Oficjalne recenzje użytkownika

Więcej recenzji
Okładka książki Istoty światła i ciemności Simon R. Green
Ocena 6,6
Recenzja Gdzie ze strachu nawet szczury chodzą parami...

Z tomami drugimi bywa różnie, zwłaszcza w fantastyce. Zdarzają się bowiem kontynuacje pisane na siłę, bez większego pomysłu na ich rozwój. „Istoty Światła i Ciemności” do nich nie należą. To doskonały sequel, który zachwyci każdego miłośnika fantastyki i dobrego humoru.

Znowu trafiłam...

Avatar
de_merteuil Czytaj więcej
Okładka książki Coś z Nightside Simon R. Green
Ocena 6,4
Recenzja Zamknij oczy, wyłącz zmysły, poczuj Nightside

Coś pojawiło się w Nightside. Coś naprawdę złego. Ale czy w świecie, w którym ożywają koszmary istnieje coś, co potrafi nas przerazić?

Początek powieści sprawia złudne wrażenie normalnego. Poznajemy Johna Taylora – cieszącego się złą sławą detektywa, który stara się związać koniec z...

Avatar
de_merteuil Czytaj więcej

Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: ,

Jon Scieszka to, wbrew pozorom, pisarz amerykański i styl tak charakterystyczny dla literatury młodzieżowej swojego kraju i on proponuje. Na pewno to znacie; szybka, trzymająca w napięciu i emocjonująca akcja, z akcentem przygodowym, o stylu lekkim i bardzo zabawnym, z mnogością ilustracji. Świetnie się to czyta. Jest Franek Einstein – młodociany naukowiec, geniusz. Jest jego przyjaciel i pomocnik – Watson. Jest też ich główny antagonista – Tobiasz Edison. A to nie koniec popkulturowych odwołań. To ten typ literatury, który sprawia, że nawet dzieciaki, którym do tej pory z książkami było nie po drodze, tym razem nie mogą oderwać się od lektury. Tym razem jednak w tę lekkość wdarły się nauki ścisłe, poważne tematy i teorie.
Powieści przesycone są naukową terminologią, przewijają się najbardziej znane teorie oraz nazwiska ich twórców. Mogłoby sie wydawać, że nie da się tego udźwignąć bez szkody dla całej reszty. A jednak! Tematy naukowe wprowadzone są subtelnie, lekko i z humorem, aby dane zagadnienie zrozumieć i przy okazji zapamiętać to i owo. Bo takie rzeczy, w opozycji do podręcznikowych regułek, po prostu się pamięta. Cała wiedza, którą tu otrzymujemy wynika z fabuły, z opowiedzianej historii. Wzbogacono to licznymi przykładami, zaproponowano eksperymenty, dzięki którym empirycznie poznamy i zrozumiemy dany problem. Do tego diagramy! Kilka, losowo wybranych, możecie podejrzeć na zdjęciach. W każdej książce jest ich kilkadziesiąt. To po prostu kopalnia wiedzy. Pozwalają jeszcze lepiej zrozumieć to, o czym jest mowa w tekście, często proponują zupełnie nowe informacje. A gdyby komuś jeszcze było mało, to na końcu każdej książki znajdziemy zebrane najbardziej interesujące fakty i ciekawostki, słowniczek z użytą w powieści terminologią, informacje o odkrywcach i naukowcach. Ba! Nawet przepis na silnik antymaterialny tam jest! :)
Dla mnie absolutny hit!

Jon Scieszka to, wbrew pozorom, pisarz amerykański i styl tak charakterystyczny dla literatury młodzieżowej swojego kraju i on proponuje. Na pewno to znacie; szybka, trzymająca w napięciu i emocjonująca akcja, z akcentem przygodowym, o stylu lekkim i bardzo zabawnym, z mnogością ilustracji. Świetnie się to czyta. Jest Franek Einstein – młodociany naukowiec, geniusz. Jest...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Jon Scieszka to, wbrew pozorom, pisarz amerykański i styl tak charakterystyczny dla literatury młodzieżowej swojego kraju i on proponuje. Na pewno to znacie; szybka, trzymająca w napięciu i emocjonująca akcja, z akcentem przygodowym, o stylu lekkim i bardzo zabawnym, z mnogością ilustracji. Świetnie się to czyta. Jest Franek Einstein – młodociany naukowiec, geniusz. Jest jego przyjaciel i pomocnik – Watson. Jest też ich główny antagonista – Tobiasz Edison. A to nie koniec popkulturowych odwołań. To ten typ literatury, który sprawia, że nawet dzieciaki, którym do tej pory z książkami było nie po drodze, tym razem nie mogą oderwać się od lektury. Tym razem jednak w tę lekkość wdarły się nauki ścisłe, poważne tematy i teorie.
Powieści przesycone są naukową terminologią, przewijają się najbardziej znane teorie oraz nazwiska ich twórców. Mogłoby sie wydawać, że nie da się tego udźwignąć bez szkody dla całej reszty. A jednak! Tematy naukowe wprowadzone są subtelnie, lekko i z humorem, aby dane zagadnienie zrozumieć i przy okazji zapamiętać to i owo. Bo takie rzeczy, w opozycji do podręcznikowych regułek, po prostu się pamięta. Cała wiedza, którą tu otrzymujemy wynika z fabuły, z opowiedzianej historii. Wzbogacono to licznymi przykładami, zaproponowano eksperymenty, dzięki którym empirycznie poznamy i zrozumiemy dany problem. Do tego diagramy! Kilka, losowo wybranych, możecie podejrzeć na zdjęciach. W każdej książce jest ich kilkadziesiąt. To po prostu kopalnia wiedzy. Pozwalają jeszcze lepiej zrozumieć to, o czym jest mowa w tekście, często proponują zupełnie nowe informacje. A gdyby komuś jeszcze było mało, to na końcu każdej książki znajdziemy zebrane najbardziej interesujące fakty i ciekawostki, słowniczek z użytą w powieści terminologią, informacje o odkrywcach i naukowcach. Ba! Nawet przepis na silnik antymaterialny tam jest! :)
Dla mnie absolutny hit!

Jon Scieszka to, wbrew pozorom, pisarz amerykański i styl tak charakterystyczny dla literatury młodzieżowej swojego kraju i on proponuje. Na pewno to znacie; szybka, trzymająca w napięciu i emocjonująca akcja, z akcentem przygodowym, o stylu lekkim i bardzo zabawnym, z mnogością ilustracji. Świetnie się to czyta. Jest Franek Einstein – młodociany naukowiec, geniusz. Jest...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

W tym zbiorze jest dosłownie wszystko! Znajdziemy tu ponad 50 baśni, legend i regionalnych podań, wszystkie wywodzące się z polskiej tradycji i oparte na staropolskich wierzeniach. To kompendium pełne, doskonałe, są tu zebrane opowieści najbardziej znane, a także takie, z którymi zetknęłam się po raz pierwszy. Mnóstwo tu historii o legendarnych władcach, a także o postaciach i wydarzeniach, które wciąż żyją jako utrwalone w języku związki frazeologiczne i porzekadła. To nieskończona inspiracja dla artystów wszelkich dziedzin. Druga sprawa to niezwykle różnorodna demonologia, o której istnieniu można dowiedzieć się z lektury „Baśni i legend”. Ilość magii i postaci wywodzących się z tradycji może wprawić w osłupienie. Strony baśni tłumnie wypełniają diabły, wiedźmy, syreny, smoki i utopce. Nasze, polskie demony!

Trudno jest dzisiaj znaleźć baśnie, które nie byłyby tekstami uproszczonymi, zmodyfikowanymi tak bardzo, że zatraciły swój pierwotny sens. To bardzo niebezpieczne zjawisko, bo w czasach, gdy kultura obrazkowa dominuje, a ludzie tracą umiejętność czytania ze zrozumieniem tekstów dłuższych niż te mieszczące się na ekranie smartfona, zaniedbania ze strony rodzica mogą prowadzić do katastrofy. Nasza Księgarnia od wielu już lat wydaje zbiory, które prezentują baśnie i legendy w tradycyjnej formie; bez uproszczeń i skrótów. Styl nie jest tu przezroczysty, różni się znacząco od tego proponowanego we współczesnej literaturze dla dzieci. Mnóstwo tu archaizmów, język przy pierwszym spotkaniu może się wydać wręcz trudny, ale właśnie w tym tkwi jego największa wartość. Każda z opowieści w tomie to po prostu piękna literatura. Baśnie i legendy zebrane w zbiorze napisali między innymi Janusz Korczak, Ewa Szelburg-Zarembina, Maria Krüger, Wanda Chotomska, Marian Orłoń, Gustaw Morcinek, Jan Kasprowicz, Janina Porazińska i wiele, wiele innych. Ilustracje Mirosława Tokarczyka (znanego chociażby z serii „Poczytaj mi, mamo”) idealnie dopełniają tomik. Jego styl to kwintesencja folkloru i ludowości polskiej.

Wyjątkowa książka!

W tym zbiorze jest dosłownie wszystko! Znajdziemy tu ponad 50 baśni, legend i regionalnych podań, wszystkie wywodzące się z polskiej tradycji i oparte na staropolskich wierzeniach. To kompendium pełne, doskonałe, są tu zebrane opowieści najbardziej znane, a także takie, z którymi zetknęłam się po raz pierwszy. Mnóstwo tu historii o legendarnych władcach, a także o...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Opowiem ci, mamo, co robią narzędzia Izabela Mikrut, Daniel de Latour
Ocena 7,4
Opowiem ci, mamo, co robią narzędzia Izabela Mikrut, Daniel de Latour

Na półkach: ,

„Opowiem ci, mamo, co robią narzędzia” to kolejna, ósma już część serii wydawanej przez Naszą Księgarnię. Tym razem bohaterami są upersonifikowane narzędzia, które nie tylko budują i naprawiają, ale też bawią się i przeżywają przygody. Poprzednia część, którą miałam: „Opowiem ci, mamo, skąd się bierze miód” wysoko podniosła poprzeczkę. Książkę chwaliłam za zaangażowanie w temat, za przekazywanie ciekawych informacji, wspominałam, że chciałabym, aby seria szła w tym właśnie, „naukowym” kierunku. „Narzędzia” idą w drugą stronę. Wzbogacą nasze słownictwo o takie pojęcia jak kielnia, wyrzynarka i krajzega albo wyjaśnią czym się zajmuje lutnik, ale to by było na tyle. Od wielu lat walczę z tym, aby od książek, zabawek i gier dla dzieci nie wymagać jedynie wartości edukacyjnych, aby nie doszukiwać się tego, czego mogą nauczyć. Ja też wieczorem rzucam się na kanapę nie z Proustem, ale z najnowszym tomem przygód nastoletnich pogromców wampirów. Powoli zaczyna mi to wychodzić. Moja córka uwielbia oglądać i słuchać, kiedy opowiadam jej o przygodach narzędzi. Obowiązkowo musi mieć wtedy kilka ich sztuk przy sobie, żeby porównać, znaleźć na ilustracji, odegrać scenkę, bawić się. W książce próbuje aktywnie rozwiązywać zadania. Po labiryncie wodzi na razie palcem bez ładu i składu, ale bez problemu znalazła kilka znaczących różnic, którymi różnią się dwa obrazki.

Książki z tej serii będą rosły razem z dzieckiem. Maluchy potraktują ją jako ciekawą książkę obrazkową, być może posłuchają krótkich wierszyków. Nieco starsze dzieci wykonają zawarte w poleceniach zadania, odszukają motykę i wiertarkę, sprawdzą kogo udaje drut. Przedszkolaki zaangażują się jeszcze bardziej, poradzą sobie z łamigłówkami.

Za ilustracje odpowiedzialny jest tym razem Daniel de Latour, co mnie cieszy. Jeszcze bardziej cieszy mnie, że zniknęły te straszne dwuwiersze Brykczyńskiego. Poezja Izabeli Mikrut zdecydowanie bardziej do mnie przemawia.

Świetna część świetnej serii! Polecam!

„Opowiem ci, mamo, co robią narzędzia” to kolejna, ósma już część serii wydawanej przez Naszą Księgarnię. Tym razem bohaterami są upersonifikowane narzędzia, które nie tylko budują i naprawiają, ale też bawią się i przeżywają przygody. Poprzednia część, którą miałam: „Opowiem ci, mamo, skąd się bierze miód” wysoko podniosła poprzeczkę. Książkę chwaliłam za zaangażowanie w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Moje książeczki. Księga druga Adam Bahdaj, Czesław Janczarski, Hanna Januszewska, Maria Krüger, Lucyna Krzemieniecka, Jan Edward Kucharski, Irena Tuwim
Ocena 8,3
Moje książeczki. Księga druga Adam Bahdaj, Czesław Janczarski, Hanna Januszewska, Maria Krüger, Lucyna Krzemieniecka, Jan Edward Kucharski, Irena Tuwim

Na półkach: ,

„Moje książeczki” to kolejny reprint (po serii „Poczytaj mi, mamo”) wydawnictwa Nasza Księgarnia. Grube, pięknie wydane tomy w twardych oprawach, a w nich kilka opowiadań, które przed laty wydawane były w oddzielnych woluminach. Dla mnie to sentymentalna i pełna wzruszeń podróż do lektur z czasów mojego dzieciństwa, dla mojej córki to pełne magii opowieści, które czytamy każdego wieczoru. Opowiadania w „Moich książeczkach” ocierają się o baśniowość i elementy fantasy, a przez to nie tracą na aktualności. Dla współczesnego czytelnika są nadal ciekawe i całkowicie zrozumiałe. Można tu dostrzec upływ czasu, ale ta niedzisiejszość dodaje tylko opowieściom uroku. Współczesna literatura dla dzieci stoi na wysokim poziomie i ma wiele do zaoferowania, ale opowiadania sprzed kilkudziesięciu lat to jednak zupełnie inna kultura i jakość. Klasyczne są tu nie tylko teksty najznakomitszych polskich autorów, ale także niesamowite ilustracje, które chyba najbardziej oddają ducha minionej epoki. Tu polecę banałem: takich ilustracji już nie ma. Na dodatek wydanie książki odwołuje się do pierwotnego wyglądu serii; duży format, gruby, kredowy papier – prawdziwy skarb domowej biblioteczki! Cieszę się, że moje dzieci mogą poznawać taką klasykę.

„Moje książeczki” to kolejny reprint (po serii „Poczytaj mi, mamo”) wydawnictwa Nasza Księgarnia. Grube, pięknie wydane tomy w twardych oprawach, a w nich kilka opowiadań, które przed laty wydawane były w oddzielnych woluminach. Dla mnie to sentymentalna i pełna wzruszeń podróż do lektur z czasów mojego dzieciństwa, dla mojej córki to pełne magii opowieści, które czytamy...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Pax. Pal przekleństwa Ingela Korsell, Åsa Larsson
Ocena 7,2
Pax. Pal przekleństwa Ingela Korsell, Åsa Larsson

Na półkach: ,

Nastolatkowie, którzy dowiadują się o istnieniu sił nadprzyrodzonych i związanej z nimi własnej, ważnej roli. Brzmi znajomo? To dość popularny temat w literaturze młodzieżowej. Tymczasem „Pal przekleństwa” – pierwszy tom serii Pax wprowadza zupełnie nową jakość na tym wielokrotnie przetworzonym polu.

Zastanawiałam się na czym ta innowacyjność polega i uświadomiłam sobie, że do tej pory tego typu wątki spotykałam w literaturze amerykańskiej (Riordan i te sprawy). Seria Pax to jakość rodem ze Szwecji. Początkowo język powieści wydaje się nico szorstki, a realia życia codziennego przedstawione zbyt pesymistycznie jak na książkę dla młodszej młodzieży (matka-alkoholiczka). O wyjątkowości szwedzkiej literatury dla dzieci przekonałam się już jakiś czas temu. Okazało się, że nieco starsi czytelnicy nie są pozostawieni w tyle. Ten głęboki realizm i autentyzm bohaterów połączony z wątkami fantasy tworzy niesamowity efekt.

„Pal przekleństwa” to bardzo klimatyczne połączenie fantastyki i horroru. Wciąga od pierwszej strony i trzyma w napięciu do ostatniej. Szkolne i rodzinne perypetie dwóch braci okraszone zostały sporą dawką wątków z mitologii skandynawskiej. Tekst został ciekawie wzbogacony o piękne ilustracje o komiksowym charakterze, które jeszcze bardziej wciągają w czytaną historię. I tylko chciałoby się tego miodu trochę więcej. Książka jest krótka, a tomów w cyklu aż dziesięć. Spokojnie można by zmienić nieco te marne proporcje i zaproponować pięć grubszych książek.

Bardzo polecam!

Nastolatkowie, którzy dowiadują się o istnieniu sił nadprzyrodzonych i związanej z nimi własnej, ważnej roli. Brzmi znajomo? To dość popularny temat w literaturze młodzieżowej. Tymczasem „Pal przekleństwa” – pierwszy tom serii Pax wprowadza zupełnie nową jakość na tym wielokrotnie przetworzonym polu.

Zastanawiałam się na czym ta innowacyjność polega i uświadomiłam sobie,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Pewnego październikowego dnia na świat przychodzą dwie dziewczynki. Charlotta i Gwendolyn to dorastające razem kuzynki. Charlotta od zawsze przygotowywana jest do tego, z czym będzie musiała się zmierzyć w przyszłości. Uczy się języków obcych, historii, tańca, fechtunku. Między szesnastym, a siedemnastym rokiem życia odbędzie swoją pierwszą podróż w czasie. Gwen wychowywana jest jak tradycyjnym sposobem, jej matce zależy na tym, aby miała spokojne dzieciństwo i młodość. Jednak wbrew wszystkim przypuszczeniom to właśnie niespodziewająca się niczego Gwendolyn wyrusza w swoją pierwszą podróż w przeszłość. To ona – wbrew obliczeniom i wiedzy, jaką posiadali członkowie jej rodziny – obdarzona została genem podróży w czasie. Dzięki temu poznaje przystojnego Gideona, a także zdobywa dostęp do wielu mrocznych tajemnic, które do tej pory skrywali strażnicy.

Naprawdę lubię tematykę podróży w czasie! Zagadnienie to jest dla mnie na tyle abstrakcyjne, że każda jego próba uporządkowania, wytłumaczenia, czy opisania wydaje mi się fascynująca. Na dodatek w książce Kerstin Gier wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku – każdy problem ma swoje rozwiązanie. Autorka bardzo starannie dopracowała szczegóły swojej koncepcji, dzięki czemu jest ona zrozumiała dla czytelnika.

Czytanie „Czerwieni rubinu” było prawdziwą przyjemnością. Dawno nie zdarzyło mi się tak dobrze bawić przy lekturze. Fabuła była ciekawa, a bohaterowie wyraziście odmalowani. Na dodatek pierwszoosobowa narracja Gwendolyn bardzo przypominała mi sposób mówienia Sophie Mercer z książek o Hex Hall – ten sam typ humoru, ciętych ripost, szalonych i czasami niezbyt mądrych (ale za to jakże zabawnych) spostrzeżeń na świat. To właśnie dzięki Gwen „Czerwień rubinu” jest tak wyjątkowa.

Podoba mi się, że powieść obfituje w różne niewyjaśnione fakty. Pierwszy tom trylogii dostarcza wielu nierozwiązanych zagadnień; zarówno mroczna przeszłość, jak i teraźniejszość pełne są wydarzeń, o których dowiadujemy się stopniowo, a każda nowa tajemnica wzmaga naszą ciekawość, aby dowiedzieć się, co będzie potem. Wiele z nich nie zostaje wyjaśnionych do samego końca, co zapewnia nam niezapomniane wrażenia także w kolejnych tomach, które z pewnością będą kontynuowały rozpoczętą historię. Wielość rozpoczętych wątków sprawia, że niełatwo domyślić się ciągu dalszego. Nieźle są także odmalowane realia historyczne. Z niecierpliwością czeka się na kolejne podróże do przeszłości, aby wraz z bohaterką postawić stopę na londyńskiej ulicy sprzed kilkuset lat.
Od książki nie sposób się oderwać, należy ona do tego typu powieści, przy których czytaniu obiecujemy sobie „jeszcze tylko jeden rozdział” i ani się obejrzymy, a nie zostanie nam ani jedna kartka. Wtedy warto mieś pod ręką drugi tom trylogii – „Błękit szafiru”. :)

Jedna rzecz tylko nie daje mi spokoju. Dlaczego Gwendolyn nie mogła przenieść się do przyszłości? Odpowiedź na to trudne pytanie brzmi: „bo przyszłość się jeszcze nie wydarzyła”. Ale czy na pewno? Skąd wiadomo, że właśnie tu i teraz narratorki jest teraźniejszością? A co z poprzednimi podróżnikami w czasie? Gwendolyn i Gideon przybywają do wcześniejszych epok jako przybysze z przyszłości właśnie. Jak to możliwe? Czyżby przyszłość była pojęciem względnym? To jedno niewytłumaczone zagadnienie kładzie się cieniem na dobrze skonstruowanej teorii. Liczę na jego wyjaśnienie w kolejnych tomach. Fakt jednak, że powieść młodzieżowa zmusiła mnie do dosyć poważnej filozoficznej refleksji poczytuję za zaletę.

Z całego serca polecam „Czerwień rubinu”. Spodoba się ona przede wszystkim osobom spragnionym nowości, którym zbrzydły wszystkie schematyczne powieści młodzieżowe wydawane w ostatnich latach. To książka lekka, pochłaniająca całą uwagę i dająca to, co w literaturze najważniejsze – radość czytania.

Pewnego październikowego dnia na świat przychodzą dwie dziewczynki. Charlotta i Gwendolyn to dorastające razem kuzynki. Charlotta od zawsze przygotowywana jest do tego, z czym będzie musiała się zmierzyć w przyszłości. Uczy się języków obcych, historii, tańca, fechtunku. Między szesnastym, a siedemnastym rokiem życia odbędzie swoją pierwszą podróż w czasie. Gwen...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Znacie to uczucie, kiedy czytając książkę cały czas czekacie aż coś się wreszcie zacznie dziać? Dokładnie to czułam czytając „Miasto poza czasem”. Czekałam i czekałam. Niestety… nie wydarzyło się nic.

„Miasto poza czasem” to w zasadzie dwie odrębne historie. Jedną z nich stanowi osobista, a nawet intymna relacja kilkusetletniego mieszkańca Barcelony. Drugą jest historia Marcosa Solany i Marty Vives – dwojga współczesnych prawników, którzy w pewien bardzo mętny i niezbyt oczywisty sposób odkrywają tajemnicę życia Barcelończyka. Historie te są teoretycznie połączone, praktycznie jednak każda dotyczy czegoś innego i z pełnym powodzeniem mogłaby istnieć oddzielnie. Na dodatek autor stosuje najbardziej irytujący zabieg, jaki tylko można wybrać – dwie tak różne od siebie historie zostały poprzeplatane i rozdziały dotyczące dwóch kompletnie różnych rzeczy następują po sobie z pedantyczną regularnością. Zabieg ten całkowicie psuje (i tak szczątkowe już) napięcie i wpędza czytelnika w monotonny, niezaskakujący niczym rytm.

„Miasto poza czasem” wpisuje się w modne obecnie nurty. Jednym z nich jest wątek wampiryczny (narrator i przy okazji główny bohater jest wykreowaną na potrzeby książki odmianą wampira – urodził się i dorósł, jednak żyje wiecznie i pije krew). Drugi stanowi niesłabnąco rozchwytywany nurt książek o Barcelonie. Miasto to pełni istotny element całości (nazwy barcelońskich ulic i dzielnic często pojawiają się w treści), mogłoby jednak zostać zastąpione jakimkolwiek innym starym miastem bez najmniejszej szkody dla fabuły.

Powieść jest nieznośnie nudna. Nie potrafię nawet powiedzieć o czym dokładnie opowiada, ponieważ (dosłownie i w przenośni) nie mówi o niczym. Nie stanowi jednej, spójnej kompozycji; poznajemy konkretnych ludzi, jednostki, ich małe historie, które nie są ani interesujące, ani – jak prawdopodobnie zakładał autor – poruszające. Pod koniec powieści zlewają się za to w jedną, mało wyrazistą masę. Autor z lubością opisuje też barcelońskie domy publiczne na przestrzeni wieków. Niestety, nawet temat tak interesujący Moriel czyni nieciekawym i niewyobrażalnie ciężkim. Zdarzają się też niedociągnięcia kompozycyjne. Kompletnie niepotrzebna okazała się postać Tego Drugiego, który przedstawiony zostaje jako postać groźna, tajemnicza i – mogłoby się wydawać – kluczowa w całej historii, nagle jednak, w połowie książki słuch o nim ginie.

Jak to zwykle ma miejsce w przypadku literatury o niczym – aspiruje ona do miana filozoficznej. Tak jest i tu. „Miasto poza czasem” pełne jest okropnie długich wywodów na temat czasu, wieczności i natury zła. Problem jednak polega na tym, że nie są one w żadnym stopniu oryginalne. Nie wniosły do powieści nic, co by mnie zainteresowało, zaszokowało, czy przynajmniej zmusiło do refleksji.

Wielkim osobistym rozczarowaniem było dla mnie to, że lektura nie dostarczyła mi żadnej wiedzy historycznej. Od książek, których akcja dzieje się na przestrzeni kilku wieków wymagam, aby ta w nienachalny i przystępny sposób, niby mimochodem, przelała mi do głowy przynajmniej odrobinę historycznej mądrości. Narrator często napomyka jak dobrze znane mu są historyczne wydarzenia, jednak wiedzy tej nie przekazuje. Po przeczytaniu całej powieści wiem jedynie, że przewinęła się tam jakaś rewolucja i jakaś wojna. Być może historyk, osoba obeznana wcześniej z historią Barcelony z łatwością wyłapałaby te drobiazgi, ja nie potrafię nawet powiedzieć w jakiej mniej więcej epoce działy się wspomniane wyżej wydarzenia.

Na koniec wielki minus za delikatnie antyfeministyczny oddźwięk powieści (nie ma rozdziału, w którym nie zostałoby podkreślone, że – owszem – bardzo mądra i utalentowana Marta ma przy okazji piękne i zgrabne nogi), a także za nazywanie homoseksualisty „pedałem”, bez względu na epokę, w której była wypowiadana owa „opinia”.

„Miasto poza czasem” mi się nie podobało. Wydaje mi się, że autor chciał upchnąć w niej wszystko „to, co najlepsze”, czyli Barcelonę, wampiry, odrobinę seksu (jakże żenującego w jego wykonaniu) i garść filozoficznej prawdy życiowej. Nie wyszło mu nic godnego uwagi. Mimo sporych oczekiwań dwa główne wątki nie połączyły się w żaden fascynujący i niespodziewany sposób, a mnie pozostał niesmak i poczucie kompletnie zmarnowanego czasu. Ani to thriller ani historyczny. Nie polecam.

Znacie to uczucie, kiedy czytając książkę cały czas czekacie aż coś się wreszcie zacznie dziać? Dokładnie to czułam czytając „Miasto poza czasem”. Czekałam i czekałam. Niestety… nie wydarzyło się nic.

„Miasto poza czasem” to w zasadzie dwie odrębne historie. Jedną z nich stanowi osobista, a nawet intymna relacja kilkusetletniego mieszkańca Barcelony. Drugą jest historia...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Kryminał historyczny to trudny gatunek; do jego wykonania niezbędny jest nie tylko znakomity warsztat, ale też ogromna wiedza. Autorowi „Córki kata” nie brakuje ani jednego ani drugiego, dzięki czemu przymiotnik „historyczny” został spełniony. Oliver Pötzsch stworzył wspaniałą powieść obyczajową i zaprezentował panoramę ludzkich charakterów. Do zagospodarowania pozostał jeszcze „kryminał”; tutaj niestety sprawa nie wygląda tak dobrze.

Wbrew pozorom katowska córka – Magdalena nie jest główną bohaterką powieści. Najważniejszą rolę pełni sam kat – wspaniale zarysowana, intrygująca postać Jakuba Kuisla. Fabuła zaczyna się dość tragicznie; z rzeki wyłowiony zostaje umierający chłopiec na którego ciele widnieje nie dający się zmyć ciemny znak czarownic. Oskarżona o zabójstwo zostaje natychmiast miejscowa akuszerka, która – jak powszechnie wiadomo – od lat zajmowała się czarami i nieczystymi sprawkami, a co więcej – młody Peter często u niej bywał. Dziki, żądny zemsty lud udaje się do akuszerki Marty, aby samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość. Za kobietą wstawia się jednak Jakub, zapewniając jej prawo do procesu. Wkrótce jednak okazuje się, że Peter nie jest jedyną ofiarą tajemniczego sprawcy, a Jakub, wraz z młodym medykiem – Simonem, postanawiają samodzielnie odnaleźć zabójcę i ocalić Martę.

„Córka kata” to niezwykła podróż w głąb XVII-wiecznego, handlowego miasteczka w Bawarii. Realia historyczne zostały szczegółowo zakreślone – pojawiają się odwołania do panującej ówcześnie sytuacji politycznej oraz trwającej wojny. Czytelnik otrzymuje nawet przecudnej urody przedruk autentycznego miedziorytu przedstawiającego Schongau, aby nie zagubił się gdzieś w dzielnicy garbarzy podczas swych wędrówek z bohaterami. Interesująco opisane zostały szczegóły związane z działalnością XVII-wiecznego sądownictwa; jako czytelnicy możemy zajrzeć do szafy z aktami pisarza sądowego, popatrzeć na paradnie ubranego przedstawiciela księcia elektora, a także zajrzeć do przerażającej i pachnącej strachem sali tortur. Podobał mi się prolog powieści. Podczas jego czytania bierzemy udział w krwawej egzekucji. Problemy z nie do końca obciętą głową, panika skazanej – tego typu szczegółów nie szczędzi nam autor. To właśnie tych okrutnych, a nawet przerażających fragmentów, tak bardzo przecież związanych z profesją kata, zabrakło mi na późniejszych stronach powieści.

Dzięki lekturze zajrzeć mogłam w głąb psychiki XVII-wiecznego mieszczanina. Więcej nawet! Poznałam różne typy osobowości. Cieszę się, że autor nie użył jednego schematu dla wszystkich typów ludzkich, a ukazał różnice pomiędzy nimi wynikające z wieku, wykształcenia, pozycji społecznej i wykonywanego zawodu. Rzemieślnik różni się od handlarza, a woźny sądowy od przekupki. Jedni są przesądni, boją się, że mogliby stać się ofiarą czarów, dla innych schwytanie czarownicy to tylko pretekst do znalezienia kozła ofiarnego dla swoich niepowodzeń – ci z premedytacją wykorzystują własną pozycję.
Poznajemy także dwa typy leczenia i postrzegania medycyny. Starą szkołę uosabia Bonifaz Fronwieser, dla którego niezbędnym lekarstwem na wszystkie schorzenia jest upust krwi. Nową szkołę reprezentuje jego syn – Simon.

„Córka kata” to także wgląd w fascynujące zaplecze polowań na czarownice. Poznajemy oskarżoną kobietę i dowiadujemy się, że fakt oskarżenia jest niemal równoznaczny z wyrokiem skazującym. Poznajemy sposób jej więzienia, próby zmuszenia niewinnej osoby, aby przyznała się do winy. Doświadczamy też najgorszego – wzajemnych oskarżeń i spekulacji, których ofiarami padają nawet dzieci.

Wszystko co dobre szybko się kończy. Zaczyna się kryminał… Przede wszystkim cała zagadka oraz jej rozwiązanie okazują się być niespójne. W dobrym kryminale wszystkie drobne, często zupełnie niepozorne fakty, słowa i czynności okazują się mieć znaczenie i pod koniec składają się w zaskakujące rozwiązanie. Tutaj sytuacja została odwrócona. Pojawia się kilka istotnych faktów, które powinny się ze sobą łączyć, rozwiązanie natomiast okazuje się kompletnie niezaskakujące, a wszystkie te elementy, na których połączenie czekałam okazały się być niepowiązanymi ze sobą i nie wpływającymi na siebie zbiegami okoliczności. Rozwiązanie zagadki wywołało we mnie pustkę i ogromne rozczarowanie. Sam przebieg wydarzeń związanych z wątkiem kryminalnym też nie zachwyca. Akcja jest mało zaskakująca i co najważniejsze – nie trzyma w napięciu, co w przypadku kryminału jest dla mnie czynnikiem niezbędnym. Na domiar złego mój główny podejrzany okazał się być sprawcą przestępstw, co jeszcze bardziej pogrążyło mnie w smutku.

Powieść podobała mi się, jednak nie wywołała u mnie dreszczy. Ba! Nie wywołała nawet rumieńców na policzkach. Nie potrafię ocenić tej książki jednym słowem. Dla mnie to genialna historia obyczajowa i bardzo marny kryminał.

Kryminał historyczny to trudny gatunek; do jego wykonania niezbędny jest nie tylko znakomity warsztat, ale też ogromna wiedza. Autorowi „Córki kata” nie brakuje ani jednego ani drugiego, dzięki czemu przymiotnik „historyczny” został spełniony. Oliver Pötzsch stworzył wspaniałą powieść obyczajową i zaprezentował panoramę ludzkich charakterów. Do zagospodarowania pozostał...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Z Tango jest nas troje Peter Parnell, Justin Richardson
Ocena 7,3
Z Tango jest nas troje Peter Parnell, Justin Richardson

Na półkach: , ,

„Z Tango jest nas troje” to kolejna niesamowita książka dla dzieci wydawnictwa AdPublik, którą miałam przyjemność przeczytać. Podobnie jak w przypadku poprzedniej, oczarował mnie sposób opowiadanej historii, podejście do tematu homoseksualizmu i naturalne jego przedstawienie.

Historia pingwinów Roy i Silo, dwóch samców żyjących wspólnie w jednym z amerykańskich zoo, jest historią prawdziwą. Wśród wielu pingwinich rodzin, właśnie ich dwoje postanowiło żyć razem; zbudowali dla siebie dom, śpiewali pieśni godowe, wszystko robili wspólnie. Podpatrując inne pingwiny wysiadujące swoje jaja, Roy i Silo znaleźli kamień i dbali o niego. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności jedno z jaj pozostało bez opieki i opiekun z ogrodu zoologicznego postanowił przekazać je naszym bohaterom.

„Z Tango jest nas troje” to piękna i wzruszająca opowieść o rodzinie i miłości rodzicielskiej. W tym tkwi główna siła przekazu opowiadanej historii. Roy i Silo nie są przedstawione jako anomalia, jako dziki wybryk natury i laboratoryjna próbka, którą należy zbadać. Pingwiny te to kochająca się i wspierająca nawzajem rodzina, w której pojawia się córka, a rodzice troszczą się i dbają o jej dobro.

To kolejna wspaniała opowieść, którą powinien poznać każdy młody czytelnik wkraczający dopiero w życie. Piękne obrazki przedstawiające życie codzienne pingwinów wzmacniają tylko sympatię do bohaterów opowieści. W przypadku pingwinów, ich wygląd oddziałuje na czytelnika podwójnie; zarówno bowiem samce, jak i samice przedstawione są identycznie, dzięki czemu patrząc na główną, męską parę bohaterów nie odbieramy ich jako odmieńców, a jako zwartą i równoprawną część większej społeczności.

Żałuję, że w czasach mojego dzieciństwa nie znałam tak pięknych i mądrych bajek. Cieszę się jednak, że teraz, kiedy bardzo powoli akceptacja społeczna homoseksualizmu jest coraz większa, młodzi czytelnicy zdobędą możliwość wpojenia sobie tak ważnych wartości, jak tolerancja. Rodzicu! Przeczytaj swym dzieciom opowieść o młodej Tango, która ma dwóch tatusiów. Być może za kilka lat, rodzina taka jak opisana w książce, traktowana będzie z należytym jej szacunkiem.

„Z Tango jest nas troje” to kolejna niesamowita książka dla dzieci wydawnictwa AdPublik, którą miałam przyjemność przeczytać. Podobnie jak w przypadku poprzedniej, oczarował mnie sposób opowiadanej historii, podejście do tematu homoseksualizmu i naturalne jego przedstawienie.

Historia pingwinów Roy i Silo, dwóch samców żyjących wspólnie w jednym z amerykańskich zoo, jest...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Król i król Stern Nijland, Linda de Haan
Ocena 7,3
Król i król Stern Nijland, Linda de Haan

Na półkach: , ,

Zagadnienie walki z homofobią jest mi bardzo bliskie. Nie mogę znieść nietolerancji i niezrozumienia, z którym spotykają się osoby nieheteroseksualne. Walczyć z homofobią można na różne sposoby, niemniej jednak, nawet w gronie sympatyków działalności antyhomofobicznej pojawiają się ludzie, dla których miłość homoseksualna – nawet jeśli w pełni równouprawniona – pozostaje miłością inną. „Kochający inaczej” – mówi się czasem o ludziach nieheteroseksualnych. Dlaczego? Przecież każda miłość jest taka sama.

Nikogo nie winię za takie postrzeganie spraw płci i seksualności. Pewne cechy, pewną wiedzę wynosi się z kołyski. I tak ja sama, mimo że nie wierzę w Boga – obchodzę Boże Narodzenie. Niektórzy ludzie natomiast, choć popierają seksualność odmienną od swojej, w świadomości mają pewne schematy, których nie sposób wykluczyć – przekazuje je nasza kultura; rodzice, szkoła, telewizja.

„Król i król” to książeczka dla dzieci. Jej pojawienie się na rynku polskim napawa mnie wielką radością i dumą. Te kilka kolorowych kartek potrafi bowiem zmienić wszystko.

W dzieciństwie powstaje większość naszych nawyków, sympatii i przekonań. Wówczas nie zdajemy sobie jeszcze sprawy z tego, że są one w jakikolwiek sposób uwarunkowane i nabyte; postrzegamy pewne rzeczy, „bo tak po prostu jest”. Nasze pierwsze lektury przybliżają nam świat i wpajają podstawowe wartości. Małe dziecko, słuchając opowieści o królewiczu zakochanym w innym królewiczu, nie widzi w tym nic dziwnego, czy oryginalnego, a już tym bardziej niestosownego. Dziecko słucha bajki i natychmiast przyswaja opisane w niej elementy jako składniki świata w którym żyje. Od tego czasu w jego świadomości obraz rodziny to nie tylko król i królowa, ale także król i król, od tego czasu para homoseksualna nie będzie „kochała inaczej”, będzie po prostu inną wersją tej samej historii.

O czym jest „Król i król”? To króciutka, zaledwie kilkunastozdaniowa (wszak kierowana do najmłodszego czytelnika) opowieść o królestwie władanym przez starą królową i jej syna. Dla królowej rządzenie stało się męczące, dlatego postanawia, że zastąpi ją syn. Książę jednak, aby zasiąść na tronie, musi się ożenić. Do królestwa zjeżdżają się królewny z całego świata, książę jednak, zamiast w księżniczce, od pierwszego wejrzenia zakochuje się w innym królewiczu. Wkrótce biorą ślub, królowa płacze ze wzruszenia, a nasi bohaterowie „żyją długo i szczęśliwie”.

Opowiedziana historia jest zabawna i pomysłowa. Każdą stronę, zdobią duże i kolorowe ilustracje przedstawiające życie w pałacu, nadwornego kota, królewskie wesele, a także poślubny pocałunek między zakochanymi nowożeńcami. Nie sposób nie docenić wyjątkowości szaty graficznej. Obrazki wykonane są metodą kolażu, z zastosowaniem różnych materiałów, co widać nawet na płaskim papierze. Są zabawne, a pomysłowość plastyka jest naprawdę zadziwiająca.

„Król i król” to modyfikacja baśniowego wzorca, który znamy wszyscy. Ile razy zdarzyło nam się czytać bajki o królewiczu i pięknej królewnie? Dzięki wczesnemu poznaniu historii, dla dorastającego dziecka nie będzie to modyfikacja, a fragment dobrze znanej mu rzeczywistości.

Jest wiele powodów, aby zachęcić wszystkich do sięgnięcia bo „Król i król”, ale tylko jeden jest tak naprawdę ważny. Przeczytajcie książkę swoim dzieciom, pomóżcie budować tolerancyjny i sprawiedliwy świat, w którym królewicz kochający innego królewicza nie szokuje i nie zaskakuje, a tylko przywołuje ciepłe wspomnienia z dzieciństwa.

Zagadnienie walki z homofobią jest mi bardzo bliskie. Nie mogę znieść nietolerancji i niezrozumienia, z którym spotykają się osoby nieheteroseksualne. Walczyć z homofobią można na różne sposoby, niemniej jednak, nawet w gronie sympatyków działalności antyhomofobicznej pojawiają się ludzie, dla których miłość homoseksualna – nawet jeśli w pełni równouprawniona – pozostaje...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Powieść „Gra” to pierwsza część serii „Dolina” autorstwa niemieckiej pisarki Krystyny Kuhn. Pozycja ta w idealnym momencie weszła na polski rynek wbijając się w młodzieńcze gusta, spragnione historii strasznych i tajemniczych, doprawionych niewielkim wątkiem paranormalnym.

„Gra” opowiada historię rodzeństwa Julii i Roberta, którzy w okolicznościach niewiadomych dla czytelnika przybywają do elitarnej uczelni położonej w odciętej od świata dolinie Kanadyjskich Gór Skalistych.

Na samym początku nie sposób nie zauważyć pewnych inspiracji, którymi sugerowała się autorka. Samo miejsce akcji do złudzenia przypomina odcięty od świata hotel Overlook znany z powieści „Lśnienie” Stephena Kinga. Dodatkowo u Krystyny Kuhn pojawia się motyw „żyjącego budynku”, który od samego początku zdaje się obserwować bohaterów. Kolokacje te nie rażą, ponieważ rozwój wydarzeń jest zupełnie inny niż u pana Kinga, ale też nie wprowadzają dodatkowego smaczku, na który liczyłam. Lubię nawiązania intertekstualne i zawsze chętnie przyjmuję odwołania do innych dzieł kultury. Nie narzekam jednak. Zwłaszcza na początku, bo nie wypada!

„Gra” to od samego początku jedna wielka tajemnica. Autorka od pierwszej strony buduje napięcie grozy i informuje czytelnika o tym, że do samego końca zmagać się on będzie z pewnymi niewyjaśnionymi sprawami z przeszłości bohaterów. Tajemnice, z którymi spotyka się czytelnik są dwie. Pierwszą zapewnia konwencja kryminału (a może thrillera – trudno powiedzieć jednoznacznie z czym mamy do czynienia w przypadku „Gry”); wraz z bohaterami staramy się rozwikłać sprawę tajemniczego morderstwa oraz jego okoliczności. Autorka jednak na tym nie poprzestała, sprawiając, że stopień zapętlenia powieści jest jeszcze większy. Swoją tajemnicę ma też główna bohaterka. Jej sekret poznajemy niespiesznie, po kawałku. Trzeba przyznać – zabieg ciekawy, myślę jednak, że brak tej dodatkowej tajemnicy nie umniejszyłby walorów powieści. Faktem jest jednak, że wszystkie dodatkowe, ciemne sprawki wprowadzają do powieści wiele tajemniczości, ponadto zostały bardzo ciekawie rozwiązane, a to duży plus.

Powieść pełna jest niedopowiedzeń, czytelnik otrzymuje niewiele danych, a te nieliczne, które uda mu się zapamiętać wprowadzają do dezorientacji i niepewności. Do samego końca nie wiedziałam jak rozwiąże się akcja, co chwilę byłam czymś zaskakiwana. Zarówno sceneria, jak i wydarzenia w powieści wywoływały u mnie dreszcze i niepokój. Kilkukrotnie byłam zestresowana do tego stopnia, że przewracałam kilka kolejnych stron, aby poznać zakończenie danego rozdziału.

Zdecydowanie najsłabszym aspektem powieści jest język. Czytałam kilka recenzji, w których zarzuty spadły na Bogu ducha winnego tłumacza. Niesłusznie. Wina leży po stronie autorki, która jakby uparła się, żeby swoją powieść zamerykanizować. W książce co chwilę pojawiają się doprowadzające do szału angielskie wtrącenia i zwroty. Po co? Nie wiem. Być może autorka myślała, że przez to będzie bardziej ‘cool’ i ‘trendy’. Poza tym zwróciłam uwagę na kilka błędów rzeczowych (w jednym zdaniu Julia wkłada kopertę do kieszeni, w następnym koperta wypada jej z dłoni).

Książkę czyta się na jednym wdechu i właśnie to wynagradza nam wszelkie inne niedociągnięcia. Uwielbiam powieści od których nie sposób się oderwać, a nawet jak już się uda, to cały czas myśli się o rozwiązaniu przedstawionej w książce zagadki.

Zdecydowanie zachęcam do sięgnięcia po „Grę”. Dolina to bardzo ciekawe miejsce, które wchłonie niejednego czytelnika.

Powieść „Gra” to pierwsza część serii „Dolina” autorstwa niemieckiej pisarki Krystyny Kuhn. Pozycja ta w idealnym momencie weszła na polski rynek wbijając się w młodzieńcze gusta, spragnione historii strasznych i tajemniczych, doprawionych niewielkim wątkiem paranormalnym.

„Gra” opowiada historię rodzeństwa Julii i Roberta, którzy w okolicznościach niewiadomych dla...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Duet, który tworzą dr Bob Curran oraz ilustrator Ian Daniels miałam okazję już poznać. Sięgając po „Księgę wilkołaków” wiedziałam, że spodziewać się mogę dzieła na najwyższym poziomie zarówno literackim, jak i merytorycznym.

Wydanie „Księgi wilkołaków” jest niemal identyczne do tego, które znam z „Księgi wampirów”. Czarna okładka, gotycka czcionka, oczy jakiegoś nie do końca zidentyfikowanego stworzenia. Mogłoby się wydawać, że treść również będzie podobna. Otóż nie, „Księga wilkołaków” zaskakuje nas zupełnie nowymi faktami.

Autor w swej monografii opisuje wierzenia dotyczące wilkołaków w sposób chronologiczny. Skupia się na europejskim kręgu kulturowym, wzmiankując jedynie legendy z odleglejszych zakątków świata. I właśnie tego mi brakowało. W „Księdze wampirów” w każdym rozdziale spotykałam się z egzotycznymi miejscami, ich mieszkańcami i światopoglądem. Tutaj uwaga autora skupiła się raczej na historii naszego kontynentu. Wierzenia na temat wilkołactwa i likantropii wywodzi on już z czasów starożytnych, w umiejętny i ciekawy sposób tłumacząc nam ich rozwój i kulturowe kontynuacje, także te z najnowszej kultury popularnej.

Bob Curran do problemu wilkołactwa podchodzi od strony psychologicznej, tłumacząc istnienie tego zjawiska jako wynik zaburzeń psychicznych u niektórych ludzi. Opisane zostają także przypadki tzw. „dzikich dzieci”, czyli dzieci niewiadomego pochodzenia, najprawdopodobniej wychowanych przez zwierzęta, które potem próbowano przystosować do życia w społeczeństwie. Jak widać, Curran traktuje temat wilkołactwa niezwykle szeroko, zaliczając do niego nie tylko wierzenia tradycyjne, ale także rozważając klasyki naszej kultury takie jak bajka o Czerwonym Kapturku oraz współczesne przypadki „zezwierzęcenia”.

Mnie szczególnie zainteresowały opisane przez autora sprawy sądowe, które miały miejsce w XVI i XVII wieku we Francji. Dzięki szczegółowym raportom, które wówczas spisano możemy zajrzeć w psychikę ludzi żyjących w tamtym okresie. To naprawdę niezwykłe doświadczenie móc poznać zapiski wykształconych ludzi ze świata nauki (lekarzy, prawników), którzy dowodzą teorii tak sprzecznych z naszym współczesnym stanem wiedzy.

„Księgę wilkołaków”, tak jak i poprzednie dzieło autora – „Księgę wampirów”, polecam wszystkim, którzy w łatwy i przyjemny sposób pragną pogłębić swoją wiedzę nie tylko na temat wilkołaków, ale także na temat historii i ludowej wierzeniowości. To kolejna niezwykła podróż w głąb naszych dziejów i spojrzenie z bliska na fakty, które ukształtowały naszą współczesną kulturę.

Duet, który tworzą dr Bob Curran oraz ilustrator Ian Daniels miałam okazję już poznać. Sięgając po „Księgę wilkołaków” wiedziałam, że spodziewać się mogę dzieła na najwyższym poziomie zarówno literackim, jak i merytorycznym.

Wydanie „Księgi wilkołaków” jest niemal identyczne do tego, które znam z „Księgi wampirów”. Czarna okładka, gotycka czcionka, oczy jakiegoś nie do...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Życie pozagrobowe, świat zmarłych fascynowały ludzi od zawsze. W opowieściach o wampirach zawsze zastanawia mnie jedno. Skoro świat nauki założył, że wampiry nie istnieją, dlaczego ich ślad odnajdywany jest w tak wielu różnorodnych kulturach na całym świecie?

„Księgi wampirów” nie można ująć w sztywne ramy gatunkowe. Książkę tę, naszpikowaną informacjami i specjalistyczną wiedzą czyta się jak powieść. Albo nawet więcej. Czyta się ją tak, jak słucha się opowieści przy ognisku, kiedy każdy stara się zafascynować słuchaczy swoją historią, a mrok za plecami zdaje się nagle skrywać nocne sekrety.

Dr Bob Curran w swej książce prezentuje legendy o wampirach z bardziej lub mniej odległych zakątków świata. Przedstawia ich postrzeganie z punktu widzenia rdzennych mieszkańców danego terenu, a następnie porównuje je z europejskim sposobem ich odbioru. Wielkim plusem monografii jest fakt, że autor wielokrotnie przytacza oryginalne teksty źródłowe; bajki magiczne, podania, legendy. Czytając książkę poznałam wierzenia wampiryczne z bardzo różnych kręgów kulturowych, a wraz z nimi poglądy na temat życia i śmierci. Autor legendy te przedstawia w szerszym kontekście społecznym. Opisuje nie tylko same wierzenia ale także ich rozwój, uwarunkowanie społeczne i polityczne w czasach, w których powstawały.

Podobało mi się, że autor nie spłycił wizerunku wampira sprowadzając go do jednego tylko, znanego wszystkim wyobrażenia, ale zaprezentował szeroki przekrój przez ludową tradycję. Nie skupia się jedynie na istotach wysysających krew, ale potwierdza fakt, że w folklorze tradycyjnym brak jest ścisłych podziałów na wampiry, wilkołaki i upiory. Wszystkie te stworzenia w powszechnej świadomości były niemal tożsame. Autor dostrzega wszelkie subtelności, które różnią nasze postrzeganie potworów od tego, które było powszechne dawniej.

Ogromnym plusem są zamieszczone w „Księdze…” opisy znanych z historii przypadków, mogących uchodzić za autentyczne i potwierdzające istnienie wampirów. Autor przedstawia fakty, ocenę ich prawdziwości pozostawia natomiast czytelnikowi. Często opisywane są także ciekawostki historyczne z danego okresu.

W „Księdze wampirów” każdy znajdzie interesujący go aspekt. Fanom paranormal romance na przykład polecam rozdział poświęcony folklorowi rumuńskiemu – możemy się z niego dowiedzieć kim byli ‘moroi’, a także co mają oni wspólnego z przerażającymi strzygami. Fanom hollywoodzkich produkcji polecam natomiast rozdział, w którym poznajemy rodowód Draculi – jakie wydarzenia (polityczne, a nawet ekonomiczne) miały wpływ na stworzenie takiej, a nie innej postaci.

„Księgę wampirów” jest fascynująca i czyta się ją z wypiekami na twarzy. Autor przykuwa uwagę ciekawymi legendami, ich znaczeniem, a także umiejętnie buduje napięcie opowiadanej historii. To naprawdę wielka umiejętność stworzyć książkę mądrą i pouczającą, ale napisaną łatwym, miłym dla ucha językiem i nienużącym stylem.

Warto też wspomnieć o przepięknym wydaniu „Księgi”. Każdy rozdział zdobi duży szkic postaci, o której będzie mowa. Rysunki autorstwa Iana Danielsa są piękne, a dodatkowo pobudzają wyobraźnię w trakcie czytania kolejnych opowieści.

„Księga wampirów” zmieniła moje postrzeganie wampiryzmu i pozwoliła spojrzeć na zagadnienie z szerszej perspektywy. Zachęcam każdego do sięgnięcia po książkę i cudowną podróż dookoła świata w poszukiwaniu wampirów.

Życie pozagrobowe, świat zmarłych fascynowały ludzi od zawsze. W opowieściach o wampirach zawsze zastanawia mnie jedno. Skoro świat nauki założył, że wampiry nie istnieją, dlaczego ich ślad odnajdywany jest w tak wielu różnorodnych kulturach na całym świecie?

„Księgi wampirów” nie można ująć w sztywne ramy gatunkowe. Książkę tę, naszpikowaną informacjami i specjalistyczną...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Początkowo w ogóle nie byłam zainteresowana „Dziewczynami z Hex Hall”. Czarownice, wilkołaki, elfy, przystojny facet…. To wszystko już było i to tyle razy, że nawet ja – wielka miłośniczka paranormal romance zdążyłam się znudzić. Potem zaczęły się pojawiać przychylne opinie i postanowiłam sama przekonać się o tym, co tracę. Ogromnym błędem było to, że z decyzją zwlekałam tak długo.

„Dziewczyny z Hex Hall” to mieszanka pomysłów i schematów, które czytaliście już wiele razy wcześniej. Za to ich wykorzystanie zwali Was z nóg. To niezbyt oryginalny pomysł w genialnym wykonaniu. Rachel Hawkins nie stara się tworzyć powieści przełomowej, zaskakującej bohaterami, czy wydarzeniami. Wręcz przeciwnie – garściami czerpie z paranormalnej tradycji, świadomie wprowadzając pewne elementy znane już czytelnikowi tylko po to, aby zmienić ich znaczenie, dzięki czemu jesteśmy bezustannie zaskakiwani. Powieść jest świeżym spojrzeniem na ten – mogłoby się wydawać wyeksploatowany do cna – gatunek. Wszystko to sprawia, że coś, co wydawało mi się kolejną pozycją o której zapomnę po tygodniu okazało się dziełem oryginalnym i godnym uwagi.

Sophie Mercer jest czarownicą, jednak za swoje niezbyt rozważne korzystanie z magii trafia do Hex Hall – ośrodka dla „trudnej” młodzieży pochodzenia magicznego, gdzie oprócz innych czarownic spotyka elfy, zmiennokształtnych i wampiry. W gronie jej znajomych nie zabraknie oczywiście trzech wrednych przyjaciółek, które postarają się o to, aby życie Sophie nie było usłane różami oraz tajemniczego przystojniaka, który zawładnie sercem bohaterki… oraz wielu czytelniczek.

Sama Sophie jest bardzo mocnym punktem powieści. Ujęło mnie jej poczucie humoru, które jako narratorka prezentuje bardzo często. Jej celne spostrzeżenia i cięty język niejednokrotnie rozbawiły mnie do łez. Sophie w każdy opis, nawet sceny na pozór drastycznej i budzącej lęk potrafiła wpleść zabawne przemyślenia. Wszystko to sprawia, że „Dziewczyny z Hex Hall” od pierwszej do ostatniej strony czyta się z szerokim uśmiechem na twarzy.

Każdy z bohaterów na pewien sposób wzbudził moją sympatię i zaskarbił życzliwość. Sposób ich prezentowania był tak życzliwy, że nawet czarne charaktery wzbudzają w czytelniku pozytywne uczucia i uśmiech na wspomnienie tego, jak przedstawiła je Sophie.

„Dziewczyny z Hex Hall” to swoista gra na konwencji. Użyte schematy bywają bezlitośnie wyśmiane przez bohaterkę, natomiast wszystkie sceny, które w innych paranormal romance miałyby wywołać u nas wzruszenie, tutaj stanowią ich parodię. Pomimo schematów autorka potrafi porządnie zaskoczyć i utrzymać napięcie do ostatniej strony, dzięki czemu powieść czyta się błyskawicznie.

Jeśli chcecie przeczytać coś, co pochłonie Was bez reszty, jeśli jesteście w dołku i potrzeba Wam czegoś naprawdę zabawnego i wreszcie – jeśli chcecie czegoś naprawdę oryginalnego wśród paranormal romance – „Dziewczyny z Hex Hall” są idealnym kandydatem. Zdecydowanie warto!

Początkowo w ogóle nie byłam zainteresowana „Dziewczynami z Hex Hall”. Czarownice, wilkołaki, elfy, przystojny facet…. To wszystko już było i to tyle razy, że nawet ja – wielka miłośniczka paranormal romance zdążyłam się znudzić. Potem zaczęły się pojawiać przychylne opinie i postanowiłam sama przekonać się o tym, co tracę. Ogromnym błędem było to, że z decyzją zwlekałam...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Dlaczego uwielbiam Norę Roberts? Bo to pisarka wszechstronna. Potrafi stworzyć urokliwą powieść obyczajową, trzymający w napięciu kryminał, pełną magii i tajemnic opowieść fantasy, a także ciepły i namiętny romans. Na dodatek wszystko, za co się weźmie wychodzi jej wspaniale.

Do książki zachęca już okładka. Przepiękny tort (nadal się zastanawiam, czy jest autentyczny) stanowi tylko przedsmak i bardzo dobrą zapowiedź dla treści. „Miłość na deser” bowiem to opowieść o Summer Lyndon – światowej sławy mistrzyni sztuki kulinarnej, której specjalnością są desery. Jest perfekcjonistką, artystką, istnym wirtuozem w tym, czym się zajmuje. Pracuje dla największych sław świata kultury i polityki. Na jej drodze staje Blake Cocharan – spadkobierca hotelowej fortuny, który poszukuje osoby mającej przejąć restaurację w jednym z hoteli. Summer wydaje się być idealną kandydatką. Pomiędzy ich stosunki służbowe bardzo szybko zaczyna przenikać uczucie.

Czytanie „Miłości na deser” było czystą przyjemnością. Wgryzłam się w tę powieść jak w kawałek pysznego tortu autorstwa Summer. Usiadłam w wygodnym fotelu z kubkiem herbaty i raczyłam się tą uroczą, romantyczną i zabawną historią.
Podobało mi się przedstawienie osoby Summer – zaciętość charakteru przy odrobinie uległości. Sprzeczność jej uczuć nie była jedynym ciekawym zabiegiem autorki. Summer bowiem, mimo że tworzyła prawdziwe kulinarne cuda, a także zdobyła najwyższe kucharskie odznaczenie cordon bleu, nigdy nie jada deserów, a jej ulubionymi daniami są pizza, kurczak z rożna i cheeseburger z frytkami.
Pełna romantyzmu historia – jak to zwykle u Nory Roberts bywa – jest jednocześnie przejmująca i zabawna. Kilka komiczny postaci i parę błyskotliwych dialogów sprawiają, że zwykły romans zmienia się w lekką lekturę, przy której można miło spędzić czas.
Wielkim atutem są opisy kulinarnych poczynań Summer. Ilość tortów, ciast i czekolady przewijająca się przez karty powieści jest zniewalająca. I chociaż sama nie przepadam za tego typu rzeczami – nie mogłam się oprzeć bezustannemu sięganiu po coś słodkiego. Ta lukrowo-czekoladowa sceneria idealnie współgra z klimatem powieści nadając jej ciekawy i oryginalny charakter.

„Miłość na deser” polecam wszystkim fanom romantycznych historii. Idealna powieść do tego, aby zapomnieć o całym świecie i zatracić się w historii Summer i Blake’a.

Dlaczego uwielbiam Norę Roberts? Bo to pisarka wszechstronna. Potrafi stworzyć urokliwą powieść obyczajową, trzymający w napięciu kryminał, pełną magii i tajemnic opowieść fantasy, a także ciepły i namiętny romans. Na dodatek wszystko, za co się weźmie wychodzi jej wspaniale.

Do książki zachęca już okładka. Przepiękny tort (nadal się zastanawiam, czy jest autentyczny)...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Antyutopie podbijają świat.

Przez literaturę młodzieżową w ciągu kilku ostatnich lat przetoczyła się burza, a nastolatki w bardzo krótkim czasie zarzucone zostały powieściami o istotach paranormalnych. Konwencja ta, choć oryginalna i świeża, w bardzo krótkim czasie została wyczerpana. Młodzi czytelnicy potrzebowali czegoś więcej. Czy antyutopie wyczerpią się tak samo szybko jak paranormal romance? Nie wiem. Na razie sięgają szczytów popularności, a my możemy się cieszyć oryginalnymi opowieściami najwyższej jakości.

„Deklaracja” to dzieło znamienne. Mimo że w Polsce swoją popularność zdobywa dopiero teraz, na fali sukcesu innych antyutopijnych pozycji, to w rzeczywistości jest to powieść przełomowa. Wydana została w roku 2008, na cztery miesiące przed słynnymi „Igrzyskami śmierci”.

Wielka Brytania, rok 2140. Rzecz przerażająca, bo rok 2140 nie jest przyszłością odległą. My go nie doczekamy, ale zmiany o których mowa nabrały rozmachu już w roku 2030, a to czasy, które nadejdą całkiem niedługo. Naukowcy wynaleźli Regenerację, a stąd niedaleka droga do leku na Długowieczność. Ludzie przestali się starzeć, chorować, a w związku tym nie umierali. W bardzo krótkim czasie na Ziemi nastąpiło przeludnienie. W 2065 roku wprowadzono więc Deklarację, którą znowelizowano w 2080 – ludziom zabroniono posiadania potomstwa. W rezultacie na świecie pozostali tylko legalni ludzie, ci którzy żyli przed rokiem 2080 i którzy żyć będą już wiecznie.

To naprawdę straszna wizja; wizja starego, niezmiennego społeczeństwa. W „Deklaracji” świat stanął w miejscu – nie ma dzieci, nikt nie umiera. Po ulicach chodzą ludzie, którzy wygrali z chorobami, ale nie potrafią jeszcze przezwyciężyć zewnętrznych oznak starzenia. Noszą drucianą bieliznę, która podtrzymuje ich obwisłą skórę. Istnieją jednak buntownicy, którzy nie zamierzają się bezwolnie poddać; oni nadal pragną mieć dzieci, pragną walczyć z systemem. System jest jednak od nich silniejszy. Wytropienie nadmiarów – bo tak nazywane są nielegalnie narodzone dzieci – to tylko kwestia czasu. W niektórych krajach nadmiary są usypiane natychmiast po urodzeniu, ale Wielka Brytania to kraj humanitarny, władze wierzą, że nadmiary swoją ciężką pracą i podporządkowaniem są w stanie odkupić Grzech rodziców.

Nadmiar Anna to wartościowy zasób. Zna Swoje Miejsce, wie, że nie ma prawa istnieć, wie, że ludzie, którzy dali jej życie to przestępcy. Odkąd pamięta przebywa w ośrodku dla nadmiarów, gdzie uczy się prac takich jak gotowanie i sprzątanie, aby w wieku piętnastu lat móc służyć u legalnych ludzi. Za każde, nawet najdrobniejsze niedbalstwo czeka ją chłosta, wtrącenie do izolatki lub pozbawienie posiłku. Na Annę i inne nadmiary nałożone są liczne ograniczenia, nie może ona używać ciepłej wody, bo to byłoby poważnym naruszeniem, niepotrzebnym zużyciem cennych zasobów Matki Natury, z których korzystać mogą tylko legalni. Annie to jednak nie przeszkadza; czuje się winna swojego istnienia, nienawidzi rodziców. Wie, że jej istnienie to tylko strata energii, powietrza i pożywienia, które mogłyby się przysłużyć legalnym ludziom.

„Deklaracja” to przerażająca wizja niedalekiej przyszłości. Przyszłości, która ma ogromne szanse na to, żeby się ziścić. Postęp nauki jest niewiarygodny, dziś spełniają się rzeczy, które jeszcze kilka lat temu były niemożliwe. Na ile możemy być pewni tego, że za kilka lat naukowcy nie odnajdą sposobu na regenerację komórek potrzebnych do walki z chorobami i starością?

Anna przebywa w zakładzie zamkniętym. Umiejscowienie akcji to bardzo ciekawy zabieg autorki. W okrutnym świecie, w którym narodziny dziecka to zło, pojawia się motyw szkoły z internatem. Uwielbiam powieści z tym wątkiem i uważam, że połączenie dwóch tak sprzecznych idei jest naprawdę fascynujące. Z jednej strony mamy internat, sypialnię dziewcząt, wspólne posiłki, a z drugiej prawdziwy koszmar – codzienny strach, znęcanie się fizyczne i psychiczne nad dziećmi, wmawianie im jak wielkim są ciężarem.

Jak można się spodziewać nieświadomość Anny nie trwa wiecznie, wkrótce do Grange Hall przybywa Peter, który twierdzi, że zna rodziców Anny, przekonuje dziewczynę, że rodzice ją kochają. W głowie Anny pojawiają się wątpliwości, których nie miała nigdy wcześniej. Jak można być nadmiarem, jeżeli jest się kochanym?

Druga część powieści podobała mi się jeszcze bardziej. Poznajemy w niej świat na zewnątrz, życie codzienne legalnych ludzi. Doświadczamy ich postrzegania świata, sposobu myślenia. Wreszcie poznajemy problemy społeczne i gospodarcze, które gnębią ludzkość. Świat zmaga się z problemem energetycznym, zasoby naturalne się kończą, prąd jest reglamentowany.

Świat opisany w „Deklaracji” jest straszny, ale i fascynujący. Przeczytałam sporo antyutopii, od klasyków Orwella i Huxleya, aż po niedawne wydawnictwa i choć każda wizja przyszłości była przerażająca, to czytałam je z pełną świadomością, że nie ma ona prawa zaistnieć. Tutaj każde zdanie chłonęłam jako zapowiedź mojej własnej przyszłości, nadal się boję, że wszystko to, co zostało opisane okaże się prawdą.

Podobało mi się, że autorka nie starała się złagodzić treści książki. Powieść obfituje w brutalne fragmenty i nie jest to tylko brutalność cielesna, chociaż tej nie brakuje. Brutalność przynależy przede wszystkim do sfery umysłu. Szczególnie utkwił mi w pamięci fragment, w którym nadmiary - dziewczęta podczas miesiączki musiały spać na zimnej, wilgotnej podłodze tak, aby swą „plugawością” nie zanieczyścić pościeli. Znęcanie się nad dziećmi, traktowanie ich z pogardą, a także ich własne myślenie o sobie w ten sposób wywołuje bardzo silne uczucia.

„Deklarację” polecam każdemu. Ta barwna, bogata w szczegóły, pesymistyczna wizja przyszłości zmieni Wasz sposób patrzenia na rzeczywistość, w szczególności na niektóre kwestie związane z rozwojem cywilizacji. Jestem pewna, że opisane problemy, a nawet strach przed nimi długo jeszcze zaprzątać będą moje myśli.

Antyutopie podbijają świat.

Przez literaturę młodzieżową w ciągu kilku ostatnich lat przetoczyła się burza, a nastolatki w bardzo krótkim czasie zarzucone zostały powieściami o istotach paranormalnych. Konwencja ta, choć oryginalna i świeża, w bardzo krótkim czasie została wyczerpana. Młodzi czytelnicy potrzebowali czegoś więcej. Czy antyutopie wyczerpią się tak samo...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Autorki prześcigają się w pomysłach w tworzeniu coraz to nowych postaci w literaturze młodzieżowej. Wampiry, wilkołaki i anioły miały już swoje pięć minut i powoli zatapiają się w odmętach literackiego niebytu. Teraz, aby zaciekawić młodego czytelnika potrzeba czegoś więcej. Odbiorca musi zostać zadziwiony, zaskoczony, a nawet powalony na kolana. Tego udało się dokonać Sophie Jordan.

Jacinda jest dragonką. O tak, tego jeszcze nie było! Dragoni to potomkowie mitycznych smoków; mają ciała ludzi, ale w chwilach grożącego im niebezpieczeństwa ich skóra przyobleka się łuską, rysy twarzy wyostrzają się, a z pleców wyrastają skrzydła. Te mechanizmy obrony pozwoliły przetrwać dragonom przez wiele stuleci. Ochrony potrzebuje też Jacinda, kiedy podczas swojego beztroskiego, nie do końca dozwolonego lotu napotyka łowców próbujących ją zabić. Dziewczyna ostatkiem sił znajduje schronienie, ale po piętach depcze jej najmłodszy z łowców – Will, który znajduje uciekinierkę wciśniętą w ścianę groty i… postanawia ją ocalić.
Za swe nieodpowiedzialne zachowanie Jacinda ma zostać ukarana. Jej życie w stadzie zresztą nigdy nie było łatwe, Jacinda bowiem posiada dar, którego nie doświadczył żaden dragon od wielu już lat – potrafi ziać ogniem. Przywódcy stada wybrali więc dla niej przyszłość; przeznaczyli partnera, zaplanowali jej życie. W nocy, po niefortunnym spotkaniu z łowcami, rodzina Jacindy postanawia uciec od stada. Los jednak chce, że na nowej drodze dziewczyny staje najmniej oczekiwana osoba – Will.

„Ognista” to niezwykła książka, która niczym rozwścieczone płomienie zagarnia czytelnika. Fabuła jest rozkosznie skomplikowana i sprawia, że trudno oderwać się od czytania. Relacja między dwojgiem głównych bohaterów oparta jest na zależności łowca-ofiara. Will jest myśliwym, jego rodzina od pokoleń poluje na dragony, Jacinda musi ukrywać swój sekret, ponieważ jego wyście na jaw kosztowałoby życie nie tylko ją, ale także cały jej gatunek. Relacja ta jest nie tylko intrygująca, ale przede wszystkim niebezpieczna, a każdy jej element sprawia, że ma się ochotę na więcej.

Sposób przedstawienia uczuć Jacindy i Willa jest niesamowity. Jeszcze nigdy czytając książkę nie wczułam się tak bardzo w osobowość bohaterki. Czułam ją, byłam nią! Każdą jej namiętność odczuwałam jak swoją własną, każde jej pragnienie odczuwałam na własnej skórze. I nawet jej przemianę, dym w gardle odczuwałam niemal materialnie. Wielkie brawa dla autorki za stworzenie tak rzeczywistych uczuć i emocji na kartach swojej powieści.

Początkowo planowałam przyczepić się do języka; zdania bowiem, składające się na treść są krótkie, niejednokrotnie kropka występuje już po jednym wyrazie, ale później zrozumiałam dlaczego konstrukcja zdań jest taka, a nie inna. Wszystkie te pojedyncze wyrazy, urywane zdania jeszcze bardziej przyspieszają akcję i zapewniają nam niezapomniane emocje.

W „Ognistej” podobało mi się wszystko; oryginalność wykreowanych postaci i świata, lekkość pióra autorki dzięki której książkę czytałam jednym tchem oraz spektakularne zakończenie pozostawiające po sobie pustkę, którą wypełnić może jedynie oczekiwanie na kolejny tom serii.

Autorki prześcigają się w pomysłach w tworzeniu coraz to nowych postaci w literaturze młodzieżowej. Wampiry, wilkołaki i anioły miały już swoje pięć minut i powoli zatapiają się w odmętach literackiego niebytu. Teraz, aby zaciekawić młodego czytelnika potrzeba czegoś więcej. Odbiorca musi zostać zadziwiony, zaskoczony, a nawet powalony na kolana. Tego udało się dokonać...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

„Córki księżyca” to trzynastotomowy cykl o młodych dziewczynach będących potomkiniami bogini księżyca. Początkowo ilość zapowiadanych tomów mnie przeraziła, bałam się, że tak długa historia będzie opierała się na snuciu nudnej, bezbarwnej fabuły. Teraz, po przeczytaniu pierwszego tomu wiem, że z niecierpliwością oczekiwać będę na kolejne części tej niezwykłej historii.

„Bogini nocy” to opowieść o Vanessie, która posiada niezwykły dar – potrafi stać się niewidzialna. Jeśli zajdzie taka potrzeba, jej molekuły rozdzielają się, a Vanessa – w postaci „sproszkowanej” przenosi się w dowolnie wybrane miejsce. Vanessa ma przyjaciółkę – Catty, która manipuluje czasem; potrafi przenosić się w przeszłość oraz w przyszłość. Dziewczyny zaprzyjaźniły się w młodości, kiedy zauważyły na swych szyjach identyczne amulety przedstawiające księżyc – od tego czasu zastanawiają się, skąd wzięły się ich niezwykłe zdolności oraz czy mają ze sobą coś wspólnego.
My – czytelnicy jesteśmy w lepszym położeniu niż bohaterki, ponieważ zanim je poznamy, czytamy prolog, a w nim ciekawy mit o bogini Selene prowadzącej księżyc po niebie, która zakochawszy się w śmiertelniku wydała na świat córki. Nietrudno się domyślić, że córkami tymi są właśnie Vanessa oraz Catty.

„Bogini nocy” nie jest pozycją wybitną – nie wstrząśnie Wami, ani nie zmieni Waszego stosunku do świata. Jedyne co Wam zapewni to naprawdę przyjemnie i miło spędzony czas. Podczas czytania miałam wrażenie, że oglądam dobry film – o szkolnych przyjaciółkach, ich problemach i tajemnicach. Wszystko opisane jest obrazowo i co najważniejsze – ciekawie. Akcja powieści od samego początku jest tajemnicza i pełna niedomówień, wciąga i nie daje się od siebie oderwać. Zabrawszy się za książkę – nie mogłam przestać czytać, chłonęłam kolejne strony zastanawiając się jak rozwinie się zaskakująca mnie nieustannie fabuła.

Po „Córkach nocy” nie spodziewałam się niczego oryginalnego, dlatego zostałam mile zaskoczona. Na naszym rynku panuje przesyt romansów paranormalnych skierowanych do młodzieży, a każdy kolejny powiela utarte schematy poprzedniego. Tutaj było inaczej; nie potrafię jednym zdaniem określić co było inne, ale od samego początku odczuwało się powiew świeżości w opowiadanej historii, a to zdecydowanie ogromny atut tego typu historii.

Przede wszystkim narracja trzecioosobowa, która w „paranormalach” pojawia się rzadko, a szkoda; dzięki niej nie jesteśmy narażeni na „wysłuchiwanie” ciągłych narzekań, zachwytów na chłopakiem i idiotycznych przemyśleń bohaterki. Tutaj zresztą one by się nie pojawiły, ponieważ bohaterki „Córek nocy” diametralnie różnią się od znanych nam dotychczas ofiar losu, które albo bez przerwy się przewracają, albo użalają się nad swym losem, albo są słabe i bezbronne, a ich największą życiową aspiracją jest zostać ugryzioną przez wampira. Vanessa to silna i rozsądna dziewczyna, która od urodzenia mieszka w Los Angeles. Jest pewna siebie i nie jest szkolną ofiarą.
Oczywiście zakochuje się w chłopaku, ale i tu czeka nas niespodzianka – nie pojawia się żaden konkurent, żaden trójkąt miłosny. Dla mnie to zdecydowany plus. Dodam jeszcze, że wątek miłosny opisany jest naprawdę smakowicie; romantycznie i namiętnie zarazem.

Do innych zalet zaliczyłabym z pewnością opisy codziennego życia amerykańskich nastolatek, a także szczegółowe opisy spożywanych przez nie potraw. Te wszystkie cuda, takie jak chociażby frytki z serem sprawiały, że nieustannie była głodna. Ostatnio z tak szczegółowym opisem posiłków spotkałam się w „Harrym Potterze”.
Kolejnym plusem jest bardzo szczegółowa i barwna mitologia opisana w powieści. Lubię, kiedy autorka dokładnie zna wykreowany przez siebie świat, lubię też nawiązania do starożytności i obie te rzeczy zapewniła mi Lynne Ewing.
No i wreszcie fakt, że w książce pojawił się jeden z moich ulubionych ostatnio tematów, czyli podróże w czasie. Skoki w czasoprzestrzeni zawsze mnie fascynowały i każda nowa teoria, nawet jeśli nie podparta żadnym naukowym wywodem, wzbudza moją ciekawość. W „Bogini nocy” mamy wytłumaczone między innymi to, dlaczego czasami wydaje nam się, że niektóre dni ciągną się w nieskończoność, albo dlaczego czasami udaje nam się załatwić dużo spraw w ciągu dnia.

Mogłoby się wydawać, że pierwszy tom cyklu o Córkach księżyca jest bez wad i chyba tak jest. Czytając go spędziłam niesamowite chwile wypełnione radością i niepokojem. Szczerze polecam zapoznanie się z tą pasjonującą historią i wrażeń podobnych do moich.

„Córki księżyca” to trzynastotomowy cykl o młodych dziewczynach będących potomkiniami bogini księżyca. Początkowo ilość zapowiadanych tomów mnie przeraziła, bałam się, że tak długa historia będzie opierała się na snuciu nudnej, bezbarwnej fabuły. Teraz, po przeczytaniu pierwszego tomu wiem, że z niecierpliwością oczekiwać będę na kolejne części tej niezwykłej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Wampiry to temat całkowicie wyeksploatowany w literaturze młodzieżowej. Przez kilka ostatnich lat spotykaliśmy się z wampirami dobrymi i złymi, ładnymi i brzydkimi, a nawet świecącymi. Jeszcze kilka dni temu wierzyłam, że nic nie jest w stanie przełamać rutyny. Jakże się myliłam!

Jessika to zwyczajna nastolatka żyjąca w świecie, którego granice wyznaczają dom i szkoła. Jest miłośniczką matematyki, podkochuje się w szkolnym przystojniaku, rozpoczyna naukę w ostatniej klasie szkoły średniej. Sielskie życie się jednak kończy – oto bowiem, czekając na autobus Jessika spostrzega, że jest obserwowana. Co gorsza, prześladowca okazuje się być nowym uczniem w klasie, a jej matka, zaprasza tajemniczego natręta na kolację. Lucjusz – bo takie jest imię władczego, pewnego siebie młodzieńca – przybywa z wiadomościami, które dla stąpającej twardo po ziemi Jessiki są bałamutnym kłamstwem i wymysłem chorej wyobraźni chłopaka. Lucjusz twierdzi, że jest wampirem, Jessika natomiast (a właściwie Anastazja, bo takie jest prawdziwe imię adoptowanej dziewczyny pochodzenia rumuńskiego), na mocy paktu zawartego po jej narodzinach, ma zostać żoną Lucjusza i – jako jedyna spadkobierczyni królewskiej linii Dragomirów – zostać wampirzą księżniczką.

Co zrobiłybyście, gdyby ktoś Wam oznajmił, że jest wampirem? Czy – tak jak większość bohaterek – rzuciłybyście się w ramiona nieznajomemu wystawiając swoje soczyste, wypełnione świeżą krwią tętnice? Zachowanie Jess jest na wskroś naturalne i realistyczne; jej reakcja to strach i zaprzeczenie, analityczny umysł nie przyjmuje do wiadomości istnienia stworów rodem z bajek.

„Przyrzeczeni” to miła, urocza, ciepła i zabawna opowieść. Poza ścisłą końcówką nie ma tu szalonych zwrotów akcji, ale pomimo tego dłonie drżały mi ze zniecierpliwienia przy każdej odwracanej kartce. To niezwykła historia przesycona romansem, namiętnością i humorem.

Lucjusz to bez wątpienia wizytówka tej powieści. To tradycyjny ideał mężczyzny; zawsze nienagannie ubrany, szarmancki, potrafiący stanąć w obronie kobiety, prawiący komplementy, oczytany i elokwentny, a także przystojny. Czy powieść bez Lucjusza byłaby równie dobra? Na pewno nie. Młody wampir wnosi do niej to, co najważniejsze w paranormal romance, czyli świeżość; bohatera takiego jak on jeszcze nie było. Myślę, że tym samym rozpocznie nową erę i chłopcy jemu podobni zaczną się pojawiać w powieściach jak grzyby po deszczu.

W „Przyrzeczonych” zachwycił mnie język. Całość pisana jest lekko i z polotem, narracja prowadzona jest zaskakująco dobrze. Ciekawym zabiegiem jest wplatanie w treść powieści listów Lucjusza do wuja. Listy te, to prawdziwy majstersztyk i istny popis talentu autorki. Skrzą się humorem, wypełnione są nie tylko opisem zabawnych wydarzeń, ale też niezmiernie trafnymi uwagami Lucjusza na temat otaczającego go świata.

O dreszcze przyprawiają także relacje między dwojgiem głównych bohaterów. Ich potyczki słowne bawią do łez, ich zmartwienia wzruszają, a ich uczucie ściska za serce. Namiętność można wyczuć zmysłami. Autorka w idealny sposób opisuje rodząca się pomiędzy nimi więź, a w końcu także miłość. Możemy śledzić powolną przemianę bohaterki z amerykańskiej nastolatki – Jessiki, w odważną, odpowiedzialną i majestatyczną księżniczkę Anastazję.

Czas na zarzuty. Nie lubię ingerencji w tradycyjny wizerunek wampira. Dla mnie powinna to być istota żywiąca się jedynie krwią, spalająca się w słońcu, a przede wszystkim – stworzona przez ugryzienie. Wampiry Beth Fantaskey – nie przeczę, że ciekawe, były jednak zaprzeczeniem wszystkiego, co stworzone zostało w tradycji ludowej. W „Przyrzeczonych” mi to za bardzo nie przeszkadzało, ale - ponieważ ingerencje takie irytują mnie z zasady – wypadało wspomnieć.

Książka skłoniła mnie też do przemyśleń nad mentalnością narodu amerykańskiego, dla którego państwa takie jak Rumunia, czy Rosja, to po prostu „Europa wschodnia”. Zaprezentowany w powieści obraz Rumunii nie zaszkodzi nam - Polakom; potrafimy spojrzeć na niego z przymrużeniem oka i potraktować jako jedną z hiperboli użytych przez autorkę. Ale Amerykanie? Czy na zawsze utrwalą w swej wyobraźni Rumunię jako kraj nieokrzesanych dzikusów rodem ze średniowiecza? Czy już zawsze pamiętać będą ludzi gotowych zabić za nieposłuszeństwo? Wszak autorka wielokrotnie podkreślała wyższość Stanów Zjednoczonych ze względu na ich demokratyczny charakter. Czemu nie pamięta o tym, że Rumuni również mają parlament, że ich kraj od czterech lat należy do Unii Europejskiej? Pomimo, że był on zabawny, żałuję, że autorka posłużyła się tak stereotypowym wizerunkiem tego wspaniałego państwa.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o „Przyrzeczonych” byłam pewna, że żadna siła nie zmusi mnie do ich przeczytania. Opis na okładce, z całą mocą eksponujący wszystkie schematy, z którymi mieliśmy do czynienia wcześniej („nowy uczeń”, „szkoła”, „arogancki i przystojny nieznajomy”, „wampirza księżniczka”) – zdecydowanie nie zachęca do lektury.
Tym razem warto jednak dać ponieść się emocjom i zagłębić w tę pasjonującą i oddziałującą na uczucia lekturę. Poznajcie dwoje wyjątkowych bohaterów i niezwykłą historię ich miłości.

Wampiry to temat całkowicie wyeksploatowany w literaturze młodzieżowej. Przez kilka ostatnich lat spotykaliśmy się z wampirami dobrymi i złymi, ładnymi i brzydkimi, a nawet świecącymi. Jeszcze kilka dni temu wierzyłam, że nic nie jest w stanie przełamać rutyny. Jakże się myliłam!

Jessika to zwyczajna nastolatka żyjąca w świecie, którego granice wyznaczają dom i szkoła....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to