-
Artykuły
Czytamy w weekend. 27 marca 2026
LubimyCzytać381 -
Artykuły
Przeczytaj fragment książki „Zbrodnia w rezydencji“
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Tylko że życie nie zna słowa „kiedyś”. Życie zna tylko „teraz” - Gabriela Gargaś radzi
LubimyCzytać3 -
Artykuły
Jak czytać Harry’ego Hole? Kolejność książek Jo Nesbø i dlaczego warto zacząć dziś
Iza Sadowska11
Biblioteczka
Losy Ziemi zależą od decyzji jednego człowieka? No tak, znamy to - zarówno z fantastyki jak i literatury reportażowej. Niestety. Ale tym razem jest jednak nieco inaczej. Po pierwsze - los nie tyle Ziemi, co czterech, równoległych światów, a po drugie – wszystko pozostaje w rękach nie wybrańca, a zwykłego (spojler – nie do końca!) psychiatry. Ale po kolei…
Książka Jarosława Karbowskiego ma formę dziennika, a dokładnie pewnego raportu spisanego przez doktora Marcusa Kina. Do szpitala, w którym pracuje, trafia pewnego dnia Samantha. Kobieta twierdzi, że pochodzi z innego świata i potrzebuje pomocy doktora aby uratować nie tylko jej, jego, ale i cały wieloświat. Czas jest ograniczony, bo za trzy dni otworzy się jedyne najbliższe przejście, którym kobieta będzie mogła powrócić do swojej „ojczyzny”.
Na całą opowieść składa się spora dawka psychologii, wymieszanej z subtelną acz zauważalną dozą fizyki – patrz, teoria strun - oraz socjologii. Wszystko to jednak w formie szczególnie przystępnej i nakierowanej na styl popularnonaukowy. Światy opisywane przez Samanthę definiowane są przez chaos, naukę, pacyfizm oraz mieszankę trzech powyższych. Nasza Ziemia jest tym ostatnim, a całość można właściwie interpretować jako metaforę naszej własnej próby stabilizacji rzeczywistości, jaką jesteśmy otoczeni.
Do pewnego momentu szczerze obawiałem się, czy opowieść Karbowskiego nie stanie się kalką z
„K-pax`a”, jednego z lepszych filmów SF początku lat 2000-cznych. Tak się jednak nie stało, choć nie zdziwiłbym się gdyby Autor został zainspirowany amerykańską opowieścią o kosmicznym pacjencie oddziału psychiatrycznego. A skoro o odwołaniach już mowa, na plus tej historii działa również kilka odniesień do obecnego etapu rozwoju naszej cywilizacji jak i bieżących wydarzeń politycznych. I tak, to był ten moment, kiedy wróciłem się do strony redakcyjnej i zorientowałem, że jest to tytuł wydany w obecnym, 2026 roku!
Co również mnie osobiście miło zaskoczyło w „Genie trzech” to styl narracji. Opisów jest tu ledwie garstka, choć nie można powiedzieć, że w ogóle ich nie ma. Opowieść zbudowana jest przede wszystkim na dialogach, co pozwoliło na uzyskanie dwóch efektów – przyjemnej immersji oraz prędkości pochłonięcia książki. W moim przypadku było to ledwie jedno popołudnie. Dialogi jednak same się nie prowadzą i, choć są dla mnie czymś zdecydowanie pożądanym w samej książce, wymagają właściwych postaci, które za nie odpowiadają. W tym przypadku również jest dobrze – Samantha jest ciekawa i, choć momentami nieco sztampowa, zdecydowanie funkcjonuje w opowieści jako pełnoprawna przedstawicielka wyżej rozwiniętej społeczności. Co więcej – bo geniusz szczególnie trudno jest właściwie oddać – Jarosław Karbowski zabezpieczył się na ewentualne potknięcia, wskazując, że to nasz świat, w którym przebywa kobieta, nieustannie oddziałuje na jej umysł, przybliżając ją do nas samych, jako istot znacznie prymitywniejszych. Zgrabny zabieg i właściwie trudno dopatrzeć się w nim dziur.
Nie można więc nazwać opowieści Samanthy – szczególnie barwnych i ciekawych – płytkimi, w rozumieniu samego przekazu. Dziewczyna zmienia się na przestrzeni fabuły, początkowo będąc zagubionym i podatnym na bodźce „dzieckiem”, dopiero pod koniec wraca do pełni swych sił. Jednak wtedy również na jej osobowość znaczny wpływ miała już nasza rzeczywistość, warto więc zadać sobie pytanie, czy kiedykolwiek tak naprawdę ją poznaliśmy?
Największy plot twist czeka nas jednak na samym końcu gdyż – nomen omen - to nie jest koniec, a historia wydaje się dopiero rozkręcać. Mam nadzieję, że Autor faktycznie pójdzie za tym ciosem i „Gen trzech” doczeka się zasłużonej kontynuacji.
https://www.instagram.com/velocireader_/
Recenzja dla portalu sztuketer.pl
https://sztukater.pl/ksiazki/gen-trzech.html
Losy Ziemi zależą od decyzji jednego człowieka? No tak, znamy to - zarówno z fantastyki jak i literatury reportażowej. Niestety. Ale tym razem jest jednak nieco inaczej. Po pierwsze - los nie tyle Ziemi, co czterech, równoległych światów, a po drugie – wszystko pozostaje w rękach nie wybrańca, a zwykłego (spojler – nie do końca!) psychiatry. Ale po kolei…
Książka Jarosława...
Kiedy Wen Olcha poznaje potęgę magii jest zaledwie dzieckiem. I właściwie pozostanie nim, kiedy weźmie udział w wojnie, odtrąci część swojej rodziny a resztę zdradzi. To dziecko, wyniesione na piedestał jako Ręka Cesarza - jeden z nielicznych, którym pozwolono korzystać z zakazanej magii. On jednak nie stoi po stronie Cesarstwa, nie pragnie również przyłączyć się do buntowników, jak jego babcia i obalić rządy najeźdźców. Olcha chce potęgi. “Dłoń Króla Słońca” to fantastyczna opowieść, która mogła potoczyć się na dwa sposoby - Olcha jednak wybrał trzecią drogę.
Szczerze zaskoczyłem się jak bardzo jest to samoświadoma książka. W fantastyce klasycznym jest motyw najeźdźców oraz ludu jaki się im opiera. Raz jedni są tymi dobrymi, raz drudzy. W świecie Greathousea schemat ten zostaje wielokrotnie złamany. Wen Olcha, już jako młody chłopiec zdał sobie sprawę jaką potęgę potrafi zagwarantować magia. I nie ma to nic wspólnego z władzą - chodzi o zrozumienie samej struktury świata, jego podwalin oraz pierwotnej materii, która go kształtuje. Dziecko zobaczyło co kryje się za zasłoną i postanowiło poświęcić resztę życia by na stałe móc ją przekroczyć.
Świat podbijany przez Sienen - wielkie cesarstwo pełne bogatej kultury, zrównoważonej hierarchii i surowej dyscypliny - wypełniony jest magią oraz śladami bóstw, jakie niegdyś nim rządziły. Sam wielki Cesarz to zarówno człowiek jak i bóg o prawie nieograniczonej sile. To twarz zdobywcy absolutnego, który wysyła swe Dłonie, wyniesionych ludzi o magicznych zdolnościach, by podbijali kolejne tereny i wcielali ich magię w kanon ustanowiony przez swego władcę. Bycie Dłonią to ostatecznie w tym samym stopniu błogosławieństwo, co napiętnowanie.
Kiedy Wen Olcha zdaje egzamin i staje się nową Dłonią, posiada już inne imię - Głupi Kundel. To wyraz jego Najeńskiego pochodzenia, wpleciony w los chłopca przez buntowniczą wiedźmę walczącą z Cesarstwem - babcię Olchy. Chłopak ostatecznie zdradził ją przyjmując tytuł Dłoni, stając się kolejnym narzędziem w rękach boskiego Cesarza. To jednak jedynie droga do celu jaki wybrał Olcha. Cesarstwo nic dla niego nie znaczy, a walka u boku babci, czy wuja - przywódcy Njeńskiego ruchu oporu to zmarnowanie potencjału jaki w sobie odkrył.
Olcha, Dłoń Cesarza i czarnoksiężnik Głupi Kundel to kłamca. I tylko dzięki kłamstwom i lawirowaniu pomiędzy dwiema wściekłymi nacjami udaje mu się przeżyć, zaciekle brnąc ku swojej własnej, trzeciej drodze. Wraz z nim podąża śmierć i cierpienie - zarówno bliskich jak i wrogów, ale magia zawsze ma swoją cenę. Gdzieś w tym wszystkim pojawiają się starzy bogowie - wiedzą, że Olcha to potencjał i ich szansa na ponowne rozpatrzenie pradawnych starć.
To zdecydowanie jeden z najlepszych cykli - a właściwie pierwszych tomów cykli - fantastycznych, jakie przeczytałem. Polityka, psychologia wojny, konspiracja oraz uczucia precyzyjnie wymierzone w osiągnięcie celu jakim jest magia sama w sobie. Magia niepowstrzymana, nie ta oferowana przez kanon Cesarza. Wen Olcha to “wybraniec”, którego naturalną i pełnoprawną częścią są błędy, egoizm, zachłanność, oddanie i zapał. Wszystkie jednak są ważne i Greathouse doskonale pokazał to zarówno poprzez młodzieńcze lata Olchy, podczas których powstawały zalążki jego prawdziwych intencji, jak i przez kolejne lata życia, w których chłopak, nawet jako wyniesiona Dłoń, wciąż musiał ukrywać swoje prawdziwe imię i oblicze. Absolutnie fascynujący świat, postacie i mechanizmy napędzające historię! Dla mnie, osobiście, jest to dokładnie ta fantastyka, bez której nie wyobrażam sobie współczesnej literatury.
https://www.instagram.com/velocireader_/
Kiedy Wen Olcha poznaje potęgę magii jest zaledwie dzieckiem. I właściwie pozostanie nim, kiedy weźmie udział w wojnie, odtrąci część swojej rodziny a resztę zdradzi. To dziecko, wyniesione na piedestał jako Ręka Cesarza - jeden z nielicznych, którym pozwolono korzystać z zakazanej magii. On jednak nie stoi po stronie Cesarstwa, nie pragnie również przyłączyć się do...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Niesamowita. Nie wyobrażam sobie drugiej takiej książki - a być może i serii bo kolejne tomy jeszcze przede mną - jak pierwszy tom cyklu “Southern Reach”. Biologia w najczystszej postaci, dodatkowo spleciona z czymś na kształt poezji i zmutowanej filozofii. Z wykształcenia jak i zawodowo od lat związany jestem z biologią. Nie potrafiłem zatem nie podejść do tego tytułu z pewną dozą prywatnych doświadczeń i empatii. Miód na serce oraz umysł, jaki wylał się już z pierwszych rozdziałów, okazał się zaledwie preludium do wszystkiego, co jeszcze na mnie czekało.
Historię poznajemy - a jakże! - z perspektywy biolożki. Imiona nie mają znaczenia, kiedy grupa badaczy zapuszcza się w tajemniczą Strefę X. Jednostka ogranicza się do swojej funkcji, zdolności poznawczych oraz odporności na wpływ Strefy. A ta nieustannie napiera na umysły i ciała. Celem dwunastej wyprawy jest uzyskanie jak najwięcej informacji o przebiegu poprzednich jedenastu oraz o samym obszarze - miejscu, które stale rozrasta się, zagarniając kolejne połacie dzikości i przemianowuje je pod swoje normy.
To historia dla samej historii, nie spodziewajcie się łatwych pytań i prostych odpowiedzi. Część z nich może się pojawić, oczywiście. Następnie jednak przemienią się i znikną pozostawiając po sobie próżnię, którą wypełnią nowe wątpliwości. I jest to piękny taniec absurdu z logiką. Można wręcz przypuszczać, że to rodzaj odzwierciedlenia samej natury w jej najczystszej i najprymitywniejszej formie.
Śledzimy więc losy wyprawy, która powoli się rozpada. Szaleństwo, niepewność, ciągłe przemiany i domniemania o halucynacjach przeplatają się ze szczątkowymi, acz szczególnie interesującymi, faktami o prawdziwym charakterze Strefy X. VanderMeer doskonale oddał naturę życia, ubierając ją w historię badaczy, którzy robią dokładnie to, do czego zostali stworzeni - badają, rozumiejąc, że tak naprawdę pojmują bardzo niewiele.
Ciężko mi całkowicie spierać się z gatunkowym przypisaniem “Anihilacji” łatki horroru - strach jest tu wszechobecny i jak najbardziej zasadny. Jestem pewien, że wiele co koszmarniejszych scen czy opisów pozostanie w czytelniku na długo. Nie sposób oprzeć się jednak wrażeniu, że jest w tej książce pewna poetyckość, a styl narracji czy zakres językowy mogą sugerować, że tytuł ten nosi również znamiona literatury pięknej. Szczególnie możliwe jest to do zauważenia przy interpretacji, zakładającej że halucynacje odgrywają tu pierwsze skrzypce, a każda ze stron książki wypełniona jest wyłącznie jej zniekształconą formą. I tak, to książka, która aż prosi się o ogrom analiz czy literackich wiwisekcji, a każda jedna może przynieść wnioski tak odmienne jak prawdziwe.
Rozpoczęcie cyklu “Southern Reach” zachwyciło mnie w znacznie większym stopniu niż się tego spodziewałem A przeczuwałem, że będzie dobrze. Wybegając naprzód - szczerze wierzę, że jeszcze dużo dobrego przede mną. Istnieje wprawdzie film, całkiem niezły zresztą lecz wyłącznie jako twór oddzielny - nijak się jednak ma względem literackiego pierwowzoru. Zostańmy więc przy samej naturze książki - niech Was zaskoczy.
https://www.instagram.com/velocireader_/
Niesamowita. Nie wyobrażam sobie drugiej takiej książki - a być może i serii bo kolejne tomy jeszcze przede mną - jak pierwszy tom cyklu “Southern Reach”. Biologia w najczystszej postaci, dodatkowo spleciona z czymś na kształt poezji i zmutowanej filozofii. Z wykształcenia jak i zawodowo od lat związany jestem z biologią. Nie potrafiłem zatem nie podejść do tego tytułu z...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
“Coralina” - mroczna baśń, jakiej nie powstydziłby się Tim Burton. Opowieść o dziewczynce, którą znudzenie szarą codziennością doprowadza wprost na talerz wygłodniałej istoty, istniejącej gdzieś na skraju magii i koszmaru. Hipotetyczna paralela starej jak świat bajki o Jasiu i Małgosi, zwabionych do domku wiedźmy obietnicą niekończących się przyjemności. W teorii przynajmniej.
Koralina jednak zdecydowanie odstaje od wspomnianego rodzeństwa. Jej krytyczne myślenie szybko rozrywa zasłonę ułudy, skwapliwie tkaną przez Drugą Matkę. Istota ta - do samego końca nie wiemy jakiej taksonomii podlega - postanawia jednak zabawić się cwaną dziewczynką. O tym jak zakończy się to starcie i dlaczego zawsze dobrze jest mieć kota pod ręką, przekonajcie się już sami.
Gaiman zbudował w raptem kilku słowach (blisko sto stron to wręcz barbarzyństwo przy tak dobrej opowieści) spory kawałek świata, który z zapałem eksplorujemy wraz z Koraliną. Dziwność przeplata się z bajkowością, chwilami wręcz można odnieść wrażenie, że trzyma się w rękach współczesną wersję jednej z historii braci Grimm. I, choć samo uniwersum “guzikowych oczu” w rzeczywistości jest dość niewielkie i spowite gęstą mgłą, stanowi doskonały przykład jakości górującej nad ilością. “Koralina” to jednocześnie jest i nie jest historia na jeden wieczór - tak, ponieważ zostanie zapewne szybko przeczytana, nie natomiast, gdyż niczym lepka pajęczyna, tkana przez Drugą Matkę, przykleja się i ciągnie za nami jeszcze przez długi czas. I nie uwierzę, że ktokolwiek po przeczytaniu tej opowieści, spojrzy na guziki w ten sam sposób.
https://www.instagram.com/velocireader_/
“Coralina” - mroczna baśń, jakiej nie powstydziłby się Tim Burton. Opowieść o dziewczynce, którą znudzenie szarą codziennością doprowadza wprost na talerz wygłodniałej istoty, istniejącej gdzieś na skraju magii i koszmaru. Hipotetyczna paralela starej jak świat bajki o Jasiu i Małgosi, zwabionych do domku wiedźmy obietnicą niekończących się przyjemności. W teorii...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02-15
Zaskoczyłem się. Tak, w maksymalnym skrócie mogę nazwać moje spotkanie z “Jemiolcem”. Miks gatunkowy, jaki zaserwował nam Kajetan Szokalski to pozycja dedykowana, wszystkim tym, dla których klasyczne ramy gatunkowe są jedynie umowną granicą, wartą przekraczania. Lekka groza, subtelnie dozowane tajemnice i wątki, których wspólne miano orbituje gdzieś pomiędzy życiem zwykłych ludzi, ekologią i rozwojem technologicznym a doskonale znanymi zależnościami polityków.
Co szczególnie urzekło mnie w tej książce - a przynajmniej po pierwsze, bo będzie tego więcej - to wybór głównego bohatera. A dokładniej mówiąc jego pozycja w wykreowanym świecie à la cyberpunkowa Polska. To nie wyszkolony szpieg, haker czy inny wybraniec. Ba! Nawet w samej książce jest postać, która niejako mogłaby zostać uznana za taką personę, jednak, choć ostatecznie odegra kluczową rolę w fabule, pozostaje jedynie (nie mniej jednak właściwie) postacią drugoplanową. Oto więc Julian Wajgel, malarz karoserii w zakładzie OZPPS, który w jednym momencie stracił pracę, stanął przed wizją śmierci swojej matki oraz odebrał zaproszenie do zupełnie nowego świata.
Owe uniwersum, wykreowane przez Kajetana, to, jak już wspomniałem, miks gatunkowy. Mamy tu klasycznie polskie motywy i codzienność, wzbogacone jednak o dodatkowe smaczki jak chociażby tajemnicza choroba zmieniająca ludzi w roślino-podobne istoty, czy premiera, który jest ekwiwalentem naszej Polskiej wersji Elona Muska, władającego niesamowitym zapleczem technologicznym i rządowymi wpływami. Książka niesie więc ze sobą nie tylko treść o naturze psychologiczno-spiskowej fabuły, ale także porusza kwestie ekologii, naszej przyszłości oraz praw jakim nieustannie podlegamy.
Wszystko to, co dzieje się w iście futurystycznym (nomen omen) Blasku Futury to zarówno eksperyment biologiczny jak i społeczny. Ot taka próbka co by było gdyby, doskonale znana już od czasów Orwelloweskiego “1984”. Sam pomysł na tytułowego jemiolca też jest dość osobliwy. Ostatecznie, pod kątem samej fabuły, to wcale nie musiałby być właśnie on, a cokolwiek innego. Mam jednak jemiolca - symbol pasożytnictwa, żerowania na naturze. Visicum L. - klasyczna jemioła to nie tylko argument do pocałunków w okresie świąt, ale powszechnie występujący półpasożyt drzew, który wysysa z nich wodę i sole mineralne. Fakt, że w książce Kajetana ludzie mimowolnie zamieniają się w takie jemiołowate hybrydy nie stanowi przypadku. To parodia nas samych, wysysających planetę ze wszystkiego co na niej znajdziemy.
To teraz (względem recenzji i promowania książek) kwestia najważniejsza - komu polecam “Jemiolca”? Na pewno wszystkim tym, którzy lubują się w obserwacji eksperymentów z pogranicza biologii, medycyny i socjologii. Wszystkim, którzy cenią sobie nieoczywiste miksy gatunkowe - osobiście uważam, że jest ich zdecydowanie za mało. A także każdemu z Was, kto lubi wziąć do ręki dobrą i nieoczywistą książkę. Bo koniec końców tym właśnie jest opowieść Kajetana - kawałkiem dobrej historii, osadzonej w niełatwych do uchwycenia realiach naszego kraju - tego, który był i jest wspominany przez niektórych, być może nawet z sentymentem, oraz tego, który może kiedyś przyjść, zakiełkować i wyrosnąć gdy grunt okaże się sprzyjający.
https://www.instagram.com/velocireader_/
Zaskoczyłem się. Tak, w maksymalnym skrócie mogę nazwać moje spotkanie z “Jemiolcem”. Miks gatunkowy, jaki zaserwował nam Kajetan Szokalski to pozycja dedykowana, wszystkim tym, dla których klasyczne ramy gatunkowe są jedynie umowną granicą, wartą przekraczania. Lekka groza, subtelnie dozowane tajemnice i wątki, których wspólne miano orbituje gdzieś pomiędzy życiem zwykłych...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02-09
Ah, Masterton… Różnie z nim bywa. Są perełki i są też takie demony zimna. Tytuł, który zdecydowanie nie zapadnie na długo w pamięć. Dlaczego? Powodów jest kilka, jednak na czoło wysuwa się spora doza absurdalności, która w tym samym stopniu wypełnia całą historię, co utrzymuje ją w jako takiej spójności. Groteska w horrorach jest nie raz mile widziana, jednak musi zachować pewien umiar i być świadoma własnej roli. W tym przypadku nie ma żadnego z powyższych.
A więc mamy nauczyciela, opiekuna klasy specjalnej, złożonej z trudnej młodzieży. Do uczniów dołącza kolega ze znacznie zimniejszych rejonów - uwaga, od tego momentu lecę samymi spoilerami - a wraz z nim szkołę nawiedza demon, któremu ojciec chłopaka sprzedał duszę swego pierworodnego. Nasz nauczyciel do zadań specjalnych (widzący duchy) stara się pomóc chłopakowi i jego ojcu przezwyciężyć zawarty przed laty pakt z tajemniczym bytem, który - jeśli kierować się opisem bohaterów - jest w tym świecie praktycznie Lucyferem. Też zdradził stwórcę wszechrzeczy i poniósł za to karę, a ludzie mogą zawierać z nim pakty w zamian za duszę bliskich.
Całość może i byłaby nieco łatwiejsza do przełknięcia gdyby nie nagły przeskok fabularny w ostatnim akcie. Nasz psorek i jego uczeń wraz z ojcem wyruszają ot tak na drugi koniec świata by odnaleźć prawie na pewno nieistniejący dom pośrodku białej otchłani. A i zabierają ze sobą kota bo chyba jest magiczny (przeżył zamrożenie w kibelku).
Ostatecznie ktoś ginie, demon zostaje pokonany w - a jakże! - absurdalny sposób, a nauczyciel odchodzi w stronę zachodzącego słońca by pomagać innym. Na pierwszy ciut brutalniejszy horror w życiu mogę polecić, ale jak przeczytaliście więcej niż 3 książki z tej półki to raczej będzie Wam powiewało nudą przez większość stron. Szkoda, tym bardziej, że potencjał był naprawdę dobry. Zimno i chłód jako manifestacja nadprzyrodzonej siły to nic nowego (od Lovecraftowskiego “Zimna” począwszy) i działa bardzo dobrze, jako motyw jednak musi być właściwie poprowadzone. Na plus można wskazać kilka pojedynczych scen, jak akcja w basenie czy amputacja przy schodach. Tu na moment historia nabrała tempa i przyjemnie trzymała w napięciu. No i klasyczne dla Mastertona zaczepienia w historyczne - od Titanica po słynne wyprawy, to zawsze dobrze na mnie działa. Polecam jako niezobowiązującą lekturę na gorące noce i mroźne dni.
https://www.instagram.com/velocireader_/
Ah, Masterton… Różnie z nim bywa. Są perełki i są też takie demony zimna. Tytuł, który zdecydowanie nie zapadnie na długo w pamięć. Dlaczego? Powodów jest kilka, jednak na czoło wysuwa się spora doza absurdalności, która w tym samym stopniu wypełnia całą historię, co utrzymuje ją w jako takiej spójności. Groteska w horrorach jest nie raz mile widziana, jednak musi zachować...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-31
To zdecydowanie jedna z najbardziej “powieściowych” powieści Kinga. Jest tu wszystko - od nagłego twistu, stanowiącego pretekst dla całej fabuły, przez podróż usianą nowymi bohaterami i doświadczeniami, po iście hollywoodzki finał, pozostawiający przyjemne uczucie post-lekturowego odrętwienia. Z chęcią przyjmiemy więcej takich.
Czy komórka jest historią w klimacie post-apo? Moim zdaniem tak, choć rozumiem, że zagorzali fani Mad-Maxa mogą czuć niedosyt. W tym przypadku upadek cywilizacji jest subtelniejszy, choć absolutnie nie można odmówić mu brutalności. To, co jednak King zrobił pozwoliło na wplecenie wątków “nadnaturalności” do, z pozoru, prostego zamysłu. “Komórka” to opowieść nie tyle o klasycznie szalonych ludziach, którzy w wyniku kontaktu z tajemniczym sygnałem popadli w szaleństwo, co o powstaniu być może zupełnie nowego gatunku. To zbiorowa świadomość, kształtowana domniemanym programem, którego źródło pozostaje jedynie w sferze domysłów.
Podróż naszego głównego bohatera, do którego z czasem dołączają inni usiana jest dokładnie tym czego możemy spodziewać się po upadającym świecie. W tym przypadku jednak, apokalipsę reżyseruje Stephen King, więc spodziewajcie się wszystkiego co jest koszmarnie ludzkie, choć z pozoru może wydawać się nierzeczywiste. Jeśli miałbym wskazać jedną z cech, jakie sprawiają, że książki Mistrza uchodzą za tak przerażające, powiedziałbym, że to zasługa wykreowanych postaci. Wydają się tak realni, prawie możemy dotknąć ich żywego mięsa, usłyszeć każdy oddech i poczuć każdą z emocji jaka targa nimi przez strony powieści.
Bo w gruncie rzeczy o tym jest “Komórka”. O ludziach okazujących ludzkie emocje w nieludzkim świecie, zawładniętym przez coś, czego nawet nie potrafimy zrozumieć. A mimo to człowiek idzie dalej, by odnaleźć rodzinę, doskonale rozumiejąc, że ta może już nie należeć do tej rzeczywistości. Jednak idzie dalej.
https://www.instagram.com/velocireader_/
To zdecydowanie jedna z najbardziej “powieściowych” powieści Kinga. Jest tu wszystko - od nagłego twistu, stanowiącego pretekst dla całej fabuły, przez podróż usianą nowymi bohaterami i doświadczeniami, po iście hollywoodzki finał, pozostawiający przyjemne uczucie post-lekturowego odrętwienia. Z chęcią przyjmiemy więcej takich.
Czy komórka jest historią w klimacie...
2026-01-28
King umie też w krótszą formę - i choć zbiory opowiadań są tego wystarczającym dowodem, tak “Rok wilkołaka” dodatkowo podkreśla ten fakt. Prosta historia stanowi tu pretekst do przedstawienia złożonego jak najbardziej pełnego świata. Małe miasteczko, zamknięta społeczność, rosnąca liczba morderstw i bestia - która może skrywać się pod każdą z twarzy mieszkańców.
Jest coś baśniowego w tej opowieści. Może to przeskoki czasowe, może ogólny styl narracji, a może coś jeszcze. “Rok wilkołaka” aż prosi się o rozwinięcie choć, jednocześnie, przyciąga taką właśnie, z pozoru okraszoną formą. Przyjemne, lekkie i wciągające. Idealny King na jedno popołudnie.
https://www.instagram.com/velocireader_/
King umie też w krótszą formę - i choć zbiory opowiadań są tego wystarczającym dowodem, tak “Rok wilkołaka” dodatkowo podkreśla ten fakt. Prosta historia stanowi tu pretekst do przedstawienia złożonego jak najbardziej pełnego świata. Małe miasteczko, zamknięta społeczność, rosnąca liczba morderstw i bestia - która może skrywać się pod każdą z twarzy mieszkańców.
Jest coś...
2026-01-26
Jaki King jest każdy widzi - a jest co oglądać. “Joyland” zdecydowanie zalicza się do kanonu najlepszych powieści Mistrza. Z jednej strony świetnie napisana opowieść o dorastaniu - z drugiej zaś historia z szczególnie subtelnymi elementami grozy i nadprzyrodzonych zdolności. Wszystko jednak zostało wyważone wręcz idealnie.
Teoretycznie fabuła “Joylandu” jeśli prosta jak budowa cepa. Ot chłopak zatrudnia się w lunaparku by podreperować studencki budżet i odkrywa tajemnicę mordercy sprzed lat. To pozór i prawda jednocześnie. Historia Devina jest wręcz przesiąknięta czystym realizmem - to nasza rzeczywistość, czasami piękna, czasami przykra, zawsze jednak bogata we wszystko co możliwe do poznania i przyswojenia. Choć nie raz jest to szczególnie trudna nauka. I tak się to kręci w Joylandzie.
Kingowi po raz kolejny udało się zawrzeć w papierowych stronach ducha i klimat pewnych czasów, miejsc i być może nawet osób. To historia w tym samym stopniu fikcyjna co prawdopodobna - a przynajmniej znaczna jej część. ”Joyland” to odpowiedź na trudy młodzieńczych (choć i również późniejszych lat). Dobry, stary, gawędziarski King u szczytu swych pisarskich możliwości.
https://www.instagram.com/velocireader_/
Jaki King jest każdy widzi - a jest co oglądać. “Joyland” zdecydowanie zalicza się do kanonu najlepszych powieści Mistrza. Z jednej strony świetnie napisana opowieść o dorastaniu - z drugiej zaś historia z szczególnie subtelnymi elementami grozy i nadprzyrodzonych zdolności. Wszystko jednak zostało wyważone wręcz idealnie.
Teoretycznie fabuła “Joylandu” jeśli prosta jak...
2026-01-23
Absolutnie przeciętny zbiorek. “Królestwo Gore” było dla mnie szczególnie pozytywnym zapoznaniem z piórem Łukasza, jednak w tym przypadku jedynie opowiadanie “Jak za dawnych czasów” pozostanie na dłużej w pamięci. Fakt, tu również jest sporo brutalności, typowej dla Jego tekstów, jednak w zdecydowanej większości przypadków wydaje się ona wręcz niepotrzebna. Zagorzali fanatycy gore na pewno nie będą znudzeni, jednak całej reszcie polecam jedynie w ramach literackiej ciekawostki do pochłonięcia w parę chwil.
https://www.instagram.com/velocireader_/
Absolutnie przeciętny zbiorek. “Królestwo Gore” było dla mnie szczególnie pozytywnym zapoznaniem z piórem Łukasza, jednak w tym przypadku jedynie opowiadanie “Jak za dawnych czasów” pozostanie na dłużej w pamięci. Fakt, tu również jest sporo brutalności, typowej dla Jego tekstów, jednak w zdecydowanej większości przypadków wydaje się ona wręcz niepotrzebna. Zagorzali...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-20
Co powstanie ze znudzonej życiem kobiety, maniaka poszukującego rozkoszy w objęciach Cenobitów oraz nieskończonego cierpienia? Sztandarowy klasyk Clive`a Barkera.
Postać Hellrisera funkcjonuje w popkulturze filmów grozy gdzieś pomiędzy Pennywisem, a Freddym Kruegerem - stoi więc twardo na podium tych najbardziej ikonicznych i zasłużonych bohaterów strachów kinematografii. Gdzie jednak leży jego geneza? Czym właściwie jest i dlaczego tak ceni sobie cierpienie? Przynajmniej część odpowiedzi przyjdzie nam znaleźć w “Powrocie z piekła”, książce, która otwiera cykl o Cenobitach - nieprzerwanie starających się zagarnąć kolejne ofiary do swego wymiaru.
Historia Barkera przepełniona jest szczególnie wyrafinowaną brutalnością, choć nie zabrakło w niej także cierpienia psychicznego, które wydaje się napędzać wszystko i wszystkich. Od jednego człowieka, znudzonego życiem, przez żonę jego brata, którą od zawsze pociągał, aż po rozdarcie naszego świata - z jednoznacznym zaproszeniem piekielnych istot ofiarowujących niekończący się ból.
To krótka opowieść, praktycznie nowelka, jednak zawarła w sobie clue istoty Cenobitów oraz ich powiązań z naszym światem. Osobiście spodziewałem się prostej i łatwo przyswajalnej pulpowej grozy. Ostatecznie jednak, oprócz niej samej, spotkałem się z jej głębszą i bardziej wyszukaną formą. Zdrady, zazdrość, rozpacz, pożądanie - wszystko to jest w pewnym stopniu skrajnym ale dobitnym zobrazowaniem naszej rzeczywistości. I nie powinno dziwić, że przyciąga nie tylko nas samych, ale i istoty głęboko napawające się takimi obrazami. A my sami pozostajemy wodą na ich młyny, by maszyny tortur nigdy nie przestawały się kręcić.
https://www.instagram.com/velocireader_/
Co powstanie ze znudzonej życiem kobiety, maniaka poszukującego rozkoszy w objęciach Cenobitów oraz nieskończonego cierpienia? Sztandarowy klasyk Clive`a Barkera.
Postać Hellrisera funkcjonuje w popkulturze filmów grozy gdzieś pomiędzy Pennywisem, a Freddym Kruegerem - stoi więc twardo na podium tych najbardziej ikonicznych i zasłużonych bohaterów strachów kinematografii....
2026-01-15
To Masteron w swej klasycznej postaci - miejscami absurdalny, chwilami przegadany, pełny erotyki przeplecionej z brutalnymi morderstwami. Dla mnie, osobiście, emocjonalna parabola. Zapowiadało się nieźle, pierwszy akt to coś na wzór Kingowego “Lśnienia”. Po prostu facet przyciągany przez wewnętrznego ducha posiadłości, która rozwija w jego umyśle wizję spełnienia i zaspokojenia, jakiej on sam głęboko pragnie. Im dalej w las tym jednak dziwniej. Syn bohatera zostaje wciągnięty w ściany, a tatulek, ze stoickim spokojem rzuca klasyczne “To trzeba usiąść na spokojnie” i postanawia zaczekać z jakąkolwiek akcją do rana.
Najlepsze jest jednak to, że ostatecznie okazuje się to być najlepszą i jedyną możliwą ówcześnie decyzją. Jednak sam bohater absolutnie nie mógł tego przewidzieć. Zwłoka pozwoliła jednak na zaprowadzenie akcji w rejony bardzo często odwiedzane przez Mastertona - druidzi, linie ley i dawne bóstwa to główne osie fantastyczne tej części historii. Na plus zdecydowanie rozmach z jakim fabuła potoczyła się w ostatnim akcie. Szczerze nie spodziewałem się, że wykreowana przez Mastertona zgraja psychopatów rozpierzchnie się po świecie na taką skalę. Rozumiecie, zazwyczaj w tego typu historiach opuszczenie nawiedzonego miejsca to wszystko czego trzeba by rozminąć się ze straszliwym losem - w tym przypadku jednak nikt i nigdzie nie mógł pozostać bezpieczny. No, może jedynie w powietrzu lub na wodzie, choć kto wie, mówimy tu przecież o druidzkich praktykach podróżowania w stałej materii naszego świata.
Ostatecznie książka pozostawiła po sobie przyjemny posmak i pozwoliła na zatarcie początkowych absurdalności rzetelnym i prawdziwie ludzkim finałem. Opowieść ta zdecydowanie nie odkrywa koła na nowo, jednak jest właściwym przystankiem dla wszelkich wielbicieli klasycznych historii o opętanych domostwach.
https://www.instagram.com/velocireader_/
To Masteron w swej klasycznej postaci - miejscami absurdalny, chwilami przegadany, pełny erotyki przeplecionej z brutalnymi morderstwami. Dla mnie, osobiście, emocjonalna parabola. Zapowiadało się nieźle, pierwszy akt to coś na wzór Kingowego “Lśnienia”. Po prostu facet przyciągany przez wewnętrznego ducha posiadłości, która rozwija w jego umyśle wizję spełnienia i...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-06
Czuję się zniszczony. Poważnie. Mógłbym właściwie na tym zakończyć bo jakikolwiek wniosek możecie wyciągnąć z tych trzech słów, zapewne byłby mniej więcej trafny.
Nie będę ukrywał, że mam z tym cyklem pewien… problem? Choć może nie do końca jest to właściwe określenie. Już pierwsza część zrobiła na mnie ogromne wrażenie, a drugi tom… Cóż, tyle dodać, że jeśli pierwszy wykopał dołek w ziemi, to drugi wręczył mi łopatę mówiąc: - Masz i zakop się.
Czytając “Echopraksję” czułem - choć z pewnymi drobnymi różnicami - analogiczną gamę zachwytów i niedowierzań co przy “Ślepowidzeniu”. To ten typ książek, przy którym czujesz się absurdalnie wręcz mały i, przynajmniej w moim przypadku, czerpiesz z tego dziwną przyjemność.
To język, narracja, fabuła i coś pomiędzy wszystkimi tymi ścianami, co szepcze Ci do ucha i przy każdej okazji uświadamia, że ostatecznie rozumiemy bardzo niewiele. Jest to jednak niezaprzeczalnie podstawowy element tej opowieści i znakomicie obrazuje świat w jakim przyszło nam próbować się odnaleźć.
Oczywiście, są jednak pewne różnice względem pierwszej części cyklu - i chwała im za to bo nowe perspektywy zawsze są mile widziane. A skoro o nich mowa - główny bohater nie jest już żyjącym superkomputerem, z głową wypchaną upgradeami, a raczej tym dziwnym kolegą z klasy, który w 2015 roku nadal ma telefon z klawiszami. Dzięki temu jednak otrzymaliśmy punkt zaczepienia w postaci człowieka, któremu (a zatem i nam) inni muszą tłumaczyć co jest co. I tak poznajemy świat.
Na plus również nieco inna perspektywa zobrazowania wampirycznego wątku tej części. Nie mamy też kapitana z długimi kłami a zbiegłą wampirzycę, z armią zombie, która leci w kosmos ze środka pustyni. Piękne. W kwestii ogólniejszego zarysu fabuły odsyłam do opisu okładkowego. Nie zrobi Wam krzywdy zbędną precyzją fabularną, a wierzcie, że w przypadku “Echopraksji” fabuła jest świetna. Choć - jeszcze raz podkreślę - nie do końca ją rozumiem. Tym ciekawiej.
Znalazłoby się jeszcze kilka kwestii, o których mógłbym tu napisać i wydałoby się to zasadne, jednak osobiście uważam, że dobra książka powinna mówić sama za siebie i samą sobą wciągać pomiędzy strony. Zostawiam więc Was z kilkoma moimi ulubionymi fragmentami “umysłu Wattsa”.
Dan, musisz odpuścić sobie temat "jaźni". Tożsamość zmienia się z każdą sekundą, każda kolejna myśl, która przeprogramowuje ci mózg, zmienia cię w kogoś innego. Już jesteś inną osobą niż dziesięć minut temu.
Ale ludzie mają taki paskudny nawyk, zakładają że rozumieją rzeczywistość, bo zrozumieli analogię. Jak uprościsz neurochirurgię tak, żeby przedszkolak uznał że rozumie, to mały gówniarz zaraz po cichu weźmie skalpel i zacznie kroić, kiedy nikt nie będzie patrzył.
- Oni mikrozarządzają tornadami, Li. Jednym mrugnięciem oka i machnięciem ręki zamieniają ludzi w marionetki, mają w kieszeni pół biura patentowego. Są mniej więcej tak bezbronni, jak tyranozaur w przedszkolu. To czemu dawno nie rządzą światem?
- To tak, jakby szympans zapytał, czemu te łyse małpy nie rzucają większymi kupami niż reszta, skoro takie są, kurna, bystre.
https://www.instagram.com/velocireader_/
Czuję się zniszczony. Poważnie. Mógłbym właściwie na tym zakończyć bo jakikolwiek wniosek możecie wyciągnąć z tych trzech słów, zapewne byłby mniej więcej trafny.
Nie będę ukrywał, że mam z tym cyklem pewien… problem? Choć może nie do końca jest to właściwe określenie. Już pierwsza część zrobiła na mnie ogromne wrażenie, a drugi tom… Cóż, tyle dodać, że jeśli pierwszy...
2025-12-15
Ależ to był rollercoaster! Spodziewałem się… sam nie wiem, może jakiegoś końca świata typu “2012” lub “Wojna Światów”? Z narracją Wellsa w sumie częściowo się ta książka pokrywa jednak cała reszta jest kompletnie odmienna. A zatem - angielski, zaściankowy humor, satyra, sarkazm, absurd, komediowa groteska, a ostatecznie tragizm egzystencjalny z domieszką polityczno-socjologicznej filozofii. To tak w skrócie.
“Rękopis Hopkinsa” to zdecydowanie jedna z najlepszych książek jakie przeczytałem w tym roku, jedna z najlepszych jakie wydano w Rebisie i zapewne jedna z najbardziej komediowych jakie kiedykolwiek wpadły mi w ręce.
Za tą “wesołą” otoczką - choć niezwykle grubą i solidną - kryje się jednak znacznie więcej. Coś na kształt podręcznika psychologii i przekroju naszego społeczeństwa (bez większej różnicy czy z czasów obecnych czy przeszłych). Mamy zatem dodatkowy aspekt edukacyjny na dodatek ubrany w szczególnie zgrabny i przystępny format około-obyczajowej historii o upadku świata jaki znamy.
Koniec w tym przypadku nie oznacza jednak przysłowiowej kropki dotykającej zdanie. Koniec zazwyczaj jest jakimś początkiem i tak też ma się sprawa opowieści Hopkinsa. Tak, tu pozwolę sobie na mały spojler (zamieszczony jednocześnie już w pierwszym rozdziale książki) gdyż świat wcale nie zatrzymał się na katastrofie - Sherriff doskonale oddał w tej historii możliwości naszego gatunku do przeobrażenia nawet największej katastrofy w swój własną, usystematyzowaną administracyjną maszynę politycznego dążenia ku zagładzie, obwiązaną w nad wyraz tandetną kokardę z napisem “wolność”.
Sherriff na własnej skórze odczuł czym jest wojna i nie omieszkał zawrzeć w tej opowieści jej cząstki. “Rękopis Hopkinsa” jest zatem według mnie wojną w jej powrotnej pistacji. Bez pistoletów, bombowców i wzniosłych przemówień. Jest tragedią. Walką ze sobą, z samotnością, absurdalną nadzieją na ostateczne uznanie własnego znaczenia. Tak, to jedna z tych historii, o których myśli się jeszcze długo po odłożeniu książki na półkę. Zatem gorąco polecam Wam ten tytuł - w tym samym stopniu zabawny co przykry, jednak bezwzględnie realistyczny w swym absurdzie.
https://www.instagram.com/velocireader_/
Ależ to był rollercoaster! Spodziewałem się… sam nie wiem, może jakiegoś końca świata typu “2012” lub “Wojna Światów”? Z narracją Wellsa w sumie częściowo się ta książka pokrywa jednak cała reszta jest kompletnie odmienna. A zatem - angielski, zaściankowy humor, satyra, sarkazm, absurd, komediowa groteska, a ostatecznie tragizm egzystencjalny z domieszką...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-12-10
Alberto Breccia - mistrz komiksowego światłocienia, ikona komiksu artystycznego i politycznego. Jego obrazy są… No cóż, myślę że kiedy Lovecraft opisywał wizje kłębiące się w umysłach swych na wpół oszalałych bohaterów, mniej więcej to miał na myśli. Momentami jest bardzo szczegółowo, chwilę później widzimy kompletny, bezkształtny chaos, a kawałek dalej mieszankę obydwu powyższych. I trzeba przyznać, że robi to kawał dobrej roboty. Sam cenię sobie precyzję jednak przy prozie Samotnika z Providence “to co nienazwane i niepokalane” robi najlepszy klimat. Choć gdyby ktoś chciał dzięki tej pozycji zacząć przygodę z Lovecraftem - zdecydowanie odradzam.
Dziesięć historii “zekranizowanych” ręka Brecci to bardzo ciekawie i zaspokajająco dobrany zbiór wizji Lovecrafta. Od klasyków po te mniej znane, wszystkie jednak niezmiennie genialne.
https://www.instagram.com/velocireader_/
Alberto Breccia - mistrz komiksowego światłocienia, ikona komiksu artystycznego i politycznego. Jego obrazy są… No cóż, myślę że kiedy Lovecraft opisywał wizje kłębiące się w umysłach swych na wpół oszalałych bohaterów, mniej więcej to miał na myśli. Momentami jest bardzo szczegółowo, chwilę później widzimy kompletny, bezkształtny chaos, a kawałek dalej mieszankę obydwu...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-12-05
2025-12-05
Dziwna to opowieść. W tym samym stopniu co ciekawa. To jedna z tych, w których wiemy tyle co sami bohaterowie (przynajmniej główni) a clue książki wydaje się odnalezienie odpowiedzi jakich wszyscy poszukują. To ostatecznie następuje - tu zatem mały spojler - jednak ostatecznie okazały się być zupełnie odmienne od wszystkiego czego się spodziewałem.
Opowieść toczy się wraz z młodym chłopcem, dorastającym w mieście, które nieustannie posuwa się ku nieskończoności. Jeśli stanie lub dostatecznie zwolni, wszystkich czeka zagłada. Jak można zatem żyć w świecie wiecznego ruchu - w świecie gdzie rzeczywistość trzyma wszystko w całości jedynie w pobliżu wędrującej metropolii? Każda kolejna mila oznacza absurdalne wręcz wyzwanie oraz nieustanne stawianie czoła równaniu, które składa się z ograniczonych zasobów, niezliczonych i nagłych przeszkód przynoszonych przez przyszłość oraz widma samej przeszłości, która podąża szlakiem miasta by ostatecznie je pochłonąć.
Myślę, że w pewnym stopniu można nazwać tę historię surową. Niewiele jest w niej tego co ostatecznie stanowi jedynie zbędne tło czy wątki poboczne. Wydaje się to podkreśleniem głównego założenia - zbędne rzeczy nie mogą spowolnić tak miasta jak i samej historii. Priest obrał sobie bardzo konkretny cel i choć sama droga wydaje się zawiła ma jeden, konkretny finał.
To mocna, dosadna wizja zatracenia pamięci na rzecz celu. Czym pozostaje jednak cel bez przyczyny? Priest stworzył opowieść, która posiada wiele przesłań i wszystkie wydają się być równie nieskończone co książkowe “optimum” do którego dąży wędrujące Miasto. Opowieść ta stara się jednocześnie odpowiedzieć na kilka dość ciekawych pytań: Co by się stało gdyby Syzyf zrozumiał, że nie musi już pchać kamienia? Czy Majowie zaakceptowaliby świat, w którym słońce nie spada na ziemię pomimo braku składanych ofiar? Czy świat może się obrócić i kręcić jak wielka pralka?
Oczywiście, wszystko to tylko spekulacje, ale teraz Wy również możecie poznać ich rozwiązania.
https://www.instagram.com/velocireader_/
Dziwna to opowieść. W tym samym stopniu co ciekawa. To jedna z tych, w których wiemy tyle co sami bohaterowie (przynajmniej główni) a clue książki wydaje się odnalezienie odpowiedzi jakich wszyscy poszukują. To ostatecznie następuje - tu zatem mały spojler - jednak ostatecznie okazały się być zupełnie odmienne od wszystkiego czego się spodziewałem.
Opowieść toczy się wraz...
2025-10-24
Jakie to było dobre! Czytając, zastanawiałem się jak najlepiej określić tę książkę, jednak to sam Watts podsunął mi odpowiedź - eksperyment myślowy. Cała historia stworzona aby rozważyć co by było gdyby oraz zadać pytania posiadające jedynie częściowo-dostępne odpowiedzi. Ostatecznie jednak jest to historia absolutnie wybitna i swoista trudność w zrozumieniu całego przekazu w żadnym wypadku jej nie umniejsza.
Watts stworzył przyszłość, w której człowiek przenosi się do sztucznie stworzonego “Nieba”, będącego wirtualną rzeczywistością, w której żyje ludzka świadomość podczas gdy ciało jest zamknięte w technologicznej trumnie. Jednocześnie ludzkości udało się ożywić wampiry - i tu cytat, gdyż jest on jednym z najlepszych fragmentów książek, jakie w życiu przeczytałem: “Bo wampiry wróciły - ożywione voodoo paleogenetyki, poskładane do kupy ze śmieciowych genów, skamieniałego szpiku kostnego, zanurzonego we krwi socjopatów i wysoko funkcjonujących autystyków. Taki właśnie osobnik dowodzi tą misją. Garstka jego genów żyje także w twoim ciele, żeby ono też mogło powstać z martwych, tu, na skraju przestrzeni międzygwiezdnej.”.
Co najlepsze, nawet nie o tym jest ta książka. A przynajmniej nie tylko o tym - wampiry to swego rodzaju dosłowna metafora opowieści, pozwalająca na zagłębienie się w rozważania na temat tak istoty samego człowieczeństwa, jak i jego usuwania się w cień przy obecności gatunku znacznie sprawniej funkcjonującego. W tym wszystkim pojawia się jeszcze obca cywilizacja, która pewnego dnia postanowiła rzucić ludzkości wyzwanie, bezczelnie robiąc zdjęcie każdego metra kwadratowego naszej planety. Należało więc ruszyć ku gwiazdom i odszukać bezimiennych obserwatorów. Posłano więc załogę szczególnych jednostek.
Watts to geniusz. Po prostu. Zarówno podczas lektury, jak i mając już całą książkę za sobą czuję przytłoczenie ogromem złożoności filozofii i psychoanalizy jakimi opowieść ta została wypełniona. Ważnym elementem bohaterów (a więc i samej fabuły) są różnej maści zaburzenia psychiczne - w pewnym sensie “Ślepowidzenie” to opowieść o wariatach na krańcu kosmosu, próbujących zrozumieć coś, co jednocześnie wydaje się skrajnie prostsze od tego co znamy, jak i znacznie nas przewyższające. Ten dualizm obecny jest w całej tej opowieści i wydaje się pewnym wahadłem, w rytm którego kołyszą się wszystkie sceny.
Na koniec mała rada, jeśli sami sięgniecie po tę opowieść - co, jak można wywnioskować gorąco Wam polecam - nie popełnijcie dwóch błędów, z których jeden przytrafił się mnie. Po pierwsze czytajcie ją w formie papierowej (lub drugorzędnie w ebooku). Ja sam słuchałem audiobooka, co praktycznie uniemożliwiło bieżące zapisywanie cytatów (w które książka ta szczególnie obfituje), oraz cofanie się do konkretnych wydarzeń czy opisów - tu potrzebę dyktuje wspomniana złożoność, z którą nieraz ciężko jest nadążyć. Drugim, łatwym do popełnienia błędem (którego ja na szczęście uniknąłem) jest nie przeczytanie książki do końca - ucinając ją przed ostatnim rozdziałem określonym przez samego Wattsa jako przypisy. Niech Was to jednak nie zwiedzie, gdyż dla wielu, tak jak i dla mnie, jest to okazja dla lepszego zrozumienia całej fabuły - sam Watts ją częściowo tłumaczy, nie umniejszając jednak ani trochę pełnemu obrazowi. To trochę jak spojrzenie na restaurację od kuchni, które jeszcze bardziej zaostrza apetyt.
https://www.instagram.com/velocireader_/
Jakie to było dobre! Czytając, zastanawiałem się jak najlepiej określić tę książkę, jednak to sam Watts podsunął mi odpowiedź - eksperyment myślowy. Cała historia stworzona aby rozważyć co by było gdyby oraz zadać pytania posiadające jedynie częściowo-dostępne odpowiedzi. Ostatecznie jednak jest to historia absolutnie wybitna i swoista trudność w zrozumieniu całego...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
To nowa zbrodnia w Liberii, czy jedynie - lub aż! - echo poprzedniej? Naczelnik Sztorm, w swoim własnym dobrze już znanym stylu, podejmuje się kolejnego, tajemniczego śledztwa. To człowiek z ciężarem, który tylko on i garstka zaufanych “ludzi” może udźwignąć. Wydarzenia z zeszłego roku, jakich przebieg mieliśmy okazję śledzić we “Wzgardzie” odcisnęły na nim solidne piętno, a w umyśle zagościło widmo przebudzonej bestii.
“Zakon” stanowi pełnoprawne rozwinięcie świata Pauliny Hendel - to uniwersum należycie dopracowane i wypełnione aspektami dobrze nam znanej rzeczywistości. Historia, kultura, flora i fauna, społeczność, polityka… Wszystko to i znacznie więcej znalazło się na tych raptem kilkuset stronach. Choć nie trudno odnieść wrażenie, że jest to już wielotomowy cykl.
Ale skupmy się na tym co pozwala kryminałom płynąć z nurtem. Morderstwo - nie jedno oczywiście, choć w tym przypadku od jednego, dość szczególnego, wszystko wydaje się ponownie nabierać tempa. Czy Zakon Wzgardy Płomienia ponownie angażuje się w sprawy Liberii? Kiedyś jego celem było tępienie wszelkich przejawów magii, obecnie jednak zachłannie sięga po nadprzyrodzone zdolności, by wykorzystać je do własnych celów.
Historia posiada dwa główne wątki: samo śledztwo naczelnika oraz opowieść o pewnym ogrze, który zagłębia się w dzikie ostępy kolonii, starając się uciec od przeszłości. W tym wszystkim szczególnie ciekawie został poszerzony i rozwinięty wątek ziemowych. Zagłębiamy się w ich kulturę i wierzenia, coraz lepiej rozumiejąc ścisły związek tajemniczego ludu z otaczającym ich światem. Z drugiej strony natomiast, Autorka nie pożałowała nam przykładów na powszechne nierówności etniczne panujące w “fantastycznym” świecie. Tu, na pierwszy plan, wychodzą ogry - rasa silna i niezależna, o bogatej kulturze, choć niezmiennie uciśniona i marginalizowana przez ludzi, którzy traktują je jak zwierzęta i tanią, pozbawioną praw siłę roboczą.
Ekipa Sztorma również rozwinęła się od czasu “Wzgardy”. Każde z nich to właściwie odrębna opowieść, a sam naczelnik nierzadko wywija się problemom właśnie dzięki niezwykłym i zróżnicowanym talentom jego kompanów. Choć dla społeczeństwa są to zwykłe wyrzutki - każde z własnymi słabościami - dla Sztorma są w zasadzie rodziną, choć oczywiście nigdy otwarcie tego nie przyzna. I tu kolejny ukłon w stronę autorki, bo nie łatwo jest oddać takie zróżnicowanie relacji, a “Zakon”, idąc za ciosem “Wzgardy”, ponownie ukazał to w szczególnie ciekawy i ujmujący sposób.
Dialogi zresztą też są wartkie, właściwe dla kryminału i pełne ciętego, sarkastycznego humoru. Tu głównie błyszczy Sztorm, choć inni również nie ustępują mu kroku. Relacja naczelnika z Kostkiem to w zasadzie główna oś “niefabularnej” warstwy historii i jak najbardziej poprawnie spełnia się w tej roli.
“Zakon” to - nomen omen - książkowy przykład na to, jak pisać literackie kontynuacje. Opowieść mogłaby zakończyć się na “Wzgardzie” i miałoby to swoje plusy. Paulina Hendel postanowiła jednak inaczej i chwała jej za to, bo świat Liberii, jaki przedstawiła - a właściwie poszerzyła - w “Zakonie” to opowieść na nie jedno popołudnie. I przyznaję to niejako z mieszanką smutku i radości, bo to jeden z tych przypadków, kiedy żadne książkowe podsumowanie nie odda tego co znajdziecie w samej książce. To jednak, dla mnie osobiście, przypomnienie, że potrzebuję również takich właśnie książek - zarówno lekkich, bardziej wartkich, dopracowanych, czysto-emocjonalnych i, przede wszystkim, po prostu w pełni poprawnych. Bo tak właśnie podsumował bym “Zakon”. To w pełni poprawna, kryminalno-rozrywkowa książka w szczególnie dobrze rozwiniętym świecie fantastycznym, gdzie na każdym kroku może czyhać na Was śmierć… lub sarkazm naczelnika.
https://www.instagram.com/velocireader_/
To nowa zbrodnia w Liberii, czy jedynie - lub aż! - echo poprzedniej? Naczelnik Sztorm, w swoim własnym dobrze już znanym stylu, podejmuje się kolejnego, tajemniczego śledztwa. To człowiek z ciężarem, który tylko on i garstka zaufanych “ludzi” może udźwignąć. Wydarzenia z zeszłego roku, jakich przebieg mieliśmy okazję śledzić we “Wzgardzie” odcisnęły na nim solidne piętno,...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to