-
Artykuły
Czytamy w weekend. 17 kwietnia 2026
LubimyCzytać313 -
Artykuły
"Malarz" Piotra Chomczyńskiego - mamy dla Was 30 egzemplarzy książki
LubimyCzytać4 -
Artykuły
Wiosenne porządki w księgarni Matras. Setki hitów już od 5 złotych!
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Jak dobrze znasz Katarzynę Bondę? Alfabet pisarki.
LubimyCzytać12
Biblioteczka
Historia idealna, czytało się świetnie i absolutnie wciąga. George R.R. Martin to znana marka. Skoro Gra o tron to taki sukces, nie sądziłem, że książki które są wokół tej historii albo dzieją się w tym samym świecie, będą gorsze.
Historia Dunka i Jaja super mnie wciągnęła. Duże znaczenie miało to, że tam ciągle się coś działo, nie było naprawdę chwili na nudę, do tego świetnie przeplatane opisy z nawet krótkimi dialogami, fajnie dodawały dynamiki, a strony same się przez to pochłaniały.
W środku mamy kilka historii, początek rycerza Dunka i jego spotkanie z Jajem, usługi u starego rycerza i spotkanie z Lady Webb i hmm… nadchodzącą burzę. Nie będę spoilerował więc tak tajemniczo napiszę.
Ta książka idealnie trafiła w moment w którym miałem na taką właśnie historię ochotę a nawet o tym nie wiedziałem. Przeczytałem i dostałem takiego głodu książek, że od razu sięgnąłem po jakąś kolejną.
Świetna historia o wspaniałym wędrownym rycerzu, dla fanów gry o tron ale i dla tych którzy jeszcze nie mięli z nią styczności, przyjemna, nie za długa(niestety) od autora z konkretną renomą.
Wspomnę też o ilustrowanym wydaniu które dostałem, absolutnie piękne. Te wszystkie rysunki w środku wspaniale dodawały klimatu i nie raz musiałem się zatrzymać i chwile przyglądać by przeanalizować wszystkie szczegóły jakie ilustrator umieścił.
Co tu dużo mówić, zdecydowanie i absolutnie Wam polecam. Historię Dunka tępego jak buzdygan, ale rycerskiego.
Historia idealna, czytało się świetnie i absolutnie wciąga. George R.R. Martin to znana marka. Skoro Gra o tron to taki sukces, nie sądziłem, że książki które są wokół tej historii albo dzieją się w tym samym świecie, będą gorsze.
Historia Dunka i Jaja super mnie wciągnęła. Duże znaczenie miało to, że tam ciągle się coś działo, nie było naprawdę chwili na nudę, do tego...
Nie jest to książka dla każdego, to na pewno. Nie jest to teraźniejsza książka, w której akcja jest wartka, wszystko szybko się rozwiązuje, a po 200 stronach mamy finał. Tu momentami się nudziłem, mogę nawet przyznać, że było dość sporo takich momentów, szczególnie w pierwszej części i po stronie Charis.
Im dalej w las, tym dzieje się więcej, a może po prostu my już znamy bohaterów, więc trochę bardziej nas ciągnie by poznać dalsze losy, nie wiem, ale im dalej tym lepiej się czytało.
To że długo trzeba na coś czekać jest i minusem i plusem. Nie zliczę ile razy na tym profilu pisałem o tym, że książka jest zbyt płytka, albo za szybka i nie pochyla się nad jakimiś niuansami, no to tu zdecydowanie jest na odwrót. Idziemy razem z bohaterami przez życie bardzo dokładnie. Oczywiście z przeskokami czasowymi, ale i tak dokładnie ich śledzimy. Co na pewno pozwala zbudować jakaś więź z postaciami.
Trzeba zaczekać, żeby zaczęło się coś dziać ale warto. Co prawda liczyłem na więcej emocjonujących treści w książce, np. tych z opisu, a mniej opisów życia, ale czasami fajnie sięgnąć po książę która nie pędzi na złamanie karku.
Musze wspomnieć również o stylu w jakim jest napisana, jest on oczywiście starszy niż młodszy, co pewnie może odrzucić kolejnych chętnych ją przeczytać, ale jak dla mnie to świetnie buduje klimat i po prostu pasuje.
Tak jak pisałem, książka dla cierpliwych i lubiących barwne opisy prozaicznych rzeczy, ale warto sięgnąć. Czasami warto zwolnić i przyjrzeć się zwykłemu otoczeniu.
Nie jest to książka dla każdego, to na pewno. Nie jest to teraźniejsza książka, w której akcja jest wartka, wszystko szybko się rozwiązuje, a po 200 stronach mamy finał. Tu momentami się nudziłem, mogę nawet przyznać, że było dość sporo takich momentów, szczególnie w pierwszej części i po stronie Charis.
Im dalej w las, tym dzieje się więcej, a może po prostu my już znamy...
Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który nigdy nie googlował jakiejś teorii spiskowej, albo chociaż się nią nie zainteresował. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który nie miał nigdy ziomka, który przychodził do niego z „newsem”, po czym robił 2 godzinny wykład o tym, że jego matka to reptilianin, bo spotyka się na tajne masońskie zebrania z listonoszem.
Ja osobiście bardziej rzuciłbym tym pierwszym kamieniem, bo bardzo interesują mnie teorie spiskowe. To jak czasami zupełnie abstrakcyjne, mogą mieć ogromny wpływ na wiele rzeczy. I które okażą się za jakiś czas prawdą i spowodują u mnie absolutne zaskoczenie.
W tej książce poznajemy kilka z nich, myślę, że zdecydowanie te ciekawsze. Możemy przeczytać o nich od historycznej strony, jaki miały wpływ na świat, a wszystko z humorem i bez nudnych encyklopedycznych wywodów.
Oczywiście tak jak z wszystkim, jedne zainteresują bardziej a drugie mniej. Na szczęście jest wybór.
Nie wiem w sumie jak mam Was zachęcić do tej książki, ja sam jak przeczytałem, że to analiza teorii spiskowych, to więcej nic nie potrzebowałem, by po nią sięgnąć.
Bawiłem się przy niej bardzo dobrze, nie jest to co prawda książka, typu „na raz” przynajmniej dla mnie, musiałem ją sobie trochę podzielić, ale nie dlatego, że była nudna a raczej, osobne tematy pozwalają mi sobie dawkować informacje. Nie mamy jak w książce fabularnej „uuu co będzie dalej”.
Jeśli chcecie się dowiedzieć, dlaczego „Ameryka jest zbudowana na teoriach spiskowych” i dlaczego ludzie tam w nie aż tak wierzą, to polecam Wam te książkę. Ale jeśli chcecie poczytać trochę „ciekawostek” o teoriach spiskowych i kilka z nich poruszyć, to… też wam polecam.
Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który nigdy nie googlował jakiejś teorii spiskowej, albo chociaż się nią nie zainteresował. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który nie miał nigdy ziomka, który przychodził do niego z „newsem”, po czym robił 2 godzinny wykład o tym, że jego matka to reptilianin, bo spotyka się na tajne masońskie zebrania z listonoszem.
Ja osobiście...
Ciężko mi napisać recenzję takiej książki. Jest to swoisty dziennik Tuli Topy, więc jak tu coś oceniać? Postaram się to trochę opowiedzieć i zachęcić do przeczytania bo warto.
Jest to książka o całym życiu Tuli, od tego jak w swoich najmłodszych latach była indoktrynowana i manipulowana w poczucie winy i wstydu przez organizacje Świadków Jehowy, poprzez wiek nastoletni i pierwsze zakazane miłości, aż po ślub z współwyznawcą i w końcu, „obudzenie się” i odejście od Świadków.
Bardzo podobał mi się styl jakim jest napisana ta historia, czuć jak autorka nam to opowiada, dosłownie jakbym czytał jej życiowy pamiętnik, który trzymała gdzieś ukryty i powoli go zapisywała swoimi przejściami.
Są momenty które, myślę, że niejedną osobę zdenerwują, szczególnie podejście Świadków do niektórych kwestii. Będą też momenty wzruszające.
W bardzo szczegółowy i interesujący sposób możemy poznać te organizację od środka. Poznać, że Ci mili i uśmiechnięci ludzie, którzy jeszcze do niedawna pukali do naszych drzwi, są zmanipulowani, a i często sami manipulują kolejnych.
Obejrzałem wiele filmów Tuli, ale ta książka fajnie pozwala poznać to wszystko w chronologiczny sposób z dużą dozą emocji autorki.
Nie będę się rozwlekał, bo to bez sensu. Jeśli kogoś zainteresował temat organizacji, ludzi w niej żyjących i chcielibyście to poznać od środka, to bardzo Wam te książę polecam.
Ciężko mi napisać recenzję takiej książki. Jest to swoisty dziennik Tuli Topy, więc jak tu coś oceniać? Postaram się to trochę opowiedzieć i zachęcić do przeczytania bo warto.
Jest to książka o całym życiu Tuli, od tego jak w swoich najmłodszych latach była indoktrynowana i manipulowana w poczucie winy i wstydu przez organizacje Świadków Jehowy, poprzez wiek nastoletni i...
Książka z gatunku litRPG? Gra w książce? Książka gra? Też na początku miałem mieszane uczucia. Przyznam, że nigdy takiej nie czytałem, ale brzmiała interesująco, więc trzeba poszerzać horyzonty! I wiecie co? Zdecydowanie warto było. Książka była świetna. Ale ostrzegam, w trakcie i po przeczytaniu strasznie korci, przyciąć taką 10godzinną sesyjkę w jakiegoś mmorpg-a.
Nasz główny bohater, Robert, ginie w wypadku, tzn prawie ginie, bo żyje, ale tylko podłączony do maszyny. Zostaje wrzucony do wirtualnego świata, i tam w wybranej przez siebie grze, musi odpracować swoje „wykupienie”. Operacja jest droga, bo 200 milionów, które piechotą nie chodzi, ciężko to zarobić na zbieraniu surki, więc Robert musi podjąć się różnych misji, przy tym expiąc i ulepszając swój ekwipunek.
No i taka właśnie jest ta książka, towarzyszymy Robertowi, który wykonuje misje i lvl-uje, mogło by to się wydawać nudne, ale otoczka fabularna, i taka fabuła w fabule, powoduje, że to jest super.
Brakuje mi trochę takiej, typowo gierkowej gadki, ale z drugiej strony, nie każdy do kogo trafi ta książka, musiał kiedyś grać a mmorpg. Robert też wydaje się stosunkowo świeżakiem w takich grach, więc jest to zrozumiałe.
Z takich geirkowych rzeczy, mamy nawet scamowanie na itemki, strasznie mnie ten moment rozwalił, ale od samego początku gadki byłem pewien, ze tak to się skończy. 6 zmysł gracza.
Były chwile w książce, gdy Pan autor trochę za sztywno pisał, mamy jakieś opisy czy dialogi, które są trochę drętwe i nie płyną tak samo jak reszta historii, co się rzuca w oczy, wydarzyło się to sporadycznie, ale Tomek, sam ukręcił na siebie ten bat, bo pisał że chciałby żeby się ktoś do czegoś przyczepił. Nie ma sprawy, masz to u mnie!
Kończyłem książkę, i było mi naprawdę szkoda że nie ma kolejnej części. Jest dość krótka bo nawet nie 300 stron, czyta się szybko, przez co historia nie wiedzieć kiedy się kończy.
Muszę też wspomnieć o czcionkach. Niby nic, a cieszy. Każda „cośka” ma inną czcionkę. Systemowe wiadomości inne, lvl inne itd.. Fajnie to wygląda i dzięki temu od razu wiemy co się dzieje.
Dodam jeszcze, że ostatnio zacząłem się interesować papierowymi rpg, i przez całą książkę miałem wrażenie jakbym właśnie taką historię czytał, nawet bardziej niż historię gościa który jest w grze komputerowej. Trochę to zawikłałem. Na koniec autor mnie oświecił, ale to wam nie powiem. Sami się dowiedzcie.
Fabuła fabułuje, napisane jest przyjemnie i klimat jest trzymany. Bardzo wam polecam, nawet jeśli nic z tej kategorii nie czytaliście i bez tego będziecie się dobrze bawić.
Książka z gatunku litRPG? Gra w książce? Książka gra? Też na początku miałem mieszane uczucia. Przyznam, że nigdy takiej nie czytałem, ale brzmiała interesująco, więc trzeba poszerzać horyzonty! I wiecie co? Zdecydowanie warto było. Książka była świetna. Ale ostrzegam, w trakcie i po przeczytaniu strasznie korci, przyciąć taką 10godzinną sesyjkę w jakiegoś mmorpg-a.
Nasz...
Kojarzycie na pewno filmy jak Niezgodna, Brzydcy itd., gdzie główna bohaterka, czy też bohater, jest w jakimś mieście, oddziałach czy jakiejkolwiek elitarnej grupie, ale poznaje jakiegoś buntownika, w końcu jakimś zrządzeniem losu dociera do enklawy buntowników, pojmuje że był zły a oni dobrzy i do nich dołącza. No to jeśli coś takiego kojarzycie, to tutaj mamy to samo.
Wiśnia jest członkinią Dwunastek, elitarnych zespołów „służących” Matce jako agenci do zadań specjalnych. Matka jest sztuczną inteligencją która sprawuje opiekę nad miastem i swoim okręgiem.
Wiśnia od zawsze zadaje pytania i nie wykonuje swoich zadań bezmyślnie. Tak też jest przy kolejnym zadaniu od Matki, ma śledzić pewnego człowieka. W ten właśnie sposób poznaje Mino, a jej losy zaczynają się z nim krzyżować. Nasza bohaterka w końcu trafia w niewole buntowników, których zwalczała wraz z Matką. Co tam odkrywa? Jak dalej potoczą się jej losy? Czy była po dobrej stronie?
Strasznie się ta książka ciągnęła. Ponad 500 stron to zdecydowanie za dużo. Było MNÓSTWO momentów gdy absolutnie nic się nie działo, albo sytuacja się powtarzała. Zdecydowanie, książka powinna była zostać odchudzona. Gdyby zostawić te fajne momenty i trochę przyśpieszyć, myślę, że odbiór książki byłby diametralnie inny.
Nie mamy też za bardzo celu, niby pojawiają się jakieś mniejsze, ale tak naprawdę to płynie donikąd. Nie ma jakiegoś jednego głównego i kilku pobocznych, tylko mamy same side questy.
No i nasza bohaterka, która jest ultra irytująca, naprawdę, ultra. Cały czas gdacze i narzeka, jest straszną egoistką i specjalnie niczym się nie wyróżnia. Nie ma jakiś wow umiejętności, jest po prostu agentem. A jej relacja z Mino wygląda jak relacja nastolatków którzy non stop sobie dokuczają, i spoko przez chwile to śmieszne czy urocze, ale tak się dzieje caaały czas. Z jedną małą przerwą na romantyczny pocałunek, swoją droga w mega głupiej sytuacji. Żeby nie być gołosłownym, to dlaczego jest egoistką? Mino chce odwieźć ciężarną siostrę w pewne bezpieczne miejsce, tymczasem nasza bohaterka robi mu dramę, że wyjeżdża i że przecież wcale nie jest potrzebny siostrze i takie tam, noooo nie wiem, ostatnia rodzina ziomka, a ona krzyczy na niego, że chce ją chronić. Zaznaczę, że nie są razem, wciąż są wyłącznie przyjaciółmi. Także pod tym względem jest dziwnie.
Okej, ale to podobno sci-fi, no to nie zdziwcie się, bo to tak średnio sci-fi. Niby mamy sztuczną inteligencję (co obecnie już nie jest scifi) i humanoidy, ale w sumie nic poza tym. Świat wydaje się bardzo płaski. Nie czułem w ogóle tego, jakkolwiek, futurystycznego klimatu.
Cała książka to pov naszej bohaterki, napisany w dość prosty sposób, prostymi słowami. Dość łatwo przez to przelecieć, a jedyne co hamuje to ta za duża ilość stron.
Tylko narzekam, a może jakieś plusy? Fajnie pozwoliło to przypomnieć sobie właśnie te filmy jak Niezgodna itp., totalnie taki vibe, i gdyby tylko było trochę krócej...
Kojarzycie na pewno filmy jak Niezgodna, Brzydcy itd., gdzie główna bohaterka, czy też bohater, jest w jakimś mieście, oddziałach czy jakiejkolwiek elitarnej grupie, ale poznaje jakiegoś buntownika, w końcu jakimś zrządzeniem losu dociera do enklawy buntowników, pojmuje że był zły a oni dobrzy i do nich dołącza. No to jeśli coś takiego kojarzycie, to tutaj mamy to samo....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Cóż, spodziewałem się zupełnie czegoś innego.
Ale najpierw…
Mokosz, patronka urodzaju, PŁODNOŚCI, obfitości, była opiekunką kobiet i dzieci, była słowiańską Matką Ziemią.
A dlaczego podkreśliłem akurat to słowo? Bo mam wrażenie, że autorzy tylko do tego aspektu się odnieśli, no może prócz jednego autora.
Spodziewałem się po opisie książki, różnych wariantów miłości, ale również odniesienia się do innych aspektów Mokosz, jak i do samej bogini. Tymczasem dostałem por*no, co bardzo mnie rozczarowało.
I teraz nie zrozumcie mnie źle, spodziewałem się i takich opowiadań, miłość wiele ma opcji, ale prawie wszystkie opowiadania miały ten sam wspólny nadrzędny temat, czyli kopulacja, obfite, twarde, mokre i nabrzmiałe. A najgorsze jest to że same opowiadania były słabe, mam wrażenie nawet że niektóre zostały stworzone PO TO żeby kopulować, a jakaś tam historia to losowe tło.
Tak jak pisze, jeśli to było by w kilku opowiadaniach to OKEJ, żaden problem, jasne nie jest to typ książek czy opowiadań które czytam, ale mi to nie przeszkadza, ale było chyba tylko jedno opowiadanie w którym nie mieliśmy tych słów i takiego nastawienia.
Myślę, że to dobry moment żeby o nim wspomnieć, Wojciech Chmielarz, jako jedyny napisał opowiadanie, które było naprawdę dobre. Towarzyszyło mu wiele emocji, było ciekawe, i nie miało tego wspólnego tematu co inne, a mimo wszystko odnosiło się do miłości, która była bardzo ważnym czynnikiem.
Wracając do narzekania, prócz tego o czym pisałem wyżej, to kolejny niuans jest taki że wiele opowiadań nie było nawet o Mokosz, pojawiały się jakieś inne bóstwa i nie było tam nawet o niej wspomniane, chyba że trzeba patrzeć na to przez pryzmat, jest miłość (jakakolwiek) to znaczy, że jest Mokosz, ale mnie to nie przekonuje.
Było też opowiadanie, i to w końcówce, gdy myślałem że już nie mam co liczyć na coś fajnego, które mnie zaciekawiło, mimo że tytuł ostrzegał ( Czy strzygi mogą być seksowne?). Piękny opis domu, jakaś taka tajemnica, zaczynało się naprawdę nieźle, by po chwili wrócić do naszych ulubionych słów, i gościa który ogląda jakieś stare zdjęcia dziewczynki y z obfitymi i nabrzmiałymi… a w pewnym momencie dowiadujemy się, że żeby odczarować strzygę to będzie musiał ją wychędożyć (nieprzypadkowe słowo, bohater dużo mówił o Wiedźminie, dobrze że Geralt nie próbował takiej taktyki by odczarować strzygę).
Podsumowując, mocno się rozczarowałem, chociaż nie miałem wygórowanych oczekiwań. Liczyłem, że faktycznie Mokosz będzie ciekawie przedstawiona. Wszystko z mitologią słowiańską ma od razu moją uwagę bo wciąż mocno się nią interesuję.
Cóż, spodziewałem się zupełnie czegoś innego.
Ale najpierw…
Mokosz, patronka urodzaju, PŁODNOŚCI, obfitości, była opiekunką kobiet i dzieci, była słowiańską Matką Ziemią.
A dlaczego podkreśliłem akurat to słowo? Bo mam wrażenie, że autorzy tylko do tego aspektu się odnieśli, no może prócz jednego autora.
Spodziewałem się po opisie książki, różnych wariantów miłości,...
Stacja Jakuba Szamałka czyli kryminał/thriller rozgrywający się na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Miejsce w którym dzieje się akcja było właśnie tym co mnie najbardziej skusiło do tej książki.
Lucy Poplasky kolejny raz leci na ISS. Napięcia między Ameryką, a Rosją zaczynają eskalować. Rosja nie jest już zainteresowana współpracą w kwestiach kosmicznych. Na ISS, czyli na bardzo ciasnej przestrzeni napięcie gęstnieje jeszcze bardziej. Czy rosjanie planują sabotaż? Co robili podczas rozbłysku słonecznego? Jakie tajemnice odnajdzie, na ziemi, mąż Lucy? Jaką dywersję można zrobić podczas spaceru kosmicznego?
Kolejna przesłuchana. To moje drugie podejście do tej książki. Nie pamiętam czemu poprzednio się odbiłem, ale tym razem udało mi się skończyć i nie żałuje.
Interesuje się kosmosem, a przez to i ISS siłą rzeczy. Ciekawie było poczytać o tajemnicach, kłótniach i dywersjach na stacji „przelatującej” 400 kilometrów nad nami.
Książka była bardzo szybka. Nie musieliśmy długo czekać na pierwszy kryzys, a konflikt powstał w moment później.
Liczyłem trochę na więcej emocji, w końcu celowanie z broni na ISS albo „kryzys” podczas spaceru kosmicznego, to momentu gdy napięcie powinno sięgać zenitu, jednak tego nie czułem, słuchałem i ciekawiło mnie co się wydarzy dalej i jakie będzie rozwiązanie ale bez ciśnienia.
I to już kolejna książka którą słucham i nie czuje tych emocji, ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że słucham teraz również Kolonie Max’a Kidruka i tam jest już zupełnie inaczej. Nie będę w recenzji jednej książki mówił o drugiej, ale tam bohaterowie mnie denerwują, stresują i ogólnie jest więcej emocji. To tak na moje usprawiedliwienie.
Tu jedynym bohaterem który mnie denerwował był mąż Lucy, który był po prostu strasznie rozlazły i płaczliwy co źle się słuchało, ale rozumiem jego charakter i historię. Ogólnie bohaterowie nie wydają mi się specjalnie wyraźni, nie przywiązałem się do nich, są dość prosto zbudowani.
Historia jakoś nieprawdopodobnie nie wciąga, ale słucha się jej przyjemnie i myślę że najwięcej zyskuje na tym, że dzieje się na ISS. To tło robi dużą robotę. Czy było by to możliwe? Częściowo pewnie tak, już się zdarzało, że rosjanie coś odwalali na ISS, poza tym już wiemy, że zrezygnują z tej stacji do 2028r.
Nie powala, jest fajne, warto przeczytać głównie dla miejsca w jakim się dzieje.
Stacja Jakuba Szamałka czyli kryminał/thriller rozgrywający się na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Miejsce w którym dzieje się akcja było właśnie tym co mnie najbardziej skusiło do tej książki.
Lucy Poplasky kolejny raz leci na ISS. Napięcia między Ameryką, a Rosją zaczynają eskalować. Rosja nie jest już zainteresowana współpracą w kwestiach kosmicznych. Na ISS, czyli...
Pierwsze 150 stron to była lekka mordęga i nawet zastanawiałem się czy to nie jest właśnie ten moment kiedy powinienem się odbić, ale zdecydowałem się skończyć książkę i nie żałuję swojej decyzji.
Fakt, te opisy miasteczka, rozwożenia mleka czy strzelania do szczurów na wysypisku śmieci były długie i nudne, ale później fajnie zbudowały ten świat, znałem postacie, znałem ich charaktery, czy kogoś mi było szkoda, czy może trochę mniej. Zdecydowanie przekroczenie tej umownej bariery 150 stron rekompensuje. Gdy zaczyna się akcja, wampiry, ta cała tajemnica a nasi bohaterowie muszą się z tym wszystkim mierzyć, wtedy opisywanie postaci pobocznych nie miało by sensu i niszczyło by te momenty.
Opisy były długie ale i bardzo obrazowe. Te wszystkie momenty, gdy bohaterowie wchodzą to jakiegoś pomieszczenia a tam zastaje ich fetor rozkładu i stęchlizny, były bardzo proste do wyobrażenia sobie.
Mimo, że te długie fragmenty, czy z początku czy później, czasami były nudnawe i mało wnoszące to czytało się je wyjątkowo przyjemnie. Może to ten dar autora, może to to w czym się ludzie tak zakochują.
Sama historia od pewnego momentu była dość przewidywalna. Jedyne co mnie trochę wkurzało to gdy „naszym bohaterom się nie śpieszy”. Nie chcę dokładnie opisywać scen, bo może ktoś jest jeszcze przed, więc wolę nie spoilerować, ale te decyzje które jedyne co powodowały to marnowanie czasu i takie na siłę przeciąganie, coś jak w filmach rozbrajanie bomby na sekundę przed wybuchem. Tutaj bohaterowie wzięli by sobie te bombe, przenieśli kilka metrów i dopiero tam rozbrajali, a ja kompletnie nie rozumiem po co. Myślę, że każdy kto czytał wie o jaki moment chodzi.
W sumie to było jedyne do czego chciałem się przyczepić, mniej więcej spodziewałem się jak może wyglądać ta książka, więc nie będę jej za to rozliczał.
No i najważniejsze chyba, czy było strasznie? Według mnie nie, okładka sugerowała coś innego, ale jak dla mnie to ani to nie było straszne, ani w sumie nie było jakiegoś napięcia, może dosłownie jeden moment. Czytałem dalej bo po prostu ciekawiło mnie jak rozwiążę się fabuła.
Pierwsze 150 stron to była lekka mordęga i nawet zastanawiałem się czy to nie jest właśnie ten moment kiedy powinienem się odbić, ale zdecydowałem się skończyć książkę i nie żałuję swojej decyzji.
Fakt, te opisy miasteczka, rozwożenia mleka czy strzelania do szczurów na wysypisku śmieci były długie i nudne, ale później fajnie zbudowały ten świat, znałem postacie, znałem...
Szum Blake’a Crouch’a przez większość słuchania mnie nudził. Straszne opisy wspinania się, które miałem wrażenie, że trwały godzinami, plus brak jakiegoś napięcia zaowocowały takim rezultatem.
Większość czasu nie wiemy o co chodzi, prócz tego, że dziwne miejsce, dziwni ludzie. Dawało mi to vibe Stamtąd, tylko że tam było jakieś odkrywanie tajemnicy, a tu mam wrażenie, że to odkrywanie odbywa się dwa razy, na cmentarzu, gdy Beatrice opowiada mu trochę tego co wie z swojej perspektywy, i na końcu gdy Jenkins aka wizjoner którego imienia zapomniałem, opowiada mu o wszystkim. To zabiło trochę emocje, które normalnie towarzyszą odkrywaniu.
Sam pomysł całkiem ciekawy i myślę, że kolejna część, z racji tego, że nasz bohater już wie to co powinien wiedzieć, będzie ciekawsza. Szkoda, że żeby do tego momentu doszło trzeba było całą książkę i ta akcja nie zawiązała się wcześniej.
Co do końcowego wytłumaczenia i odkrywania prawdy, to jak dla mnie było trochę naciąganych momentów, albo takich stworzonych wcześniej żeby pasowały do historii z perspektywy, jeszcze nic nie wiedzącego Ethana, a potem trzeba było to jakoś wytłumaczyć.
Szkoda, że to nie zostało jakoś lepiej poprowadzone i ta tajemnica Wayward Pines również. Liczyłem na emocje i napięcie, ale tego nie dostałem, albo ja tego tak nie odebrałem. Jak dla mnie ta książka mogłaby się od połowy zacząć i na to samo by wyszło.
Nie mniej, możliwe, że kolejną część przesłucham, bo tak jak napisałem wyżej, z tymi informacjami, akcja może być ciekawsza.
Szum Blake’a Crouch’a przez większość słuchania mnie nudził. Straszne opisy wspinania się, które miałem wrażenie, że trwały godzinami, plus brak jakiegoś napięcia zaowocowały takim rezultatem.
Większość czasu nie wiemy o co chodzi, prócz tego, że dziwne miejsce, dziwni ludzie. Dawało mi to vibe Stamtąd, tylko że tam było jakieś odkrywanie tajemnicy, a tu mam wrażenie, że...
W przeciwieństwie do poprzednich tomów, nie mam tu za dużo zwiedzania, co osobiście uwielbiałem, ale tu autor serwuje nam zwiedzanie mega konstrukcji, więc jestem mu wstanie to wybaczyć.
Cała książka też skupia się wokół tych dwóch wątków, co różni ją od pozostałych, gdzie działo się mnóstwo historii naraz. Nie wiem w sumie czy to plus czy minus, ale trochę zmienił się ten styl.
Mimo wszystko, humor, styl pisania i multum odniesień popkulturowych pozostał i wciąż świetnie bawi.
Mamy bardzo dużo rozważań, na wiele różnych tematów. Cóż, to zawsze było nieodłączną częścią tych książek, ale tu konkretnie skupiamy się na rozważaniu nad duszą i życiem po życiu. A warto pamiętać, że Bob jest ateistą. Pewnie perspektywa bycia rozumną sondą trochę zmienia spojrzenie na świat.
W przeciwieństwie do poprzednich tomów, nie mam tu za dużo zwiedzania, co osobiście uwielbiałem, ale tu autor serwuje nam zwiedzanie mega konstrukcji, więc jestem mu wstanie to wybaczyć.
Cała książka też skupia się wokół tych dwóch wątków, co różni ją od pozostałych, gdzie działo się mnóstwo historii naraz. Nie wiem w sumie czy to plus czy minus, ale trochę zmienił się ten...
Proszę Państwa cóż to była za przygoda! Ile w tej książce było ciekawych i niezwykłych rzeczy!
Przygodę rozpoczynamy wraz z Alkiem czyli synem Arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, który dopiero co został zamordowany, w zasadzie wszystko dzieje się w nocy w której go otruto.
Na końcu książki mamy wszystko ładnie wyjaśnione co zostało zmienione, a co jest prawdziwą historią.
Alek musi uciekać! Wszystko to było spiskiem by Niemcy mogły rozpocząć wojnę. I mimo że Alek TEORETYCZNIE nie może dziedziczyć po ojcu, to cesarz woli mieć go pod ręką. Inna sprawa, że później w książce dowiadujemy się o pewnym precedensie, ale nie mogę wam o nim powiedzieć.
Alek wsiada wraz z swoimi zaufanymi kompanami w postaci dwóch mechaników i dwóch nauczycieli na pokład stąpacza. Niezwykłej maszyny która nie porusza się na gąsienicach tylko na NOGACH! Za pomocą tej właśnie machiny, Alek próbuje uciec z Austro-Węgier do neutralnej Szwajcarii.
Czy mu się uda? Co czeka go w szwajcarskich górach? Czy… czekaj czekaj, jest jeszcze druga perspektywa!
Młody Dylan Sharp, żołnierz brytyjskich sił powietrznych zostaje.. tylko, że nie, bo Dylan to tak naprawdę Deryn, dziewczyna, która podstępem zaciągnęła się do wojska. Od zawsze lubiła latać, a uczył ją tego ojciec który tragicznie zmarł. Jako, że kobietom nie było wolno dołączać do służby, ostrzygła się, wycwaniła, i dostała się do upragnionych sił powietrznych.
Z małymi komplikacjami, bo przy teście odleciała na huxleyu, czyli takiej latającej meduzie i prawie dotarła do Francji, ale na szczęście zgarnął ją tytułowy Lewiatan. Stwór niezwykły, w zasadzie ekosystem w latającym Wielorybie.
A co najlepsze tym wszystkim nie rządzi magia, tylko wewnątrzksiążkowa nauka!
Mógłbym Wam tak opowiadać i opowiadać bo tyyyle się działo...
Czy misja na którą został wysłany Lewiatan się powiedzie? Czy Deryn przetrwa wyrzucanie kadetów z obsady wieloryba? Jak nasze dwie postacie będą wstanie się spotkać?
Niezwykła to była podróż bo nie dość, że przez historię to jeszcze tak ciekawie przekształconą.
Opisy stworów były fascynujące i świetnie uwydatniały oryginalność pomysłu autora.
Po co komu pociąg, gdy jest elefanoid, który może pociągnąć to samo a nie potrzebuje torów!
Obsługa Lewiatana z takiej perspektywy była wspaniała, a gdy już będziecie czytać i dowiecie się jaką „bronią” dysponuje ta bestyjka to dopiero się zaskoczycie.
Styl Scotta Westerfelda był bardzo przyjemny i świetnie utrzymywał moją uwagę. Umiejętne przyśpieszanie i spowalnianie akcji, przy tym z serwowaniem nam wielu, naprawdę wielu informacji o świecie i jego historii, spowodowało, że nie mogłem się oderwać i po każdym rozdziale potrzebowałem kolejny!
Mieszanie historii z alternatywną wizją świata, absolutnie zadziałało i nie zmieniło nam klimatu, początków wojennej zawieruchy, tego napięcia, które towarzyszy bohaterom, których państwa zaraz dołączą do konfliktu.
Pomysł i jego wykonanie jak dla mnie mistrzowskie, fabuła ciekawa, trzymająca w napięciu i nie męcząca. Jeśli oczywiście lubicie takie klimaty to bardzo Wam ją polecam!
Zapraszam na mojego ig @wiedzmak
Proszę Państwa cóż to była za przygoda! Ile w tej książce było ciekawych i niezwykłych rzeczy!
Przygodę rozpoczynamy wraz z Alkiem czyli synem Arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, który dopiero co został zamordowany, w zasadzie wszystko dzieje się w nocy w której go otruto.
Na końcu książki mamy wszystko ładnie wyjaśnione co zostało zmienione, a co jest prawdziwą...
Kto z nas, czytelników fantastyki, nie marzył by kiedyś samemu stworzyć jakiś wspaniały świat. Zaryzykuje stwierdzenie, że większość. Tak też było z autorem Piotrem Mroczko. Jak dowiadujemy się na końcu książki, odkąd pierwszy raz zobaczył Władce Pierścieni, zamarzył o wydaniu swojej książki. W końcu mu się to udało, przed wami jego debiutancka powieść Rogata zaraza.
Czy jest idealna? Nie. Czy powinna być idealna? Jasne, że nie. Zawsze powtarzam to przy debiutach, że to żadne usprawiedliwienie, ale wiem też, że debiuty rządzą się swoimi prawami.
Tak jest też w tym wypadku, mimo, że świat jest ciekawy, królestwa i rasy ciekawie wymyślone, historia ma to wszystko co powinna mieć dobra fantastyczna opowieść, to nie czuć jeszcze tego luzu autora i ja to rozumiem, nie każdy od razu zaczyna lecieć na swoim flow, czasami staramy się może trochę za bardzo, może chcemy trochę za dużo przekazać, nie wiem. Wiem, że treść jest fajna ale styl miejscami trochę sztuczny.
Jak to często również bywa, jedna część książki jest lepsza od drugiej, tak i w tym wypadku. Druga połowa dużo bardziej mi się podobała. Przyznam, że to trochę dlatego, że od początku dostajemy mnóstwo wątków i postaci, w których ciężko się połapać i do połowy książki, trochę nie nadążałem za tym. Nie wiem czy to wada, ale mi małe problemy to sprawiło.
Co do dużej ilości postaci, to zarazem plus i minus, bo jak to np było w Grze o tron, duża ilość postaci pozwalała je uśmiercać i nie były to jakieś nic nieznaczące postacie poboczne, tylko takie z którymi przeżyliśmy jakieś przygody. Autor zdecydowanie się z nimi nie patyczkował.
Czytając to czułem, że autor, faktycznie spełnia swoje marzenie, że to świat stworzony od serca dla fanów fantastyki czy Śródziemia. Ogromny świat z potencjałem na wiele różnych przygód. Tu też mała dygresja, chciałbym znacznie więcej poznać historii tego świata czy miejsc, w tej książce nie czułem tego, nie było tego za dużo, a aż się prosi żeby historia tego świata do nas przemówiła. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach dowiemy się o tym trochę więcej.
Na plus według mnie wątek wojny, był ciekawy, trochę zwrotów akcji i takiego politycznego napięcia w tym świecie, a na minus wątek śledztwa/intygii w Pływającym Królestwie, był trochę za bardzo rozciągnięty i za dużo działo się poza naszym wzrokiem co ujmowało emocji.
Jeśli chcecie przenieść się do fantastycznej krainy i przeżyć wyprawę w celu ocalenia bliskich przed najazdem złowrogich minotaurów to koniecznie zajrzyjcie do Rogatej zarazy!
Kto z nas, czytelników fantastyki, nie marzył by kiedyś samemu stworzyć jakiś wspaniały świat. Zaryzykuje stwierdzenie, że większość. Tak też było z autorem Piotrem Mroczko. Jak dowiadujemy się na końcu książki, odkąd pierwszy raz zobaczył Władce Pierścieni, zamarzył o wydaniu swojej książki. W końcu mu się to udało, przed wami jego debiutancka powieść Rogata zaraza.
Czy...
Bardzo intensywna emocjonalnie książka. Ileż tam się działo. No i temat, którego się nie spodziewałem.
Po nieudanym spotkaniu z znajomymi, Irmina i Piotr wracają do domu. Napięcie między nimi jest ogromne i w końcu eskaluje kłótnią, która od jakiegoś czasu jest nieodłączną częścią ich małżeństwa. Irmina zarzuca Piotrowi bierność i przesadną niechęć do ludzi, a Piotr Irminie, w dużym skrócie, ciągła chęć zmieniania go. Nie wiedza, że dosłownie za kilkanaście minut te problemy zejdą częściowo na tor boczny.
(Lekki spoiler ale bez tego się nie da)
Tajemnicze istoty, inwazja, blackout a przy tym ogromne małżeńskie problemy. Razem zaowocowały w naprawdę emocjonującą i intensywną historię.
Czego od ludzi chcą obcy? Czy w jedną noc można całkowicie się zmienić? Czy ludzie w jedną noc mogą przestać być społeczeństwem? Czy można rozwiązać małżeńskie problemy podczas inwazji?
Zacznę od tego, że to idealna książka na jedno, dwa posiedzenia. Niby 400 stron ale czyta się bardzo szybko, duże litery, małe strony, bardzo intensywna fabuła. Do pochłonięcia w ekspresowym czasie.
Tak zresztą było i u mnie, przy czym pierwszą połowę przeczytałem dużo szybciej niż drugą. Działo się bardzo dużo i bardzo szybko, towarzyszył temu ogrom emocji i takiego stresu o bohaterów. Autor co i rusz zaskakiwał nas czymś, a może nawet straszył.
Historia dzieje się w Polsce, między Gnieznem a Poznaniem, no bo kto niby powiedział, że jak inwazja to tylko na USA, u nas też można, wcale gorsi nie jesteśmy.
Chociaż mamy tutaj strasznie stereotypowych polaków, madka z bomblekiem to pewnie głupia karyna z 500plus i do tego mąż patus z przeszłością a i matką która wiadomo Radio Maryja. Wykształceni ludzie no to wiadomo nieporadne cielaczki, no i jak już o tym mówię to te wtrącenia polityczne absolutnie niepotrzebne dogryzanie.
Ogólnie nie miałbym do tego problemu, bo można kształtować świat i ludzi jak się chce, ale gdy na koniec zwraca się uwagę na globalne ocieplenie i depresje, ale wcześniej tak bardzo podkreśla się podział polaków i te stereotypowe cechy to nie pasuje mi to do siebie. Nie powielajmy takich rzeczy bo jesteśmy jednym narodem i raczej powinniśmy dążyć do jednoczenia się a nie takich zgryźliwości. Pisze o tym mimo że wcale nie sympatyzuje z opcją polityczną która była podgryzana, ale zwyczajnie nie podobało mi się to w takiej książce.
Zakończenie też trochę do mnie nie przemówiło. Małżeństwo które się praktycznie nienawidzi i jest ze sobą tylko dlatego, że są związani przyzwyczajeniem i kredytem, po tych wszystkich przejściach jakby nigdy nic, staje się szczęśliwe i nawet robią sobie brzdąca, trochę dziwne. Wiem, że nasz główny bohater miał depresję, a później poszedł na terapię, ale nie wiem czy to aż tak odmieniło by to małżeństwo, bo to nie był ich jedyny problem.
Druga połowa książki wydaje się trochę nudniejsza, mamy kilka powtarzających się schematów, jak jazda, od punktu A do B by tam pomóc, potem z B do C, ale nic za bardzo nowego się tam nie dzieje.
Zakończenie natomiast jest całkiem ciekawe i wygląda jak typowe scifi. Fajnie też pokazuje konsekwencje i trochę wyjaśnia nam wcześniejszą bezsensowność inwazji.
Podsumowując. Książka mi się podobała, emocje i do tego perspektywa zwykłych ludzi a nie super żołnierzy, którzy z nożem w zębach rzucą się na najeźdźców, była świetna i trochę inna niż zwykle to bywa. No i oczywiście zwrócenie uwagi na problem depresji i zmian klimatycznych, to również warto zaznaczyć.
Bardzo intensywna emocjonalnie książka. Ileż tam się działo. No i temat, którego się nie spodziewałem.
Po nieudanym spotkaniu z znajomymi, Irmina i Piotr wracają do domu. Napięcie między nimi jest ogromne i w końcu eskaluje kłótnią, która od jakiegoś czasu jest nieodłączną częścią ich małżeństwa. Irmina zarzuca Piotrowi bierność i przesadną niechęć do ludzi, a Piotr...
Powiedzmy sobie szczerze, kto nie chciałby trafić do tajemniczego starego lasu i razem z demoniczną kukułką leczyć mieszkańców?
Sally miała to szczęście i dokładnie w takie miejsce trafiła. Nim się to jednak stało, jak to zazwyczaj bywa w takich historiach, coś musiało po drodze się wykoleić. Nawiązanie do pociągu nie jest przypadkowe. Właśnie z takiego środka transportu Sally musiała wyskoczyć wraz z kotem Alfredem. Z nim to w ogóle jest taki zwrot akcji, że głowa mała, wprost na spotkanie z demoniczną kukułką. O ile brzmi to całkiem groźnie, to Edgar, bo tak właśnie nazywał się demoniczna kukułka, a właściwie ogromny kruk, jest bardzo miły i fajny, chociaż moment na zapoznanie wybrali sobie słaby, bo Edgar właśnie miał być zjedzony przez królową ropuchę. Jak się domyślacie, nie byłoby dalszej historii, gdyby zostali zjedzeni, toteż historia z ropuchą kończy się po japońsku, czyli „jako tako”.
To świetna i przyjemna historia, chociaż uważam, że czytałem ją w złym momencie, bo jest wręcz idealna na jesienne lub zimowe wieczory.
To było pierwsze pełnoprawne cosy fantasy, które przeczytałem, i o ile książka bardzo mi się podobała, o tyle wiem, że nie mógłbym zbyt często takich historii czytać. Brakowałoby mi tych elementów, które zawiera normalne fantasy.
Bardzo podobały mi się poboczne przygody, jak ratunek Tacie Misiowi czy leczenie (a raczej od-leczanie) małego zombiaczka, przy czym był też główny wątek, który fajnie wszystko spajał.
Humor, bo chyba to w tym jest najważniejsze albo prawie najważniejsze. Mnóstwo gier słownych, wymyślania nowych słów czy przekręcania ich na inne znaczenia. Ponad sto podpisów z zabawnymi wyjaśnieniami przedstawionych w historii rzeczy czy momentów. Jeśli chodzi o podpisy, to było kilka, które wydawały mi się dodane trochę na siłę, ale to drobny mankament.
„Niektórzy sądzą, że dom jest tam, gdzie serce alb0 przyjaciele. Ewentualnie zameldowanie lub inna forma systemowego ucisku obywatela przez apart państwowy. Mogą sobie myśleć, co chcą. Sally wiedziała, że dom jest tam, gdzie deska, której dotyk, sprowadza na człowieka zadumę i spokój. „
Musicie też wiedzieć, że w tej książce są obrazki. Są piękne i klimatyczne, szkoda tylko, że w drugiej połowie jest ich znacznie mniej.
No dobrze, ale nie może być tak cukierkowo jak w książce. Na każdego czytelnika czekają ściany tekstu, przecinane od czasu do czasu jakimś przemyśleniem bohatera lub króciutkim dialogiem. Tekst jest ciekawy i czyta się go dobrze, ale po czwartej stronie pełnej treści zaczyna to trochę męczyć, a mówi to ktoś, kto lubi długie opisy. Niektóre dygresje były zwyczajnie niepotrzebne. Ich brak niczego by książce nie ujął, a te momenty byłyby bardziej przystępne.
Jak to w cosy fantasy bywa, świat jest przyjemny, ciepły, chciałoby się do niego wskoczyć. Dla mnie ogromnym plusem jest to, że akcja dzieje się w lesie. Lubię lasy.
Książka kończy się w sposób, który sugeruje kolejną część, którą na pewno przeczytam, bo koniecznie muszę dowiedzieć się, jaki los czeka najbogatszego lisa smoczego w całym Cesarstwie. No i Sally. Tak, zapomniałbym.
Powiedzmy sobie szczerze, kto nie chciałby trafić do tajemniczego starego lasu i razem z demoniczną kukułką leczyć mieszkańców?
Sally miała to szczęście i dokładnie w takie miejsce trafiła. Nim się to jednak stało, jak to zazwyczaj bywa w takich historiach, coś musiało po drodze się wykoleić. Nawiązanie do pociągu nie jest przypadkowe. Właśnie z takiego środka transportu...
Jeśli mielibyście ochotę zajrzeć do XVII wiecznej Polski, zobaczyć jak Ci ludzie żyli, że to nie były wyłącznie szlacheckie bale i posiadłości, ale też brudna i brutalna rzeczywistość, to świetna okazja żeby to zrobić.
Krzywda Pawła Rzewuskiego przenosi nas właśnie do takiej Polski, pełnej zabobonów, tytułowej krzywdy, ale również zwyczajów i wierzeń.
Składa się z 5 rozdziałów/opowieści w których ślepy szlachcic, wędrujący z olbrzymim milczącym towarzyszem, opowiada o losach Stanisława Wróblewskiego herbu Krzywda.
Oczywiście towarzyszyły nam fantastyczne, lub horrorowe elementy, ale w świecie, jak najbardziej realnie przedstawionym.
Czytając czułem ten klimat otaczający bohaterów. Autor świetnie buduje napięcie i nas w nim trzyma.
Chociaż szkatułkowość tej konkretnej książki nie przypadła mi do gustu. Było wielu bohaterów o klimatycznych ale skomplikowanych nazwach do tego zawiłość historii, zmusiła mnie do ponownego jej przeglądnięcia. A koniec końców wciąż wszystkiego nie zrozumiałem, te niedopowiedzenia są fajne, ale trochę też frustrują.
Muszę również wspomnieć o przeplataniu się historii z postaciami z słowiańskich wierzeń jak chociażby: wąpierzem. Dla mnie duży plus.
Styl pisania jest archaizowany, ale w przyjemny sposób który nie męczy podczas czytania. Jest to oczywisty plus do klimatu który znacznie na tym zyskuje.
Na dodatek styl pisania, podczas mojego czytania powodował we mnie jakieś takie miłe uczucia, nie umiem tego wyjaśnić, i nie wiem po co to pisze, ale chciałem się tym z Wami podzielić.
Zdarzyło mi się czytać powieść historyczną, zdarzyło i horror, tu mamy trochę połączenie tych dwóch kategorii i uważam to za strzał w dziesiątkę.
Kończąc, nie jest to książka dla każdego, nie ma przyjemnych przygód, dużo ciężkich momentów, i bez happy endu. Ale jak ktoś lubi tematy trudne, prawdziwe i takie, po których trzeba się chwilę pozbierać i zastanowić, to zdecydowanie warto.
Jeśli mielibyście ochotę zajrzeć do XVII wiecznej Polski, zobaczyć jak Ci ludzie żyli, że to nie były wyłącznie szlacheckie bale i posiadłości, ale też brudna i brutalna rzeczywistość, to świetna okazja żeby to zrobić.
Krzywda Pawła Rzewuskiego przenosi nas właśnie do takiej Polski, pełnej zabobonów, tytułowej krzywdy, ale również zwyczajów i wierzeń.
Składa się z 5...
Co tu dużo mówić, nie tego się spodziewałem.
Po przeczytaniu opisu, myślałem, że znajdę tam, faktyczny postapokaliptyczny świat i to w dalekiej przyszłość. Historia dzieję się w 2147 roku, mimo to ludzie i otoczenie za bardzo się nie zmieniło, jest ich po prostu mniej, i są menelsi czyli takie „zombi” tylko żywe i bardziej zwierzęce. Dokładnie to ludzie którzy zmutowali właśnie w taką dziką stronę.
Może jeszcze nim na dobre zacznę, to zaznaczę, że to debiut, chociaż nie będę z tego powodu usprawiedliwiał, bo chcę być szczery, to warto mieć to na uwadze.
Głównym wątkiem fabuły jest przetrwanie Karceru, w zasadzie do samego końca, nie ma jakiegoś specjalnego celu, przeciwnika, dosłownie jest zbieranie zapasów, jakieś poboczne przygody i to wszystko. Dopiero w końcowym etapie książki, mamy konflikt z inną, a do tego liczniejszą, grupą ludzi. Co też mi się trochę gryzło, bo były momenty, że Ci ludzie zachowywali się jak idioci, wiem że przewaga liczebna, a nasi bohaterowie muszą się wykazać, ale no zachowywanie się jak mięso armatnie? Trochę bez sensu.
Kolejna kwestia to logika. Gdyby ta książka miała jakaś wyraźną fabułę to nie czepiałbym się szczegółów, ale że fabułą jest życie w Karcerze, to czepiał się będę. Było wiele momentów które nie były zbyt logiczne, a sam atak innych ludzi na Karcer był tego kulminacją. Ci „inni” mięli wywiad, wiedzieli co jest w środku, a mimo to, stracili więcej niż zyskali. Wydaje mi się, że w tak potencjalnie trudnym świecie, to trochę bez sensu. Mimo, że na koniec jest pewien zwrot akcji, to wciąż nie usprawiedliwiał tego ataku.
Było też kilka momentów, że nasi bohaterowie byli jak Rambo, np. w dwóch położyli chyba z dwudziestu i to okopanych w domu.
Było też kilka takich rzeczy jak np. 100 letnia amunicja, która była w pełni sprawna, czy testy ciążowe.
No i główny bohater, Mati, bo przynajmniej w części wydawało mi się, że to on nim będzie, jednak totalnie zszedł na trzeci plan, mamy przynajmniej kilku bohaterów o których czytamy dużo częściej i mają wyraźniejsze charaktery.
Bolały mnie też trochę dialogi, które miejscami były super, bo brzmiały jak dwóch rozmawiających wojskowych, a momentami były strasznie sztuczne i brzmiały jakby wysyłali do siebie maile a nie rozmawiali twarzą w twarz.
Czepiam się pisania, ale tu też jest duży plus tej książki, mimo mojego narzekania, czytało się ją nieźle. W zasadzie przez całą książkę sobie płynąłem, i mimo że te wyżej wypisane rzeczy mi się gryzły, to nie wybijało mnie z czytania. Przez całą historię, było tylko kilka momentów gdzie ściana tekstu trochę nudziła, a nasi bohaterowie przechodzący kolejny, i kolejny, i kolejny pokój to było trochę za dużo.
Najbardziej chyba bolał ten umykający klimat świata, bo przez większość książki nie czułem jakiego stresu o postacie, że nagle zaatakuje ktoś czy coś, nie czułem trochę tego że to 2147 roku po wojnie atomowej.
Tak jak napisałem na początku, jest to debiut, a te mankamenty które wypisałem, nie są rzeczami nie do przeskoczenia. Uważam, że to bardzo dobre fundamenty pod ciekawą serie i dobrego autora!
Co tu dużo mówić, nie tego się spodziewałem.
Po przeczytaniu opisu, myślałem, że znajdę tam, faktyczny postapokaliptyczny świat i to w dalekiej przyszłość. Historia dzieję się w 2147 roku, mimo to ludzie i otoczenie za bardzo się nie zmieniło, jest ich po prostu mniej, i są menelsi czyli takie „zombi” tylko żywe i bardziej zwierzęce. Dokładnie to ludzie którzy zmutowali...
To było naprawdę mocne. Naprawdę naprawdę.
Nie wiem czy widzieliście film, ja widziałem, bardzo dawno i pamiętam to jak przez mgłę, ale dzięki temu niczym się nie sugerowałem tylko praktycznie czytałem z czystą głową.
Muszę zacząć od emocjonujących, stresujących itp scen w których autor nie pisze nawet pełnymi zdaniami, dodaje to mnóstwo dynamiki i stresiku w którym łączymy się z naszą bohaterką. to było super charakterystyczne dla tej książki.
W zasadzie przez całą historię czułem stres i strach razem z bohaterką. super pozwoliła towarzyszyć Malorie i przeżywać wiele emocji razem nią.
Przeplatanie wyprawy łódką z wspomnieniami z jej początków w nowym świecie, super pozwalało nam odkrywać nową rzeczywistość jednocześnie nie mogąc się doczekać kolejnego rozdziału z "teraźniejszości" i tego co dzieje się u Malorie i dzieci w łódce.
Ciekawą odmianą był brak barwnych opisów, w końcu bohaterowie nic nie widzą, jedynie to co mogli opisać z wspomnień, ale większość informacji podają nam z słuchu, a wtedy nawet piękna deska zmienia się w dziwne skrzypniecie.
Dość krótka i szybka książka, która nie daje nam chwili wytchnienia. Nie było możliwości się nudzić. Zdecydowanie polecam jeśli lubicie dużą dawkę emocji podawanych nie łyżką, a łopatą do śniegu.
To było naprawdę mocne. Naprawdę naprawdę.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie wiem czy widzieliście film, ja widziałem, bardzo dawno i pamiętam to jak przez mgłę, ale dzięki temu niczym się nie sugerowałem tylko praktycznie czytałem z czystą głową.
Muszę zacząć od emocjonujących, stresujących itp scen w których autor nie pisze nawet pełnymi zdaniami, dodaje to mnóstwo dynamiki i stresiku w którym...