-
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać3 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać3 -
Artykuły
Umrę, jeśli tego nie polubisz - weź udział w konkursie i wygraj wspomnienia influencerki
LubimyCzytać16 -
Artykuły
Dlaczego poziom czytelnictwa w Polsce nie rośnie? Raport Biblioteki Narodowej
Iza Sadowska82
Biblioteczka
2026-03-22
W swojej nowej powieści Bartosz Szczygielski, prócz fabuły, stawia na konstrukcję serwując eksperyment. „Czarne ptaki” zostały tak skonstruowane, by czytelnik mógł zacząć lekturę od dowolnej z dwóch historii. To nie tylko zabawa konwencją, ale przemyślana strategia narrative design, która angażuje odbiorcę w proces dekodowania prawdy. Każda z opowieści jest bowiem "stroną tej samej układanki" — uzupełnia się, ale też wzajemnie podważa.
(1992 rok) Pierwsza z historii to opowieść o dwóch maturzystach. Po jednej z imprez Arek i Kamil przypadkiem zostają świadkami zbrodni. Gangsterka, szemrane interesy, konieczność podejmowania trudnych decyzji, które będą miały przełożenie na dalsze życie. (Współczesność) W drugiej opowieści dwie bohaterki stykają się ze światem wielkich pieniędzy, biznesów i kolekcji sztuki. Ich drogi przetną się podczas jednego wieczoru, który zmieni życie wielu osób. Obie historie opierają się na sekwencji zdarzeń, które na zawsze zmieniają życie bohaterów.
Autor znany jest z psychologicznego wyczulenia na detale. W „Czarnych ptakach” konsekwentnie realizuje obietnicę serwując narrację, która wymyka się linearnym przyzwyczajeniom. Większe wrażenie zrobiła na mnie historia Arka i Kamila: Szczygielski świetnie odwzorował klimat tamtych lat. Co zwróciło moją uwagę to koncentracja na zapachach, a bardziej na niemiłych woniach – tytoń, pot, klatka schodowa, resztki obiadów – jakby autor chciał podkreślić szarość tamtych czasów.
Szczygielski udowadnia, że jest sprawnym konstruktorem intrygi, ale też wnikliwym obserwatorem natury ludzkiej pamięci — tej wybiórczej, samo usprawiedliwiającej się, skłonnej do fałszerstw. Język Szczygielskiego jest precyzyjny, momentami poetycki, ale nigdy nie popada w pretensjonalność. Bohaterowie nie są jednoznaczni. To postacie, które niosą brzemię wyborów podjętych pod wpływem strachu, młodości czy desperacji. Szczygielski nie feruje wyroków, ale też nie szuka dla nich łatwych usprawiedliwień. Każe im mierzyć się z konsekwencjami, nawet jeśli te rozciągają się na całe dekady.
Powieść nie stanie się dla mnie książką roku, bo do ideału wiele jej brakuje (mam problem z przejściem między historiami, wyraźnie też spada napięcie między nimi). Fani gatunku docenią misternie skonstruowaną intrygę, reszta doceni pomysł na dwie powieści w jednej.
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Muza (książka w ramach akcji portalu lubimyczytac.pl)
W swojej nowej powieści Bartosz Szczygielski, prócz fabuły, stawia na konstrukcję serwując eksperyment. „Czarne ptaki” zostały tak skonstruowane, by czytelnik mógł zacząć lekturę od dowolnej z dwóch historii. To nie tylko zabawa konwencją, ale przemyślana strategia narrative design, która angażuje odbiorcę w proces dekodowania prawdy. Każda z opowieści jest bowiem "stroną...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Czytelnicze wybory rzadko kieruję ku reportażom, tym bardziej historycznym. Zwykle przeraża mnie ilość faktów skumulowana na kilkuset stronach. Książka Simona Parkina jest właśnie dla takich laików jak ja – to niezwykła historia ludzi, którzy trwali w Instytucie Roślin gdy wokoło toczyła się wojna i ryzykowali swoje życie w imię nauki.
Fabuła książki koncertuje się wokół Instytutu Roślin, założonego przez Nikołaja Wawiłowa. Wawiłow nazywany jest jedynym człowiekiem na Ziemi, który zebrał nasiona roślin uprawnych z pięciu kontynentów; w czasie swojej zawodowej działalności zorganizował 115 ekspedycji badawczych do 42 krajów. Jego celem było stworzyć odmiany roślin, które pozwolą zwalczyć głód i wykorzystane w badaniach naukowych przyczynią się do powstania nowych leków. O ironio! Nie przeczuwał pewnie, że jego pracowników wystawi na życiową próbę rozpoczęte w 1941 roku i trwające 800 dni oblężenie Leningradu.
„Zakazany ogród Stalina. Jak naukowcy (nie) uratowali mieszkańców Leningradu” to wielowymiarowa historia. Cechuje ją dobry styl, umiejętne wyważenie wątków i duża rzetelność historyczna. To dramat wojenny w pełnej krasie, choć to nie jest opowieść o bitwach i generałach lecz heroizmie naukowców, którzy w sercu piekła oblężonego miasta bronili banku nasion. Parkin przywołuje skalę tragedii: śmierć co najmniej 750 tysięcy osób z głodu, kanibalizm i upadek cywilizacji w środku metropolii. W tym kontekście decyzja o ewakuacji zbiorów Ermitażu, gdy po drugiej stronie ulicy pozostawiono największy na świecie bank nasion nabiera charakteru tragicznego paradoksu.
„Zakazany ogród (…)” czyta się zaskakująco płynnie, choć nieustannie towarzyszy poczucie uwierania i niewygody historii. Parkin znakomicie pokazuje, że naukowcy bronili nie tylko fizycznych zasobów, ale idei swojego mentora: wizji świata wolnego od głodu, opartego na bioróżnorodności. To lektura, która zmusza do refleksji nad granicami odpowiedzialności naukowca i nad tym czym naprawdę jest dziedzictwo ludzkości. Stawia pytania i rozsiewa wątpliwości: jak ja postąpiłabym?
Czytajcie, warto!
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova i Pani Bognie z PRart Media
Czytelnicze wybory rzadko kieruję ku reportażom, tym bardziej historycznym. Zwykle przeraża mnie ilość faktów skumulowana na kilkuset stronach. Książka Simona Parkina jest właśnie dla takich laików jak ja – to niezwykła historia ludzi, którzy trwali w Instytucie Roślin gdy wokoło toczyła się wojna i ryzykowali swoje życie w imię nauki.
Fabuła książki koncertuje się wokół...
2026-01-25
Dominika Buczak „Parasolkami” kupiła mnie od pierwszych stron. To forma narracji jaką lubię, lekko chaotyczna, z poszarpanymi zdaniami, łącząca styl gawędziarski z elementami reportażu. Akcja powieści, osadzona na początku XX wieku, rozgrywa się w jednym z najbardziej przełomowych okresów dla Polski – dekadzie, która przyniosła odzyskanie niepodległości i wywalczenie praw wyborczych dla kobiet w 1918 roku. „Parasolki” to nie sucha, historyczna kronika, a barwna i polifoniczna opowieść, w której fikcja płynnie łączy się z dokumentem.
Kluczową osią narracji jest ruch emancypacyjny, który łączy walkę o równouprawnienie kobiet z walką o niepodległość kraju. Autorka sprawnie portretuje różnorodne oblicza tego ruchu – od politycznych wieców (z płomiennymi mowami Marii Dulębianki), po codzienne osobiste batalie o edukację, samostanowienie i prawo do wykonywania zawodu. W fikcyjną treść wplata postacie historyczne - jak pionierka medycyny Anna Tomaszewicz-Dobrska, nieugięta publicystka Kazimiera Bujwidowa czy służąca w Legionach Wanda Gertz (jako „Kazik Żuchowicz”). Nie są one pomnikowymi figurami lecz pełnokrwistymi ludźmi, targanymi wątpliwościami, namiętnościami i dylematami moralnymi. Ich losy przeplatają się z dziejami bohaterek fikcyjnych, reprezentujących różne klasy społeczne, co pozwala autorce na ukazanie pełnego spektrum kobiecego doświadczenia tamtej epoki. Buczak nie unika trudnych tematów: opisuje przemoc domową, skrajną biedę dzielnic robotniczych, trudności w dostępie do opieki medycznej, hipokryzję obyczajową i ciężar podwójnej walki.
Nie jestem idealnym odbiorcą powieści, bo daleko mi do wyznawców feminizmu. Drażnią mnie kaleczące język i stosowane na siłę feminatywy, mierzwi demonstrowanie siły na pokaz i udowadnianie wszystkiego ponad miarę. Wolę męskie głosy w radio, większy szacunek wzbudza we mnie „męska” głowa państwa. Kto ma więcej siły, niech dźwiga ciężary. Kto lepiej się sprawdza w kuchni – niech parzy kawę i gotuje obiady. Uważam, że wszyscy ludzie są równi wobec prawa, każdy ma prawo głosu, wyboru czy opinii. Sednem jest dla mnie równość szans i równa godność, niezależnie od płci.
„Parasolki” oferują bogatą i poruszającą podróż w czasie. Buczak udowadnia, że historia polskich sufrażystek to nie margines dziejów lecz ich integralna i żywiołowa część. Uznanie kobiet za pełnoprawnych uczestników życia społecznego, wolność wyboru ścieżki życia bez narzuconych schematów – na początku XX wieku nie do pomyślenia, dzisiaj to oczywistość.
Czytajcie, warto!
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Literackiemu i Pani Bognie z PRart Media
Dominika Buczak „Parasolkami” kupiła mnie od pierwszych stron. To forma narracji jaką lubię, lekko chaotyczna, z poszarpanymi zdaniami, łącząca styl gawędziarski z elementami reportażu. Akcja powieści, osadzona na początku XX wieku, rozgrywa się w jednym z najbardziej przełomowych okresów dla Polski – dekadzie, która przyniosła odzyskanie niepodległości i wywalczenie praw...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Grudzień to czas podsumowań i snucia planów na kolejny rok. Nie inaczej dla Remigiusza Stańczyka, który racząc się szklaneczką drogiej whisky, tuż po północy zagląda na Facebooka i trafia na grafikę przedstawiającą zbiór liter bez ładu i składu. „Odczytaj pierwsze trzy ukryte słowa w diagramie, a takie będzie twój nowy rok”.
SUKCES, POPULARNOŚĆ, WOLNOŚĆ
Remigiusz Stańczyk to jeden z bohaterów najnowszej powieści Mieczysława Gorzki. Jest architektem, który dusząc się w dotychczasowym życiu postanawia wszystko zmienić. Dariusz Pikul jest komisarzem śledczym w wydziale zabójstw. Aktualnie prowadzi śledztwo w sprawie zaginionej kobiety. Nieoficjalnym konsultantem w sprawie jest jego przyjaciel – Albert Turecki, z zawodu psycholog, prywatnie mieszkający z zaborczą matką. Stańczyk, Pikul i Turecki to raczej antybohaterowie, których codzienność zbudowana z kompromisów i wypartych traum zostaje gwałtownie wywrócona. W przypadku Stańczyka to impuls prowadzący do autodestrukcyjnego chaosu. U Pikula pojawienie się córki burzy jego skostniały świat. U Tureckiego wewnętrzny tłumiony krzyk prowadzi do wybuchu. Co sprawi, że losy tej trójki przetną się w pewnym momencie?
Wspomnianą trójkę spotykamy w przełomowym dla każdego momencie. Gorzka mistrzowsko gra konwencjami: wątki Pikula noszą cechy klasycznego kryminału policyjnego, Turecki zbliża nas do progu horroru psychologicznego, a losy Stańczyka to studium rozkładu osobowości w duchu współczesnego dramatu obyczajowego. To połączenie tworzy unikalny, niepokojący klimat. Autor znany z mrocznych i psychologicznie gęstych thrillerów w najnowszej powieści podejmuje ryzykowny eksperyment. „Rok zmian” daleki od literackich schematów stanowi wielogłosową opowieść o rozpadzie człowieka. Gorzka zaprasza czytelnika do obserwacji trzech równoległych, pozornie ze sobą niezwiązanych życiorysów, nieuchronnie zmierzających ku kolizji.
Tytułowy „Rok zmian” można interpretować jako rok dekompozycji. Autor odchodzi od łatwego morału o samospełniającej się przepowiedni na rzecz głębszej analizy mechanizmów psychicznych. Sugeruje, że prawdziwym motorem „zmiany” są nieprzepracowane demony, a impuls z zewnątrz jest jedynie iskrą rzuconą na beczkę prochu. Rozpad rutyny ujawnia to co było w bohaterach ukryte: ich słabość, gorycz (nomen omen), skłonność do autoagresji i agresji. Kluczowy jest tu wątek Alberta Tureckiego – jego „mroczna natura” nie bierze się znikąd; jest monstrum wykarmionym przez lata toksycznej zależności. Narracja prowadzona jest oddzielnie, każda z nich ma własny rytm i ton wszystkie stopniowo zmierzają ku wspólnemu finałowi. Z każdą stroną czytelnik odczuwa narastająca napięcie.
Co tu dużo pisać – czyta się świetnie! Uwaga na finał, należy mocno się skoncentrować żeby połapać wątki! Gorzka po raz kolejny udowadnia, że polski thriller psychologiczny może konkurować z najlepszymi światowymi pozycjami gatunku, oferując nie tylko dreszcz emocji, ale także głęboką, niepokojącą refleksję nad kondycją współczesnego człowieka. Czytajcie, warto!
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca oraz Pani Bognie z PRart Media
Grudzień to czas podsumowań i snucia planów na kolejny rok. Nie inaczej dla Remigiusza Stańczyka, który racząc się szklaneczką drogiej whisky, tuż po północy zagląda na Facebooka i trafia na grafikę przedstawiającą zbiór liter bez ładu i składu. „Odczytaj pierwsze trzy ukryte słowa w diagramie, a takie będzie twój nowy rok”.
SUKCES, POPULARNOŚĆ, WOLNOŚĆ
Remigiusz...
2025-11-16
W pogoni za nowościami trudno sięgać po klasykę literatury. Dlatego z dużą przyjemnością podjęłam wyzwanie by zmierzyć się z „Zabić drozda” Harper Lee. Tym bardziej, że na 35-lecie Wydawnictwo Rebis proponuje czytelnikom klasykę literatury w nowym (pięknym) wydaniu.
Lata trzydzieste XX wieku. Wydarzenia poznajemy z perspektywy sześcioletniej Jean Louise Finch, zwanej Skautem, zbyt dojrzałej i poważnej jak na swój wiek. Dziewczynka mieszka na południu USA, w miasteczku Maycomb, dzielnicy willowej, razem z bratem Jemem i ojcem Atticusem. Ojciec prowadzi praktykę adwokacką i trafia do niego sprawa obrony czarnoskórego chłopaka oskarżonego o gwałt białej dziewczyny.
Opublikowana w 1960 roku debiutancka powieść Harper Lee to nie tylko jeden z filarów literatury amerykańskiej XX wieku, ale także zjawisko, które do dziś prowokuje dyskusję o rasizmie, sprawiedliwości i dorastaniu. Powierzenie narracji kilkuletniej dziewczynce okazuje się strzałem w dziesiątkę. Uprzedzenia i hipokryzja dorosłych mieszkańców Maycomb są pokazane jako absurdalne i niezrozumiałe dla czystego, dziecięcego rozumu. Skaut kwestionuje reguły świata, uwydatnia to na co dorośli przestali zwracać uwagę. Tym samym Lee unika dydaktyzmu i nie moralizuje.
Atticus Finch to ucieleśnienie prawości, a jego siła nie leży w heroizmie bez skazy ale w ludzkiej, niemal wyczerpującej konsekwencji. Autorka nie buduje jego autorytetu poprzez wielkie mowy, ale przez codzienne czynności i drobne wybory. Atticus jest symbolem prawa i ojcostwa, stając się wzorem do naśladowania.
Po wielu latach powieść Lee nie straciła na aktualności. Czyta się świetnie, wciąga z każdym rozdziałem. Stawia niezmienne pytania o to jak przeciwstawiać się zbiorowej fobii, jak wychowywać kolejne pokolenia w duchu empatii i jak znaleźć odwagę, by stać po stronie słusznej sprawy. „Zabić drozda” udowadnia, że największe dzieła nie dają łatwych odpowiedzi lecz uczą zadawać właściwe pytania. Czytajcie, warto!
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Rebis
W pogoni za nowościami trudno sięgać po klasykę literatury. Dlatego z dużą przyjemnością podjęłam wyzwanie by zmierzyć się z „Zabić drozda” Harper Lee. Tym bardziej, że na 35-lecie Wydawnictwo Rebis proponuje czytelnikom klasykę literatury w nowym (pięknym) wydaniu.
Lata trzydzieste XX wieku. Wydarzenia poznajemy z perspektywy sześcioletniej Jean Louise Finch, zwanej...
2025-10-22
Dla każdego autora wspaniałą rzeczą w pisaniu kontynuacji jest to, że można od razu przejść do akcji i nie trzeba martwić się o wprowadzenie czytelnika w świat powieści. „Long Island” Colma Tóibína to ciąg dalszy wydarzeń przedstawionych w „Brooklynie”. Eillis to teraz pani Fiorello, a wydarzenia z pierwszej części dzieli dwadzieścia lat (co prawda czas powieści nie jest podany ale odniesienia do Wietnamu i afery Watergate pomagają się zorientować). Mąż Eillis spełnił swój amerykański sen i wraz z braćmi wybudował cztery domy dla rodziny. Są ze sobą blisko, często się odwiedzają, raz w tygodniu jedzą wspólną kolację. Pewnego dnia do drzwi jednego z domów puka nieznajomy mężczyzna i podaje szokującą wiadomość, która zburzy dotychczasowy spokój całej rodziny Fiorello. Odwrotnie niż w „Brooklynie” moment kryzysowy poajwia się na samym początku, przenika całą książkę nadając jej intrygujące napięcie.
Colm Tóibín, mistrz cichego dramatyzmu i niedopowiedzeń w najnowszej powieści zderza wygodne amerykańskie życie Eillis z cieniami przeszłości. „Long Island” to nie tylko bezpośrednia kontynuacja, ale przede wszystkim samodzielna i dojrzała powieść o tożsamości, wyborach i konsekwencjach. Polecam cykl czytać jako całość, by mieć pełen obraz i lepiej zrozumieć (a jakże!) przemianę bohaterów.
Tóibín nie potrzebuje kataklizmów, wystarczy jedno zdarzenie by zburzyć dotychczasowy ład bohaterów. Reakcja Eillis - milczenie, wahania, wewnętrzne rozdarcie i decyzje podjęte z pozornym chłodem staną się źródłem napięcia, które nie opuści czytelnika aż do finału. I tu się zatrzymam: finał nie wyjaśnia, nie odpowiada na pytania, pozostawia w zawieszeniu. Język Tóibína się nie zmienił. Zdania znów są oszczędne i celne, ale niosą w sobie spory ładunek emocjonalny. Czytelnik jest świadkiem wewnętrznej walki Eilis, jej tęsknot i rozczarowań. Dyskretny humor może służyć uwypukleniu gorzkiej ironii sytuacji i społecznych konwenansów.
Tóibín udowadnia, że literatura wysoka może być przystępna i głęboko poruszająca. Nie kreśli wielkich historycznych fresków lecz zagląda w zakamarki ludzkiej natury. „Long Island” to powieść dla czytelnika, który ceni inteligentną prozę, finezję psychologiczną i historie, które rezonują długo po odłożeniu książki.
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Rebis
Dla każdego autora wspaniałą rzeczą w pisaniu kontynuacji jest to, że można od razu przejść do akcji i nie trzeba martwić się o wprowadzenie czytelnika w świat powieści. „Long Island” Colma Tóibína to ciąg dalszy wydarzeń przedstawionych w „Brooklynie”. Eillis to teraz pani Fiorello, a wydarzenia z pierwszej części dzieli dwadzieścia lat (co prawda czas powieści nie jest...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-10-19
„Brooklyn” Colma Tóibína to pierwsza cześć dylogii. Parafrazując znaną piosenkę to historia o Irish girl in Brooklyn. Lata 50. XX. małe irlandzkie miasteczko. Eilis Lacey przez zupełny przypadek otrzymuje szansę wyjazdu do Ameryki. Nie waha się zbyt długo, bo tu gdzie mieszka nie widzi dla siebie perspektyw. To nie jest realizacja śmiałego marzenia, ale bierna akceptacja planu ułożonego przez innych. Nie będzie zaskoczeniem: ta decyzja zmieni jej życie.
Za mną lektura obu tomów i uprzedzając pytania: tak, można czytać oddzielnie. Tylko, że ja nie polecam…. warto zapoznać się z obiema powieściami by mieć pełen obraz i lepiej zrozumieć (a jakże!) przemianę bohaterów.
Spotkałam się z wieloma opiniami, że Eilis jest bardzo naiwna i infantylna. I tu chcę ją obronić. „Brooklyn” ukazuje wszystkie odcienie emigracji – gdy marzysz o raju, a trafiasz do piekła. Skazana na samotność, bez bratniej duszy, musi wszystkiego się uczyć i ułożyć życie na nowo. Otoczona rutyną, pozbawiona odruchów aktywności poznaje nowe miejsce i ludzi. Jedyny kontakt z rodziną ma poprzez listy, których pisanie żmudnie idzie, a na odpowiedź czeka się długo. Dlatego nie dziwią niezrozumiałe decyzje czy niecodzienne zachowania.
Proza Tóibína charakteryzuje się powściągliwością i psychologiczną głębią. Nie jest to więc spektakularna opowieść o amerykańskim śnie lecz wnikliwe i ciche studium emigracji w jej najbardziej prozaicznym, a przez to bolesnym wymiarze. Fabuła pozbawiona jest wielkich dramatycznych zwrotów za to ukazuje wewnętrzną przemianę kobiety, która dopiero w odosobnieniu uczy się podejmować własne, często przełomowe decyzje.
Siłą powieści nie jest fabuła, która momentami celowo zdaje się dryfować, ale niezwykła subtelność z jaką autor odmalowuje stan zawieszenia między dwiema ojczyznami. Tęsknota, samotność i poczucie obcości nie są tu głośno deklarowane lecz uwidaczniają się w drobiazgach: w potrawach gotowanych na irlandzką modłę czy w odcieniu światła w domowym salonie. Tóibín mistrzowsko operuje niedopowiedzeniem, ukrywając emocje między wierszami i tym niewypowiedzianym przez jego bohaterkę (często zdystansowaną i skrytą), równocześnie unikając łatwego sentymentalizmu.
Kluczowy dla drugiej części książki wątek miłosny potraktowany jest przez autora jako element szerszej układanki tożsamościowej. Decyzje, przed którymi staje Eilis, nie dotyczą wyłącznie wyboru partnera, ale wyboru między dwiema wersjami jej samej – między tym kim była, a tym kim może się stać. To właśnie ten wewnętrzny konflikt rozgrywający się w pozornie spokojnej duszy bohaterki stanowi o sile i uniwersalności tej opowieści.
„Brooklyn” charakteryzuje wyjątkowa siła wyrazu osiągnięta nie przez patos, ale przez wierność emocjonalnemu realizmowi. To celny portret emigranta we współczesnej literaturze i choć czasy się zmieniły to jest on ciągle uniwersalny.
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Rebis
„Brooklyn” Colma Tóibína to pierwsza cześć dylogii. Parafrazując znaną piosenkę to historia o Irish girl in Brooklyn. Lata 50. XX. małe irlandzkie miasteczko. Eilis Lacey przez zupełny przypadek otrzymuje szansę wyjazdu do Ameryki. Nie waha się zbyt długo, bo tu gdzie mieszka nie widzi dla siebie perspektyw. To nie jest realizacja śmiałego marzenia, ale bierna akceptacja...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-10-17
„Gołoborze” Macieja Siembiedy jest opowieścią przede wszystkim o zemście. W najnowszej książce autor sięga do jednego z najstarszych i najbardziej nośnych mitów literackich – mitu o odwiecznej, rodowej waśni. Opowiada historię Kończaków i Cebrzynów, czyli dwóch zwaśnionych rodów zamieszkujących Grabin, wieś u podnóża Łysej Góry. Od powstania styczniowego, po czerwiec 1989 roku – ogromny rozmach czasowy, ale dla nich liczy się tylko walka o honor.
Czy można uciec od przeznaczenia zapisanego w nazwisku i w krwawym dziedzictwie? Czy jednostka ma prawo i siłę, by zerwać z odziedziczonym złem?
Autor pochodzi ze Starachowic, Łysa Góra i okolice to jego tereny. Umieszczając akcję w świętokrzyskich lasach sięga głęboko w polską, zbiorową wyobraźnię, splatając losy zwaśnionych rodów Kończaków i Cebrzynów z dziedzictwem historycznym i mitologicznym tego konkretnego miejsca. W tej przestrzeni od wieków toczyła się walka o duszę i władzę. Siembieda przenosi ten odwieczny konflikt na poziom mikrospołeczności.
Trudno zakwalifikować „Gołoborze” do jednego gatunku. Jest tu sporo z powieści kryminalnej i thrillera, dominuje saga rodzinna z mrocznym klimatem i szczyptą magii. Przez pierwsze sto stron trudno było się wgryźć w historię (mnogość bohaterów i wątków, przeskakiwanie w czasie). Przyszedł jednak moment kiedy „zaskoczyło” i nie mogłam się oderwać. Siembieda z powodzeniem łączy napięcie i dynamiczną akcję z głębią psychologiczną i refleksją społeczną. Powieść została napisana z dużą precyzją i dbałością o szczegóły. Lektura wymaga skupienia, bo choć imiona i nazwiska postaci brzmią swojsko trzeba się orientować kto po której stronie stoi. Każdy z bohaterów to skończona postać, wszyscy noszą w sobie zło. Język powieści jest wyrazisty, chwilami niemal poetycki w opisach przyrody, by za chwilę stać się ostry i dosadny jak cios nożem.
„Gołoborze” to powieść o tym, jak dziedzictwo przemocy kształtuje kolejne pokolenia, a krajobraz nosi pamięć o dawnych winach. Jak sam autor wskazuje to najbardziej osobista jego powieść. Siembieda stworzył poruszające studium nienawiści, która staje się religią oraz honoru, który jest jedynie maską dla najprymitywniejszych instynktów. Czytajcie, warto.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak Literanova oraz promotorce książki Pani Monice
„Gołoborze” Macieja Siembiedy jest opowieścią przede wszystkim o zemście. W najnowszej książce autor sięga do jednego z najstarszych i najbardziej nośnych mitów literackich – mitu o odwiecznej, rodowej waśni. Opowiada historię Kończaków i Cebrzynów, czyli dwóch zwaśnionych rodów zamieszkujących Grabin, wieś u podnóża Łysej Góry. Od powstania styczniowego, po czerwiec 1989...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-09-21
Ile byłbyś w stanie wytrzymać w ciasnym pomieszczeniu rozmiarem przypominającym tył autobusu? Oni mieli mieszkać tam miesiąc. Otoczeni ciśnieniem jakie panuje na dnie morza, oddychający mieszanką helu i tlenu. Sześć piętrowych koi, stół z ławkami, dodatkowe pomieszczenie służące za łazienkę…. To komora ciśnieniowa na statku Deep Topaz, jednostki wsparcia dla grupy nurków. Zwyczajne zlecenie dla sześciorga nurków. Misja, jakich wiele. To zawodowcy, którzy wiedzą że każde nagięcie procedur niesie zagrożenie życiu i zdrowiu. Zadania realizują jak zwykle, gdy niespodziewanie jeden z nich zostaje znaleziony martwy w koi… Do czasu otwarcia włazu po dekompresji zostało kilka dni, muszą wytrwać. Umiera drugi nurek… Czy ktokolwiek przeżyje?
Powieść „W głębinie” Willa Deana to thriller psychologiczny, który bada granice ludzkiej wytrzymałości, paranoję i instynkt przetrwania w warunkach całkowitej izolacji. Jest ona pełna napięcia, autor wykazał się mistrzowską klasą suspensu. Nie ma tu zbyt wiele pewników – w wąskim gronie, w małym pomieszczeniu kryje się morderca. Dean mistrzowsko wykorzystuje to zamknięte środowisko tworząc atmosferę duszną, gorącą i nabrzmiałą lękiem. Każdy detal – od ograniczonej przestrzeni przez zapasy tlenu po monotonny hałas maszyn – służy budowaniu poczucia realnego, fizycznego zagrożenia.
Gdy wśród uwięzionych dochodzi do pierwszej, a potem drugiej śmierci, Dean błyskotliwie rozkłada na czynniki pierwsze dynamikę grupy. Zawodowe zaufanie i rutyna natychmiast ustępują miejsca dzikiemu instynktowi samozachowawczemu. Autor świetnie portretuje, jak zmęczenie, niedotlenienie i przytłaczający stres stają się pożywką dla paranoi. Podejrzliwość niczym zaraza przenosi się z jednej osoby na drugą, a czytelnik, pozbawiony zewnętrznej perspektywy zmuszony jest toczyć się wraz z bohaterami w tę otchłań niepewności. Pytanie „kto?” szybko zamienia się w pytanie „kto następny?” i „dlaczego?”. Dean nie pozwala odetchnąć systematycznie dokręcając śrubę napięcia.
„W głębinie” to niezła powieść w swoim gatunku, przykuła moją uwagę na dwa wieczory. Dean udowadnia, że jest nie tylko świetnym gawędziarzem, ale także wnikliwym obserwatorem ludzkiej natury. Jego proza jest precyzyjna, sugestywna i niezwykle obrazowa. Powieść czyta się jednym tchem, a uczucie niepokoju towarzyszy długo po odłożeniu książki.
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Rebis
Ile byłbyś w stanie wytrzymać w ciasnym pomieszczeniu rozmiarem przypominającym tył autobusu? Oni mieli mieszkać tam miesiąc. Otoczeni ciśnieniem jakie panuje na dnie morza, oddychający mieszanką helu i tlenu. Sześć piętrowych koi, stół z ławkami, dodatkowe pomieszczenie służące za łazienkę…. To komora ciśnieniowa na statku Deep Topaz, jednostki wsparcia dla grupy nurków....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-09-11
Moja lektura „Październikowej rdzy” przypadła na schyłek kalendarzowego lata, kiedy już na polach snuły się wrześniowe poranne mgły. Sięgnęłam po nią zachęcona lokalizacją – akcja powieści dzieje się na Dolnym Śląsku. Szwarzebia na próżno szukać na mapie. To fikcyjne górskie miasteczko u stóp Karkonoszy, w którym w 1989 roku w niewyjaśnionych okolicznościach znika Alicja Wicher. Wielu mieszkańców ma coś do ukrycia, a każdy zakątek miasta kryje jakąś tajemnicę. Siedem lat później Agata Kot – córka grabarza – trafia na ślad zaginionej dziewczyny…
Powieść Agnieszki Kuchmister aż kipi od dźwięków, szelestów, chrzęszczenia i złowrogich pojękiwań. Zdania pękają od nadmiaru przymiotników, ale absolutnie nie przeszkadza to w odbiorze. Wszystko po to, by rozbudzić wyobraźnię czytelnika. Ważną rolę w życiu bohaterów odgrywa mroczny las gdzie nocami błąka się duch Rosamundy.
„Październikowa rdza” przekracza gatunkowe ramy. Realizm magiczny przeplata się z thrillerem i powieścią psychologiczną. Centralnym motywem powieści jest przeszłość, która koroduje teraźniejszość niczym tytułowa rdza. Język powieści jest niewątpliwe atutem – autorka operuje stylem niemalże minimalistycznym, unika ozdobników, a z drugiej strony zdania i opisy wzbudzają niepokój w czytelniku. Jej narracja jest niczym jesienny pejzaż: chłodna, mglista i przejmująco melancholijna. Rodzinne tajemnice, skarby, kryminale zagadki i tajemnice. Opisy prowincjonalnego miasteczka, jego społecznej zależności i wszechobecnej atmosfery przemilczeń są namacalne i doskonale oddają specyfikę polskiej prowincji.
Niech Was nie zwiedzie mnogość bohaterów i wątków – wraz z kolejnymi rozdziałami sięgamy w przeszłość i poznajemy nowe postaci. Wszystkie wcześniej niepasujące do siebie wątki znajdą miejsce w rozdziale finałowym.
Choć „Październikowa rdza” jest opowieścią przede wszystkim o ludziach, to nie jest najłatwiejszą powieścią – przez mnogość wątków i postaci, zagmatwanych historii i konieczność łączenia ich w logiczną całość. Nie jest też powieścią dla wszystkich (mam tu na myśli lekko skompilowaną fabułę)… Moim zdaniem to powiew świeżości na polskim rynku, oby więcej takich książek! Polecam, życząc przyjemności z lektury!
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova oraz Pani Bognie z PRart Media
Moja lektura „Październikowej rdzy” przypadła na schyłek kalendarzowego lata, kiedy już na polach snuły się wrześniowe poranne mgły. Sięgnęłam po nią zachęcona lokalizacją – akcja powieści dzieje się na Dolnym Śląsku. Szwarzebia na próżno szukać na mapie. To fikcyjne górskie miasteczko u stóp Karkonoszy, w którym w 1989 roku w niewyjaśnionych okolicznościach znika Alicja...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Niech Was nie zwiedzie tytuł powieści Piotra Chomczyńskiego! „Kucharz” nie ma absolutnie nic wspólnego z gotowaniem.
Piotr Chomczyński to kryminolog i socjolog specjalizujący się w badaniach nad zorganizowaną przestępczością narkotykową. Współautor podręcznika do kryminologii, w mediach występuje jako ekspert od latynoamerykańskiej przestępczości. Prowadził badania terenowe w Polsce, Ekwadorze, Hondurasie i w Meksyku, gdzie obserwował działalność największych karteli narkotykowych oraz monitorował ich członków osadzonych w zakładach karnych. „Kucharz” to jego debiut w kategorii kryminału.
Fabuła „Kucharza” przenosi czytelnika w mroczny świat narkotyków syntetycznych, korupcji i bezwzględnych gier na śmierć i życie. To nie jest zwykła opowieść o policyjnym śledztwie – to wnikliwa analiza mechanizmów władzy, strachu i ludzkiej słabości, podszyta autentyczną wiedzą autora z zakresu kryminologii. Akcja powieści rozgrywa się w Poznaniu gdzie na ulicach pojawia się nowa, zabójcza substancja. Jej „twórca” traktuje ludzkie życie jak eksperyment, a każda ofiara to kolejne dane do jego makabrycznego rachunku.
Głównym bohaterem jest Marcin Koch – młody kryminolog z ambicjami i bagażem trudnych doświadczeń, który do tej pory nieoficjalnie konsultował sprawy dla policji. Szybko zostaje wciągnięty w śledztwo, które wymyka się spod kontroli. Wraz z Natalią, córką swojego mentora, próbuje rozwikłać sieć powiązań, w której każdy krok może być ostatnim.
Chomczyński mistrzowsko buduje napięcie, łącząc precyzyjnie nakreślony kryminalny proceder z osobistą dramaturgią bohaterów. W „Kucharzu” nie ma czarno-białych podziałów – nawet ci, którzy teoretycznie stoją po dobrej stronie, mają swoje mroczne sekrety. Miało być świeżo i nietuzinkowo, a wyszło… średnio. Zabrakło klimatu rodem z popularnego serialu „Breaking Bad”, smaczków z zaplecza produkcji narkotyków… Styl Chomczyńskiego jest dynamiczny, miejscami niemal reportażowy, co nadaje powieści autentyzmu. Dialogi są dość naturalne, momentami ostre jak brzytwa, a sceny akcji trzymają w napięciu.
Czytało się nieźle, ale do ideału sporo zabrakło. Mniej więcej od połowy wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce więc przy grande finale nie było zaskoczenia. Zakończenie pozostawia duży niedosyt – miałam wrażenie, że zabrakło kilkunastu stron. Doceniam odwagę oraz nieszablonowe podejście do tematu narkotyków.
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Muza
Niech Was nie zwiedzie tytuł powieści Piotra Chomczyńskiego! „Kucharz” nie ma absolutnie nic wspólnego z gotowaniem.
Piotr Chomczyński to kryminolog i socjolog specjalizujący się w badaniach nad zorganizowaną przestępczością narkotykową. Współautor podręcznika do kryminologii, w mediach występuje jako ekspert od latynoamerykańskiej przestępczości. Prowadził badania...
2025-07-20
„Ziemie odzyskane” to nazwa nadana terenom przyłączonym do Polski po II wojnie światowej, które wcześniej należały do Niemiec (głównie Pomorze Zachodnie, Śląsk, Warmia i Mazury czyli w dużym uproszczeniu tereny leżące na wschód od Odry i Nysy Łużyckiej). Nazwa ta, dziś rzadko używana bez cudzysłowu lub bez skrótu „tzw.”, jest z jedną z bardziej frapujących, wykorzystywana jako instrument propagandy przez władze powojennej Polski.
Sześcioro reporterów (Domasławski, Grzebałkowska, Grzywacz, Łazarewicz, Winnicka, Wójcik) sięga po historie z czasów kiedy pomorze trafia pod polską administrację. Gdy Rügenwalde staje się Darłowem wszyscy Niemcy zamieszkujący te tereny stali się cudzoziemcami.
„Jak zdobywaliśmy Pomorze. Mroczne historie z ‘ziem odzyskanych’” to wielogłosowy reportaż historyczny, który w sposób kompleksowy i wnikliwy przybliża losy powojenne Pomorza Zachodniego. Reportaże nie są równe, bo przecież pisane przez inne osoby, ale tworzą spójną, zróżnicowaną stylistycznie narrację, łącząc perspektywy historyczne, społeczne i indywidualne. Każdy z autorów bierze na warsztat inny aspekt trudnego procesu „zdobywania” Pomorza: od wysiedleń Niemców, przez migracje osadników z Kresów i centralnej Polski, po budowę nowej tożsamości regionu. Moją uwagę najbardziej przykuły te opowiadające o zwykłych ludziach, którym przyszło się zmierzyć z nową rzeczywistością. Szacunek za to, że ujęta została również strona niemiecka, dla której to była utrata jedynej ojczyzny.
„Jak zdobywaliśmy Pomorze” czyta się świetnie, choć nie jest to łatwa lektura. W dużej mierze to książka o Darłowie, bo praktycznie w każdym reportażu jest do niego odniesienie. Znajdziemy tu sporo topografii i opisów miejsc – warto przy okazji odwiedzin Pomorza spróbować odnaleźć poszczególne domy, skwery, ulice czy ważne dla miasta punkty. Nie ukrywam, że skusiło mnie tu przede wszystkim nazwisko Grzebałkowskiej, znanej ze świetnej książki o dwóch Beksińskich i brawurowej biografii Konopnickiej. I tym razem autorka nie zawodzi: jej reportaż „Witamy w Drełowie” wieńczy zbiór. Opisuje poruszające portrety rodzin zmuszonych do zaczynania życia od nowa. Nie brakło jej specyficznego stylu i dbałości o detale.
Mocną stroną książki jest oparcie na bogatym materiale źródłowym: dużo tu zdjęć, szkiców i przedruków, relacji świadków i wywiadów. Zaskakuje ilość przypisów. Autorzy unikają łatwych ocen, pokazując złożoność powojennej rzeczywistości – od heroizmu pionierów, przez traumę wysiedleńców, po konflikty na tle narodowościowym. Najlepsze znajdziecie na końcu: to wycinki z ówczesnej prasy. Nic więcej nie zdradzę, by nie odbierać przyjemności z czytania. To obowiązkowa lektura dla badaczy powojennych migracji, dziennikarzy śledczych i regionalistów. Może też zainteresować szerokie grono czytelników ceniących reportaż historyczny.
Czytajcie, warto!
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Rebis
„Ziemie odzyskane” to nazwa nadana terenom przyłączonym do Polski po II wojnie światowej, które wcześniej należały do Niemiec (głównie Pomorze Zachodnie, Śląsk, Warmia i Mazury czyli w dużym uproszczeniu tereny leżące na wschód od Odry i Nysy Łużyckiej). Nazwa ta, dziś rzadko używana bez cudzysłowu lub bez skrótu „tzw.”, jest z jedną z bardziej frapujących, wykorzystywana...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-06-08
Nazwisko Callas zna praktycznie każdy, nawet jeśli nie interesuje się operą. Grecka śpiewaczka operowa (sopran) o międzynarodowej sławie, urodziła się 2 grudnia 1923 w Nowym Jorku, zmarła nagle na zawał serca 16 września 1977 w Paryżu.
W swojej najnowszej powieści Éric-Emmanuel Schmitt przywołuje sylwetkę wielkiej sopranistki z perspektywy jej rywalki Carlotty Berlumi, która… nigdy nie istniała. Życiorys Callas przypomina libretto pełne tragicznych akordów – zdrady, osamotnienie, zawiść środowiska, głębokie cierpienie fizyczne.
„Callas, moja rywalka” to niewielka powieść, ale z wielkim ładunkiem emocji. To przede wszystkim opowieść o pasji i różnych jej wymiarach. Berlumi od pierwszego spotkania z diwą poczuje, że nadchodzi rewolucja wśród śpiewaczek. Można ją nazwać jako przedstawicielkę wszystkich przeciwniczek Callas.
To bardzo subtelna i kameralna opowieść. Wzrusza i jednocześnie bawi. Autor skupia się na emocjach jakie wywołuje środowisko artystyczne. Berlumi mogła istnieć naprawdę, a jej zawiść pielęgnowana przez lata mogła odbić się na jej zdrowiu i zachowaniu. W każdym zdaniu wypowiadanym przez bohaterkę wyczuwa się dumę, przeświadczenie o wielkości, a tym samym umniejszanie wielkości Callas.
Nie mam odniesienia do innych powieści autora, bo za wiele ich nie czytałam. Wiem jedno, to na wskroś francuska powieść, która wciąga od pierwszej strony. Polecam!
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova oraz Pani Bognie z PRart Media
Nazwisko Callas zna praktycznie każdy, nawet jeśli nie interesuje się operą. Grecka śpiewaczka operowa (sopran) o międzynarodowej sławie, urodziła się 2 grudnia 1923 w Nowym Jorku, zmarła nagle na zawał serca 16 września 1977 w Paryżu.
W swojej najnowszej powieści Éric-Emmanuel Schmitt przywołuje sylwetkę wielkiej sopranistki z perspektywy jej rywalki Carlotty Berlumi,...
2025-06-17
Po powieści Jojo Moyes sięgam bez wahania, choć ten gatunek nie leży w strefie moich głównych czytelniczych zainteresowań. Dlaczego? Bo to nazwisko jest gwarantem dobrej historii.
Lila jest autorką bestsellerowego poradnika o związkach. Wydawnictwo oczekuje, że kolejna książka powtórzy sukces debiutu. Ale jak tu pracować nad treścią jak… właśnie zostawił ją mąż, nastoletnia córka przechodzi okres buntu, młodsza wymaga ciągłej opieki, tragicznie zmarła jej matka i ojczym potrzebuje wsparcia, a ogród wymaga pielęgnacji?
„Między końcem a początkiem” to powieść obyczajowa, z dużą dawką humoru i odrobiną dramatu. Towarzyszymy rodzinie Lili w chwilach dobrych i złych. To rodzina inna niż te tradycyjne, taki trochę patchwork. Sporo tu zabawnych dialogów, szczypty sarkazmu i nieco absurdalnych sytuacji uzupełniających fabułę (które zawdzięczamy biologicznemu ojcowi Lili, który niespodziewanie pojawia się w jej życiu). Można nie zgadzać się z wyborami Lili, ale na każdym kroku kibicujemy jej z całych sił.
Lila jest kobietą dojrzałą, sytuacja życiowa mocno ją pokiereszowała. Musi na nowo wyodrębnić priorytety, nadać cele i zadbać o siebie. Wraz z rozwojem fabuły obserwujemy jak kobieta zyskuje pewność siebie, a każdy popełniony błąd tylko ją wzmacnia. Moyes uświadamia, że aby polubić innych należy najpierw polubić i zaakceptować siebie.
Jak na powieść Moyes przystało nie jest ona pozbawiona wątku romantycznego. Na szczęście jest on subtelnie wpleciony w treść, nie przytłacza lukrem i sztucznością. Lila i ich dwóch. Czy kobieta znajdzie szczęście i miłość?
„Między końcem a początkiem” to świetna powieść na lato, nie tyko dla fanów Moyes. Jest trochę oczywistości, pewne sytuacje można przewidzieć… Jest tu sporo wątków i postaci, ale wszystko podane w przystępny sposób (nie można się pogubić!). Podsumowując to pełna emocji powieść z charyzmatycznymi postaciami, które nie są czarno-białe. Książka towarzyszyła mi pod chorwackim słońcem i była idealnym uzupełnieniem wakacji.
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Znak
Po powieści Jojo Moyes sięgam bez wahania, choć ten gatunek nie leży w strefie moich głównych czytelniczych zainteresowań. Dlaczego? Bo to nazwisko jest gwarantem dobrej historii.
Lila jest autorką bestsellerowego poradnika o związkach. Wydawnictwo oczekuje, że kolejna książka powtórzy sukces debiutu. Ale jak tu pracować nad treścią jak… właśnie zostawił ją mąż,...
2025-05-11
„Widunka” Joanny Tekieli to historia młodej mieszkańcy Wiklińca – Miry, która postanawia opuścić rodzinną wioskę i poznawać świat. Żyje w miejscu, jak sama nazwa mówi, gdzie wyplatane są kosze, a rytm dni determinują pory roku. Kiedy zaczyna krytykować ustalone zwyczaje i utarte zasady, starszyzna patrzy na nią krzywym okiem.
Muszę przyznać, że na początku trudno mi było wejść w historię. Nie mogłam się odnaleźć w słowiańskich realiach, wierzeniach i słownictwie. Z czasem jednak „Widunka” okazała się wciągającą historią, nie tylko powieścią drogi ale podróżą w głąb siebie i kształtowaniu własnej tożsamości. Tekieli przenosi czytelnika w świat słowiańskich wierzeń, składania do refleksji nad ewolucją ludzkości i życiowymi wyborami.
Mira, mimo że jest dawną Słowianką ma wiele cech współczesnych kobiet, szczególnie w sposobie myślenia. Ba! nawet te dialogi takie bardzo swojskie i teraźniejsze. Sytuację ratuje lekkie pióro i widoczna sympatia autorki do kreowanych postaci.
Imię Widunka pochodzi od widzenia przyszłości. Powieść Tekieli to opowieść o wielkiej odwadze próby bycia sobą i posiadaniu własnego zdania, mimo przeciwnościom losu. Nie ma co przesadzać, nie jest to powieść wybitna, nie wnosi nic nowego. To nie jest też historia Słowian w pigułce, ma się wrażenie że autorka jedynie lekko dotyka tematu. W dużej mierze jest to przewidywalna historia, a bohaterka to superwoman tamtych czasów. Trochę przeszkadzał mi ten feministyczny ton, że oto ona wielka Mira będzie walczyła z tzw. głupiadami czyli na przykład z przesądem, że kobiety nie mogą jeździć konno czy strzelać z łuku. Ale! Czyta się świetnie, bawi i wciąga. Jako wiosenno-letnia lektura to wybór idealny (bez większych doznań czytelniczych). Zdradzę Wam trochę z fabuły: podczas swojej podróży Mira się trochę rozczaruje i dojdzie do wniosku, że większość miejsc nie wyróżnia się niczym szczególnym od jej rodzinnego Wiklińca (w myśl zasady, że wszędzie dobrze gdzie nas nie ma)…
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Filia
„Widunka” Joanny Tekieli to historia młodej mieszkańcy Wiklińca – Miry, która postanawia opuścić rodzinną wioskę i poznawać świat. Żyje w miejscu, jak sama nazwa mówi, gdzie wyplatane są kosze, a rytm dni determinują pory roku. Kiedy zaczyna krytykować ustalone zwyczaje i utarte zasady, starszyzna patrzy na nią krzywym okiem.
Muszę przyznać, że na początku trudno mi było...
2025-04-27
Carla Montero nie zawodzi! W swojej najnowszej powieści przenosi Czytelnika do francuskiej winnicy. Aldara ucieka z Hiszpanii przed wojną domową, chwilę wcześniej zostaje żoną Octave’a, dziedzica posiadłości. Winnica markizów Montauban w Burgundii to przede wszystkim poszanowanie tradycji, ale też skrywana rodzinna tajemnica. Jest wrzesień 1939 roku, Octave trafia do niewoli, a Aldara zostaje poddana ciężkiej próbie. Nie tylko musi przetrwać rozłąkę z mężem, ale też ułożyć stosunki z rządzącym twardą ręką teściem. Chwilę później do Winnicy wraca Romain, młodszy syn Auguste’a, którego obecność wprowadzi niezłe zamieszanie w życiu domostwa.
„Księżycowa winnica” jest powieścią obyczajową osadzoną w burzliwych realiach ówczesnego świata. Montero mistrzowsko wykorzystuje tło globalnego kryzysu, by podkreślić kruchość ludzkiego losu. Centralnym motywem powieści jest winnica – determinowana przez pory roku, napędzana siłą ludzkich rąk. Choć naokoło toczy się wojna, mało o niej w treści, jest tłem do wydarzeń w posiadłości. Autorka z dbałością o szczegóły opisuje proces produkcji wina, od zbioru winogron, przez przygotowanie i miażdżenie winogron, dojrzewanie i butelkowanie. W czasach niepewności politycznej i gospodarczej wino to nie tylko towar, ale także symbol trwałości państwa i obywateli. Z biegiem wydarzeń stało się pożądanym towarem dla oficerów niemieckich, którzy chcieli przejąć kontrolę nad produkcją.
Powieść Montero to przede wszystkim opowieść o ludziach – ich pasji i zaangażowaniu, walce z przeciwnościami i trudnych wyborach. Autorka portretuje swoich bohaterów z wyczuciem, a ich losy wplata w szersze procesy społeczne. Aldara od początku nie miała łatwo – nie była pożądanym gościem w winnicy. Jej zachowanie bardzo mnie irytowało, ale wiem że to był zabieg celowy, by pokazać przemianę z młodego podlotka w kobietę sukcesu. Z czasem stała się charyzmatyczna i pełna determinacji. Nie chcę zdradzać za dużo z fabuły, ale… ona jedna i trzech mężczyzn, czy znajdzie szczęście?
„Księżycowa winnica” to nie tylko literacka uczta, ale też hołd oddany rzemiosłu. Opowiada o II wojnie światowej z perspektywy zwykłych ludzi. Dla miłośników wina to niezła gratka. Polecam!
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Rebis
Carla Montero nie zawodzi! W swojej najnowszej powieści przenosi Czytelnika do francuskiej winnicy. Aldara ucieka z Hiszpanii przed wojną domową, chwilę wcześniej zostaje żoną Octave’a, dziedzica posiadłości. Winnica markizów Montauban w Burgundii to przede wszystkim poszanowanie tradycji, ale też skrywana rodzinna tajemnica. Jest wrzesień 1939 roku, Octave trafia do...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-04-13
Brett Bohlinger ma dobre i godne życie. Lubi swoją pracę, jej chłopak jest obiecującym prawnikiem. Ma dobre relacje z matką, która zarządza duża firmą kosmetyczną. Niestety matka choruje na raka, umiera krótko po bezlitosnej diagnozie. Na odczytaniu testamentu prawnik Brad Midar podaje informację, że Brett otrzyma swój spadek później. Dziewczyna jest zaniepokojona i rozczarowana, do tej pory przypuszczała, że obejmie stanowisko dyrektora zarządzającego oraz pakiet większościowy w firmie matki. Na dodatek musi zrealizować listę celów, które matka jej zostawia. Okazuje się, że to zestawienie nastoletniej Brett uzupełnione o komentarze matki…
Życie często zaskakuje i potrafi być przewrotne. Posiadanie psa, zakup konia, urodzenie dziecka, miłość, występy na żywo i pomaganie biednym. Realizując listę Brett będzie zmuszona do konfrontacji z przeszłością i własnymi niespełnionymi pragnieniami. Czy odkryje czym naprawdę jest szczęście?
„Lista marzeń” Lori Nelson Spielman to subtelna i urocza powieść, która wzrusza i inspiruje. Opowiada o odwadze, samorealizacji, dążeniu do spełniania marzeń i pogoni za szczęściem. Porusza czytelnika dzięki szczerości emocji i uniwersalnemu przesłaniu. Spielman zręcznie buduje przemianę głównej bohaterki – od chłodnej perfekcjonistki do kobiety otwartej na życie z wszystkimi jego niedoskonałościami. Zgoda, jest słodko. Ale goryczy też nie zabrakło.
Historia Brett od początku wzbudza zainteresowanie. Realizowanie poszczególnych celów to nie tylko sposób na poukładanie życia, ale też na przejście żałoby. Brett się zmienia, przewartościowuje pewne życiowe kwestie. Dziewczyna musi zmierzyć się z przeszłością, a i teraźniejszość serwuje jej coraz to nowe wyzwania. Książka utrzymana jest w lekkim tonie, łączy wątki rodzinne, romantyczne i egzystencjalne, tworząc opowieść o drugich szansach i sile spełniania marzeń. Choć momentami przewidywalna, urzeka autentyzmem bohaterów i ciepłem narracji.
Mimo, że „Lista marzeń” nie rewolucjonizuje gatunku pozostawia przyjemne wrażenie i może skłaniać do refleksji nad własnymi priorytetami.
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Rebis
Brett Bohlinger ma dobre i godne życie. Lubi swoją pracę, jej chłopak jest obiecującym prawnikiem. Ma dobre relacje z matką, która zarządza duża firmą kosmetyczną. Niestety matka choruje na raka, umiera krótko po bezlitosnej diagnozie. Na odczytaniu testamentu prawnik Brad Midar podaje informację, że Brett otrzyma swój spadek później. Dziewczyna jest zaniepokojona i...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-03-30
Wojenna odyseja w stylu noir
Kiedy zamykam ostatnią stronę powieści „5 grudniów” Jamesa Kestrela mam nieodparte wrażenie, że to bardzo przygnębiająca historia. Wydarzenia toczą się niezgodnie z planem, ciągle po grudzie. A każdy sukces okupiony jest smutkiem.
Akcja powieści rozpoczyna się na kilka dni przed inwazją Japonii na Stany Zjednoczone, czyli w 1941 roku. Detektyw Joe McGrady otrzymuje zadanie rozwiązania brutalnego zabójstwa. Wtedy jeszcze nie wie, ze nadchodzące wydarzenia zmienią jego życie. Tropem sprawcy trafi do Hongkongu i Tokio… a jego podróż stanie się metaforą chaosu wojny: od japońskiego więzienia po ruiny Trzeciej Rzeszy.
Jestem zła na autora, że Joe McGrady jest cały czas werterowski, udręczony i smutny. Nawet gdy odnosi sukces nie potrafi się z niego w pełni cieszyć. Co więcej, gdy w jego życiu pojawia się kobieta jest przygaszony i stroskany. Jawi mi się jako postać z dreszczowców, z nieodłącznym papierosem, w długim prochowcu i naciągniętym mocno na czoło kapeluszu, po którym spływają krople nieprzerwanie padającego deszczu. To taki zdeterminowany twardziel, klasyczny samotny wilk, który od po początku jest napędem historii, a jego moralne dylematy nadają głębi fabule.
Czy „5 grudniów” to rasowy kryminał? W mojej ocenie nie do końca. To bardziej mieszanka kryminału, powieści szpiegowskiej i elementy thrillera noir. Dużą zaletą powieści jest atmosfera i plastyczny styl. Kestrel mistrzowsko odtwarza realia II wojny światowej, panujące wrogie napięcie. Miasteczka pełne są żołnierzy, marynarzy i cywilów żyjących w nieświadomości nadchodzącej katastrofy, kolejno pokazuje jak wojna niszczy świat. Jego proza jest precyzyjna, nie pozbawiona poetyckich momentów, nie przytłacza narracji. Autor nie unika brutalności wojny czy porachunków, ale też nie epatuje przemocą. Unika wielkich historycznych analiz.
„5 grudniów” to powieść o wielkiej samotności, dążeniu do celu, stracie i konsekwencjach wojny. Nie była wybitną powieścią, ale spędziłam z nią kilka przyjemnych wieczorów. To nie jest powieść z galopującą fabułą (ta powolność momentami doskwiera i nuży), ale też poprowadzona w taki sposób, że za wszelką cenę chce się dotrzeć do finału. Tutaj zbrodnia jest tylko punktem wyjścia do opowieści o ludzkiej naturze, która egzystuje w ekstremalnych warunkach. Samotny wilk pozostanie takim do końca. Kobiety są raczej symbolami (ofiara, femme fatale, wybawicielka) niż pełnokrwistymi postaciami.
Czy McGrady rozwiąże zagadkę? Przekonajcie się sami.
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Rebis
Wojenna odyseja w stylu noir
Kiedy zamykam ostatnią stronę powieści „5 grudniów” Jamesa Kestrela mam nieodparte wrażenie, że to bardzo przygnębiająca historia. Wydarzenia toczą się niezgodnie z planem, ciągle po grudzie. A każdy sukces okupiony jest smutkiem.
Akcja powieści rozpoczyna się na kilka dni przed inwazją Japonii na Stany Zjednoczone, czyli w 1941 roku....
2025-02-26
„Algorytm” to pierwsza część zapowiadanej serii „AI-gent. Mroczne kody”. Autorem jest debiutant – W.P. Rdzanek, który świat wielkiej polityki, pieniędzy i niebezpiecznych ambicji zna od podszewki, bo przez trzydzieści lat pracował w międzynarodowym biznesie technologicznym.
„Algorytm” to trochę thriller, trochę powieść sensacyjna. Fabuła snuje się wokół programu, który ma namierzać każdego przestępcę i szpiega w sieci. Twórcą jest Karol Koppel, pracujący dla rządu USA, który nagle znika w niewyjaśnionych okolicznościach, a razem z nim dostęp do programu. Niemal w tym samym momencie z ambasady Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej w Warszawie wypływa gigantyczny transfer danych…
Akcja powieści biegnie wartko, nie ma miejsca na nudę, choć opiera się głównie na dialogach. Autor zgrabnie powadzi narrację, zachowując równowagę między konwersacjami i opisami. Brakuje jedynie finezji w budowaniu napięcia, którą charakteryzują się najlepsze thrillery gatunku. Mimo wszystko łatwo zaangażować się w treść, a przez krótkie rozdziały praktycznie się płynie. Trudno zaś wyodrębnić jednego głównego bohatera. Wśród nich przewija się policjantka z Komendy Stołecznej Policji, agent ABW, ekipa z CIA, wujek Karola i sam (przez większość powieści nieobecny) Koppel.
Liczyłam na tytuł, który nie tylko wykorzysta AI jako chwytliwy temat, ale faktycznie zgłębi jej rewolucyjny (i niebezpieczny) potencjał - na pokazanie, jak algorytmy AI faktycznie rewolucjonizują metody pracy służb, na dylematy etyczne związane z autonomiczną inwigilacją, na technologiczne niuanse, które nadałyby tej historii unikalny, futurystyczny rys. Zamiast tego program ZEUS jest tu właściwie zamiennikiem klasycznej walizki z kodami atomowymi z czasów zimnej wojny. W świecie, gdzie o pozycji wywiadów coraz częściej decydują modele językowe i analiza predyktywna, powieść nieśmiało ociera się o temat, ale nie wchodzi w niego głębiej. Czuję lekki niedosyt.
Ostatecznie „Algorytm” to powieść dla tych, którzy cenią klasyczną opowieść szpiegowską opakowaną w nowoczesny, informatyczny język. Jako otwierający tom trylogii spełnia swoje zadanie: wprowadza graczy, buduje siatkę powiązań i rozkręca maszynę intrygi. Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnych częściach autor zrezygnuje z traktowania AI wyłącznie jako kartę przetargową w szpiegowskiej rozgrywce i faktycznie odpakuje technologicznego dżina z butelki, którego sam wypuścił z laboratorium. Na razie jednak mamy do czynienia z poprawnym thrillerem wywiadowczym, który – choć sprawny i świeży gatunkowo – nie wykorzystuje w pełni potencjału swojego najważniejszego bohatera. W szkolnej skali 4+.
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Rebis
„Algorytm” to pierwsza część zapowiadanej serii „AI-gent. Mroczne kody”. Autorem jest debiutant – W.P. Rdzanek, który świat wielkiej polityki, pieniędzy i niebezpiecznych ambicji zna od podszewki, bo przez trzydzieści lat pracował w międzynarodowym biznesie technologicznym.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Algorytm” to trochę thriller, trochę powieść sensacyjna. Fabuła snuje się wokół programu, który ma...