-
Artykuły
Przesłuchanie Przemysława Piotrowskiego. Mocna premiera książki „Markiz"
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Najlepsza literatura faktu teraz 45% taniej na matras.pl
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Grzechy główne według Piotra Górskiego
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Miłość w cieniu wielkiej historii. Rozmowa z Joanną Jax
LubimyCzytać2
Właśnie skończyłem lekturę "Okruchów dnia" Kazuo Ishiguro i z całą pewnością stwierdzam, że jest to najpiękniejsza powieść, jaką kiedykolwiek czytałem. Powiem więcej, jeszcze przed sięgnięciem po nią spodziewałem się, że wywrze ona na mnie bardzo silne wrażenie. Dlaczego? Po pierwsze, od wielu lat jestem fanem adaptacji tej książki, a film pod tym samym tytułem - ze wspaniałymi kreacjami Emmy Thomson (panna Kenton) i Anthony'ego Hopkinsa (Stevens) - uważam za jeden ze swoich ulubionych. Po drugie, proza angielskiego noblisty działa na mnie w sposób wyjątkowy i aż dziwne mi się teraz zdaje, że po "Okruchy dnia" sięgnąłem tak późno.
.
Nie wiem, czy potrzebujesz, żebym pisał Ci tutaj, o czym jest rzeczona powieść. Z uwagi na jej popularność i moje, bardzo silne do niej przywiązanie, zdaje mi się ona wszystkim znana. Opowiem więc pokrótce, to i owo odsłaniając, to i owo pozostawiając w ukryciu.
.
Jest rok 1956. Starzejący się kamerdyner, który od ponad 40 lat służy w domu Darlington Hall, zaalarmowany przejmującym listem byłej gospodyni (pracowała w Darlington Hall w latach 1922-1936), wypożycza forda od swojego aktualnego, amerykańskiego chlebodawcy i jedzie na spotkanie z panną Kenton (aktualnie panią Bell).
Podróż Stevensa trwa sześć dni, a jej cel (spotkanie z byłą gospodynią) uruchamia w nim wspomnienia sprzed lat. Droga przez angielską prowincję i urocze miasteczka, kilka miłych i niemiłych przygód posuwają akcję do przodu. Opowieść Stevensa obiera jednak kierunek przeciwny - cofa się lub kluczy, zatrzymuje się i rozpościera przed nami świat brytyjskiej arystokracji.
.
Nienaganny, pedantyczny, oddany i pełen godności angielski kamerdyner (narrator tej przepięknej książki) to najsmutniejszy człowiek na ziemi, którego ostatni monolog - wyrzucony w twarz obcemu człowiekowi - ściśnie Cię za gardło i nie pozostawi obojętną/ym.
.
O czym jest ta książka? O miłości rzecz jasna. Tej największej, bo niewymówionej. Ani słowa tutaj o niej nie znajdziesz bezpośrednio, ale świat i serce Twoje pękną.
Właśnie skończyłem lekturę "Okruchów dnia" Kazuo Ishiguro i z całą pewnością stwierdzam, że jest to najpiękniejsza powieść, jaką kiedykolwiek czytałem. Powiem więcej, jeszcze przed sięgnięciem po nią spodziewałem się, że wywrze ona na mnie bardzo silne wrażenie. Dlaczego? Po pierwsze, od wielu lat jestem fanem adaptacji tej książki, a film pod tym samym tytułem - ze...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Dziwne jest to całe nauczycielskie czytanie. W ogóle dziwna jest szkoła. Jako polonista zobowiązany jestem wracać co roku do tych samych lektur. Czy bym je kochał (jak "Sklepy"), szanował (jak "Treny"), czy nie znosił (jak "Przedwiośnie"), choć przejrzeć je należy!
.
Systematyczny kontakt z tą samą książką buduje szczególną więź między czytelnikiem a tekstem. Z czasem stają się oni starymi znajomymi, a ich relacja ulega przeobrażeniom. W tekście, jak w człowieku, można się zakochać, przywyknąć do niego, znudzić się nim i porzucić go. Można zdeponować w nim mnóstwo emocji, można czegoś oczekiwać, doświadczyć satysfakcji lub się rozczarować.
.
Nauczycielskie powroty do tekstu to spotkania pozbawione intymności właściwej pierwszemu, indywidualnemu kontaktowi z lekturą. Omawianie tekstu na lekcji to dla mnie dzielenie się wspomnieniem pierwszej lektury, na które nałożyły się późniejsze odczytania wielokrotne. Stosunek do książki potrafią też zmienić uczniowie, którzy zdolni są odświeżyć moją relację z tekstem, zweryfikować ją lub unieważnić.
.
Kocham "Sklepy cynamonowe" Bruno Schulza. Uważam, że obok "Ferdydurke" i "Szewców" to najbardziej wartościowy artystycznie i poznawczo tekst czytany w szkole.
Kto z nas nigdy nie pragnął, nie pragnie albo nie zapragnie wrócić do "genialnej epoki" dzieciństwa i przeżyć metafizyczną Wiosnę, której karty przyklejać można na ścianach dziecięcego pokoju, domu, rodzinnej wsi lub miasteczka? Kto nigdy nie pragnął zimowego wieczoru przespacerować się po wyludnionym mieście, zajrzeć nocą do budynku szkoły, a potem w śnieżnym, miłosnym uścisku wypuszczać z siebie całą samotność?
.
Moi uczniowie - choć "Sklepów" nie ma na liście lektur obowiązkowych - czytają je z własnej woli w całości, najpierw sami, po cichutku, wieczorami, w domu, a potem rozmawiają o nich ze mną zafascynowani i senni.
.
Jak można zabrać osiemnastolatkowi książkę, która wylała się z serca człowieka o emocjonalności, którą młodym tak łatwo poczuć - zawieszonego między dzieckiem a dorosłym, chorego na samotność i pragnącego prawdziwej miłości?
Dziwne jest to całe nauczycielskie czytanie. W ogóle dziwna jest szkoła. Jako polonista zobowiązany jestem wracać co roku do tych samych lektur. Czy bym je kochał (jak "Sklepy"), szanował (jak "Treny"), czy nie znosił (jak "Przedwiośnie"), choć przejrzeć je należy!
.
Systematyczny kontakt z tą samą książką buduje szczególną więź między czytelnikiem a tekstem. Z czasem stają...
Na początku maja bieżącego roku poprosiłem Krzysztofa (znanego tutaj jako @booksmirrors
) o kontakt. Chciałem go poprosić, by czytał kolejne partie przygotowywanej przeze mnie powieści i rozmawiał ze mną na jej temat. Krzysztof zgodził się ku mojej radości bez zbędnego wahania i spisał się w swej misji więcej aniżeli doskonale. Kiedy (mniej więcej na początku sierpnia) pojąłem, że praca nad powieścią skończy się dla mnie we wrześniu, postanowiłam skorzystać z pomocy Krzysztofa ponownie. Tym razem poprosiłem Go o spis książek, które ostatnio przeczytał i które zrobiły na nim największe wrażenie. Wiedziałem, że gdy skończę pisać, obudzi się we mnie głód czytania, spadnie na świat jesień i ciemność nasączona deszczem, a ja ratunku szukał będę w doskonaleniu umiejętności rozmywania się we wspomnieniach i w czytaniu. Dostałem, jak chciałem, od Krzysztofa spis lektur znakomitych. Ruszyłem do najbliższej biblioteki i wypożyczyłem kilka z nich - E. Strout, A. Smith, A. Munro oraz "Córkę" Eleny Ferrante Wydawnictwo Sonia Draga. Zacząłem od tej ostatniej...
.
47 lub 48 letnia Leda, wykładowczyni literatury angielskiej, spędza wakacje na południu Włoch, gdzie pracuje, wspomina (a raczej robi rachunek sumienia) i poznaje tajemniczą neapolitańską rodzinę. Dzięki tym trzem aktywnościom dowiadujemy się o Ledzie coraz więcej. O przeszłości kobiety (jej akademickich ambicjach, porzuceniu córek i męża, powrocie do nich i wyjeździe córek do Kanady, do ojca) dowiadujemy się bezpośrednio od niej, narratorki. Ledę do wspomnień skłonić może wszystko - gorący piasek i gładka tafla wody, wnętrze wynajmowanego pokoju, bezgwiezdna noc na tarasie i, przede wszystkim, ludzie na plaży, a zwłaszcza pewna głośna (niebezpieczna?) neapolitańska rodzina. Nina (młoda matka), Elena (jej kilkuletnia córka) i Nani (lalka dziewczynki) - oto niepozorna trójca, która rozkręci powieściową akcję, a następnie wzniesie ją do rangi mitu.
.
Powieść Ferrante jest czysta, gładka, bladobłękitna; pachnąca jak skóra po wyjściu z morza. "Córka" jest smutna, okrutna, samotna. Cudowna.
Na początku maja bieżącego roku poprosiłem Krzysztofa (znanego tutaj jako @booksmirrors
) o kontakt. Chciałem go poprosić, by czytał kolejne partie przygotowywanej przeze mnie powieści i rozmawiał ze mną na jej temat. Krzysztof zgodził się ku mojej radości bez zbędnego wahania i spisał się w swej misji więcej aniżeli doskonale. Kiedy (mniej więcej na początku sierpnia)...
Znowu mam czas na czytanie. Nie jakoś wiele, ale udaje mi się wygospodarować dwie, czasem trzy godziny dziennie (nocnie), by wsunąć się pod kołdrę, zapalić lampkę i poczytać. Jest to dobre. Lepsze niż zagłuszanie swoich myśli komentarzem do sportowych wydarzeń, lepsze niż szlajanie się wokół Bagrów i przyglądanie się życiu normalnych ludzi - wyprowadzających psy, rozmawiających przez telefon, trzymających się za ręce i patrzących sobie prosto w oczy.
.
"Zbyt wiele szczęścia" Alice Munro to zbiór dziesięciu opowiadań. Wszystkie są zajmujące, świetnie napisane i z każdego płynie jakaś mądrość. Nie wszystkie mi się jednak podobały, ale to nie wina tych opowiadań, tylko moja. Nie wszystkie bowiem przeczytałem uważnie, nie każdemu poświęciłem tyle namysłu, ile powinienem był poświęcić. Jakby ważniejsze było samo czytanie, a nie myślenie o nim. Jakby treść książki była uciekającym pociągiem, do którego muszę wskoczyć. Nieważny wagon, numer miejsca, bagaże. Byle wsiąść i jechać. Jak najszybciej. Nieważne dokąd. Ważne skąd. Ważne od czego uciekam.
.
Akcja większości opowiadań Munro rozgrywa się w Kanadzie. W Ontario, Toronto i jego okolicach. Kojarzę te miejsca tylko z filmów i lubię je. Lasy, jeziora, wciąż zimno, a ludzie surowi i delikatni jednocześnie. I takie są właśnie opowiadania Munro, tacy zaludniają je bohaterowie i takie podczas lektury towarzyszyły mi emocje - subtelne, delikatne, ledwie wyczuwalne, choć zdarzenia, o których była mowa, łamały serca, kręgosłupy i życia. Ale czy to coś niezwykłego? Nie. Życie jest surowe, bezwzględne, każdego spotka coś złego albo bardzo złego. Mamy to jak w banku. Łapiemy więc ulotne iskierki subtelności, promienie słońca odbite w soplach lodu, które tylko czekają, by spaść i wbić się prosto w serce. Żebyśmy tylko nie przedawkowali szczęścia...
.
Polecam - dobra lektura, gdy ktoś chce spokornieć.
Znowu mam czas na czytanie. Nie jakoś wiele, ale udaje mi się wygospodarować dwie, czasem trzy godziny dziennie (nocnie), by wsunąć się pod kołdrę, zapalić lampkę i poczytać. Jest to dobre. Lepsze niż zagłuszanie swoich myśli komentarzem do sportowych wydarzeń, lepsze niż szlajanie się wokół Bagrów i przyglądanie się życiu normalnych ludzi - wyprowadzających psy,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
"Głowa do góry! Śmierć jest tuż-tuż".
.
"Cytrynowy stolik" (zbiór jedenastu opowiadań) Juliana Barnesa towarzyszył mi przez ostatni tydzień. Doprawdy, trudno mi wyobrazić sobie dzisiaj lepszego kompana tej jesieni.
.
Zwykle nie czytam w taki sposób, w jaki Barnesa czytałem - w tramwaju, na okienkach w pracy, czy w wieczornej kolejce do lidlowej kasy. Zwykle czytam inaczej - nocą, otulony "samością" i szumem wyłączającego się laptopa. No i masz! Zamiast trzymać się recenzji, otwieram refleksję o wpływie okoliczności, w których doświadczamy lektury na odbiór czytanego dzieła. Porzucam ten wątek.
.
Opowiadania Barnesa są wspaniałe. Wszystkie razem (stanowiące całość, trzymające się za ręce ostatnich i pierwszych akapitów i obracające się zgodnie wokół zagadnienia śmierci), oraz każde z osobna, choć polecam szczególnie "Historię Matsa Izraelsona", "Higienę", "Znajomość francuskiego" i zamykającą tomik "Ciszę", w której pojawia się wreszcie tytułowy, cytrynowy stolik.
.
Mimo tego, że Barnes pisze o śmierci... Albo inaczej: mimo tego, że wszystko i wszyscy w opowiadaniach Barnesa zmierzają ku końcowi, ton jego narracji jest klarowny, spokojny, by nie powiedzieć, pogodny. Łza się w oku czytelnika kręci, duszą jego szarpią emocje, ale to tylko życie, zdaje się mówić autor, początek, droga, no i koniec drogi.
.
Być może palnę zaraz głupstwo i doszczętnie się skompromituję, ale opowiadania Barnesa przywodzą mi na myśl dwoje innych artystów. A właściwie artystę i artystkę. Pierwszym z nich jest Dickens z jego niepowtarzalnym (czyżby?) wyczuciem komicznego realizmu, a drugą (sic!) Szymborska, która zdolna jest otwierać egzystencjalne przepaście po zajrzeniu do pudełka zapałek. Barnes zachowuje się podobnie.
.
Na koniec dwie sprawy. Pierwsza: jeśli czytała/eś coś Barnesa, napisz mi, proszę, za co powinienem zabrać się w następnej kolejności. Narobiłem sobie apetytu.
I druga: niżej wstawiam zdania, które w trakcie lektury podkreśliłem. Przyjemnej lektury.
.
"Jak zwykle: nigdy nie są znane aktualnie obowiązujące zasady, czy wszystkich torturują w ten sam sposób, czy tylko jego".
.
"Przynajmniej jedno uczucie staje się we mnie z upływem czasu coraz silniejsze - tęsknota, by zobaczyć żurawie".
.
"Sam jestem neurotyczny i często nieszczęśliwy, ale jest to konsekwencja bycia artystą, a nie przyczyna".
.
"Ja nie wybieram ciszy. To ona wybiera mnie".
.
"Głowa do góry! Śmierć jest tuż-tuż".
"Głowa do góry! Śmierć jest tuż-tuż".
.
"Cytrynowy stolik" (zbiór jedenastu opowiadań) Juliana Barnesa towarzyszył mi przez ostatni tydzień. Doprawdy, trudno mi wyobrazić sobie dzisiaj lepszego kompana tej jesieni.
.
Zwykle nie czytam w taki sposób, w jaki Barnesa czytałem - w tramwaju, na okienkach w pracy, czy w wieczornej kolejce do lidlowej kasy. Zwykle czytam inaczej -...
2023-11-04
2023-04-04
Rozmowa na temat "Haltu" w programie Weroniki Wawrzkowicz "Rozmawiam, bo lubię".
Rozmowa na temat "Haltu" w programie Weroniki Wawrzkowicz "Rozmawiam, bo lubię".
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Rozmowa o "Annie i Panu B." w programie Weroniki Wawrzkowicz "Rozmawiam, bo lubię".
Rozmowa o "Annie i Panu B." w programie Weroniki Wawrzkowicz "Rozmawiam, bo lubię".
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Książkę "Fakty muszą zatańczyć" kupiłem podczas Targów Książki w Warszawie w maju minionego roku. Nie zapomnę tego dnia z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że sam jako autor po raz pierwszy wziąłem udział w Targach Książki. Po drugie dlatego, że "Fakty" nabyłem z rąk własnych i z dedykacją od Mariusza Szczygła, którego poznałem wówczas osobiście, choć wcześniej - wirtualnie - przedstawił nas sobie Instagram. "Fakty muszą zatańczyć" czytałem powoli i, jak mam w zwyczaju, obficie podkreślałem zdania, które pragnąłbym, by nie tylko we mnie zostały.
.
Książka składa się z ośmiu rozdziałów, a tym, co je łączy, jest słowo "reportaż". To on jest głównym bohaterem tekstu. Rozbiera się go tu przed nami i prezentuje jego wdzięki. O tym, czym jest i jak go "zrobić", mówi do czytelnika reporter i pisarz, praktyk "reportażu". Wspierając się osobistym doświadczeniem twórczym, lekturami i głosami innych pisarzy non-fiction, zadaje sobie, im i reportażowi pytania natury teoretycznoliterackiej, etycznej i socjologicznej. Nie jest to jednak akademicki podręcznik z historii tego gatunku, ani - choć bardziej - "know-how" użyteczny dla początkującego reportera. "Fakty" to słowo od pasjonata i mistrza gatunku, który uważnie eksploruje jego granice i testuje wytrzymałość na zmieniającą się rzeczywistość.
.
Z lektury najnowszej książki Mariusza Szczygła biorę dla siebie wiele. Ciepłą autoironię w opisie początków reporterskich zmagań Autora, kapitalną rozprawę nt. roli szczegółu, ożywczy głos w dyskursie o prawdzie i fikcji, ekscytującą wycieczkę po stylu "Gonzo", przepis "krok po kroku" na smaczny reportaż i wreszcie tzw. przeze mnie "zdania-dywany", które mam ochotę rozwijać w nieskończoność: "Forma to spoiwo, które chroni nas przed rozpadem"; "Reportaż jako forma fikcji" i szczególnie mi bliskie: "Literatura powstaje po to, by ukoić samotność".
Książkę "Fakty muszą zatańczyć" kupiłem podczas Targów Książki w Warszawie w maju minionego roku. Nie zapomnę tego dnia z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że sam jako autor po raz pierwszy wziąłem udział w Targach Książki. Po drugie dlatego, że "Fakty" nabyłem z rąk własnych i z dedykacją od Mariusza Szczygła, którego poznałem wówczas osobiście, choć wcześniej -...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2021-06-04
2021-04-15
15 kwietnia. Dokładnie rok po premierze książki "Bezmatek" (Wydawnictwo Czarne), rok po premierze "Haltu".
.
Dzisiaj, w samo południe, podczas przemiłej instapogawędki z P. Mira Marcinów dokonaliśmy niezwykłego odkrycia. Oboje zadebiutowaliśmy (literacko) dokładnie rok temu. Niesamowity zbieg okoliczności zmotywował mnie, by właśnie dzisiaj, do życzeń urodzinowych dla debiutu Pani Miry dołączyć post z wrażeniami po lekturze jej książki.
.
Nie byłem, nie jestem, nie będę córką. Prawdopodobnie nigdy nie będę miał córki.
Z tego punktu widzenia "Bezmatek" jest dla mnie niedostępny, a "córestwo" stanem niedoświadczalnym. Literatura ekskluzywna.
Nie będę więc pisał o córczynym bólu po stracie matki, którym rozszarpany jest zapis P. Marcinów. A jednak chcę o tej książce mówić, bo porusza mnie ona do głębi.
.
Czytając, widzę niedzielę. 9 rano. W tv disco relax, rozcapierzone palce stóp młodszej siostry, a ja obok małej Miry kręcę swój nieudolny piruet - tak się będę dorosły zataczał. Czytając, pierwszy raz odczuwam przynależność do pokolenia. Jestem w grupie o dwu tożsamościach (X, 76-85).
.
"Bezmatek" to dla mnie - obok tematu na wyłączność - książka o pisaniu. Bliska mi teoria i praktyka wyznawania. Cytuję: "Wyznanie - decydująca stawka w terapeutycznym działaniu. Wyznanie przestało być aktem prawdy, to raczej narcystyczny spektakl." I "Matkobójczyni, która wykrzykuje śmierć matki jako tworzywo usensownienia dni."
.
Pisanie pełne obaw, mówienie o sobie-matce utraconej i wyznanie straty nie-do-odzyskania. Próba unieśmiertelnienia (mój banał), forsujący nerwy wykład o supermasywnej pustce, epitafium dla literatury funeralnej.
.
Nie chce się za takie pisanie słyszeć pochwał, nie chce się po napisaniu czytać tego od nowa. Ale polecam Ci, Miro - sadystycznie - nową powieść Marcinów pt "Bezmatek".
Mówię Ci, Dziewczyno, ARCYDZIEŁO.
.
PS. Tak, jest to obraz pełny! Tam, gdzie nie ma liter, jest płacz. Nie słyszycie??? (a propos prześwitów)
15 kwietnia. Dokładnie rok po premierze książki "Bezmatek" (Wydawnictwo Czarne), rok po premierze "Haltu".
.
Dzisiaj, w samo południe, podczas przemiłej instapogawędki z P. Mira Marcinów dokonaliśmy niezwykłego odkrycia. Oboje zadebiutowaliśmy (literacko) dokładnie rok temu. Niesamowity zbieg okoliczności zmotywował mnie, by właśnie dzisiaj, do życzeń urodzinowych dla...
2020-08-12
Kapitalny podręcznik. Pełne, o ile to możliwe, kompendium wiedzy na temat substancji psychodelicznych i informacji o badaniach, które przeprowadzono z ich udziałem w latach 60 XX wieku w Stanach Zjednoczonych.
Świetny i naprawdę rzeczowy opis tego jak wybrać się w psychodeliczną podróż. Dałbym dychę, ale książka zawiera liczne powtórzenia. Autor sili się na dowodzenie i potwierdzanie swoich tez, których słuszność wydaje się nawet obiektywnemu czytelnikowi dowiedziona. Aż tylu przykładów nie potrzeba mnożyć. Łatwo jednak zrozumieć, że na taką postawę narracyjną wpływ miał stosunek rządów USA na badaczy zajmujących się działaniem psychodelików i możliwością ich wykorzystania w życiu społecznym.
Na szczęście świat się zmienia. Kilkadziesiąt lat temu baliśmy się akupunktury i wierzyliśmy że od tatuażu na pewno nabawimy się raka skóry. Cóż, psychodeliki nie sprawią, że oszalejesz, nie sprawią, że przestanie Ci się chcieć żyć, skoro świat to tylko "zarzutka", wizja i jedna z opcji. Nieprawda - dopiero teraz zobaczysz go naprawdę. Dopiero teraz zechce Ci się żyć.
Kapitalny podręcznik. Pełne, o ile to możliwe, kompendium wiedzy na temat substancji psychodelicznych i informacji o badaniach, które przeprowadzono z ich udziałem w latach 60 XX wieku w Stanach Zjednoczonych.
Świetny i naprawdę rzeczowy opis tego jak wybrać się w psychodeliczną podróż. Dałbym dychę, ale książka zawiera liczne powtórzenia. Autor sili się na dowodzenie i...
2020-08-05
Ciekawa, widać, że autor zmagał się z formą, naukowiec próbujący pisać powieść, hmm. To zwykle wychodzi sztucznie i tutaj też tak jest. Ale kilka ciekawych spostrzeżeń. Przeze mnie czytana niejako z obowiązku, ale w sumie przyjemnego. Jeśli ktoś lubi i praktykuje spacery psychodeliczne, polecam. Znajdzie umocnienie swych wrażeń we wierzeniach meksykańskich Indian. No dobre, dobre. Polecam.
Ciekawa, widać, że autor zmagał się z formą, naukowiec próbujący pisać powieść, hmm. To zwykle wychodzi sztucznie i tutaj też tak jest. Ale kilka ciekawych spostrzeżeń. Przeze mnie czytana niejako z obowiązku, ale w sumie przyjemnego. Jeśli ktoś lubi i praktykuje spacery psychodeliczne, polecam. Znajdzie umocnienie swych wrażeń we wierzeniach meksykańskich Indian. No dobre,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Świetna monografia. Szczególnie cenne dla mnie i prywatnie bliskie rozdziały o wypożyczalniach video :)
Świetna monografia. Szczególnie cenne dla mnie i prywatnie bliskie rozdziały o wypożyczalniach video :)
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to