-
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać11 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać10 -
Artykuły
Umrę, jeśli tego nie polubisz - weź udział w konkursie i wygraj wspomnienia influencerki
LubimyCzytać35 -
Artykuły
Dlaczego poziom czytelnictwa w Polsce nie rośnie? Raport Biblioteki Narodowej
Iza Sadowska170
Biblioteczka
2026-03-26
Była to pierwsza książka Aldousa Huxleya, jaką czytałem, i jego styl okazał się dla mnie bardzo przystępny. Spotkałem się z opiniami, że jest trudny, ale ja tego nie odczułem. Nie jest ani przesadnie ozdobny czy barokowy, ani skrajnie oszczędny, raczej wyważony i klarowny.
Jeśli chodzi o bohaterów, Bernard Marx jawi się jako postać „typu każdy” szczególnie w kontekście współczesnego człowieka Zachodu. Mimo wysokiej pozycji w hierarchii stale porównuje się z innymi. Z jednej strony czuje wyższość wobec niższych kast, z drugiej, kompleks niższości wobec innych Alf, wynikający m.in. z jego odmienności fizycznej i społecznego odrzucenia.
Lenina Crowne sprawiała na mnie wrażenie postaci bardziej stereotypowej, jakby była odzwierciedleniem uproszczonego, męskiego wyobrażenia kobiety. Jest znacznie mniej złożona niż Bernard.
Linda pojawia się stosunkowo krótko i pełni głównie funkcję wspomnienia w życiu Johna. Natomiast John the Savage to postać buntownika, jednostki niedopasowanej do świata o sztywnych zasadach. Jego sprzeciw wobec systemu można odczytać szerzej, jako uniwersalny bunt przeciw zastanej rzeczywistości.
Najciekawszy jest jednak sam świat przedstawiony w Nowy wspaniały świat. Formalnie to dystopia, ale miałem wrażenie, że autor chciał, by czytelnik odebrał ją jako coś niepokojącego. Dla mnie ten świat nie był jednoznacznie odpychający. W pewnym sensie nie widzę zasadniczej różnicy między warunkowaniem ludzi w powieści a tym, co dzieje się dziś z tą różnicą, że obecnie proces ten zachodzi po urodzeniu i jest mniej skuteczny, co prowadzi do konfliktów i napięć.
Kwestia „prawdziwej miłości”, która w książce właściwie nie istnieje, też wydaje mi się problematyczna. Można zadać pytanie, czy współcześnie nie jesteśmy równie silnie uwarunkowani do jej poszukiwania. Jeśli tak, to sama idea miłości nie ma wartości absolutnej - to my ją tworzymy i nadajemy jej znaczenie.
Była to pierwsza książka Aldousa Huxleya, jaką czytałem, i jego styl okazał się dla mnie bardzo przystępny. Spotkałem się z opiniami, że jest trudny, ale ja tego nie odczułem. Nie jest ani przesadnie ozdobny czy barokowy, ani skrajnie oszczędny, raczej wyważony i klarowny.
Jeśli chodzi o bohaterów, Bernard Marx jawi się jako postać „typu każdy” szczególnie w kontekście...
2026-03-18
Po przeczytaniu Wielki Marsz Stephen King mam raczej umiarkowanie pozytywne wrażenia. Pomysł samego marszu jest ciekawy i można go traktować jako alegorię, np. wyścigu szczurów, ale nie prowadzi to do jakichś szczególnie głębokich wniosków.
Styl momentami nie przypomina typowego Kinga, pojawiają się pojedyncze „kingowe” fragmenty, ale całość jest mniej wyrazista. Atmosfera też jest inna niż w jego znanych książkach. Zamiast budowania napięcia mamy raczej jednostajne, klaustrofobiczne poczucie ciągłego marszu.
Najciekawsza jest warstwa psychologiczna, zmęczenie bohaterów i nagłość śmierci wypadają dość realistycznie. Mimo to książka nie robi dużego wrażenia i nie "kręci się po głowie" po skończeniu.
Po przeczytaniu Wielki Marsz Stephen King mam raczej umiarkowanie pozytywne wrażenia. Pomysł samego marszu jest ciekawy i można go traktować jako alegorię, np. wyścigu szczurów, ale nie prowadzi to do jakichś szczególnie głębokich wniosków.
Styl momentami nie przypomina typowego Kinga, pojawiają się pojedyncze „kingowe” fragmenty, ale całość jest mniej wyrazista. Atmosfera...
2025-07-25
„Żółty deszcz” to książka napisana w formie pamiętnika, ostatnich zapisków człowieka pozostawionego samemu sobie w wymarłej, górskiej wiosce. To nie tylko wspomnienia przeszłości - to także złudne wizje przyszłości i pełne udręki przeżywanie teraźniejszości. Atmosfera powieści jest duszna, klaustrofobiczna, a samotność staje się bohaterem równie ważnym, co narrator. Chroniczna izolacja prowadzi głównego bohatera do urojeń i szaleństwa.
Choć nie jest to horror w klasycznym rozumieniu, książka mroczna jest bardziej niż niejeden thriller. Duchy, halucynacje, brak nadziei i wszechobecna śmierć sprawiają, że „Żółty deszcz” klimatem nie ustępuje powieściom mistrzów grozy - choć nie o strach tu chodzi, a o cierpienie psychiczne, które wyniszcza powoli i bezgłośnie.
Symbolika żółtej śmierci - opadu pyłowego z górskich roślin - staje się metaforą zgnilizny, przemijania i trudów życia. Książka pełna jest smutku, goryczy i bezradności. Narrator patrzy na świat oczami człowieka pogrążonego w głębokiej depresji - nie ma tu światła, ulgi ani ukojenia.
Choć narrator odnotowuje zmiany pór dnia i roku, a przyroda trwa w swoim nieubłaganym rytmie, jego subiektywne poczucie czasu ulega zatarciu. Przeszłość, teraźniejszość i wizje przyszłości przenikają się nawzajem, tworząc stan psychicznego zawieszenia. W tym świecie nie ma rozwoju ani nadziei, jest tylko trwanie - monotonne, bolesne, oderwane od realnego czasu. Również przestrzeń - martwa, opuszczona wieś - nabiera cech emocjonalnych: jest równie bezwzględna i osamotniona jak sam bohater.
Wiele uwagi autor poświęca przedmiotom: sznurowi, strzelbie, deskom, świeczce. Te rzeczy stają się czymś więcej niż tylko rekwizytami - są milczącymi świadkami przeszłości, śladami po dawnym życiu. Ich obecność nabiera symbolicznego ciężaru, bo przypomina o tym, co minęło, ale jeszcze nie znikło całkowicie. W surowym, pustym świecie przedmioty przejmują rolę niemego odbicia ludzkiego losu - nieruchome, zużyte, pozbawione celu. Jedyną istotą, która wnosi choć cień emocjonalnej obecności, jest suka - ostatnia żywa towarzyszka narratora. Jej obecność jest jak ostatnia nić łącząca człowieka z życiem, z relacją, z ciepłem, które w tym świecie niemal całkowicie zgasło.
Styl Llamazaresa jest poetycki, opisowy, a zarazem szorstki i surowy - idealnie oddaje stan ducha bohatera i emocjonalny chłód pustoszejącego świata.
To książka trudna, przytłaczająca, ale bardzo poruszająca. Nie daje ukojenia, ale zostaje w pamięci na długo.
„Żółty deszcz” to książka napisana w formie pamiętnika, ostatnich zapisków człowieka pozostawionego samemu sobie w wymarłej, górskiej wiosce. To nie tylko wspomnienia przeszłości - to także złudne wizje przyszłości i pełne udręki przeżywanie teraźniejszości. Atmosfera powieści jest duszna, klaustrofobiczna, a samotność staje się bohaterem równie ważnym, co narrator....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-07-06
Lektura tej książki urzekła mnie przede wszystkim atmosferą – Chile pod rządami Pinocheta ukazane jest jako miejsce jednocześnie egzotyczne i pełne niepokoju. Codzienność splata się tu z cieniem reżimu, a napięcie towarzyszy nawet najzwyklejszym sytuacjom. Z jednej strony podziwiałem nieznany mi dotąd świat, z drugiej – czułem narastający lęk, jaki towarzyszył bohaterom.
Zabrakło mi jednak tego, co najbardziej cenię w literaturze iberoamerykańskiej – barokowego, symbolicznego języka, który znam chociażby z twórczości Márqueza. Tu narracja jest bardziej powściągliwa, prostsza, mniej poetycka – co może być świadomym zabiegiem, ale dla mnie stanowiło to brak.
Sam temat – kręcenie filmu – nie należy do tych, które mnie szczególnie interesują. Na szczęście nie dominuje on nad treścią i raczej stanowi tło dla obserwacji społecznych i psychologicznych. Na uznanie zasługuje sposób, w jaki została przedstawiona perspektywa głównego bohatera – osobista, nieco wycofana, ale przez to bardziej autentyczna. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie opisy Santiago de Chile – miasta pełnego kontrastów, piękna, ale i napięć.
Lektura tej książki urzekła mnie przede wszystkim atmosferą – Chile pod rządami Pinocheta ukazane jest jako miejsce jednocześnie egzotyczne i pełne niepokoju. Codzienność splata się tu z cieniem reżimu, a napięcie towarzyszy nawet najzwyklejszym sytuacjom. Z jednej strony podziwiałem nieznany mi dotąd świat, z drugiej – czułem narastający lęk, jaki towarzyszył bohaterom.
Zabrakło mi jednak tego, co najbardziej cenię w literaturze iberoamerykańskiej – barokowego, symbolicznego języka, który znam chociażby z twórczości Márqueza. Tu narracja jest bardziej powściągliwa, prostsza, mniej poetycka – co może być świadomym zabiegiem, ale dla mnie stanowiło to brak.
Sam temat – kręcenie filmu – nie należy do tych, które mnie szczególnie interesują. Na szczęście nie dominuje on nad treścią i raczej stanowi tło dla obserwacji społecznych i psychologicznych. Na uznanie zasługuje sposób, w jaki została przedstawiona perspektywa głównego bohatera – osobista, nieco wycofana, ale przez to bardziej autentyczna. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie opisy Santiago de Chile – miasta pełnego kontrastów, piękna, ale i napięć.
Lektura tej książki urzekła mnie przede wszystkim atmosferą – Chile pod rządami Pinocheta ukazane jest jako miejsce jednocześnie egzotyczne i pełne niepokoju. Codzienność splata się tu z cieniem reżimu, a napięcie towarzyszy nawet najzwyklejszym sytuacjom. Z jednej strony podziwiałem nieznany mi dotąd świat, z drugiej – czułem narastający lęk, jaki towarzyszył...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-05-25
Trawa śpiewa to powieść, która nie uderza wprost, ale wnika głęboko, zostawiając po sobie ślad trudny do opisania. Jej język jest surowy, niemal chłodny, a zarazem niezwykle uważny - nie emocjonalny, lecz przejmująco precyzyjny. To książka o ludziach, którzy nie potrafią poradzić sobie z samymi sobą ani ze światem, w którym przyszło im żyć.
Jedną z najmocniejszych warstw tej powieści jest Afryka - obecna, choć prawie niewidzialna. Nie jako krajobraz, ale jako cicha, czujna bohaterka. Afryka ukryta w rozedrganym powietrzu, w pyle, w nieustannym gorącu… i w cykadach. Wydaje się, że to właśnie ich śpiew - jednostajny, nieubłagany - jest tytułową „trawą, która śpiewa”. To śpiew ziemi, która patrzy, pamięta, a może nawet osądza.
Ta książka nie daje ukojenia. Porusza, bo pokazuje to, co niewygodne, duszne i prawdziwe. Zmusza, by zajrzeć w miejsca, od których zwykle się odwracamy. I długo nie pozwala o sobie zapomnieć.
Trawa śpiewa to powieść, która nie uderza wprost, ale wnika głęboko, zostawiając po sobie ślad trudny do opisania. Jej język jest surowy, niemal chłodny, a zarazem niezwykle uważny - nie emocjonalny, lecz przejmująco precyzyjny. To książka o ludziach, którzy nie potrafią poradzić sobie z samymi sobą ani ze światem, w którym przyszło im żyć.
Jedną z najmocniejszych warstw...
2025-05-16
Choć Katedra to opowiadanie krótkie, zdecydowanie nie czyta się go szybko. Gęsty styl, niedopowiedzenia i filozoficzne podteksty sprawiają, że lektura wymaga skupienia. Zimny, pusty klimat planetoidy przywodzi na myśl estetykę Interstellar, ale niestety przez niewielką objętość tekstu szybko się z tego klimatu „ucieka”.
Dukaj praktycznie niczego nie podaje na tacy — trzeba samemu składać sens z porozrzucanych obrazów, rozmów i opisów. Zakończenie to najlepszy przykład: mocne i niejednoznaczne, zostawiające czytelnika z więcej niż jednym pytaniem.
Trudno zżyć się z bohaterami — są raczej nośnikami idei niż postaciami z krwi i kości. Ich emocje są powściągliwe, a dialogi surowe. Mnie osobiście opowiadanie skojarzyło się z tezą, że religia — lub szerzej: bezwarunkowe oddanie czemuś większemu — może zatruć człowieka, odebrać mu sprawczość. Ale być może to także historia o mistycznym spełnieniu i przekroczeniu granic ludzkiego pojmowania.
To tekst, który zostaje w głowie, ale nie każdemu przypadnie do gustu.
Choć Katedra to opowiadanie krótkie, zdecydowanie nie czyta się go szybko. Gęsty styl, niedopowiedzenia i filozoficzne podteksty sprawiają, że lektura wymaga skupienia. Zimny, pusty klimat planetoidy przywodzi na myśl estetykę Interstellar, ale niestety przez niewielką objętość tekstu szybko się z tego klimatu „ucieka”.
Dukaj praktycznie niczego nie podaje na tacy — trzeba...
2025-05-12
Manitou to raczej rozrywkowy thriller z elementami horroru niż faktycznie straszna opowieść. Mimo ciekawego pomysłu z indiańskimi i technologicznymi manitou, całość przypomina bardziej absurdalne zmagania bohatera rodem z "Kronik Jakuba Wędrowycza" niż coś z prawdziwym klimatem grozy. Nie czuć lęku – brakuje nastroju, niepokoju, głębszej psychologii. A przecież szpital w zamieci śnieżnej aż prosi się o budowanie świdrującej, klaustrofobicznej atmosfery.
Fabuła jest szablonowa, język prosty, a rozwiązania sprawiają wrażenie skleconych na szybko, na aby aby. Mimo to (a może właśnie dlatego) książkę czyta się błyskawicznie i z zaskakującą łatwością. Jest tu coś w rodzaju zewu zakończenia – potrzeby dowiedzenia się, jak to się wszystko skończy.
Bohaterowie - pełno ich a jakoby żadnego nie było - tylko ten Harry Erskine jakkolwiek się broni.
Dobra na niezobowiązujący wieczór, ale nie zostaje w głowie na długo. Jednak motyw manitou sam w sobie jest na tyle intrygujący, że może kogoś skłonić do dalszych poszukiwań.
Manitou to raczej rozrywkowy thriller z elementami horroru niż faktycznie straszna opowieść. Mimo ciekawego pomysłu z indiańskimi i technologicznymi manitou, całość przypomina bardziej absurdalne zmagania bohatera rodem z "Kronik Jakuba Wędrowycza" niż coś z prawdziwym klimatem grozy. Nie czuć lęku – brakuje nastroju, niepokoju, głębszej psychologii. A przecież szpital w...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
To książka kameralna. Niewiele się tu dzieje w klasycznym sensie. Całość opiera się na rozmowie i wspomnieniach jednego z bohaterów o czasie spędzonym w domu profesora, jego żony i dzieci. W centrum stoi relacja uczuciowa, która stopniowo komplikuje się moralnie. Ta oszczędność fabularna może być dla jednych wadą, dla innych zaletą, mnie nie przeszkadzała, bo ciężar tej historii leży gdzie indziej.
Najciekawsze jest to, jak Huxley pokazuje uczucia. Nie wprost i nie dramatycznie, tylko jakby przefiltrowane przez intelekt, pamięć i pewne usprawiedliwienia. Miłość, przyzwoitość, lojalność ścierają się tutaj bez prostych odpowiedzi. Autor raczej sugeruje niż rozstrzyga, przez co książka zostawia więcej pytań niż wniosków.
Interesująca jest też konstrukcja narracyjna. Historia jest opowiadana w ramach rozmowy, co tworzy dystans i wrażenie, że słuchamy czyjegoś wyznania. Bohaterowie nie są bardzo rozbudowani, ale na tyle wyraziści, żeby ich relacje były wiarygodne i angażujące.
Język jest prosty i dobrze dopasowany do formy. Nie dominuje nad treścią. Ciekawym elementem są momenty z bardziej naukowym, chwilami półmedycznym słownictwem, co dobrze pasuje do postaci i kontekstu.
To książka kameralna. Niewiele się tu dzieje w klasycznym sensie. Całość opiera się na rozmowie i wspomnieniach jednego z bohaterów o czasie spędzonym w domu profesora, jego żony i dzieci. W centrum stoi relacja uczuciowa, która stopniowo komplikuje się moralnie. Ta oszczędność fabularna może być dla jednych wadą, dla innych zaletą, mnie nie przeszkadzała, bo ciężar tej...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to