-
Artykuły
Strata boli - Gabriela Gargaś radzi
LubimyCzytać1 -
Artykuły
"To nie jest rozmowa na telefon" - weź udział w konkursie i wygraj spotkanie z Jakubem Bączykowskim!
LubimyCzytać11 -
Artykuły
WKU
Wojtek0 -
Artykuły
Międzywojenny Poznań, tajemnice zaklęte w wodzie i na karkonoskich szlakach.
LubimyCzytać8
Biblioteczka
2026-04
2026-04
📚 „Światło między oceanami”
Są książki, które się czyta… i są takie, które się przeżywa. Światło między oceanami zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
To, co od początku mnie urzekło, to klimat — surowa, odizolowana wyspa Janus Rock, nieprzyjazna, wymagająca, a jednocześnie hipnotyzująca. Opisy życia latarnika i samej latarni są niezwykle wyważone — nie przytłaczają, ale budują autentyczność i poczucie, że to miejsce naprawdę istnieje. Ta samotnia nie jest romantyczna — ona konfrontuje.
Tom Sherbourne to bohater powściągliwy, uporządkowany, żyjący według zasad. Człowiek, który po doświadczeniach wojny szuka ciszy, ale zamiast ukojenia dostaje przestrzeń do zmierzenia się z samym sobą. Wszystko zmienia się, gdy w jego życiu pojawia się Isabel — i razem trafiają na wyspę, gdzie budują coś kruchego, ale pięknego.
I wtedy wydarza się moment, który zmienia wszystko.
Strata dziecka, a potem kolejne — i zaledwie chwilę później pojawia się łódź z niemowlęciem. To nie jest „cud”, to próba. Decyzja, która rodzi się nie na chłodno, ale w samym środku bólu, tęsknoty i desperacji. Isabel chwyta się tej nadziei całym sercem. Tom się waha. I właśnie w tym zawahaniu zaczyna się przesuwanie granicy.
Najbardziej poruszyło mnie to, że ich wybór nie wynika ze złych intencji. Wręcz przeciwnie — z miłości. A jednak ta miłość zaczyna ranić innych.
Moment, w którym poznajemy historię prawdziwej matki dziecka, jest dla mnie jednym z najmocniejszych w całej książce. Nagle ich szczęście przestaje być prywatne — staje się czyjąś tragedią. I wtedy wszystko się komplikuje jeszcze bardziej.
Nie potrafię stanąć po jednej stronie.
Jako kobieta rozumiem Isabel — jej ból, tęsknotę, instynkt.
Ale jako osoba, która ceni zasady i odpowiedzialność, rozumiem też Toma — i widzę, jak wiele kosztuje go odejście od samego siebie.
I chyba właśnie to jest największa siła tej historii:
nie pozwala czytelnikowi czuć się komfortowo.
Bo niezależnie od tego, komu kibicujesz — wiesz, że ktoś za tę decyzję zapłaci.
To opowieść o tym, że nie ma prostych wyborów.
O tym, że dobrzy ludzie mogą podejmować decyzje, które mają bolesne konsekwencje.
I o tym, że czas nie zawsze leczy — czasem tylko odsłania skutki tego, co już zostało zrobione.
Bardzo poruszająca, emocjonalnie trudna i długo zostająca w głowie historia.
Współpraca: @wydawnictwoalbatros
📚 „Światło między oceanami”
Są książki, które się czyta… i są takie, które się przeżywa. Światło między oceanami zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
To, co od początku mnie urzekło, to klimat — surowa, odizolowana wyspa Janus Rock, nieprzyjazna, wymagająca, a jednocześnie hipnotyzująca. Opisy życia latarnika i samej latarni są niezwykle wyważone — nie...
2025-04
„Córka z Norwegii”
Akcja książki toczy się dwutorowo — w Norwegii w latach 1951–1954 oraz współcześnie w Londynie. Główną bohaterką jest Charlotte, szefowa kuchni pracująca w znanych restauracjach, która otrzymuje tajemnicze pudełko przeznaczone dla jej babci mieszkającej w Norwegii. To staje się dla niej pretekstem, by wrócić w rodzinne strony, pojednać się z ojcem i spróbować zacząć wszystko od nowa.
Ten tom wyróżnia się na tle poprzednich części, ponieważ zarówno babcia, jak i prababcia — Amalie — wciąż żyją. Dzięki temu historię poznajemy bezpośrednio z jej ust, co jest świetnym i świeżym zabiegiem. Przenosimy się do czasów jej młodości, kiedy zakochała się w Oskarze. Niestety, różnice społeczne i sprzeciw jego rodziny sprawiają, że ich miłość nie ma szans przetrwać, a podjęte decyzje na zawsze zmieniają ich życie.
Współcześnie Charlotte buduje relację z prababcią, odwiedzając ją w domu opieki, a jednocześnie dostaje szansę pracy jako szefowa kuchni w ekskluzywnym hotelu w Oslo. Na jej drodze pojawia się również Harrison — architekt odpowiedzialny za projekt hotelu. Losy obu kobiet zaczynają się przeplatać, zwłaszcza gdy Charlotte odwiedza miejsca związane z pierwszą miłością Amalie.
Jestem absolutnie oczarowana całą serią „Utracone córki”. Styl autorki jest lekki i bardzo przyjemny — przez tę historię po prostu się płynie. Ogromnym atutem jest również tło każdej części — tym razem Norwegia została opisana tak pięknie, że naprawdę można poczuć jej klimat.
Bardzo podobało mi się to, że historię poznajemy bezpośrednio z ust prababci — to dodaje autentyczności i jeszcze więcej emocji. No i oczywiście kolejny raz mamy do odkrycia rodzinną tajemnicę, a ja uwielbiam takie motywy w książkach obyczajowych.
Na koniec muszę wspomnieć o wydaniu — cała seria prezentuje się przepięknie i ogromne brawa dla Wydawnictwo Albatros za tak dopracowaną formę.
Współpraca: @wydawnictwoalbatros
„Córka z Norwegii”
Akcja książki toczy się dwutorowo — w Norwegii w latach 1951–1954 oraz współcześnie w Londynie. Główną bohaterką jest Charlotte, szefowa kuchni pracująca w znanych restauracjach, która otrzymuje tajemnicze pudełko przeznaczone dla jej babci mieszkającej w Norwegii. To staje się dla niej pretekstem, by wrócić w rodzinne strony, pojednać się z ojcem i...
2026-04
„Rodzina Delaneyów” autorstwa Daphne du Maurier to historia, która na pierwszy rzut oka wydaje się pełna uroku, sztuki i wolności — ale bardzo szybko pokazuje swoją drugą, znacznie bardziej niepokojącą twarz.
Poznajemy troje rodzeństwa — Marię, Nialla i Celię — wychowywanych w świecie teatru, podróży i artystycznej bohemy. Ich dzieciństwo jest nietypowe: pełne swobody, ale jednocześnie pozbawione stabilności i zasad. Hotelowe korytarze i zakamarki teatralnych kulis stają się dla nich przestrzenią zabawy i wolności, miejscem, w którym czują się najlepiej.
Ten świat, choć fascynujący i barwny, okazuje się jednak kruchy. Tragiczna śmierć matki burzy wszystko, co znali, a dzieci zostają zmuszone do zbyt szybkiego wejścia w dorosłość. Rozdzieleni, muszą odnaleźć się w rzeczywistości, na którą nie byli przygotowani.
To zdecydowanie nie jest książka, przez którą „się płynie”. Powieść została wydana w 1957 roku, co czuć zarówno w języku, jak i w sposobie prowadzenia narracji — jest bardziej wymagająca, momentami mniej oczywista, a przez to zmusza czytelnika do większego zaangażowania.
To literatura piękna, pełna niedopowiedzeń i niejednoznaczności. Szczególnie zakończenie pozostawia czytelnika z otwartą interpretacją — wiele rzeczy nie zostaje powiedzianych wprost, ale raczej zasugerowanych. I właśnie w tym tkwi jej siła — w przestrzeni, którą autorka zostawia dla naszej własnej refleksji.
Na koniec warto wspomnieć, że powieść ma wyraźne wątki autobiograficzne. Daphne du Maurier, córka aktora teatralnego, sama dorastała w artystycznym świecie, co nadaje tej historii bardziej osobisty wymiar. Można odnieść wrażenie, że autorka przemyciła w niej własne doświadczenia i emocje.
Autorka nie prowadzi czytelnika za rękę.
Ona daje Ci historię i mówi: „teraz sama zdecyduj, co tu się naprawdę wydarzyło.
Współpraca: Wydawnictwo Albatros
„Rodzina Delaneyów” autorstwa Daphne du Maurier to historia, która na pierwszy rzut oka wydaje się pełna uroku, sztuki i wolności — ale bardzo szybko pokazuje swoją drugą, znacznie bardziej niepokojącą twarz.
Poznajemy troje rodzeństwa — Marię, Nialla i Celię — wychowywanych w świecie teatru, podróży i artystycznej bohemy. Ich dzieciństwo jest nietypowe: pełne swobody, ale...
2026-04
Wracam do świata, w którym śledztwa nie dają chwili wytchnienia — i znowu przepadłam. 🖤
W trzeciej części serii spotykamy ponownie Zuzannę Sobczak i Doriana Gila, którzy tym razem mierzą się z serią zbrodni w Tatrach — a właściwie z czymś znacznie większym, bo wszystkie te sprawy łączy tajemniczy medalion znaleziony przy ofiarach.
To historia, która wciąga od pierwszych stron i nie pozwala się od niej oderwać. Styl Emilia Szelest sprawia, że najchętniej przeczytałoby się wszystko jednym tchem, ale jednocześnie chce się zostać w tym klimacie jak najdłużej i razem z bohaterami próbować rozwikłać zagadkę.
Uwielbiam to połączenie kryminału z lokalnymi legendami i tajemnicami Tatr — tu wszystko ma sens, a każda historia prowadzi do kolejnej. Starzy znajomi, górski klimat i napięcie, które nie odpuszcza ani na chwilę.
Ogromnym atutem tej historii jest dla mnie sam klimat Tatr — majestatycznych, ostrych i momentami wręcz przerażających. Nocą budzą niepokój, a za dnia zachwycają światłem, halami i dolinami. Szczególne miejsce zajmuje tu Litworowy Staw — to właśnie wokół niego skupia się cała historia i to on nadaje tej opowieści wyjątkowego, tajemniczego charakteru.
I choć na co dzień nie przepadam za dużą ilością przekleństw w książkach, tutaj zupełnie mi to nie przeszkadza — wręcz przeciwnie. Przy takim śledztwie i przy postaci Zuzy, która pracuje głównie w męskim środowisku, jej twardy charakter i język są po prostu autentyczne i na miejscu.
Bardzo poruszyła mnie też relacja między Zuzą a Dorianem — to nie jest zwykła znajomość, tylko prawdziwa przyjaźń, w której jedno jest gotowe poświęcić wszystko dla drugiego.
Zakończenie? Zupełnie się go nie spodziewałam — pełne emocji i napięcia do samego końca. Zuza, mimo pogróżek, nie odpuszcza ani na krok, zaciska zęby i idzie dalej, co tylko pokazuje, jak silną jest bohaterką
Polecam całą serię, bo:
• trzyma wysoki poziom
• fascynuje mrocznym, górskim klimatem
• wciąga w śledztwo
• buduje napięcie i nie daje chwili oddechu
• łączy kryminał z legendami i tajemnicą
Współpraca: @skarpawarszawska
Wracam do świata, w którym śledztwa nie dają chwili wytchnienia — i znowu przepadłam. 🖤
W trzeciej części serii spotykamy ponownie Zuzannę Sobczak i Doriana Gila, którzy tym razem mierzą się z serią zbrodni w Tatrach — a właściwie z czymś znacznie większym, bo wszystkie te sprawy łączy tajemniczy medalion znaleziony przy ofiarach.
To historia, która wciąga od pierwszych...
2026-03
Najbardziej przerażające?
Listy sprawcy.
Brzmi jak kochający mąż… a jednocześnie brutalny morderca.
Ta książka nie daje prostych odpowiedzi — i chyba właśnie dlatego zostaje w głowie.
To książka, w której widać ogrom pracy autora — oparta na aktach sprawy, zeznaniach świadków i materiałach archiwalnych. Dzięki temu dostajemy bardzo dokładny obraz śledztwa i realiów PRL-u, w których brakowało narzędzi, które dziś są oczywiste.
Ogromne wrażenie zrobiły na mnie zeznania świadków — ich szczegółowość i to, jak bardzo pozwalają „ożywić” ofiary. Przestają być tylko nazwiskami, a stają się realnymi osobami z własnym życiem, historią i codziennością.
Najbardziej poruszające były jednak listy sprawcy do żony i rodziny. Trudno uwierzyć, że ten sam człowiek, który dopuścił się brutalnych zbrodni, potrafił pisać w tak czuły i zwyczajny sposób. Ten kontrast jest chyba najbardziej niepokojącym elementem całej historii.
Książka stawia też pytania o psychikę sprawcy — ale nie daje jednoznacznych odpowiedzi. I być może właśnie to jest w niej najbardziej uderzające: że nawet on sam nie potrafił wyjaśnić, co nim kierowało.
Mocno wybrzmiewa również tło społeczne — obraz PRL-u, w którym alkohol był wszechobecny i powszechnie akceptowany. To dodaje tej historii jeszcze bardziej surowego, przytłaczającego klimatu.
Trzeba jednak zaznaczyć, że książka jest bardzo szczegółowa — szczególnie w końcowych fragmentach dotyczących opinii biegłych i analiz psychiatrycznych. Dla jednych będzie to ogromna wartość, dla innych — spowolnienie tempa.
To zdecydowanie nie jest lekka lektura ani sensacyjna opowieść. Raczej rzetelny, momentami wymagający reportaż true crime — dla tych, którzy chcą zrozumieć, a nie tylko przeczytać historię zbrodni.
Współpraca: @skarpawarszawska
Najbardziej przerażające?
Listy sprawcy.
Brzmi jak kochający mąż… a jednocześnie brutalny morderca.
Ta książka nie daje prostych odpowiedzi — i chyba właśnie dlatego zostaje w głowie.
To książka, w której widać ogrom pracy autora — oparta na aktach sprawy, zeznaniach świadków i materiałach archiwalnych. Dzięki temu dostajemy bardzo dokładny obraz śledztwa i realiów PRL-u,...
2026-03
2026-03
2026-03
Nie jest to typowy kryminał, w którym na każdej stronie pojawia się kolejny trup, a akcja pędzi bez chwili wytchnienia. Tutaj tempo jest zdecydowanie spokojniejsze – i moim zdaniem to duży plus tej historii. Dzięki temu autorka daje czytelnikowi przestrzeń, by naprawdę skupić się na bohaterach i relacjach między nimi.
Historia zaczyna się od zaginięcia Margot Clair – kobiety, która na pierwszy rzut oka miała wszystko: rodzinę, dom i życie, którego wiele osób mogłoby jej pozazdrościć. Jednak bardzo szybko okazuje się, że za tą pozorną idealnością kryje się znacznie więcej tajemnic.
Bardzo lubię w thrillerach motyw idealnych rodzin i małżeństw, które z zewnątrz wyglądają perfekcyjnie, ale za zamkniętymi drzwiami skrywają sekrety. W tej historii właśnie to napięcie między pozorami a rzeczywistością buduje klimat całej książki. Autorka stopniowo odsłania kolejne elementy przeszłości bohaterów i pokazuje, jak różne decyzje oraz relacje wpływają na ich życie.
To thriller bardziej psychologiczny niż sensacyjny – skupia się przede wszystkim na ludziach, emocjach i zależnościach między bohaterami. Dzięki temu czyta się go z ciekawością, bo z każdą kolejną stroną pojawia się coraz więcej pytań i niedopowiedzeń.
Muszę też przyznać, że zakończenie naprawdę mnie zaskoczyło. Lubię momenty, w których autor potrafi jeszcze na końcu czymś zaskoczyć czytelnika i sprawić, że spojrzy na całą historię z innej perspektywy. Tutaj zdecydowanie tak było – i uważam to za duży sukces autorki.
Sprawdziłam też, że Natalia K. Palonek ma na swoim koncie już kilka książek, jednak większość z nich to literatura obyczajowa. Tym bardziej jestem pod wrażeniem, że w thrillerze psychologicznym poradziła sobie tak dobrze. Historia jest spójna, wciągająca i naprawdę bardzo dobrze się ją czyta.
Jeśli lubicie thrillery psychologiczne, w których ważne są relacje między bohaterami, tajemnice z przeszłości i napięcie budowane stopniowo – ta książka może być dla Was bardzo ciekawą propozycją.
Motywy w książce:
• zaginięcie
• idealna rodzina z tajemnicami
• sekrety z przeszłości
• pozory i podwójne życie
• thriller psychologiczny o relacjach
Nie jest to typowy kryminał, w którym na każdej stronie pojawia się kolejny trup, a akcja pędzi bez chwili wytchnienia. Tutaj tempo jest zdecydowanie spokojniejsze – i moim zdaniem to duży plus tej historii. Dzięki temu autorka daje czytelnikowi przestrzeń, by naprawdę skupić się na bohaterach i relacjach między nimi.
Historia zaczyna się od zaginięcia Margot Clair –...
2026-03
„Kiedy wstanie świt” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Magdaleny Szponar. Po książkę sięgnęłam głównie z ciekawości, ponieważ była często polecana na TikToku. Mimo że motyw age -gap nie należy do moich ulubionych, postanowiłam sprawdzić, czy historia Luny i Caleba rzeczywiście jest tak wciągająca, jak mówią czytelnicy.
Fabuła skupia się na dziewiętnastoletniej Lunie, która wraca do rodzinnego Horseshoe Bay i próbuje poukładać swoje relacje z ojcem po śmierci matki. Na miejscu ponownie spotyka Caleba – przyjaciela swojego ojca i sąsiada z farmy. Między bohaterami zaczyna pojawiać się coraz silniejsze przyciąganie, które z czasem przeradza się w zakazane uczucie.
Największą obawą przed rozpoczęciem książki była dla mnie różnica wieku między bohaterami. Luna ma dziewiętnaście lat, a Caleb jest przed czterdziestką, więc jest to naprawdę spora przepaść – zwłaszcza na tym etapie życia. Muszę jednak przyznać, że autorka całkiem dobrze udźwignęła ten motyw. Luna została przedstawiona jako bohaterka dojrzała jak na swój wiek, dzięki czemu relacja między nią a Calebem nie wydaje się aż tak niewiarygodna.
Bardzo dobrze zostało również zbudowane napięcie między bohaterami. Od początku czuć było, że coś się między nimi dzieje, a atmosfera była momentami naprawdę gęsta. Sceny intymne zostały opisane w sposób estetyczny i naturalny – czytało się je dobrze, bez poczucia przesady czy niesmaku. Wręcz przeciwnie, kiedy napięcie między bohaterami rosło, czekałam na moment, w którym w końcu dojdzie do ich pierwszego zbliżenia.
Podobał mi się również klimat historii. Akcja rozgrywa się w niewielkim miasteczku w Teksasie, a ważnym elementem tła są farmy obu rodzin. Choć miejsce nie jest głównym bohaterem tej opowieści, autorka potrafiła stworzyć przyjemny, trochę filmowy klimat małej społeczności.
Jedynym elementem, który nie do końca mnie przekonał, była kreacja ojca Luny. Miałam momentami wrażenie, że Caleb zbyt szybko odpuścił walkę o przyjaciela i zamiast wspierać go w walce z alkoholizmem oraz próbować odbudować relację między nim a córką, skupił się przede wszystkim na swojej relacji z Luną. Być może jest to kwestia mojego spojrzenia na tę historię – jako osoba po czterdziestce zwracam na takie rzeczy większą uwagę.
Mimo tego drobnego zgrzytu bardzo się cieszę, że sięgnęłam po tę książkę. Spędziłam z nią naprawdę przyjemny czas i był to dla mnie trochę inny klimat niż w wielu romansach, które czytałam wcześniej. Wiem też, że historia Horseshoe Bay ma kolejne tomy – dwa z nich mam już na półce i z przyjemnością poznam dalsze losy bohaterów z tego miasteczka.
„Kiedy wstanie świt” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Magdaleny Szponar. Po książkę sięgnęłam głównie z ciekawości, ponieważ była często polecana na TikToku. Mimo że motyw age -gap nie należy do moich ulubionych, postanowiłam sprawdzić, czy historia Luny i Caleba rzeczywiście jest tak wciągająca, jak mówią czytelnicy.
Fabuła skupia się na dziewiętnastoletniej...
2026-02
2026-01
2026-02
Drugi tom historii o zamku Caly rozwija świat stworzony w pierwszej części i wciąga czytelnika jeszcze głębiej w rodzinne tajemnice, rodowe konflikty i subtelne napięcie między bohaterami. Olivia i William stają przed nowymi wyzwaniami, a ich relacja dojrzewa, stając się pełniejsza i bardziej świadoma. To już nie tylko fascynacja czy pierwsze uczucia, ale zaufanie, wybory i konfrontacja z własnymi ograniczeniami.
W tle wciąż obecna jest legenda o klątwie rodu, jednak w tym tomie widać, że wiele tragedii i dramatów wynikało z ludzkich błędów, ukrytych sekretów i niewypowiedzianych czynów. Autorka świetnie balansuje między tajemnicą a realizmem, pokazując, że pozornie nadprzyrodzone fatum często kryje w sobie prawdę o ludziach i ich motywacjach.
Szczególnie urozmaicona jest opowieść babci Abygail, której historia wprowadza perspektywę pokoleniową i dodaje fabule głębi. Widać w niej zarówno doświadczenie i spokój lat, jak i siłę i pazur młodości, które kiedyś miała. To ona nadaje historii dodatkowego wymiaru, pokazując, że przeszłość rodu nie jest jedynie cieniem, ale częścią żywej historii, którą można zrozumieć i rozsupłać.
Drugi tom utrzymuje klimat starego zamku, sekretów i tajemnic, jednocześnie rozwijając wątki emocjonalne bohaterów. Historia wciąga, daje poczucie płynności opowieści i sprawia, że czytelnik z łatwością angażuje się w losy postaci, czując zarówno napięcie, jak i subtelny romantyzm. To kontynuacja, która nie tylko rozwija fabułę, ale też pogłębia świat przedstawiony i emocje bohaterów, sprawiając, że zakończenie zostawia otwarte drzwi do kolejnych odkryć. Chętnie poznałabym dalsze losy bohaterów tej książki, bo świat zamku Caly i jego mieszkańców wciągnął mnie bez reszty.
Współpraca: @luckywydawnictwo
Drugi tom historii o zamku Caly rozwija świat stworzony w pierwszej części i wciąga czytelnika jeszcze głębiej w rodzinne tajemnice, rodowe konflikty i subtelne napięcie między bohaterami. Olivia i William stają przed nowymi wyzwaniami, a ich relacja dojrzewa, stając się pełniejsza i bardziej świadoma. To już nie tylko fascynacja czy pierwsze uczucia, ale zaufanie, wybory i...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02
Bywają takie książki, które najlepiej smakują w odpowiednim klimacie.
Pierwszy tom tej historii czytałam przy kominku i w lekkim półmroku, pozwalając, by trzaski ognia i tańczące cienie ścian budowały nastrój. Chciałam choć odrobinę poczuć się tak, jakby gdzieś nad moją głową wznosiły się kamienne wieże zamku Clay — i muszę przyznać, że to był strzał w dziesiątkę.
Ta powieść nie jest ani czystym romansem, ani typową sagą rodową — to subtelne połączenie tajemnicy, historii i emocji, które prowadzi czytelnika przez rodzinne sekrety i stare mury pełne niedopowiedzeń.
Autorka tworzy świat, w którym każde słowo, gest czy spojrzenie coś ukrywa. Ludzie mówią półsłówkami, a przeszłość rodu wisi nad wszystkimi jak ciężka mgła.
Na pierwszy plan wysuwają się dwie skrajnie różne osoby — ona, dziedziczka o wrażliwym sercu i wielkiej odpowiedzialności, oraz on, mężczyzna z przeszłością pełną nie najlepszych wyborów. Ich relacja rozwija się powoli, elegancko, niemal jak taniec na balu w starym zamku — raz lekka i obiecująca, innym razem napięta i pełna niewypowiedzianych obaw.
To właśnie ten „taniec uczuć” sprawia, że przez książkę się nie czyta — tylko płynie.
Sceny między nimi są prowadzone z wyczuciem, bez przesady, ale z takim emocjonalnym podtekstem, że trudno się oderwać.
W tle unosi się echo dawnych zdarzeń, opowieści o klątwach, nieszczęściach i dziwnym „Fatum”, które niby od pokoleń ciąży na rodzie. Autorka świetnie buduje nastrój — nie straszy, ale nieustannie daje poczucie, że coś tu nie gra.
Każdy bohater zdaje się coś ukrywać, a czytelnik stopniowo odkrywa, że przeszłość rodziny jest bardziej poplątana, niż ktokolwiek
Tom pierwszy kończy się w sposób idealny — nie urywa, ale też nie daje pełnej odpowiedzi.
Zostawia czytelnika z niepokojącym przeczuciem, że uczucia to dopiero początek, a prawdziwa walka dopiero przed nimi.
Współpraca: @luckywydawnictwo
Bywają takie książki, które najlepiej smakują w odpowiednim klimacie.
Pierwszy tom tej historii czytałam przy kominku i w lekkim półmroku, pozwalając, by trzaski ognia i tańczące cienie ścian budowały nastrój. Chciałam choć odrobinę poczuć się tak, jakby gdzieś nad moją głową wznosiły się kamienne wieże zamku Clay — i muszę przyznać, że to był strzał w dziesiątkę.
Ta...
2026-02
Są książki, które się czyta – i są takie, które się odkrywa. „Cztery pory roku z Ewą Woydyłło” zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. To nie jest lektura „na raz”. To książka, z którą wchodzi się w relację.
Zaczęłam ją czytać dopiero wtedy, gdy za oknem zrobiło się cieplej. Pierwszy rozdział to wiosna – a ta książka rzeczywiście domaga się czytania w rytmie natury. Całość podzielona jest na cztery pory roku: wiosnę, lato, jesień i zimę, a na końcu wracamy znów do wiosny. Zamykamy więc symboliczny krąg – pełen rok wewnętrznego dojrzewania.
To publikacja bardzo nietuzinkowa. Po każdej porze roku znajdziemy miejsce na własne notatki i przemyślenia. I właśnie to sprawia, że staje się ona czymś więcej niż zbiorem tekstów – jest swoistym pamiętnikiem. Możemy zapisywać swoje przemiany, ważne refleksje, decyzje, które dojrzewały w nas pod wpływem lektury. To książka do dialogu z samą sobą.
Znajdziemy tu mnóstwo krótkich rozdziałów poświęconych konkretnym tematom: złość, macierzyństwo, trudne emocje, akceptacja siebie, poczucie wartości, wiara w siebie. Lato przynosi refleksje o równowadze między pracą a odpoczynkiem, o śmiechu, radości, ruchu i zabawie. Obok mądrych cytatów i życiowych myśli pojawia się nawet krótka instrukcja regulowania emocji – prosta, ale bardzo potrzebna w codziennym chaosie.
To książka dla kobiet czasem zabieganych, czasem pogubionych, które chcą na chwilę się zatrzymać. Pobudza do zadawania sobie ważnych pytań – o relacje, w których tkwimy. Nie tylko te małżeńskie czy partnerskie, ale też przyjacielskie, rodzinne, a przede wszystkim relację z samą sobą.
Przeczytałam ją raz – ale wiem, że to dopiero początek. Teraz chcę wrócić do niej i przeżywać ją zgodnie z porami roku. Wykorzystać ją jako dziennik. Jako narzędzie do lepszego poznania siebie i przyjrzenia się różnym aspektom mojego życia.
Bo to nie jest książka do odłożenia na półkę. To książka, do której się wraca – dojrzewając razem z nią.
Współpraca: @wydawnictwoliterackie
Są książki, które się czyta – i są takie, które się odkrywa. „Cztery pory roku z Ewą Woydyłło” zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. To nie jest lektura „na raz”. To książka, z którą wchodzi się w relację.
Zaczęłam ją czytać dopiero wtedy, gdy za oknem zrobiło się cieplej. Pierwszy rozdział to wiosna – a ta książka rzeczywiście domaga się czytania w rytmie natury....
2026-03
Hejt nie zaczyna się od wielkiej nienawiści.
Czasem zaczyna się od zazdrości, jednego komentarza i milczenia innych.
Skończyłam czytać „Hejterkę” Nataszy Sochy i to jedna z tych książek, które zostawiają w człowieku dużo emocji.
Poznajemy Helę – spokojną, wrażliwą dziewczynę, która trochę inaczej patrzy na świat niż jej rówieśnicy. I właśnie ta inność sprawia, że staje się łatwym celem. Autorka bardzo dobrze pokazuje, że hejt nie pojawia się nagle. Często zaczyna się niewinnie – od zazdrości, od strachu przed odrzuceniem, od jednego zdania, które uruchamia lawinę plotek.
Najbardziej poruszające było dla mnie to, jak łatwo osoba atakowana zaczyna obwiniać samą siebie. Zastanawia się, czy powiedziała coś nie tak, czy zrobiła coś głupiego, czy kogoś uraziła.
Ta książka zostawia w czytelniku trochę smutku, złości i bezradności, ale też nadzieję. Nadzieję na to, że jeśli będziemy o takich historiach mówić głośno, młodzi ludzie zrozumieją, że nie są sami i że warto szukać pomocy – u rodziców, nauczycieli czy innych dorosłych.
Bo milczenie i strach to właśnie to, na czym najbardziej zależy oprawcom.
Dlatego ta książka jest ważna nie tylko dla młodych ludzi, ale też dla dorosłych.
„Czasem bowiem wystarczy nie stanąć po czyjejś stronie, by być przeciwko.”
Współpraca: @wydawnictwo_zwierciadlo
Hejt nie zaczyna się od wielkiej nienawiści.
Czasem zaczyna się od zazdrości, jednego komentarza i milczenia innych.
Skończyłam czytać „Hejterkę” Nataszy Sochy i to jedna z tych książek, które zostawiają w człowieku dużo emocji.
Poznajemy Helę – spokojną, wrażliwą dziewczynę, która trochę inaczej patrzy na świat niż jej rówieśnicy. I właśnie ta inność sprawia, że staje...
2026-03
Są książki, które czyta się dla fabuły.
I są takie, które czyta się dla klimatu.
„Niewinne serce” ma jedno i drugie.
Pierwszy tom serii autorstwa Katarina Widholm przenosi nas do Sztokholmu 1937 roku i pokazuje świat, o którym rzadko mówi się głośno — świat służących.
Betty, siedemnastoletnia dziewczyna z chłopskiej rodziny, wyjeżdża do stolicy, by pracować jako pomoc domowa u doktorostwa Molanderów. Dziewczyna powinna być wdzięczna. Powinna docenić szansę.
Tyle że rzeczywistość okazuje się znacznie bardziej surowa.
Betty dobrze wykonuje swoje obowiązki, ale w domu, gdzie liczy się etykieta, ton głosu i odpowiednie „ceregiele”, jej pochodzenie jest nieustannie wyczuwalne. Doktorowa traktuje ją chłodno, bezosobowo — jak część wyposażenia domu. I to boli.
Autorka w niezwykle sugestywny sposób pokazuje codzienność służby: hierarchię, zwyczaje, zależności, milczące podziały klasowe. Dostajemy historię „od drugiej strony” — z perspektywy tych, którzy sprzątają, gotują i stoją w cieniu. I choć akcja dzieje się w Szwecji, mam wrażenie, że w latach trzydziestych w całej Europie wyglądało to bardzo podobnie.
To przejmująca opowieść o życiu, które toczy się między kuchnią a salonem.
Między obowiązkiem a marzeniami.
Betty kocha książki i literaturę. Marzy o czymś więcej, ale jej pochodzenie zamknęło jej drogę do nauki. W jej życiu pojawia się przyjaźń z Violą, pojawia się Martin Fischer poznany w pociągu… ale pojawiają się też kłopoty. Jej młodość i naiwność zostają wykorzystane przez pewnego aroganckiego mężczyznę. I właśnie ten wątek mocno pokazuje, jak bezbronne potrafiły być młode dziewczyny bez zaplecza i pozycji społecznej.
A nad tym wszystkim unosi się jeszcze jedno — napięcie.
W tle czuć nadciągającą wojnę, niepewność, zmieniające się nastroje społeczne. Autorka nie krzyczy tym wątkiem, ale subtelnie go buduje. I to działa.
„Niewinne serce” to spokojna, ale mocna historia o dojrzewaniu, klasowych barierach i świecie, który nie wybacza niewinności.
To książka napisana w pięknym, klimatycznym stylu. I właśnie ten klimat sprawia, że chce się zostać w tej historii na dłużej.
Współpraca: @wydawnictwoluna
Są książki, które czyta się dla fabuły.
I są takie, które czyta się dla klimatu.
„Niewinne serce” ma jedno i drugie.
Pierwszy tom serii autorstwa Katarina Widholm przenosi nas do Sztokholmu 1937 roku i pokazuje świat, o którym rzadko mówi się głośno — świat służących.
Betty, siedemnastoletnia dziewczyna z chłopskiej rodziny, wyjeżdża do stolicy, by pracować jako pomoc...
2026-03
„Brylanty były świadkami przeszłości, będą świadkami przyszłości, której my nawet nie potrafimy sobie wyobrazić.”
Nowa powieść Kristin Harmel okazała się dla mnie lekturą niezwykle pasjonującą i autentyczną. To jedna z tych książek, w których kartki dosłownie same przeskakują pod palcami, bo napięcie, emocje i klimat wciągają już od pierwszych stron.
Już prolog uderza wyjątkową mocą. Ojciec rodziny zamawia dla swoich bliźniąt przepiękne bransoletki u jubilera Maxa Besner. Z osobna wyglądają jak płatki lilii, lecz razem tworzą zachwycającego motyla — symbol wrażliwości, piękna i więzi między dziećmi. Niestety ten dar staje się jedynie krótkim momentem szczęścia. W lipcowy wieczór 1942 roku rodzinę budzi brutalne walenie do drzwi. Aresztowanie, strach i chaos pochłaniają wszystkich, a nikt z domowników nie przeżywa nawet roku. Przetrwają jedynie bransoletki — „tak to już jest z brylantami” — i to właśnie one staną się osią całej opowieści.
Główna bohaterka, Colette, dorasta w rodzinie Marceau, która od pokoleń trudni się okradaniem bogatych. Nie są jednak zwykłymi złodziejami — ich działania mają moralny fundament. Zabierają tym, którzy są okrutni, chciwi i źli, po to, by pomagać biednym i skrzywdzonym. Colette od najmłodszych lat uczy się, że granica między dobrem a złem bywa bardzo płynna.
Wybuch II wojny światowej dodatkowo wpływa na losy rodziny. Ludzie ukrywają kosztowności w skrytkach, żyją w pośpiechu i strachu, a to sprzyja działalności rodu Marceau. Ten czas niepewności i mroku staje się kluczowy dla kształtowania charakteru Colette, jej wrażliwości i jej wyobrażenia o sprawiedliwości.
Akcja toczy się dwutorowo — w przedwojennym i wojennym Paryż oraz we współczesnym Boston roku 2018. Uwielbiam takie zabiegi, bo pozwalają jeszcze mocniej wciągnąć się w fabułę. Tutaj zostało to wykonane wyjątkowo płynnie: przeszłość przenika się z teraźniejszością, a każdy rozdział odsłania kolejne warstwy tajemnicy zaginionej bransoletki, rodzinnych sekretów, miłości i zdrady.
Współczesna Colette — dziewięćdziesięcioletnia, wciąż aktywna i kierująca się własnym kodeksem moralnym — jest równie fascynująca jak ta młoda. To bohaterka złożona: wrażliwa, a zarazem twarda; poraniona, ale nieustannie szukająca sposobu, by pomagać innym, nawet jeśli oznacza to działanie na granicy prawa. Jej historia, życie i wybory pozostają z czytelnikiem na długo po zakończeniu książki.
Motyw zaginionej bransoletki spaja wszystkie wątki w jedną poruszającą całość. To nie tylko ozdoba ani rekwizyt — to symbol pamięci, miłości, bólu i niespełnionej sprawiedliwości, która po latach domaga się ujawnienia. Jest jak niemy świadek historii, który przetrwał więcej niż ludzie, którzy go nosili.
To powieść, która wciąga fabularnie, ale też porusza głębiej, niż można się spodziewać. Zostawia z refleksją o tym, że czasem mały przedmiot może udźwignąć ogromną historię, a sprawiedliwość — choć spóźniona — wciąż potrafi być cenniejsza niż złoto.
Współpraca: @wydawnictwo_swiatksiazki @swiatksiazki
„Brylanty były świadkami przeszłości, będą świadkami przyszłości, której my nawet nie potrafimy sobie wyobrazić.”
Nowa powieść Kristin Harmel okazała się dla mnie lekturą niezwykle pasjonującą i autentyczną. To jedna z tych książek, w których kartki dosłownie same przeskakują pod palcami, bo napięcie, emocje i klimat wciągają już od pierwszych stron.
Już prolog uderza...
2026-03
„Mój dziadek mówił, że wojnę zaczyna się zawsze z przekonaniem, że ma się rację. Jednak zawsze kończy się ona takimi samymi nagrobkami, a to, co kiedyś wydawało się prawdą, już nikogo nie obchodzi”.
Te słowa wypowiada Helena – jedna z bohaterek powieści „Tułacze”. I mam wrażenie, że bardzo dobrze oddają charakter całej tej historii.
Muszę zacząć od tego, że w tej powieści absolutnie zachwyciły mnie opisy Lwowa. Są tak plastyczne, że momentami miałam wrażenie, jakby miasto naprawdę ożywało między kartkami książki. Czasami niemal czułam ciężkie, letnie powietrze unoszące się nad rozgrzanymi ulicami. Innym razem wyobrażałam sobie promienie zachodzącego słońca padające na brukowane ulice i czerwone dachy kamienic.
Czytając tę historię, przenosiłam się do miasta, którego sama jeszcze nie miałam okazji odwiedzić.
W ogrodzie Orłowskich rośnie stary orzech. To właśnie w jego cieniu bohaterowie odpoczywają, rozmawiają i biesiadują przy długim stole razem z rodziną Wojnarskich. Mam wrażenie, że to drzewo – podobnie jak samo miasto – staje się w tej powieści cichym bohaterem tej historii.
W centrum powieści stoi rodzina Orłowskich, która od pokoleń prowadzi masarnię i słynie z doskonałych wyrobów. Młody Jan Orłowski zdaje egzamin czeladniczy i z dumą odbiera dyplom. Jego plan jest prosty – pracować razem z ojcem i kontynuować rodzinne tradycje.
Na początku książki poznaje także Helenę Wojnarską, córkę drukarza. Między nimi rodzi się piękne uczucie, które z czasem przeradza się w małżeństwo i rodzinę. Jan i Helena doczekają się trzech synów, a ich życie przez pewien czas wydaje się spokojne i uporządkowane.
To właśnie w tych fragmentach widać zwykłe rodzinne szczęście – codzienność, pracę, rozmowy i nadzieję na spokojną przyszłość. Jednak czytając tę historię, cały czas ma się świadomość, że jest to tylko kruche i chwilowe poczucie bezpieczeństwa. My, jako czytelnicy, wiemy już, że nad Europą zbierają się ciemne chmury.
Powieść rozpoczyna się w 1919 roku i prowadzi czytelnika aż do dramatycznego września 1939 roku, kiedy do Lwowa wkracza Armia Czerwona. Zaczynają się aresztowania polskich oficerów, policjantów, urzędników czy kolejarzy. Pojawia się strach, niepewność jutra i pierwsze wysiedlenia.
To właśnie wtedy zaczynają się pierwsze tułaczki bohaterów, którzy muszą zmierzyć się z historią silniejszą od ich planów i marzeń.
Autorka w niezwykły sposób oddała klimat miasta i tamtych czasów. Czytając tę powieść, naprawdę można poczuć się jak jeden z bohaterów tej historii.
Ta historia bardzo przypomniała mi, jak wiele rodzinnych opowieści może zniknąć z czasem.
Współpraca: @skarpawarszawska
„Mój dziadek mówił, że wojnę zaczyna się zawsze z przekonaniem, że ma się rację. Jednak zawsze kończy się ona takimi samymi nagrobkami, a to, co kiedyś wydawało się prawdą, już nikogo nie obchodzi”.
Te słowa wypowiada Helena – jedna z bohaterek powieści „Tułacze”. I mam wrażenie, że bardzo dobrze oddają charakter całej tej historii.
Muszę zacząć od tego, że w tej powieści...
2026-02
„Obsesja” to thriller psychologiczny, który od pierwszych stron pokazuje, że autorka doskonale wie, jak manipulować czytelnikiem. Paris funduje dobrze znane z jej poprzednich powieści połączenie: klaustrofobiczna atmosfera, dwie linie czasowe oraz poczucie, że nikt — absolutnie nikt — nie jest tym, za kogo go bierzemy.
🔥 Fabuła, która wciąga jak spirala paranoi.
Historia toczy się dwutorowo:
- teraźniejszość, w której Nell zaczyna czuć na sobie wzrok nieznajomego,
- oraz przeszłość, gdy była jeszcze Elle Nugent i obsesyjnie śledziła mężczyznę podejrzanego o zabójstwo młodej dziewczyny.
To właśnie te retrospekcje są kluczem. Pokazują, że Nell nie zawsze była tylko ofiarą — kiedyś sama przekraczała granice: zdobywała dane, podchodziła pod dom obcego mężczyzny, podszywała się pod dziennikarkę.
Autorka świetnie wykorzystuje ten motyw odwrócenia ról:
👉 od stalkera — do ofiary stalkingu.
A w tle wciąż powracają mroczne zapiski tajemniczego mężczyzny, kończące się złowieszczym:
„Kiedy cię zabiję…”
Za każdym razem bardziej niepokojące. Za każdym razem bliżej.
Muszę przyznać — Paris prowadzi czytelnika jak na sznurku.
Miałam swoje podejrzenia. I to mocne. Wszystko wskazywało na zupełnie inną osobę.
I właśnie wtedy autorka odwraca karty.
To nie jest twist wyciągnięty z kapelusza.
To twist, który ma sens, ale dopiero na końcu widzimy, jak sprytnie Paris podrzucała wskazówki… i jak celowo kierowała nasze podejrzenia w złą stronę.
„Obsesja” to thriller trzymający w napięciu od pierwszych stron aż do finału. B.A. Paris po raz kolejny udowadnia, że potrafi konstruować historie pełne paranoi, emocji i mrocznych powrotów do przeszłości. To opowieść o granicach, które łatwo przekroczyć — i o tym, że przeszłe decyzje zawsze w końcu upominają się o uwagę.
Współpraca: @wydawnictwoalbatros
„Obsesja” to thriller psychologiczny, który od pierwszych stron pokazuje, że autorka doskonale wie, jak manipulować czytelnikiem. Paris funduje dobrze znane z jej poprzednich powieści połączenie: klaustrofobiczna atmosfera, dwie linie czasowe oraz poczucie, że nikt — absolutnie nikt — nie jest tym, za kogo go bierzemy.
🔥 Fabuła, która wciąga jak spirala paranoi.
Historia...
„Odległe życie” to powieść, którą czyta się nie tyle dla samej fabuły, co dla doświadczenia — powolnego, momentami bolesnego zanurzenia w losach jednej rodziny na przestrzeni kilkudziesięciu lat.
Autorka prowadzi nas od końca lat 50. aż po przełom tysiącleci, pokazując nie tylko historię rodziny MacBride, ale też ogromne zmiany, jakie zachodzą w świecie wokół nich. Z czasem tradycyjne życie na farmie zostaje wypierane przez przemysł wydobywczy, a ziemia, która była fundamentem ich istnienia, zaczyna tracić swoje pierwotne znaczenie. To nie jest tylko zmiana ekonomiczna — to utrata stylu życia, tożsamości i poczucia bezpieczeństwa.
Największą siłą tej książki są jednak emocje i bohaterowie. Szczególnie porusza postać Lorny MacBride — kobiety, która mimo kolejnych tragedii nie przestaje iść dalej. Traci niemal wszystko, a jednak podejmuje się wychowania wnuka, stając się symbolem siły i przetrwania.
To właśnie Andy, ten wnuk, jest kolejnym ważnym elementem tej historii. Dorasta w cieniu tajemnic, nie znając prawdy o swoim pochodzeniu. Jego droga to opowieść o poszukiwaniu siebie i próbie zrozumienia przeszłości, która — choć ukryta — nie przestaje wpływać na teraźniejszość.
Książka nie unika trudnych tematów. Są tu wątki, które mogą budzić sprzeciw czy dyskomfort, ale jednocześnie pokazują realia epoki i to, jak bardzo zmieniło się nasze postrzeganie wielu kwestii. Bohaterowie często są uwięzieni w świecie, który nie daje im przestrzeni na bycie sobą, a ich decyzje niosą konsekwencje przez kolejne pokolenia.
Ogromną rolę odgrywa również sama Australia — surowa, nieprzewidywalna, momentami bezlitosna, a jednocześnie stanowiąca stały punkt odniesienia. To ona wyznacza rytm życia bohaterów, podobnie jak obecny przez całą powieść stary zegar Wally, który symbolicznie odmierza czas, niezależnie od ludzkich dramatów.
"Odległe życie” to saga rodzinna, w której jedne postacie odchodzą, inne pojawiają się na ich miejsce, ale wszystko pozostaje ze sobą powiązane. To opowieść o traumie, która nie znika, lecz przechodzi dalej — zmieniając formę, ale nie tracąc swojej siły.
Czytałam tę książkę powoli, dozując ją sobie, bo jej emocjonalny ciężar momentami był naprawdę duży. I właśnie to jest jej największą wartością — zostaje z czytelnikiem na dłużej, zmusza do refleksji i nie daje się łatwo zapomnieć.
Współpraca: @wydawnictwoalbatros
„Odległe życie” to powieść, którą czyta się nie tyle dla samej fabuły, co dla doświadczenia — powolnego, momentami bolesnego zanurzenia w losach jednej rodziny na przestrzeni kilkudziesięciu lat.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAutorka prowadzi nas od końca lat 50. aż po przełom tysiącleci, pokazując nie tylko historię rodziny MacBride, ale też ogromne zmiany, jakie zachodzą w świecie wokół nich. Z...