Hormony rządzą!

krosciucha
07.01.2020

Z „Pobudzonymi” jest chyba jak z hormonami, które książka opisuje: wiadomo, że są, i to w dodatku bardzo ważne, ale niewielu rozumie, o co w nich chodzi. I tak jest w przypadku pozycji autorstwa pani Epstein – niby wszystko jest tutaj na miejscu, a czegoś nadal okropnie brak i nie wiadomo czego. To tytuł, który mógłby być, choćby z racji niełatwego, ale przez to intrygującego zagadnienia, znakomity, a pozostaje taki sobie.

Zaintrygowała mnie fantastyczna, rzucająca się w oczy okładka: wściekle różowa, z rycinami jajników. Uwielbiam książki popularnonaukowe, a jak jeszcze mają mi wytłumaczyć frapujące, ale trudne zagadnienia – to już w ogóle jestem kupiona. Epstein zawarła w „Pobudzonych” niby wszystko, co gwarantować powinno sukces: prosty język, nienachalne informacje naukowe, anegdoty, żarty, kilka zdjęć i znakomicie odmierzoną, smakowitą ilość makabry. Powinno być rewelacyjnie, ale jakoś nie jest. I ja naprawdę nie mam pojęcia dlaczego.

Epstein każdy rozdział pisze według tego samego schematu, a całość spina klamrą kompozycyjną – zaczynając od opowieści o Grubej Pannie Młodej i kończąc na zaburzeniach odżywiania i otyłości. Zawsze rozpoczyna od przytoczenia jakiejś historii – a to dwóch nastolatków zamordowało kolegę ze szkoły dla zabawy, a to niespełna rocznemu dziecku zmieniono płeć bez konsultacji z rodzicami, jeszcze inny pacjent zmarł z oznakami demencji i utraty kontroli motorycznej, co rozpoczęło niepokojącą lawinę kolejnych niezrozumiałych zgonów. Wychodzi od tego punktu zaczepienia w przeszłości – bo to zawsze są historie przynajmniej z XX wieku – do opisu odkrywania i badania danego hormonu. W ogóle chętnie opisuje eksperymenty i przybliża życie badaczy. Z wielkim pietyzmem przedstawia zwłaszcza życie Cushinga, który musi być dla niej nie lada wzorem. A i tak pozostawia mnie z nieprzyjemnym uczuciem niedosytu. Tak jak niewiele wiedziałam o hormonach, tak mam wrażenie, że wcale nie wiem więcej.

Napisanie tego typu pozycji to jest w ogromnej mierze kwestia odpowiedniego dobrania sobie lektur, właściwego ich połączenia, rozłożenia akcentów i dodania własnych spostrzeżeń. W „Pobudzonych” pojawia się wiele interesujących zagadnień czy historii, ale nadal można odnieść wrażenie, że to nie jest wszystko, co można napisać na ten temat. Dręczy mnie np. myśl, dlaczego wybrano takie a nie inne historie dla zaprezentowania danego hormonu? Dlaczego nie przybliżono nam dokładnie horrendalnych metod leczenia hormonami zbyt wysokich dziewcząt (jest o tym wzmianka w spisie źródeł) czy homoseksualistów? Podane przykłady czy wybór takich a nie innych hormonów (nie rozumiem, dlaczego nie ma nic np. o melatoninie) pozostaje niejasny, a więc dziwacznie subiektywny, co nie powinno aż tak rzucać się w oczy w przypadku książek popularnonaukowych. Bezsprzecznie brakuje tutaj zagłębienia się w naturę danej substancji, dokładnego opisania jej działania i funkcji. Styl autorki jest prosty i przejrzysty, ale nużący, nie radzi sobie ona z utrzymaniem zainteresowania czytelnika przez cały rozdział.

Jeśli idzie o przekazanie informacji – tutaj bywa różnie. Na przykład z rozdziału o oksytocynie zapada w pamięć właściwie to, że nie działa ona tak, jak to się często mówi. Nie rozumiem też stwierdzenia, jakoby usunięcie śledziony powodowało… cukrzycę – może wynika to z moich braków wiedzy, ale nijak mi się jedno z drugim nie łączy, cały proces nie zostaje też wytłumaczony. Zresztą tak jest w wielu przypadkach – chciałabym poczytać o objawach różnych chorób powodowanych przez niedobory czy nadmiary danych hormonów, a jest tutaj o to trudno. W ogóle nie sądziłam, że natknę się na książkę o endokrynologii, w której nie będzie nic o wolu tarczycowym czy chorobie Hashimoto…

Muszę przyznać, że denerwował mnie niekiedy brak empatii autorki. Jak można nazywać okrutne zszywanie dwóch szczurów w jeden organizm tak po prostu „zadziwiająco prostym, choć nietypowym eksperymentem”? Nie rozumiem także jej chłodnego, bardzo wyważonego opisu batalii studentów o zniszczenie pomnika psa, na któym dokonano wiwisekcji („W ten sposób dziwnym zrządzeniem losu postument stworzony w celu obnażenia mrocznej strony nauki w niezamierzony sposób upamiętnił jedno z jej wielkich odkryć”). Czy przedstawienie w rozdziale ewidentnego złamania prawa przez naukowców i jednocześnie ich ułaskawienia nie zasługuje na jakąś dodatkową wzmiankę? W dodatku nie pojmuję lekkiego naigrywania się z dawnych naukowców, typu np. zdziwienie, że niejaki Berthold nie badał nadal hormonów czy jąder, ale zajął się nudniejszymi, mniej interesującymi rzeczami, a mógłby przecież być bardziej do przodu.

Oczywiście jeśli zastanawia się ktoś, czy te mankamenty całkowicie przekreślają książkę – to spieszę z odpowiedzią, że absolutnie nie! Zawsze lepiej taką pozycję przeczytać niż nie, zwłaszcza w przypadku gdy lektur o danej tematyce nie ma zbyt wiele. Epstein stara się urozmaicić swoje wywody, więc nadaje każdemu hormonowi ludzką twarz: opisuje je nie tylko poprzez historie badaczy, ale też pacjentów, którzy z owymi substancjami niejako musieli się mierzyć. Zaglądanie w stare, zapomniane dzieje dodaje smaczku lekturze i nadaje posmak skandalu, jak choćby w przypadku czytania o trudnych bojach rodziny Balabanów o przysadki dla syna, a potem o jeszcze straszniejszych próbach utajenia problemu zakażenia ludzkiego hormonu wzrostu. Szczególnie fascynujące są rozdziały o zmianie płci i wszystkich problemach, które się z tym wiążą.

Chciałabym oczywiście, aby ta książka działała jak leptyna – i zabijała w czytelniku głód na kolejne pozycje, powodując stan idealnego nasycenia wiedzą. Ale tak niestety nie jest – z powstającego po lekturze uczucia niedosytu może zrodzić się tak chęć na więcej i na własne poszukiwania, jak i zniechęcenie oraz machnięcie ręką. I choć nie mogę powiedzieć, że się przy niej wynudziłam, to jednak z całą pewnością nie czuję się po niej pobudzona. W żaden sposób.

Agata Majchrowicz

Kup książkę

Pozostałe księgarnie

Informacja

Reklama
zgłoś błąd