejsca porównuje się do zamkowego dworu. Służba jest na jej rozkazy. Nie ma żadnych problemów, żadnych zmartwień, gdyby nie fakt, że wciąż nie wie dlaczego znalazła się w tym miejscu. Dozę tajemniczości potęguje jednooki, który jest właścicielem posesji - i być może - jej największym koszmarem. A może bohaterem?
Jak sami wiecie, nie czytam opisów. Otrzymując tę powieść do przeczytania nawet nie wiedziałam z jakiego gatunku jest ta książka. Jedynie zostałam poinformowana, że jest to ,,nietypowy" romans. Sami wiecie, że ostatnimi czasy słowo ,,nietypowy" można przełożyć ze słowem ,,bardzo pospolity". Romansów jest już tak wiele, że rzadko można spotkać coś, co będzie nowością. Dlatego też z przymrużeniem oka zwracamy uwagę na ,,nietypowość". W tym przypadku również starałam się to sformułowanie zignorować.
Po przeczytaniu zaś mogę z zadowoleniem stwierdzić, że czytając ,,Kryształowe serca" będziemy świadkami nietypowości. Nie jest to bajka, nie jest to klasyczny romans, na którym skupia się cała fabuła. Unikatowa fabuła, w której możemy liczyć na przyspieszony rytm serca. Jak już wcześniej wspomniałam, nie wiedziałam nic na temat historii. Nie byłam na nic przygotowana. Sekrety sprawiały, że starałam się rozwikłać tajemnicę i choć zwykle mi się to udaje, tym razem zostałam przyjemnie zaskoczona. Były przypuszczenia, ale summa summarum nie potrafiłam do końca połączyć puzzli. Dlatego sądzę, że opisywana powieść zasługuje na wysoką notę.
Jak wiecie, uwielbiam romanse - najbardziej erotyczne. Choć głównym wyznacznikiem nie jest miłość głównych bohaterów (jest inny cel), czytelnicy są świadkami rodzących się uczuć. Co najważniejsze, główny bohater z wyglądu nie jest idealny. Nosi przepaskę, ma bliznę na twarzy. Co nie znaczy, że nie jest przystojny. Przepaska zakrywająca ,,martwe oko" daje nam więcej pytajników. Charakter głównego bohatera również sprawia, że nie potrafimy do końca odpowiedzieć na niezliczone pytania. Jedyne, co są pewne, to uczucia, które mimo nieprzyjemnej sprawy, w którą bohaterka została uwikłana, rosną z każdym dniem i z każdą nocą.
Odpowiadając na jeszcze niezadane pytania - tak, są sceny erotyczne, jednak są one bardziej... wyrafinowane. Nie ma obrzydliwego języka, który powoduje, że prędzej chcemy odłożyć lekturę na bok, niż analizować ją dalej. To delikatny (choć niekiedy przepełniony mocną dawką pożądania) dodatek - scen seksu nie ma wiele. Wystarczająco, aby czytelnik zauważył, że bohaterowie bardziej są zaangażowani w związek, który nie wiadomo, czy ma rację bytu.
Jedyne do czego mogłabym się przyczepić - choć jest to za mocne słowo - jest końcowa akcja, której dla mnie było zdecydowanie za mało. Książka w pewien sposób trzyma w napięciu. Kiedy już wiemy na czym stoimy, oczekujemy strzału w serce. I choć ten strzał jest - chwila trwogi, bezradności i cierpienia, oczekujemy (a właściwie sama oczekiwałam) czegoś... dłuższego, intensywniejszego. Niemniej jednak nie jest to złe. Uważam, że ten jeden mały (tyci, tyci) minus jest spowodowany gustem czytelniczym. Oczekiwałam ,,brutalniejszej" akcji (taka ze mnie ,,zua" kobieta) i choć i tak byłam w stanie hibernacji, czuję taki... Taką... chęć, aby rozkręcić bardziej tę powieść, żeby nie była to jednotomowa historia, a przynajmniej dwu-. Zresztą jak już wyżej wspomniałam, książka ma w środku opisaną niewiarygodną historię, więc nic dziwnego, że chcę więcej.
Reasumując - Augusta Docher oddaje w nasze ręce powieść, która niesie w sobie tajemnicę, uczucia, akcję i niekiedy nawet nutę horroru. Czytając tę historię przenosimy się do innej wersji Pięknej i Bestii, gdzie każda z czytelniczek może postawić się na miejscu głównej bohaterki. Zaskakujące rozwinięcie, trzymające w napięciu zakończenie sprawi, że przez wiele dni po przeczytaniu ,,Kryształowych serc" będziesz miał tę powieść w głowie.
Nowa powieść Augusty Docher przenosi nas w rzeczywistą baśń o pięknej i bestii. Przedstawiony świat jest bardzo nietypowy. Czytamy historię, która jest naprawdę wyjątkowa. Nie spotkamy podobnego wzoru nigdzie indziej. To właśnie jedna z zalet nowej powieści A. Docher, z którą już teraz możecie się zapoznać! Więcej szczegółów niżej.
,,Nie mam prawa o tobie myśleć -...
www.stanzaczytany.blogspot.com
Ni stąd ni zowąd przyfrunęła do mnie wiadomość, niczym gołębica w średniowieczu, że dwie debiutantki wydają swą powieść o sile miłości i czarownej magii. Przyjęłam, przeczytałam. Jakież było moje zdumienie, że początkujące powieściopisarki w tak umiejętny sposób zabrały czytelnika do innego świata! Do innego czasu, do innego wymiaru, do innego życia, gdzie nie ma miejsca na łzy i uczucie poniżenia. Walka o dobro i Przeznaczenie to najważniejsze priorytety w dziejach Severo i Arienne. A Wy jesteście świadkami, że siła miłości również może brać udział w walce.
Opis:
,,Arienne, młoda czarodziejka, szukając schronienia przed grożącym jej niebezpieczeństwem, postanawia zaufać Przeznaczeniu. Uzbrojona jedynie w magiczne umiejętności oraz kobiecą intuicję i spryt, przybywa do Czarnej Twierdzy, siedziby Związku - bractwa rządzonego twardą męską ręką, gdzie nie ma miejsca dla inteligentnych, uzdolnionych kobiet, takich jak ona. Zmuszona znosić liczne upokorzenia ze strony bezwstydnych Związkowców Arienne wchodzi pod protektorat jednego z najsilniejszych i najgroźniejszych z nich. Nie spodziewa się jednak, że za sprawą intrygującego, czarnowłosego mężczyzny cały jej plan się skomplikuje, zaś Los wyznaczy im wspólną misję."
Nie ukrywajmy - książka jest ogromniastych rozmiarów (olbrzymia - dla wtajemniczonych), przez co chęć czytania (przynajmniej w moim przypadku) diametralnie spadła. Ponadto nie lubuję się w fantastyce, ale za to przyciągnęła mnie historia miłosna z wątkami erotycznymi. Jak to ja - nie przeczytałam opisu książki, więc nie mogłam niczego się spodziewać. Otwarłszy książkę na pierwszej stronie, już natychmiast wkroczyłam do baśniowej krainy, gdzie średniowieczny fikcyjny świat, w którym czarodzieje i władcy mieszają się ze sobą, próbują zawalczyć o lepszy porządek rzeczy. Niemniej jednak ten porządek jest zależny od osoby, bo inni widzą dobra, które dla drugiej osoby niekoniecznie muszą nimi być.
Zacząwszy czytać książkę, nie mogłam oprzeć się przekonaniu, że jest to mieszanka wielu powieści - Harry Potter, Władca Pierścieni, Akademia Wampirów, z domieszką książek dla dorosłych, jak np. Grey. Ale uprzedzając Wasze uprzedzenia, nie znajdziecie tutaj pospolitego wzoru. Nie ma Greya. Nie ma Harrego. Zauważycie jedynie, że wkroczyliście do niby znanego Wam świata, ale nikt z Was nie będzie wiedział, na co ma być przygotowany. Jest magia, akcja, średniowieczne (choć to nie jest ta epoka) walki, bitwy z własnym wnętrzem, poniżanie, złe traktowanie kobiet i oczywiście seks, ale brutalny, bowiem ważne jest tylko zaspokojenie potrzeb mężczyzny. Tak to było, a teraz tak to jest. Wkraczając do Klątwy Przeznaczenia widzimy coś, co związuje naszą duszę i niczym na smyczy autorki prowadzą czytelnika w głąb historii, którą niekoniecznie chcemy poznać. Bo ileż tam złego traktowania! O bogowie - rodzi się nadzieja, aby Los i Przeznaczenie zatańczyły w tym świecie, pełnym sprzeczności myśli.
No. Może pogadajmy o seksie. Nie ukrywam - jak usłyszałam, że pojawiają się sceny erotyczne, szybciej zabrałam się za książkę, chcąc zobaczyć, jak debiutujące autorki radzą sobie na tej płaszczyźnie. Przy takich fragmentach zwracam zawsze uwagę na emocje, temperament i wizję, bo przyznajmy sobie szczerze, że przy wspominanych momentach autorzy muszą się postarać, aby czytelnik poczuł to, co oni. Co główni bohaterzy. I nieco obawiałam się tego ,,pierwszego razu", bo zacząwszy czytać powieść, zorientowałam się, że nie ma tutaj kolorowego scenariusza, z serduszkami i kwiatkami namalowanymi na marginesie. Tutaj kroczy cierpienie, tajemniczość i śmierć. Więc gdzie jest miejsce na miłość?
Musiałam wyrzucić z myśli pomysł o tym, że rozpalające pragnienie nie będzie usłane różami. Dlatego też przy pierwszym starciu ze sceną erotyczną utwierdziło mnie w przekonaniu, że autorki postarały się napisać historię tak, jakby sama się toczyła, a nie one ją wykreowały. Gwałty, pragnienie jednostronicowe. Ponadto nie ma tutaj opisanych scen od a-z. Autorki dały naszej wyobraźni pole do manewru. Rozpoczynają, kierują myślami, ale pozwalają nam na własny sposób zobaczyć scenę, gdzie dwaj kochankowie, choć współżyją, nie pozwalają przebić się emocjom. Tu ważny jest mężczyzna, a kobieta musi sobie jakoś z tym poradzić. Chociaż później...
Właśnie. Na temat ,,późniejszości". Nawet nie wiecie jaką mam ochotę, aby wylać w recenzji swoje myśli na temat całej historii (tym razem zacząwszy od końca)! Biedni bracia, biedna moja rodzicielka, którzy zmuszeni zostali do wysłuchania gorzkich żalów z ust zaczytanej kobiety, która przez cały wieczór i noc nie mogła się pozbierać po zakończeniu książki. Jednak, zważywszy na to, że recenzja ma zachęcać do czytania, a nie spojlerować, po prostu... Muszę ten punkt ominąć. Wyżalę się Wam, jak sami przeczytacie tę książkę. Chcę już drugą część!
Na temat fabuły mogę opowiedzieć wiele. Autorki wykreowały historię, gdzie zawsze coś się dzieje. Akcja, jeśli nie toczy się aktualnie w książce, toczy się gdzie indziej. Nawet nie mam słów, aby określić całą 800-stronnicową powieść. Debiutantki powoli zaczęły odkrywać tajemnice, a potem, kiedy utwardziły czytelniczy grunt, czytelnicy nadal nie mogą podjąć własnej kreacji historii. Owszem, są domysły - czasami nas nie zaskakują - ale akcja prowadzona jest tak, że mimo wszystko tkwimy w napięciu. Poznając umysł autorek mogę się przyznać, że... Nie warto snuć własnych przypuszczeń, bo i tak Monika i Sylwia silną pisarską dłonią pokażą, że to one tu rządzą, a nie my. My tu jesteśmy gośćmi w apartamencie życia Arienne i Severo.
Dużo razy wspominałam Wam już, że jest wiele negatywnych emocji - jesteśmy świadkami poniżania, zniewagi i ordynacji. Ponadto każdy z niższego szczebla (w tym kobiety) są... bezwartościowym nabytkiem ludzkości. Niesubordynacja jest karana nawet ścięciem głowy! Kat, przystojny brunet, którego każdy się obawia, jest zasadniczym mężczyzną, którego każdy powinien się bać. W tym jego Milady. Wielokrotnie jesteśmy świadkami tego, że nie ma tutaj cukierkowego love story, osadzonego w fantastycznym świecie. Nie ma ideałów. Nie ma nawet zasad, bowiem szesnastoletnie dziewczyna zostaje Milady mężczyzny, który ma trzydzieści siedem lat. Zważywszy na położenie Przeznaczenia, na krainę, gdzie czternastoletnie księżniczki łożą się u boku starego króla, to nie jest żadna zadziwiająca sprawa. Mimo różnicy wieku oboje są na wysokim szczeblu intelektualnym. Wiek to tylko liczba, a tutaj nie ma mowy o tym, że ona jest na to za młoda. Owszem, jest młoda, ale w tamtych czasach nie było to nic nadzwyczajnego. Dziewczynka zaczęła krwawić, mogła spłodzić potomka, a więc w mig stawała się kobietą.
Piszę o tym, aby Wasze myśli nie zagalopowały się w kierunku ,,pedofilii". W dzisiejszych czasach, w teraźniejszym życiu, taka sytuacja owszem - byłaby nie do przyjęcia, ale zważywszy na fikcyjny świat, na epokę, którą możemy utożsamiać ze średniowieczem, to nic nadzwyczajnego. Sięgnijcie więc do notatek z historii, jeśli macie jeszcze jakieś uprzedzenia. Choć autorki pokazują młodą kobietę o młodym ciele, jej umysłowy wiek jest nad wyraz starszy. Mężczyzna, mimo starszego wieku, nie zachowuje się jak (względem śmiertelności w średniowieczu) ,,prawie" dziadek. Jest ostrym Związkowcem, o mocnym usposobieniu, ale niekiedy charakter się zmienia. Ale o tym przeczytacie już na stronicach Klątwy Przeznaczenia...
Co najważniejsze, chociaż czuć, że to uczucie jest tutaj najistotniejsze, romans nie jest stawiany na pierwszym miejscu. Jak sami możecie się spodziewać, przy książce o takiej gęstości, możemy liczyć na multum epizodów i jeszcze więcej emocji. To barwna książka o charakterze rozrywkowym, więc gwarantuję Wam, że niekiedy trochę za bardzo się napniecie, bowiem akcja jest wartka i ciekawa. Strony przelatują przed naszymi oczami, a historia rozgrywa się w naszej głowie niczym w filmie. Do diabła, nawet śnił mi się Lew i Arienne! I nie, nie byłam tam główną bohaterką, a obserwatorką. Szkoda...
Powieść jest napisana z każdej możliwej narracji w czasie teraźniejszym. Widzimy więc nie tylko świat przedstawiony przez Milady, ale także Lwa, czy osób postronnych. Narrator trzecioosobowy również znajduje dla siebie miejsce. To ciekawy zabieg, który pozwala nam poznać każdą ze stron i wejść do książki o wiele głębiej, niż zazwyczaj. Poza tym widać trud i pracę włożoną w tę powieść, co niesamowicie wzbogaca historię.
Poza tym widzimy wiele prawd życiowych. Możemy zauważyć gdzie sięgają granice przyjaźni i do czego jesteśmy skłonni, aby uratować najbliższych. Możemy wertować swoją duszę i znaleźć w niej moc, jak bohaterowie powieści. Możemy wywnioskować, że nawet największy kat ma szansę na zmianę swojego życia. Oraz to, że droga, która prowadzi tylko w jedną stronę, może na końcu się rozwidlić i poprowadzić nas gdzie indziej.
Polecam. Całą sobą. Wczytałam się w stronice powieści, aby wynieść z niej magię i z uśmiechem na ustach powrócić do rzeczywistego życia. Autorki świetnie się spisały, pisząc powieść, która mocno trzyma w napięciu. Są walki, zagadki, zwroty akcji, a nawet... wiersze! Pieśni. Tańce. Przedstawienie. A co najważniejsze...
... Jest magia życia.
www.stanzaczytany.blogspot.com
Ni stąd ni zowąd przyfrunęła do mnie wiadomość, niczym gołębica w średniowieczu, że dwie debiutantki wydają swą powieść o sile miłości i czarownej magii. Przyjęłam, przeczytałam. Jakież było moje zdumienie, że początkujące powieściopisarki w tak umiejętny sposób zabrały czytelnika do innego świata! Do innego czasu, do innego wymiaru, do...
www.stanzaczytany.blogspot.com
GORĄCA OKŁADKA! Tak, nie to chciałam w pierwszej kolejności opiniować, ale jednak to od razu rzuca nam się w oczy. Mężczyzna z nagim, brudnym torsem... Dobra, macie okładkę powyżej, więc nie mam zamiaru się rozmarzać (znowu). Wydawnictwo Kobiece przed premierą udostępniło fragment kilkudziesięciu stron, przez co długość oczekiwania na premierę diametralnie wzrosła - przynajmniej w moim odczuciu. Bo facet, którego widziałam na ekranie komórki, stawał się coraz bardziej rzeczywisty. Krótki wstęp pozwolił nam na zauważenie, że nie mamy do czynienia z dobrym graczem. Mimo że na boisku stosuje się do zasad, w życiu prywatnym tych zasad on nie posiada. To w pierwszej kolejności przykuło moją uwagę.
Po otrzymaniu książki niezwłocznie zawędrowałam od pierwszej strony w głąb historii. Delilah to nie kolejna krucha myszka, z którą się zapoznajemy. Ma silny charakter i osobowość. Nie jest naiwna i nie wierzy w bajki, latające słonie, czy nawet w ostrego gracza, który chciałby rozpocząć z nią coś więcej, niż nagie spotkania w łóżku. Z kolei Brody to facet z krwi i kości, który... Ach. Jest przystojny. I silny. I niesamowicie seksowny. Ale czy to wystarczy, aby wkroczyć do życia Delilah? Stanowczo nie. Musi pokazać swoje wnętrze, a on przywykł do pokazywania tylko swojego przyrodzenia. To ostry zawodnik, subway, gracz, który zawsze sięga po tę, którą sobie wybierze.
Romans romansem. W porządku. Nie oczekiwałam niczego nadzwyczajnego - między innymi dlatego, że zaabsorbowana byłam jedynie ręcznikiem, który "wyleciał" Brody-emu z dłoni. Takie: ,,Ups. Coś mówiłaś?". Nie czytałam opisów czy recenzji, więc nie wiedziałam czego mogłabym się spodziewać. Przypuszczałam, że będzie na pewno jakaś typowa problematyka, która nie pozwoli bohaterom być razem. Nie domyśliłam się jednak tego, że będzie taki zawrót głowy!
Podczas czytania książki byłam w ciągłym kontakcie z - przede wszystkim - jedną osobą, która co chwile (jakoś od połowy książki) musiała wysłuchiwać moje przekleństwa, które skierowane były w stronę bohaterów. Negatywne emocje spowodowały, że dosłownie przełykałam litery, które w mgnieniu oka tworzyły się w całość słów, zdań, a na końcu - stron. Gula emocji tkwiła mi w gardle. Gula tych niebotycznych liter, które powodowały, że miałam ochotę odejść od lektury z powodu nadmiaru gniewu. Ale naprostujemy teraz tę sytuację - gniew był uzasadniony i względem oceny podniósł moją pozytywną opinię. Moja rozmówczyni z całą pewnością przytaknie mi w tym zdaniu - sytuacja głównych bohaterów tak się skomplikowała, że nie sposób było usiedzieć w miejscu. Przeklinałam, wyobrażałam sobie rozwój scenariusza, odkładałam książkę, poszłam ochłonąć, pisałam "nie czytam dalej!", po czym znów wracałam do lektury. I tak minęła mi połowa książki. Na sam koniec napisałam jej:
musisz to przeczytać!
i Wam też to radzę. :)
Uwielbiam książki o sławach - nie o biznesmenach, nie o biurokratach, a o sportowcach, bo każda dziedzina sportu trafia do mojego serca. Wiecie czemu? Bo siła mięśni zazwyczaj porównywalna jest z siłą serca. Jakoś ta mieszanka zawsze uderza mi do głowy. Wam też?
,,Jeśli zakochasz się w innej osobie, to znaczy, że ta, którą do tej pory kochałeś, nigdy nie miała być twoja na zawsze".
Ale powróćmy do fabuły - powieść zaczyna się niewinnie, bowiem jest dużo śmiechu, wiele zabawnych fragmentów i jeszcze więcej rozrywki. Kobieta, która nie chce brać udział w życiu łóżkowym Brody-ena? Dla niego to wyzwanie, dla niej śmiech na sali. Przypuszczałam, że autorka będzie wzorować się dalej na tym schemacie, ale jednak - na całe szczęście! - postanowiła skomplikować sprawę, dokładając oliwy do ognia. Ku mojemu zdziwieniu, bohaterowie byli twardsi, niż sama sądziłam. Zaskakujący obrót spraw - jak już wyżej wspomniałam, przeklinałam jak szewc - i wiele negatywnych i pozytywnych emocji. Och. Czego chciałabym więcej?
Na pewno więcej książek Vi Keeland!
Reasumując, jestem zadowolona z nowego cyklu, który Wydawnictwo Kobiece dało w nasze ręce. Powieść z gatunku romansu erotycznego to lekka lektura idealna na mroźne dni. Rozgrzeje do czerwoności, a przy tym niesamowicie wciągnie swoją fabułą.
Vi Keeland to kolejna autorka, którą muszę zaliczyć do ulubionych.
www.stanzaczytany.blogspot.com
GORĄCA OKŁADKA! Tak, nie to chciałam w pierwszej kolejności opiniować, ale jednak to od razu rzuca nam się w oczy. Mężczyzna z nagim, brudnym torsem... Dobra, macie okładkę powyżej, więc nie mam zamiaru się rozmarzać (znowu). Wydawnictwo Kobiece przed premierą udostępniło fragment kilkudziesięciu stron, przez co długość oczekiwania na...
www.stanzaczytany.blogspot.com
Przyznam już na starcie, że miałam tylko jedną ,,pół"-styczność z autorką (,,Zbrodnie pozamałżeńskie"), ale za to wiele - naprawdę wiele - o niej słyszałam. Agnieszka Lingas-Łoniewska jest utożsamiana z ,,dilerką emocji". Jako że nie jestem za bardzo emocjonalna, sięgając po jej nową powieść, miałam wrażenie, jakbym mokre palce z rozmysłem wkładała do kontaktu. Z jednej strony nie mogłam się doczekać, aby zapoznać się z twórczością Agnieszki, z drugiej zaś obawiałam się, że moja (właściwie) pierwsza styczność nie będzie wywoływała takich fajerwerków, z jakimi mają do czynienia stali czytelnicy z #SektyAgnes. W takim razie jak ostatecznie oceniam tę pozycję?
Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to za szybko rozkwitająca miłość. Jako czytelniczka z problemami emocjonalnymi nie mogłam wyobrazić sobie tych wszystkich uczuć. Nie potrafiłam więc postawić się na miejscu głównej bohaterki. Za szybko. Z początku miałam problem, aby wyobrazić sobie bad boy-a, który został schwytany w miłosną pajęczynę, bo - jako że główna bohaterka jest osiemnastoletnią dziewczyną, która nigdy wcześniej nie miała do czynienia z mężczyzną w sferze... ,,partnerskiej" - w stosunku co do Anny wszystko mogłam sobie łatwo wyjaśnić. Z twardym mężczyzną było mi ciężej. Jednak to jedyna uwaga, do której mogłabym się przyczepić. I pragnę również zaznaczyć, że ten minus był jedynie odczuwalny na początku powieści, no bo...
DO DIABŁA! Harleyowcy, muzyka, tatuaże i seks. Nie mogłabym sobie wyobrazić lepszego pakietu dla takiej czytelniczki jak ja. Mój ulubiony pakiet. Autorka dobrze zobrazowała ,,wojnę" harleyowców, gangów, gdzie członkowie są podzieleni na tych dobrych i złych. Nie miałam najmniejszego problemu, aby oczyma wyobraźni zobaczyć to miasteczko, przepełnione wewnętrznymi problemami. Pojawiają się ,,gorące" nastolatki, które podążają głosem ludzi oraz są w stanie przekroczyć każdą granicę, byleby zaliczyć jednego z gangu przystojniaków. Każdy konflikt rodzi konflikt, przez co zakochani w sobie bohaterowie nie będą mogli wspiąć się na wyżynę namiętności.
Zagryzałam kciuk, kiedy natrafiałam na poszlaki, które mogły okazać się tropem na to, na co mam być przygotowana. Wiadomo, że nigdy wydawcy ani autorzy nie dadzą nam bez problematycznej powieści, a tym bardziej jeśli mamy do czynienia z autorką utożsamianą z dilerką emocji. Dlatego też na wstępie recenzji napisałam Wam o palcach, które z rozmysłem wkładałam do kontaktu. Od początku trwałam w napięciu, wiedząc, że córka burmistrza nie będzie mogła ,,ot tak" porzucić swój mentalny diadem i ruszyć w objęcia mężczyzny, ubranego w skórzaną kurtkę. Ponadto dość duża różnica wieku nie ułatwia sprawy. Próbowałam stanąć na miejscu nie tylko głównych bohaterów, ale także rodziców Anny. I wiecie co? Nawet zrozumiałam każdą reakcję - każdą myśl, czyn. To dowodzi temu, że autorka dobrze skonstruowała psychologię postaci.
Ponadto chciałabym Wam oznajmić, że nie tylko główni bohaterowie mają bardzo interesującą historię. Bohaterowie poboczni również są znakomitym dodatkiem do powieści. Przypuśćmy nawet siostrę Jaxa. Jej historia toczy się drugim torem, ale mimo wszystko przyciąga nasz czytelniczy wzrok. Dzięki tej książce możemy zauważyć, że życie nie kręci się tylko wokół jednej pary. Życie trwa, a jeśli wytężymy wszystkie zmysły, zorientujemy się, że każdy ma w sobie historię wartą upamiętnienia.
Dodatkiem do książki są playlisty, tytuły piosenek, które wprawiają czytelnika w odpowiedni nastrój. Wiele pozycji muzycznych znam, a co najważniejsze są jednymi z moich ulubionych. Pozostałe zaś dopiero co poznałam i przyznam, że idealnie komponują się w całość historii.
Ale wracając do najważniejszej cechy naszej polskiej autorki - emocje. Jak przyznałam na początku, nie odczułam tych pierwszych wielkich iskrzeń, ale potem... Jako że to mój pierwszy kontakt z Agnieszką Lingas-Łoniewską, jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona. Serce miałam ściśnięte przy negatywnych (ale względem czytania pozytywnych) emocjach, w żyłach buzowała adrenalina, a w umyśle rodziła się nadzieja na dobre zakończenie. Ale czy czasami happy ending to dobre wyjście, jeśli zależy nam wyłącznie na szczęściu drugiej osoby...?
P.S. Scena erotyczna ze snem wymiata!
Reasumując, pierwsze całościowe spotkanie z autorką uważam za udane. Agnieszka dostarczyła mi wielu pozytywnych i negatywnych emocji, które w rezultacie sprawiły, że od książki trudno było się oderwać. Jako wielbicielka romansów erotycznych, przystojniaków, niegrzecznych chłopców (czy toteż mężczyzn), harleyowców i tatuaży (zresztą, za wiele można wymieniać), jestem w pełni usatysfakcjonowana. Książkę będę miło wspominać, zapewne również do niej wrócę, a Was zachęcam do wyczekiwania na premierę, która nadchodzi wielkimi krokami. Zamawiajcie, bo warto!
www.stanzaczytany.blogspot.com
Przyznam już na starcie, że miałam tylko jedną ,,pół"-styczność z autorką (,,Zbrodnie pozamałżeńskie"), ale za to wiele - naprawdę wiele - o niej słyszałam. Agnieszka Lingas-Łoniewska jest utożsamiana z ,,dilerką emocji". Jako że nie jestem za bardzo emocjonalna, sięgając po jej nową powieść, miałam wrażenie, jakbym mokre palce z rozmysłem...
www.stanzaczytany.blogspot.com
,,Wyznanie. Prawdziwa historia polskiej prostytutki" - tytuł mówi nam wszystko. Z założenia wiemy, czego możemy oczekiwać. Z założenia, bo autorka powieści pokazała nam historię, która mimo negatywnego stosunku społeczeństwa do prostytucji, inaczej wygląda wewnątrz, niż moglibyśmy przypuszczać.
Polska powieść ma to w sobie, że liczba odbiorców jest o wiele mniejsza, niż w przypadku zagranicznych dzieł. Czemu? Bo Polacy zwykle naciągają historię, próbują wybić się na rynku ,,nietuzinkową" powieścią, chociaż wiele schematycznych wzorców pojawia się w treści. Ponadto każdy Zaczytany, który kręci się również po blogach i fanpage-ach, miał styczność z wygórowanym autorem, który określa swoją książkę największym skarbem. Często czujemy rozczarowanie, choć czytaliśmy wiele pozytywnych recenzji na temat danej pozycji.
Książkę Janki Szczęsnej otrzymałam do recenzji przypadkiem - dzięki czytelniczce, która mi to zaproponowała. Później poznałam bardzo miłą autorkę, od której czuć było pozytywne emocje. Jako że to moja pierwsza współpraca z tą autorką oraz tym wydawnictwem, chciałam przeczytać tę książkę jak najszybciej. Niestety... Wynikło sporo, parotygodniowych problemów. Książka została do mnie wysłana, niby odebrana, ale... Nikt jej nie odebrał. Codzienne rozmowy z główną siedzibą kuriera gromadziły stres. Książka zaginęła, choć została odebrana. Na całe szczęście pod koniec tamtego tygodnia sprawa została już rozstrzygnięta. W jednym czasie dogadałam się z kurierem, zaprzyjaźniona blogerka nadesłała mi książkę, abym mogła ją przeczytać, a od dzisiaj wykupiona powyższa powieść leży w Empiku i czeka na odbiór.
Wiele straconego czasu na poszukiwania, wiele nerwów... Czy to się opłacało?
Oczywiście. Już na wstępie musiałam przyznać, że nie jest to zwykła historia prostytutki. Zagłębiając się w psychologię głównej bohaterki, możemy zauważyć wiele tematów, o których myśleliśmy kiedykolwiek, spotykając się z prostytucją, ale nie otrzymaliśmy wystarczającej odpowiedzi. Autorka opisała Jankę - czterdziestolatkę, która zmaga się z życiem. Po wypadku - nieszczęsnym, który wywołał wiele kontrowersji, winna była znaleźć pracę, która pozwoliłaby zarobić na życie jej oraz jej dzieci. Niestety, mając nie w pełni sprawną prawą rękę, nie miała dużego pola do popisu. W poszukiwaniu złotego środka, trafiła do ciemnego celu...
Jej życie poznajemy stopniowo. Specjalnie przeczytałam ponownie początek, aby móc wywnioskować, że Janka z zakończenia i Janka z początku książki to zupełnie dwie inne osoby, umieszczone w tym samym ciele. Wchodząc razem z nią do pierwszego ,,domu rozkoszy", widzimy jej wewnętrzne zmagania, jakby była cnotką, która obawia się pierwszego razu. Nic dziwnego - obcy człowiek, który pochłonie część jej duszy? Wcześniej stanowczo powiedziałabym, że niezależnie od sytuacji, nigdy nie pozwoliłabym tak siebie zgnębić. Jednak teraz, kiedy dostałam odpowiedź na każde pytanie... Już niczego nie mogę być pewna.
Prostytucja to zwykle temat tabu. Osobiście zawsze zastanawiałam się, jakimi motywami kierują się kobiety, które chcą sprzedawać swoje ciała. Poza tym - czy to w życiu osobistym mieliśmy z taką sytuacją styczność, czy widzieliśmy w filmach, czytaliśmy w książkach, etc. - wiele razy rozmyślałam, czemu ,,cudzołożnice", które w większości chcą uciec od takiego życia, wciąż albo pozostają w wieloosobowym łóżku albo ciągle do tego zawodu wracają. Wcześniej, choć zawsze kieruję się zasadą ,,każdy czyn ma swoje usprawiedliwienie", do końca nie rozumiałam tego wszystkiego. Jeśli są niezadowolone, czemu wciąż to robią? Winę zwalałam na środowisko, na mafię, na narkotyki i inne czynniki, które widziałam oczyma wyobraźni.
Janka nie należy do mafijnych gangów, nie bierze narkotyków, ani nie pochodzi z ,,zaułkowego" środowiska. Tym bardziej byłam zainteresowana historią jasnowłosej kobiety, która w mgnieniu oka spadła w przepaść, postanawiając być prostytutką. Pije, pali - tylko to można jej przypisać, ale kto w dzisiejszych czasach tego nie robi? A raczej: kto nie spotkał się z osobą pijącą, palącą?
Z biegiem czasu, z kolejnością kartek, widzimy jej wewnętrzne rozkwitanie, choć ja wolę odniesienie, że bardziej odsunęła się od realizmu i zablokowała wszystkie zewnętrzne bodźce, aby być niewzruszoną przy kolejnym K. (przyp. K. - klient). Janka szybko uczy się ,,burdelowego" życia. Nie nawiązuje przyjaźni, nie spowiada się i tłumi w sobie wszystkie emocje, uważnie przyglądając się otoczeniu. Nie jest tą samą osobą, którą poznajemy na początku. Zmienia się diametralnie. Jej priorytety zostają zastąpione, choć w głowie wciąż ma swoje dzieci, które czekają, aż ich rodzicielka wróci do domu i utuli do snu. Przyjechała zarobić, aby móc zapewnić dzieciom godziwe życie, ale jednak później pracuje dla pieniędzy. Pieniądze, pieniądze, pieniądze. O to wszystko się rozchodzi. Pieniądze są tym narkotykiem, o którym wyżej napisałam. To one uzależniają nasze ciało, duszę i umysł. Trzy sfery, które kształtują człowieka.
,,Wszak każdy koniec to początek czegoś nowego"
strona 103, ,,Wyznanie. Prawdziwa historia polskiej prostytutki" Janka Szczęsna
Poznajemy nie tylko życie Janki, ale historie kobiet, które również przez los zostały uwikłane w prostytucję. Przemierzamy Europę, zwiedzamy burdele, różniące się między sobą nie tylko osobowościami, ale także klientami. Widzimy wzloty i upadki - choć wzloty niekiedy mogą okazywać się inne. Widzimy wewnętrzne rozterki, problematyki i wielkość w małych rzeczach - jak i na odwrót.
Co najważniejsze, nie ma tutaj wysublimowanych scen erotycznych. Tutaj pojawia się K., rozbiera się, Janka zabiera pieniądze, chowając je do sejfu, K. czyni to, za co zapłacił i Janka uśmiecha się, kiedy wychodzi. Ta lektura nie jest po to, aby pokazać gwałt za gwałtem, seks za seksem. ,,Wyznanie(...)" to książka, która zmusza do refleksji. To jedno z polskich dzieł, które na długo pozostaną w mojej głowie. Dzięki autorce dowiedziałam się, że wszystko ma swoją - nawet irracjonalną - przyczynę. Człowiek jest tylko człowiekiem, podatny na grzechy świata. Nawet wysoko postawiona osoba może trafić do rzeszy kobiet, które również mają swoją historię.
Reasumując, powieść Janki Szczęsnej to podróż w nieznane rejony, która pozwoli nam spojrzeć na prostytucję z innej perspektywy. To pozycja dla tych, którzy są negatywnie nastawieni do polskiej literatury. Możemy spotkać się z wieloma przykładami człowieka, zagłębić się w psychologię ludzką i wyciągnąć wnioski, tak samo jak zrobiła to główna bohaterka.
Polecam. To książka, której nie można przegapić. Warto było na nią czekać.
Ocena: 6/6
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorce, Wydawnictwu,
oraz Grażynce z Czytaninki oraz kurierowi.
www.stanzaczytany.blogspot.com
,,Wyznanie. Prawdziwa historia polskiej prostytutki" - tytuł mówi nam wszystko. Z założenia wiemy, czego możemy oczekiwać. Z założenia, bo autorka powieści pokazała nam historię, która mimo negatywnego stosunku społeczeństwa do prostytucji, inaczej wygląda wewnątrz, niż moglibyśmy przypuszczać.
Polska powieść ma to w sobie, że liczba...
,,Gwiazdy nadziei" to nie powieść, którą porzuca się po paru stronach, lub wywala się z pamięci od razu po przeczytaniu. Opowiedziana historia trafia do serc, wzbogacając je emocjami, które aż biją od książki. I.M. Darkss ma talent nie tylko do kreowania fikcyjnego świata, gdzie bohaterzy niemal urealniają się, dając nam wrażenie, że żyją obok nas, ale także autorka potrafi przekazać czytelnikom tyle emocji - zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych - że nie sposób spokojnie usiedzieć w fotelu. I choć wielokrotnie miałam do czynienia z tego typu książkami (w końcu to jeden z moich ulubionych gatunków), to i tak... nie byłam na nic przygotowana. Śmiem nawet stwierdzić, że I.M. Darkss brutalnie bawi się czytelnikiem. Historia, niby tak lekko złożona, która na pozór (!) prowadzi do tylko jednego zakończenia, wbija nas w siedzisko. Miażdży nie tylko serce, ale i mózg. I choć poczułam się tak brutalnie potraktowana, nie sposób nie przyznać autorce tego, że odwaliła kawał dobrej roboty. Nie tylko zapewniła mi mile spędzony czas z lekturą, ale i sprawiła, że słowo ,,Przeznaczenie" nabiera realnego, niemal namacalnego znaczenia. Zwrot akcji tak zakręcił mi w głowie, że długo nie zapomnę tej historii. Nie jest to kolejna pusta historia, jakich pełno na rynku. Emocje, morały, wiara i miłość... Istny przykład na to, jak powinno traktować się czytelnika. Jeśli sięgniecie po tę książkę zapewniam Was, że dostarczy Wam ona wszystkiego, czego oczekujecie od lektury.
Polecam! Na pewno książka wyląduje na nawyższej, ulubionej półce, kiedy tylko poczuję ją w dłoniach. :)
Ola
,,Gwiazdy nadziei" to nie powieść, którą porzuca się po paru stronach, lub wywala się z pamięci od razu po przeczytaniu. Opowiedziana historia trafia do serc, wzbogacając je emocjami, które aż biją od książki. I.M. Darkss ma talent nie tylko do kreowania fikcyjnego świata, gdzie bohaterzy niemal urealniają się, dając nam wrażenie, że żyją obok nas, ale także autorka potrafi...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to