-
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać5 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać7 -
Artykuły
Umrę, jeśli tego nie polubisz - weź udział w konkursie i wygraj wspomnienia influencerki
LubimyCzytać20 -
Artykuły
Dlaczego poziom czytelnictwa w Polsce nie rośnie? Raport Biblioteki Narodowej
Iza Sadowska86
Biblioteczka
2026-01-28
2025-10-27
Nie wiem co powiedziałaby na to autorka, ale gdyby tę powieść zekranizować to na napisach czy topoczątkowych czy końcowych powinno lecieć "Pokolenie" Kombii.
Nie jest to książka, która wejdzie na moją półkę wszechczasów, ale nie znajdzie się też w otchłani zapomnianych lektur. Jest po prostu średnia, przy czym przyjemnie średnia. Nie zawiodła mnie ani nie zaskoczyła. Idealna lektura na jesienne wieczory, bo opowiada o tym o czym najczęściej podczas owych myślimy - kim jesteśmy, dlaczego to wszystko jest jakie jest, dlaczegonie mówili nam, że będzie trudniej i jak i po co być człowiekiem.
Bardzo dobra charakteryzacja babci, która choć na łożu śmierci, pozostaje postacią barwną i wyróżniającą się. Nie ma w niej ani krzty starości, oczywiście na przekór. Magda również walczy z tym czego chciałby od niej świat i cała ta powieść to w zasadzie trwające w każdym pokoleniu zmaganie z samym sobą, światem i narzuconymi normami. Które warto łamać i olewać. Dla siebie i bliskich. Polecam, ale nie jakoś przesadnie.
Nie wiem co powiedziałaby na to autorka, ale gdyby tę powieść zekranizować to na napisach czy topoczątkowych czy końcowych powinno lecieć "Pokolenie" Kombii.
Nie jest to książka, która wejdzie na moją półkę wszechczasów, ale nie znajdzie się też w otchłani zapomnianych lektur. Jest po prostu średnia, przy czym przyjemnie średnia. Nie zawiodła mnie ani nie zaskoczyła....
2025-09-13
Biografie postaci związanych z drugą wojną światową zawsze napawają pewną dumą - z tego, że się do nich dotarło. W historii piśmiennictwa nie było jeszcze i już okresu, który dałby nam tylu wspaniałcyh ludzi, którzy idąc przez życie, grali w filmie. Ron jeffery jest jednym z nich. I choć pewnie, gdyby go zapytać czy było warto, powiedziałby "z pewnością!" to mam nadzieję (on pewnie też by takową miał), że nie będziemy bili rekordów w kategorii "najciekawsze okres w historii ludzkości".
Ron Jeffery z pewnością od Polaków zaadaptował cynizm, pewien rodzaj zdrowego pesymizmu, połączonego z poczuciem moralnego zwycięstwa. Jednocześnie, był po brytyjsku wręcz pragmatyczny i widział nieco więcej niż pozwala na to polskie romantyczne zacięcie. Jest bez dwóch zdań bohaterem, jednym z najbardziej unikalnych, szczęśliwcem urodzonym pod właściwą gwiazdą, która pozwoliła mu przebrnąć przez niewiarygodne trudności, w które sam się pchał.
Owszem, to może być pułapka autobiografii. Myślę jednak, że nie ma powodów, aby w to co Jeffery napisał nie wierzyć. Zwłaszcza, że wiele osób, które miały okazję go poznać, potwierdzają jego niezwykle zaangażowanie w sprawę polskiej niepodległości.
Z wielką radością przeczytałem jedyną relację z zewnątrz polskiego ruchu oporu, z perspektywy kogoś, kto Polakiem nie był, ale stał się nim.
PS. Nie sposób pominać, że fałszywe dokumenty którymi Jeffery posługiwał się na samym początku swojej przygody z konspiracją były wystawione na osobę urodzoną w moim rodzinnym mieście.
Biografie postaci związanych z drugą wojną światową zawsze napawają pewną dumą - z tego, że się do nich dotarło. W historii piśmiennictwa nie było jeszcze i już okresu, który dałby nam tylu wspaniałcyh ludzi, którzy idąc przez życie, grali w filmie. Ron jeffery jest jednym z nich. I choć pewnie, gdyby go zapytać czy było warto, powiedziałby "z pewnością!" to mam...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-09-01
Przeczytałem "Złego", który mnie zupełnie nie porwał, mimo ochów i achów. Po czym zacząłem słyszeć głosy, które mówiły: proza Tyrmanda faktycznie nie jest najlepsza, ale już publicystyka to klasa.
Dlatego też dałem mu drugą szansę. Trzeciej nie będzie. Nie chcę się pastwić nad czymś co z założenia nie miało być książką, dziełem opublikowanym dla szerszej publiki, a raczej od samego początku było sposobem na poradzenie sobie z życiem i otoczeniem.
"Dziennik 1954" jest jednak mocno średni, miejscami rozlany, rozwleczony i nudny. Fakt, trafi się tu wiele ciekawych obserwacji, spostrzeżeń, bon-motów i gier słownych. Ale to za mało, aby przez 500 stron przebrnąć z radością. Dużo jest tu tyrmandowskiego kobieciarstwa, awangardyzmu - czyli tego za co ludzie go kochają. Dla mnie, nudne, jednostajne i momentami nawet odpychające.
Na plus na pewno obserwacje świata, który "się sprzedał", wplecenie w dziennik postaci, które wtedy albo były celebrytami, albo dopiero mieli się nimi stać. Fajnie czytać o Budrewiczu, Kisielewskim czy Herbercie w innej formie niż hołd pośmiertny.
Na trzecią książkę Tyrmanda w mojej czytelniczej podróży przyjdzie poczekać lat kilka.
Przeczytałem "Złego", który mnie zupełnie nie porwał, mimo ochów i achów. Po czym zacząłem słyszeć głosy, które mówiły: proza Tyrmanda faktycznie nie jest najlepsza, ale już publicystyka to klasa.
Dlatego też dałem mu drugą szansę. Trzeciej nie będzie. Nie chcę się pastwić nad czymś co z założenia nie miało być książką, dziełem opublikowanym dla szerszej publiki, a raczej...
2025-07-30
Jest to ze wszech miar przyjemna lektura, skupiona na ciekawostkach, a nie na wykonywaniu roli nudnego wykładu. W zasadzie mamy tu zbiór anegdotek z ostatniego wieku, które współtworzyły dzisiejszą Saską Kępę. Nawet dla przewodnika miejskiego wiele rzeczy było zaskakujących i otwierających oczy na dzielnicę, którą wydawało mi się, że znam całkiem nieźle. Dla miłośników Saskiej Kępy na pewno pozycja obowiązkowa do postawienia na półce, dla miłośników stolicy również.
Jest to ze wszech miar przyjemna lektura, skupiona na ciekawostkach, a nie na wykonywaniu roli nudnego wykładu. W zasadzie mamy tu zbiór anegdotek z ostatniego wieku, które współtworzyły dzisiejszą Saską Kępę. Nawet dla przewodnika miejskiego wiele rzeczy było zaskakujących i otwierających oczy na dzielnicę, którą wydawało mi się, że znam całkiem nieźle. Dla miłośników...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Takie książki udowadniają, że zwrot w stronę "herstorii" to bardzo chwalebna rzecz w opowiadaniu o dawnych dziejach. Nigdy w życiu bym nie przypuszczał, że zacznę współodczuwać z bohaterkami polskiej walki z okupantem, nie kojarząc ich z byciem u boku czy w tle męskiego bohaterstwa.
Dostajemy w "Dziewczynach ze Słowaka" opowieść o wojnie, okupacji i walce konspiracyjnej ze strony, która choć nie jest schowana, to jednak bywa często zinfantylizowana, albo wręcz upupiana.
Tu tego nie ma i nazywanie tej książki <<"Kamieniami na Szaniec" płci pięknej>> nie jest na wyrost. Trochę z powodu pustki w tym temacie, trochę dlatego, że ile pokoleń Polek może chcieć być jak "Alek", "Rudy" i "Zośka", gdy mogą chcieć być jak "Malwa", "Astra" czy "Mewa"?
Owszem, cała warstwa literacka może jest jak dla mnie zbyt miękka, może nawet ugłaskana. Biorę jednak poprawkę na to, że przyzwyczajony do literatury o mężczyznach pisanej przez mężczyzn, mogę odczuwać ten lekki dyskomfort tylko ze względu na to, że odkryłem nowy "gatunek", którego nowość wynika raczej z mojej ignoracji.
Takie książki udowadniają, że zwrot w stronę "herstorii" to bardzo chwalebna rzecz w opowiadaniu o dawnych dziejach. Nigdy w życiu bym nie przypuszczał, że zacznę współodczuwać z bohaterkami polskiej walki z okupantem, nie kojarząc ich z byciem u boku czy w tle męskiego bohaterstwa.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDostajemy w "Dziewczynach ze Słowaka" opowieść o wojnie, okupacji i walce konspiracyjnej ze...