rozwiń zwiń

Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: , , , , , ,

Jest mi strasznie ciężko wyrazić się jednoznacznie o tej książce.

Zacznijmy może od tego, że ACOMAF jest obecnie moją ulubioną książką. Nic innego nie nie potrafiło wzbudzić we mnie takich emocji od bardzo dawna. Zakochałam się w historii Rhysa i Feyre, w tym jak Maas pokazała jak ludzie i miłość może się zmieniać. W świecie, który nie jest czarno-biały. Może to właśnie kwestia zbyt wysokich oczekiwań, ale ACOWAR mnie trochę zawiódł. Przy czym od razu mówię - nie jest to pod żadnym pozorem zła książka, skończyłam ją całkiem zadowolona(najlepszym dowodem na to był dosyć spory kac książkowy). Problem w tym, że, w porównaniu do wspaniałej poprzedniczki, jest tylko “w porządku”.

Brakowało mi tego czym było wypełnione ACOMAF - ogólnie pojętego napięcia. Brakowało go w relacji Rhysa i Feyre. Mam wrażenie, że Maas zbytnio się skupiła na ciągłym powtarzaniu nam jacy to oni są dla siebie idealni, zamiast stworzyć jakąś dynamikę. Brakowało go też w prowadzeniu fabuły. Nie było tak jak w przypadku ACOMAF, gdzie z wypiekami, niecierpliwie przewracałam kolejne strony i którego pożarłam w jedną noc. Ba, nawet ACOTAR był o wiele bardziej wciągający. Przez pierwsze i ostatnie rozdziały przebrnęłam dosyć szybko, ale większość ciągnęła się niemiłosiernie.

Mieszane uczucia mam też co do samego zakończenia. Z jednej strony skończyło się tak, żeby zadowolić wszystkich, kończąc najważniejsze wątki i jednocześnie zostawiając duże możliwości dla spin-offów. Z drugiej - czułam mało satysfakcji. Hybern, który przez całą serię kreowany był na wielką potęgę i zło ostateczne okazał się mało przerażający. Nie czuć było zagrożenia - biorąc pod uwagę skalę konfliktu główni bohaterowie praktycznie nic nie stracili, ani nie poświęcili, brakowało emocjonalnego impaktu.

Za to dużym plusem były postacie. Te same, w których się zakochałam w poprzedniczce jak i te, które w końcu w tej książce dostały możliwość, żeby bardziej zabłyszczeć. Rhys był nadal tym samym Rhysem. Feyre nadal jest tą silną osóbką, którą ukształtowały dramatyczne przeżycia w ACOTAR. Lucien, Azriel, Nesta i Cassian, a także Helion skradli w ACOWAR moje serce.

Podsumowując - czuję lekki niedosyt po lekturze ACOWAR. Dobrze było wrócić do świata i ogólnie podoba mi się rozwiązanie większości wątków. Brakowało jednak tej magii, która była w ACOMAF i którą mam nadzieje pani Maas uda się pokazać w nadchodzących spin-offach (trzymam kciuki za książkę o Neście albo Lucienie!)

Jest mi strasznie ciężko wyrazić się jednoznacznie o tej książce.

Zacznijmy może od tego, że ACOMAF jest obecnie moją ulubioną książką. Nic innego nie nie potrafiło wzbudzić we mnie takich emocji od bardzo dawna. Zakochałam się w historii Rhysa i Feyre, w tym jak Maas pokazała jak ludzie i miłość może się zmieniać. W świecie, który nie jest czarno-biały. Może to właśnie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , , , ,

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2017/03/a-conjuring-of-light-ve-schab_16.html

-

Jestem mocno rozdarta jak powinnam ocenić tę książkę i bardzo ciężko jest mi się do niej ustosunkować. Był to jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie tytułów w tym roku i dosyć mocno się zawiodłam. Po pierwsze po bardzo dobrym tomie drugim spodziewałam się czegoś lepszego - moim zdaniem ostatnia książka to był zdecydowanie krok w tył. Pod wieloma względami - min. jeśli chodzi o rozwój postaci czy rozwiązania fabularne, jest nawet gorsza od pierwszej części serii. Po drugie w książce zabrakło klimatu. Nadal mamy Londyn, nadal mamy magię, ale brakowało rozwinięcia wątków w innych światach. Druga część też rozgrywała się głównie w Czerwonym Londynie, skupiła się jednak bardziej na postaciach i kreowaniu świata, przez co bardziej czuć było specyficzny klimat. Po trzecie, przez większość czasu miałam przeczucie, że cała fabuła to jeden wielki zapychacz. Ostatnia część mocno skupia się na akcji koncentrującej się na czarnym charakterze bez znaczącego tła fabularnego, zamiast skupić się bardziej na rozwinięciu istniejących już wątków i satysfakcjonującym podsumowaniu trylogii.

Mroczniejszy Odcień Magii oraz A Gathering of Shadows pochłonęłam bardzo szybko, jednak miałam niemały problem, żeby wgryźć się i skończyć ostatnią część serii. A kiedy wręcz siłą muszę się zmuszać, żeby przeczytać kolejną stronę w książce opartej na akcji? To nie jest dobry znak. Dużą winę widzę w bardzo nierównym i źle rozplanowanym tempie akcji. Przez to, że druga część zakończyła się sporym cliffhangerem, kolejna część zaczyna się w punkcie kulminacyjnym. Ten zabieg sprawia, że zamiast stopniowego budowania napięcia, po szybkim początku, tempo akcji mocno zwalnia. Był to jeden z głównych powodów dlaczego ciężko było mi się wciągnąć i miałam duże problemy, żeby po odłożeniu do książki wrócić. Przez brak napięcia prawie w ogóle nie ciekawiło mnie co będzie dalej.

Kolejnym problemem są bohaterowie. Tak jak A Gathering of Shadows wspaniale rozwinęło niektóre postaci, tak kolejna część zupełnie ten aspekt zignorowała (no, może z wyjątkiem Hollanda). Jest to całkiem zabawne biorąc pod uwagę, że autorka wielokrotnie w książce chce wywołać emocje w czytelniku poprzez śmierć pewnych postaci pobocznych. Ale jak taki zabieg ma wywołać reakcję u czytelnika, skoro ledwo co je znaliśmy?

Główny czarny charakter jest po prostu nudny. Serio, Ostaron to chyba jeden z najgorszych antagonistów o jakich czytałam ostatnimi czasy. Jest płaski, nie ma właściwie żadnej motywacji poza prozaicznym dążeniem do potęgi. Prawie nic nie wiemy na jego temat, nie ma żadnego punktu zaczepnego, żadnej głębi, niczego z czym czytelnik mógłby się utożsamiać. Ot, kolejny wielki zły, który jest zły i niedobry, bo TAK. Miejscami miałam wrażenie, że został wprowadzony tylko po to, żeby bohaterowie mieli przeciwko komu walczyć. Łączy się to trochę z faktem, że nie rozwinięto praktycznie wcale wątków innych światów, a myślę, że byłaby to idealna okazja, żeby dać Ostaronowi jakieś dodatkowe tło.

Lila w ostatniej części mnie mocno irytowała. Bardziej przypominała siebie z Mroczniejszego Odcienia Magii, niż Lilę, którą polubiłam w A Gathering of Shadows. Bardzo denerwowało mnie, miejscami wymuszone, kreowanie jej jako typowej ‘bad girl’. Zwłaszcza w chwilach kiedy jej moralność była wątpliwa, a Lila nigdy nie poniosła z tego powodu żadnych konsekwencji (jedynie zostało jej to wypomniane przez Hollanda, ale inne ‘dobre’ postaci całkowicie to ignorują). Dodatkowo, nie wierzę, że to powiem (a na początku to był mój OTP!) , ale moim zdaniem wątek romantyczny pomiędzy nią a Kellem był zbędny. W pierwszej i drugiej części było pomiędzy nimi sporo chemii, ale w ostatniej części czułam jakby sceny między nimi były wymuszone i trochę nijakie (na szczęście Rhy i Alucard nadrabiali!)

Sam Kell był poprowadzony w porządku. Dosyć mocno wpadał w schemat typowego heroicznego bohatera fantasy, ale nie umniejszało to w żaden sposób jego postaci. Jedyne co mnie zirytowało to fakt, że, pomimo nie poznaliśmy jego pochodzenia. A patrząc na to, że zakończenie jest bardzo otwarte? Widać, że autorka zostawia sobie furtkę, żeby napisać kolejne historie w tym świecie.

Alucard był zdecydowanie mniej zaakcentowany w tej części. Jasne, mieliśmy jego utarczki z Kellem i trochę dramy z Rhy, ale trochę brakowało tego zadziornego kapitana i jego interakcji z Lilą, które widzieliśmy w części drugiej.

Za to naprawdę podobało mi się co autorka zrobiła z postacią Hollanda. Pani Schwab udało się stworzyć ciekawego antybohatera, któremu łatwo współczuć, nawet jeśli się z nim nie do końca zgadzało. W sumie zakończenie jego wątku to jedyne, które stuprocentowo przypadło mi do gustu. Jest to zdecydowanie moja ulubiona postać w tej książce.

Sam styl pisania pani Schwab jest jak zwykle bez zarzutu - bardzo podoba mi się jak pracuje ona ze słowem. Jest barwnie i lekko ironicznie, ale jednocześnie lekko. Niestety sam warsztat nie uratuje książki, jeśli wydarzenia ciągną się i są pozbawione logiki (nadal nie mogę zrozumieć czemu pewne postaci zdecydowały się skonfrontować Ostarona i po prostu... umarły? tak o? mimo, że wiedziały, że nie mają szans?) Dodajmy do tego, że zakończenie to typowa deus ex machina no i mamy fabularny bubel. Autorka trochę za bardzo skupia się na tym, żeby przeć z akcją do przodu, a zapomina wyjaśniać zasady i budować mitologię swojego świata przez co sama siebie zmusza do używania pewnych niefajnych schematów.

Nierówne tempo akcji, słaby czarny charakter i miejscami nielogiczne rozwiązania fabularne sprawiły, że A Conjuring of Light jest, moim zdaniem, najgorszą częścią serii. Jest mi bardzo przykro z tego powodu, bo oczekiwania miałam dosyć spore. Dobrze było znowu spotkać się z tymi postaciami, ale miałam nadzieję, że spotkanie będzie przyjemniejsze. Po skończeniu tej książki byłam bardzo zła, bo jestem przekonana, że część ciekawych wątków pozostała nienaruszona tylko dlatego, że autorka planuje sequel. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo ucieszę się jeśli dostaniemy kolejną serię (zwłaszcza jeśli będzie choć trochę zbliżona poziomem do A Gathering of Shadows), tylko czemu odbywa się to kosztem jakości tej książki?

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2017/03/a-conjuring-of-light-ve-schab_16.html

-

Jestem mocno rozdarta jak powinnam ocenić tę książkę i bardzo ciężko jest mi się do niej ustosunkować. Był to jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie tytułów w tym roku i dosyć mocno się zawiodłam. Po pierwsze po bardzo dobrym tomie drugim spodziewałam się czegoś lepszego - moim...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , , ,

Są serie, które kocham ze względu na ich oryginalność. Są też serie, które nie wyróżniają się z pozoru niczym szczególnym - wtedy zazwyczaj moja opinia zależy od wielu czynników, ale w tym wypadku, żeby się wybić, seria musi mieć “to coś”. Zazwyczaj jest to szczegół - albo jakiś element fabuły czy świata, albo wzbudzające sympatię postacie. Są też książki takie jak seria Saby Tahir - książki, które biorą istniejące schematy i łączą je w idealną całość.

Z góry już mogę powiedzieć, że A Torch Against the Night zapewne będzie miało tyle samo fanów, co przeciwników. Jest tu wiele elementów, których nie lubię - mamy trójkąt miłosny, narrację pierwszoosobową ze zmieniającą się perspektywą. Mamy nawet, prawie już obowiązkowy w YA, motyw buntowników. A jednak mimo wszystko, to jakimś cudem działa. Po trochu dzięki dobrej konstrukcji, a po trochu dzięki znakomitemu warsztatowi autorki.

Fabuła zaczyna się w tym samym momencie, w którym skończyła się poprzednia część - śledzimy ucieczkę głównych bohaterów, Lai i Eliasa, a potem ich wędrówkę do Kauf w celu uwolnienia brata Lai. Niesamowicie się wciągnęłam już od pierwszych stron i czytałam w każdej wolnej chwili. Mimo, że jest to środkowa część książka trzyma i suspens, i dosyć szybkie tempo. Nie czułam zupełnie, żeby wydarzenia miały formę zapychacza. Każde wydarzenie albo uchyla nam nieco świata, albo popycha i komplikuje fabułę.

Dodatkowym plusem dla mnie było powolne ukazywanie bardziej fantastycznej strony świata. Tak jak An Ember in Ashes czytało się prawie jak powieść historyczną, tak “A Torch…” jest już zdecydowanie pełnokrwistą fantasy. Jest to wciąż ten sam świat, jednak sprytnie rozwinięto kilka istniejących wątków. Bardzo lubię takie zabiegi, zwłaszcza jeśli są oparte o mitologię (w tym przypadku arabską)

Tak, jak w poprzedniej części, mamy pierwszoosobową narrację z perspektywy Eliasa i Lai. W “A Torch...” jako narratora dodano jeszcze Helene. Jak dla mnie był to strzał w dziesiątkę - po pierwsze była to zdecydowanie najlepsza postać w części pierwsze, po drugie, dzięki niej mieliśmy wejrzenie na wydarzenia po stronie Imperium. Pod koniec książki trochę jednak żałowałam, że nie dostaliśmy chociażby ukradkowego spojrzenia na narracje od strony Marcusa ( który notabene okazał się całkiem ciekawym antagonistą), ale możliwe, że zobaczymy ją w kolejnych częściach.

I tutaj muszę przyklasnąć autorce, bo udało jej się stworzyć gamę interesujących postaci pobocznych. Jest ich sporo, a każda jest na tyle charakterystyczna, że nie sposób ich pomylić. Mimo, że minęło już trochę czasu odkąd skoczyłam czytać, to nadal doskonale pamiętam większość postaci i ich losy. Tutaj trzeba wspomnieć - Sabaa Tahir potrafi być okrutna i jeśli zbytnio przywiążesz się do danej postaci, powinieneś przygotować sobie pod ręką chusteczki.

“A Torch…” nie jest może pozycja przełomowa, ale łączy wszytko to co powinna mieć książka czytana dla rozrywki - wartką akcje, porządnie nakreślonych bohaterów i dobrze nakreślony świat. Cała seria, mimo, że wykorzystuje dużą ilość schematów, jest warta polecenia jako znakomicie zrealizowane młodzieżowe fantasy. Ja teraz wracam do czekania na kolejną cześć - niestety ma ukazać się dopiero w 2018 roku :(

Są serie, które kocham ze względu na ich oryginalność. Są też serie, które nie wyróżniają się z pozoru niczym szczególnym - wtedy zazwyczaj moja opinia zależy od wielu czynników, ale w tym wypadku, żeby się wybić, seria musi mieć “to coś”. Zazwyczaj jest to szczegół - albo jakiś element fabuły czy świata, albo wzbudzające sympatię postacie. Są też książki takie jak seria...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki My Lady Jane Brodi Ashton, Cynthia Hand, Jodi Meadows
Ocena 7,8
My Lady Jane Brodi Ashton, Cynthia Hand, Jodi Meadows

Na półkach: , , , , , ,

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/09/my-lady-jane-c-hand-bi-ashton-j-meadows.html
-

Szukasz krwawej i wiarygodnej powieści historycznej?
My Lady Jane zdecydowanie nie jest dla Ciebie. Autorki zapożyczają wydarzenia historyczne, bawiąc się konwencją, zmieniając i przekształcając je w fantastyczną opowieść umiejscowioną w Anglii podczas ostatnich dni władania Edwarda VI. Opowieść nie tyle o krwawej walce o tron i konflikcie między kościołem anglikańskim i katolickim co o miłości, przyjaźni oraz… koniach. I lisach. I całym spektrum zmiennokształtnych postaci.

A może szukasz dramatycznej, łamiącej serce opowieści?
Tego też tutaj nie znajdziesz. Jedyne problemy i dramatyzm wynika z potrzeby popchnięcia fabuły naprzód.

Ta książka jest tym, czym jest i nie udaje niczego innego. To lekka niczym wata cukrowa, zabawna powieść fantasy pełna angielskiego, miejscami czarnego, humoru, gier słownych, nakrapiana romansem.

Sięgnęłam po My Lady Jane, kiedy potrzebowałam się odstresować. To jest książka, po którą sięga się, żeby odprężyć się po ciężkim dniu, odegnać smutki, bądź wtedy kiedy po prostu potrzebujesz lekko sarkastycznej, pełnej nadziei historii.

I właśnie w takim kontekście spełnia swoją rolę idealnie. Sprawiła, że rżałam jak koń (przepraszam Giffordzie, więcej końskich żartów nie będzie!) tyle razy, że nie dałabym rady tego zliczyć. A kiedy o 1 w nocy wybuchasz śmiechem… No cóż, wybaczcie mi domownicy!

To dużo mówi o tej książce, biorąc pod uwagę, że wszystkie postacie, których punkt widzenia śledzimy, dosłownie, straciły głowy albo umarły na gruźlicę. Osobiście mam dosyć specyficzny typ humoru. Z jednej strony głupota amerykańskich komedii sprawia, że przewracam oczami z zażenowania, z drugiej humor monty pythonowski jest dla mnie za ciężki. My Lady Jane wstrzeliła się idealnie, jak dla mnie, w środek z dobrym umiejscowieniem czarnego humory, zabawnych konfrontacji i gier słownych.

Postacie są tak jak książka - lekkie i zabawne. Ich dynamika niesie linię fabularną z jednego komicznego punktu do drugiego. Ale czy można odmówić uroku scenie, w której Jane dowiaduje się, że jej świeżo poślubiony mąż to koń? Albo kiedy G zamyka swoją żonę w klatce, żeby nie musiała walczyć z niedźwiedziem? Ja nie potrafiłam.

Fabuła jest solidna, choć niezbyt skomplikowana. Toczy się wartko i bardzo łatwo się wciągnąć. To dodatkowy atut biorąc pod uwagę, że była pisane przez trzy osoby. Mam wrażenie, że każda postać z której perspektywy była narracja była pisana przez inną autorkę. Ciężko jednak to stwierdzić, bo wszystkie napisane są w podobnym stylu. I tak samo dobrze.

I muszę wspomnieć o jednym - boję się przekładu tej książki na polski. Jeśli chodzi o styl to jest to jedna z lepszych pozycji jakie czytałam od dawna. Duża doza humoru wynika właśnie z języka i wydaje mi się, że jedynie tłumacz z dużym doświadczeniem byłby w stanie poprawnie przenieść to na polski

Serce podpowiada mi, żeby dać 10/10, jednak wiem, że nie jest to książka bez skazy. Mimo wszystko jest to książka płytka i odrobina głębi postaci nie zaszkodziłaby w ogólnym odbiorze. Polecam zdecydowanie, jeśli szukasz lekkiej, humorystycznej i mało wymagającej lektury.

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/09/my-lady-jane-c-hand-bi-ashton-j-meadows.html
-

Szukasz krwawej i wiarygodnej powieści historycznej?
My Lady Jane zdecydowanie nie jest dla Ciebie. Autorki zapożyczają wydarzenia historyczne, bawiąc się konwencją, zmieniając i przekształcając je w fantastyczną opowieść umiejscowioną w Anglii podczas ostatnich dni władania...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , ,

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/08/zgnilizna-siri-pettersen.html
-

Siri Pettersen udało się coś niebywałego - jej książkom dwukrotnie udało się zawieść moje oczekiwania i to na zupełnie innych polach. Nie oczekiwałam po tej książce cudów - pierwsza część była raczej schematyczna, wydanie wyglądało tak, jakby korektor go na oczy nie widział, a bohaterowie nie byli zbyt dobrze nakreśleni. Jedyne co, jak dla mnie, ratowało Dziecko Odyna to całkiem fajny świat, z dużą ilością nawiązań do nordyckiej mitologii. Niestety, tak jak Rebisowi udało się zapędzić w końcu swojego korektora do pracy, tak reszta reszta nadal kuleje, a świat zatracił trochę z swojego północnego charakteru.

Pani Pettersen pod względem pisania przypomina mi nieco Trudi Canavan - nie piszą one książek najgorszych pod słońcem, jednak nie ma w nich nic specjalnego i nie wybijają się pod żadnych względem ponad średnią. Są przeciętne, a jakimś cudem wydawnictwom udaje się zgromadzić rzeszę fanów wychwalających je pod niebiosa. I nie chodzi tu nawet o braki warsztatowe (lubię je wytykać, ale nigdy nie uznaje tego za rzecz najważniejszą), ale w ich opowieściach brakuje pewnej iskry. W ich światach brak głębi i czytając, czuję się, jakbym konsumowała stare, odgrzewane danie.

Bardzo podobały mi się nawiązania do mitologii nordyckiej w pierwszym tomie. Liczyłam, że w Zgniliźnie dostaniemy podobny klimat. Niestety wątek Hirki mocno odciął się od tych klimatów serwując nam coś w stylu urban fantasy. Wątek Rime’go w Ym był zdecydowanie za krótki, żeby w jakikolwiek sposób to odczuć. Przez dodanie kolejnego świata, który, niestety, nie był aż tak interesujący jak Ym konstrukcja nieco się rozmyła. W tym drugim świecie, opartym na naszym, brakowało właśnie nordyckich smaczków, jakiegokolwiek nawiązania do Ym, czy mitologii. Wyszło przez to trochę nijako, bo świat nie wyróżniał się niczym. Dodatkowo brak różnic między naszym światem, a tym który odwiedziła Hirka, sprawił, że autorka trochę po macoszemu potraktowała jego kreację, przyjmując chyba, że czytelnik domyśli się z czym ma do czynienia

Fabuła podzielona była dwa wątki - ten dziejący się na Ziemi i ten w Ym. Tak jak całkiem przyjemnie śledziło mi się wątek w naszym świecie, tak wątek Rimego to chyba jeden z najgorszych wątków politycznych jakie czytałam. Sprowadzenie Rimego do osoby furiata z obsesją, postacie poboczne zachowujące się nielogicznie i po prostu głupio, wydarzenia, których ciąg przyczynowo-skutkowy nie miał żadnego sensu. Niestety niejednokrotnie przewracałam oczami czytając o dalszych losach Mannfali. Miałam też wrażenie, że sama autorka za mało interesuje się polityką, by stworzyć coś co nie wyszłoby naiwnie, nawet gdyby zignorować wątpliwą logikę.

Nie podobały mi się też rewelacje związane z pochodzeniem głównej bohaterki. Nie jestem jakąś ogromną przeciwniczką ‘specjalności’ wśród postaci, jeśli nie jest to wymuszone i wprowadzane na siłę. Tutaj niestety tak było. Moim zdaniem wystarczyłoby, gdyby Hirka była tylko i wyłącznie Dzieckiem Odyna...

Co do Rime -już w pierwszej części wydał mi się postacią nieco płaską. Nadrabiał to jednak fabułą swojego wątku, która była o wiele ciekawsza od reszty. W Zgniliźnie zarówno zmiany w jego charakteryzacji i wątek wypadły koszmarnie. Motywacja Rimego została sprowadzona do: myślenia o Hirce, napadów furii i narzekania jaka to Rada jest zła. Jego dziecinne zachowanie i zaślepienie w swojej “miłości” powodowały, że miejscami miałam ochotę nim mocno potrząsnąć. Nie mam też pojęcia co miało na celu (SPOILER) przyprowadzenie go do innego świata w drugiej części Zgnilizny. Nie wniosło to do fabuły dosłownie nic poza naiwnym i sztucznym dramatyzmem i zidioceniem wątku prowadzonego w Mannhalli. Wszyscy dają się omotać nastolatkowi, który nie radzi sobie z gniewem i myśli chyba tylko i wyłącznie własnym członkiem. Naprawdę?

Najgorsze jednak to, że podczas lektury nie obchodził mnie los postaci. Tak jak wcześniej czułam sympatię względem Rimego i Hirkę, tak w drugiej części nie zależało mi na ich losie. Rime mnie irytował swoim idiotyzmem i egoistycznym podejściem. Hirkę polubiłam, jednak jej zapatrzenie w siebie i ślepa miłość miejscami mnie odpychały. Podobały mi się natomiast postacie dwóch braci, którzy wypadli chyba najlepiej ze wszystkich. Okazali się mieć na tyle dynamiki, że udało się im mnie w pewnym momencie pozytywnie zaskoczyć.

Nie mogę z lekkim sercem polecić tej powieści. Jeśli wiesz w co się pakujesz - w przeciętne fantasy z wieloma wadami i nie zniechęca Cię to, sięgaj. Może się spodobać, jeśli nie przeszkadza Ci szablonowość i brak świeżości. Ja po ostatnią część sięgnę tylko dlatego, że lubię kończyć to co zaczęłam.

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/08/zgnilizna-siri-pettersen.html
-

Siri Pettersen udało się coś niebywałego - jej książkom dwukrotnie udało się zawieść moje oczekiwania i to na zupełnie innych polach. Nie oczekiwałam po tej książce cudów - pierwsza część była raczej schematyczna, wydanie wyglądało tak, jakby korektor go na oczy nie widział, a bohaterowie nie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , , ,

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/08/dwor-cierni-i-roz-sarah-j-maas.html
-

Było to moje drugie podejście do twórczości Sarah J. Maas. Pierwszy tom Szklanego Tronu zdecydowanie nie przypadł mi do gustu - dosyć płytka, przewidywalna fabuła i straszliwie irytująca główna bohaterka skutecznie zniechęciły mnie do kontynuowania tej serii. Po lekturze Dworu mogę powiedzieć, że na całe szczęście często daję autorom drugą szansę, bo kolejna seria od Pani Maas zaczyna się całkiem obiecująco.

Na początku trzeba zaznaczyć - Dwór Cierni i Róż to w głównej mierze, co prawda całkiem dobrze napisany, ale jednak, romans. Wszystkie inne wątki są raczej tłem dla rozwijającej się relacji między Tamlinem i Feyre, co sprawiało, że miejscami czułam się jakbym czytała harlequina z nieco bardziej rozbudowanym światem. Więc jeśli nie jesteś fanem romansów trzymałabym się od tej pozycji z daleka.

Historia jest porządna, ale im dalej zgłębiamy się w fabułę, tym bardziej schematyczna się stawała. Spotykamy główną bohaterkę - Feyrę, w chwili, kiedy omyłkowo zabija Fae pod postacią wilka, żeby wyżywić swoją rodzinę. Oczywiście, to powoduje lawinę wydarzeń, które sprowadzają Feyrę do krainy nieśmiertelnych Fae i wrzucają w wir wydarzeń opartych na baśni o Pięknej i Bestii.

Już od pierwszych stron widać poprawę warsztatu u Maas - fabuła jest wciągająca na tyle, że osobiście już w połowie nie byłam w stanie odkleić się od książki. Troszeczkę mogę przyczepić się do samej konstrukcji, która jest prosta, bez wątków pobocznych, czy zawirowań w narracji. Sztywno trzymamy się punktu widzenia Feyry, śledząc jej przygody. Czy to źle? W przypadku kierunku jaki obrała pani Maas, gdzie głównym elementem jest wątek romantyczny, to zdecydowanie nie przeszkadza. Chociaż osobiście uważam, że historia miała potencjał, żeby jeszcze w tym tomie rozwinąć skrzydła także przy wątkach bohaterów pobocznych. Być może otrzymamy to w następnych tomach - bo szczerze wątpię, żeby przez trzy tomy fabuła skupiała się na wątku Tamlina i Feyre.

Poprawę widać również w konstrukcji głównej bohaterki - jest zdecydowanie bardziej wyważona i łatwiej się z nią utożsamiać . Feyra jest silna i rezolutna, ale nie jest to siła przesadzona i w dodatku umniejszona przez fakt, że otoczona jest istotami o wiele od niej potężniejszymi.Na plus jeszcze idzie fakt, że narrator nie zachwyca się nią co drugie zdanie, pozwalając, żeby czytelnik ocenił ją poprzez czyny.

Jak jako retelling sprawdził się Dwór Cierni i Róż? Zdecydowanie nie jest to najlepsza tego typu pozycja jaką czytałam. Podobała mi się dekonstrukcja pewnych archetypów. Przykładowo - disneyowska miłość do książek Pięknej, została zastąpiona... nauką czytania, a osoba która wyruszyła próbować odzyskać Feyrę to nie ojciec, a siostra. Niestety sam charakter relacji między Piękną a Bestią nie został przekazany za dobrze, a wątek romantyczny przypominał raczej miłość od (prawie) pierwszego wejrzenia niż charakterystyczne oswajanie bestii.

Jest też jedna sprawa, która mocno popsuła mi odbiór tej książki - nie potrafiłam polubić Tamlina. Jak dla mnie jego postać wyszła wyjątkowo płasko i wręcz odpychająco. Miałam wrażenie, że jego wątek miłosny z Feyrą był strasznie powierzchowny i, jak na moje gusta, rozwinął się za szybko. Narrator miejscami wręcz na siłę starał się pokazać go w dobrym świetle, nawet w chwilach kiedy zachowywał się bezczelnie i arogancko.
Ponadto ciężko było mi uwierzyć, że arogancki, na zabój przystojny fae ma być odpowiednikiem archetypu Bestii. Nie widziałam u Tamlina podkreślonych żadnych negatywnych cech, których pokonywanie było przecież centralnym punktem tejże baśni. I nawet jego, niby, porywczy charakter nie zapunktował, bo nigdy nie został użyty do tego, żeby stworzyć jakąś trudność w jego relacji z Feyrą. Dlatego, mimo posiadania zwierzęcej formy, swoim charakterem oraz prezentacją bardziej przypominał mi upierdliwego i natarczywego Gastona, który chciał w sobie rozkochać Bellę za wszelką cenę, i był przedstawiony właśnie jako idealny partner.

Za to bardzo polubiłam postacie poboczne - Luciena, Rhysanda i (o dziwo!) Nestę. Bohaterowie drugoplanowi to był zdecydowanie jeden z mocniejszych pozytywów tej powieści - ciekawi, posiadający swoje własne perypetie, to właśnie dla nich, a nie dla Tamlina i Feyry, kontynuowałam czytanie.

Jeśli lubisz romanse pewnie znajdziesz tu coś dla siebie. Jeśli szukasz pełnokrwistego fantasy? Omijałabym raczej szerokim łukiem.
Jest tu zalążek czegoś ciekawego pod postacią szczątkowego wątku politycznego i ciekawych bohaterów pobocznych. I przyznaję, że liczę na rozwinięcie tych dwóch elementów w kontynuacji, bo mam wrażenie, że wątek romansu między Feyrą i Tamlinem miał swoje zakończenie w tym tomie i jedyne co można do niego dodać to ewentualne kłopoty wynikające właśnie z innych elementów fabularnych.

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/08/dwor-cierni-i-roz-sarah-j-maas.html
-

Było to moje drugie podejście do twórczości Sarah J. Maas. Pierwszy tom Szklanego Tronu zdecydowanie nie przypadł mi do gustu - dosyć płytka, przewidywalna fabuła i straszliwie irytująca główna bohaterka skutecznie zniechęciły mnie do kontynuowania tej serii. Po lekturze Dworu mogę...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , ,

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/08/dziecko-odyna-siri-pettersen.html
-

-1 za korektę (a raczej jej brak) polskiego wydania.

Oj, rozczarowała mnie ta książka. I nie mogę powiedzieć, że poprzeczka postawiona była wysoko, bo nie mam zbyt wielkich oczekiwań wobec debiutów. Zazwyczaj wystarcza, że czytanie sprawi mi przyjemność, bez nadmiernego przewracania oczami. Niestety przy Dziecku Odyna przewracałam oczami wielokrotnie, czy to przy braku logiki u bohaterów, czy to patrząc na koszmarny tekst polskiego wydania, pełen literówek i błędów składniowych.

Sam ciąg fabularny w sobie była w porządku - niezbyt skomplikowana, dobrze wprowadzała w świat Kruczych Pierścieni. To trzeba przyznać - całość czytało się nawet przyjemnie, jeśli nie zwracało się dużej uwagi na szczegóły. Niestety wątki z osobna często wypadały dosyć słabo, jak na przykład ten dotyczący Widzącego, który wyszedł strasznie sztampowo, czy naiwny polityczny, gdzie naprzeciw siebie mieliśmy postawioną wielką, złą i, oczywiście, skorumpowaną Mannhalę i dobry, demokratyczny Kruczy Dwór. Dodatkowo, jak już wspomniałam wcześniej, miejscami irytował brak logiki w decyzjach bohaterów, co troszeczkę zepsuło odbiór. Zwłaszcza motyw, kiedy Hirka najpierw decyduje się spalić cały swój dobytek, żeby uciec od rytuału, po czym po podróży i krótkim pobycie w Kruczym Dworze nagle stwierdza, że jednak weźmie w nim udział. Dodajmy tutaj, że nic a nic nie zmieniło się w jej sytuacji, Rytuał był dla niej tak samo niebezpieczny jak w chwili spalenia swojej chatki. Jej podróż do Mannhalli można było zdecydowanie lepiej uzasadnić...

Co do głównych bohaterów mam mieszane uczucia. Z jednej strony podobały mi się niektóre rozwiązania, takie jak fakt, że “specjalność” Hirki sprawiała, że była słabsza od innych. Z drugiej strony nie potrafiłam przywiązać się ani do Hirki, ani do Rime’go. Chyba zbyt często zachowywali się idiotycznie, a ich relacje i konflikty były nazbyt płytkie, bym mogła zapałać do nich jakąś większą sympatią. Tutaj muszę wspomnieć, że sama przyjaźń pomiędzy Rimem a Hirką wyszła dość papierowo. Za mało zostało nam w tym aspekcie pokazane, żeby zaakceptować, że od początku była między nimi silna więź.

Mimo mojego narzekania, muszę przyznać, że całkiem podobał mi się świat. Jego budowa nie była jakoś szczególnie ambitna czy skomplikowana, ale autorce wyszła solidna podstawa, poprzetykana nawiązaniami do nordyckiej mitologii. Od oczywistego Odyna, poprzez nazywanie Hirki “dzieckiem Embli”, kończąc na domu Boga, który miał kształt drzewa. Widać było, że są to nawiązania raczej luźne, aczkolwiek bardzo pomagały wczuć się w północny klimat. Patrząc na ich ilość raczej nie zdziwię się jeśli w następnych częściach znajdziemy ich więcej i na przykład liczba światów, do których można podróżować poprzez kamienie wyniesie osiem ;)

Nie wiem czy Rebis oszczędza na korekcie tekstu, czy też Dziecko Odyna dostało się pod skrzydła jakiegoś świeżaka, ale czytało się to koszmarnie. Literówki, powtórzenia, składnia i opisy jakby wyciągnięte z gimnazjalnego opowiadania. Naprawdę miejscami miałam wrażenie jakbyśmy czytali pierwszy draft, zwłaszcza kiedy trafiały się takie oto kwiatki:

“Hirka nigdy nie będzie mogła tknąć ani Rimego ani innych mężczyzn. Była otworem. Chorobą.”

Tak, bycie otworem musi być bardzo straszne(zwłaszcza w kontekście kontaktu z mężczyznam, hm!) Na tyle by sprawić, że prawie umarłam czytając ten fragment. Ze śmiechu oczywiście. Moją ocenę pogarsza fakt, że tłumaczy było dwoje - gdyby chociażby przeczytali nawzajem swoje fragmenty łatwo byłoby uniknąć wielu z tych błędów. Może na to właśnie liczył Rebis i postanowił, że korekta nie będzie potrzebna?
Dodajmy do tego jeszcze wspaniały fragment, gdzie przez dwie strony autorka uznała za stosowne wykorzystywać caps locka by pokazać, że główny bohater krzyczy. Przełknęłabym to, gdyby była to jedna kwestia. Ale to były dwie strony dialogu wypisanego dużymi literami. Nie, nie i jeszcze raz nie. W ten sposób można pisać na forum, czy w wiadomościach do koleżanki, a nie w tekście literackim, tylko po to, żeby pokazać, że ktoś krzyczy. Tak, napisanie “JESTEŚ Z SIEBIE DUMNA?!” zamiast, ot chociażby “Jesteś z siebie dumna?! - wrzasnął w jej stronę, trzęsąc się z gniewu” jest, według autorki, bardziej ekspresywne. Jak dla mnie? Jedynie bardziej irytujące.

Zapewne sięgnę po kolejną część, bo uważam, że świat wykreowany przez Siri Pettersen ma niejako potencjał. Sporo niestety zawinił Rebis wypuszczając nieudolne tłumaczenie, bez odpowiedniej korekty. Mogę mieć tylko nadzieję, że kolejna część trafi w ręce jakiegoś porządnego edytora.

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/08/dziecko-odyna-siri-pettersen.html
-

-1 za korektę (a raczej jej brak) polskiego wydania.

Oj, rozczarowała mnie ta książka. I nie mogę powiedzieć, że poprzeczka postawiona była wysoko, bo nie mam zbyt wielkich oczekiwań wobec debiutów. Zazwyczaj wystarcza, że czytanie sprawi mi przyjemność, bez nadmiernego przewracania oczami....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , , ,

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/07/and-i-darken-kiersten-white.html

-

A więc kolejna postać historyczna/literacka, którą przerobiono na kobietę? To przecież takie niespotykane. Wcale nie zalewa nas fala popkulturalnej masy, w której przy każdej możliwej okazji starzy bohaterowie nagle stają się bohaterkami. Często wychodzi to źle, bo twórcy na siłę starają się wcisnąć postaci kobiece w rolę archetypów zupełnie im nie pasujących.

To jak w takim wypadku wyszło zamienienie Vlada Draculi na Ladę Draculę?

Nawet jako zdecydowana przeciwniczka takiego zabiegu, muszę uderzyć się w pierś i przyznać, że bardzo dobrze.

Kiersten White doskonale wiedziała jak wyważyć postać Lady, między historią o Vladzie Palowniku, a młodą kobietą, uzależnioną od konwenansów i roli mężczyzn w jej życiu.
Uwielbiam to w jaki sposób wykreowała ją autorka. Brzydka, często brutalna, nieco szalona antybohaterka, która poszukując tego co jest dla niej ważne, dosłownie wygryza należne sobie miejsce. Bije się jak chłopak, zaborczo broni swojego młodszego brata i nie boi się zabić w obronie tego co dla niej ważne. Jest urodzoną wojowniczką, w świecie, w którym jedyną wartością dla kobiety jest być na tyle piękną, żeby dobrze wyjść za mąż.
I tutaj kolejny plus dla autorki. Mimo charakteru Lady, w powieści występują również postacie kobiece, które potrafią być silne w ramach konwenansów. Cieszy mnie fakt, że mimo typowo męskiego archetypu bohaterki, pani White nie zanegowała tego, że można być i silną, i kobiecą jednocześnie.

Do pary z Ladą mamy jej młodszego brata, Radu. Jest on jej dokładnym przeciwieństwem - piękny, delikatny i wzbudzający sympatię. Jego relacja z Ladą jest skomplikowana i niejednowymiarowa. Z jednej strony jest Radu, wiecznie niedoceniany przez rodzinę, desperacko szuka akceptacji u siostry. Z drugiej mamy Ladę, która mimo, że często podirytowana jego zachowaniem, dba o niego i stara się chronić. Zmiany jakie przechodziła ich relacja niejednokrotnie łamały mi serce i sprawiały, że musiałam odłożyć książkę na pewien czas.

Wypada wspomnieć, że And I Darken to nie jest powieść fantasty, jak niektórzy ją czasami oznaczają. Nie ma tutaj magii, smoków, czy, jak można by się spodziewać przy powieści o Drakuli, wampirów. Jest to, mimo paru zmian, bez wątpienia powieść historyczna. Na kanwie wydarzeń historycznych i istniejących miejsc, autorka tworzy opowieść o dwójce rodzeństwa, porzuconych na pastwę wrogiego państwa. Nie ma tutaj za dużo akcji, przez większość książki śledzimy intrygi polityczne i wynikający z nich rozwój relacji pomiędzy postaciami. Dużą rolę wśród głównych bohaterów odgrywa samotność. Samotność młodej kobiety, która nie może pogodzić się z przypisaną jej rolą i szuka swojego miejsca w świecie, chłopaka, który usilnie próbuje wyjść z cienia swojej siostry, syna sułtana - Mehmeda, który nie może zaufać nikomu. To właśnie potrzeba bliskości i akceptacji definiuje relacje pomiędzy Ladą, Radu i Mehmedem. I paradoksalnie sprawiła, że tak bardzo zżyłam się z postaciami.

W książce występuje również wątek romantyczny, jednak zdecydowanie nie jest to typowy młodzieżowy romans czy trójkąt. Bardziej przypomina to zagmatwaną sieć związków, która żadnemu z bohaterów nie wyjdzie na dobre. (Żeby trochę zarysować sytuację, bez spoilerów wspomnę, że sułtanowie posiadali własne haremy, większość małżeństw było z powodów politycznych, a niektóre rodzaje związków były zakazane ;)) Jest to chyba pierwsza książka od dawien dawna, gdzie na prawdę nie jestem w stanie nikogo shipować, bo to wszystko zbyt pogmatwane.

Mimo dobrego tła historycznego, trochę brakowało mi zarówno kulturalnych smaczków odnośnie kultury osmańskiej i rumuńskiej jak i jakiś szerszych opisów miejsc. Ale to raczej wynika z moich osobistych preferencji, niż jakiejś konkretnej ułomności książki. Bo na całe szczęście lektura była na tyle wciągająca, że zwróciłam na to uwagę dopiero po fakcie.

Minus jedna gwiazdka za imię bohaterki. Amerykańscy autorzy mają chyba problem z wygooglowaniem faktu, że wszystkie słowiańskie imiona żeńskie kończą się na literkę “a”, dlatego skończyliśmy z południową odmianą imienia... Władysław (Ladislav zamiast Ladislava :D). Parę razy zepsułam sobie dosyć poważne momenty, parskając pod nosem właśnie z powodu jej imienia. Dobrze, że pełna wersja była używana rzadko, więc nie zepsuło mi to całkowicie odbioru książki.

Druga gwiazdka w dół za trochę nierówne pokazanie islamu i prawosławia. Autorka skupiła się na pozytywnym pokazaniu islamu (który z jednej strony bardzo mi się podobał, ale z drugiej nie mogę się do końca zgodzić, bo okres w książce znaczy początek agresywnej ekspansji Imperium Osmańskiego właśnie w imieniu szerzenia swojej wiary) i zupełnie odrzuciła prawosławie na drugi plan poprzez brak bohaterów, którzy mogliby reprezentować jego pozytywne aspekty. A szkoda, bo tak jak temat islamu staje się coraz popularniejszy, tak ze świecą szukać książek chociażby wspominających o ortodoksji. Dlatego trochę smutno, że została tu pokazana płytko i, w porównaniu do islamu, w mało uduchowiony sposób. Mogę mieć tylko nadzieje, że zmieni się to w kolejnej części, która ze strony Lady powinna odbywać się w większej części pomiędzy Wołoszczyzną, Mołdawią, a Węgrami.

And I Darken to dość specyficzna książka i na pewno nie spodoba się wszystkim. Nie ma tutaj wartkiej akcji, czy typowego romansu. W zamian dostaliśmy interesujących bohaterów, ciekawe tło historyczne i wciągający wątek polityczny. Jak dla mnie była prawie idealna i z niecierpliwością czekam na kontynuacje.

Oby tylko Kiersten White zdecydowała się odejść od wydarzeń historycznych, bo w innym wypadku będę potrzebowała rocznego zapasu wagonów chusteczek po kolejnych częściach ;)

Ocena : 8/10

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/07/and-i-darken-kiersten-white.html

-

A więc kolejna postać historyczna/literacka, którą przerobiono na kobietę? To przecież takie niespotykane. Wcale nie zalewa nas fala popkulturalnej masy, w której przy każdej możliwej okazji starzy bohaterowie nagle stają się bohaterkami. Często wychodzi to źle, bo twórcy na siłę starają się...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/07/do-dystopii-zywie-dosyc-skomplikowane.html

Do dystopii żywię dosyć skomplikowane uczucia. Z jednej strony jest to gatunek wyjątkowo mi bliski(książki takie jak Rok 1984, Władca Much czy też Nowy wspaniały to były najbardziej wstrząsające lektury z jakimi miałam kontakt) , z drugiej ostatnimi czasy wszystko co jest ostatnimi czasy wydawane to w większości literatura młodzieżowa na modłę Igrzysk Śmierci. Nie chcę tu pod żadnym pozorem krytykować Igrzysk, które bardzo lubię, ale zmiana w postrzeganiu tego gatunku bardzo mnie boli. Coś co było niegdyś używane jako przestroga przed konkretnymi mechanizmami i naleciałościami występującymi w społeczeństwie, zostaje ostatnio spłycone do tła wydarzeń dla wyczynów kolejnej kopii Katniss Everdeen. Dlatego bardzo ucieszyłam się czytając opis nowej powieści Gluchovskiego.

Nim zajmę się samą powieścią, muszę napomknąć o jeszcze jednej kwestii.
Antyutopie są dla mnie tym, czym dla wielu ludzi są horrory
Jestem osobą, która raczej nie boi się rzeczy nadnaturalnych. Nigdy jakoś specjalnie nie bałam się duchów (no chyba, że w baaaardzo szczególnych przypadkach). Zawsze byłam tą, która na wycieczkach szkolnych, po opowiadaniu strasznych historii stała ukryta w korytarzu i przyprawiała innych o zawał serca. Zawsze o wiele bardziej bałam się ludzi - jako indywiduów w ciemnych zakamarkach ulicy czy u szczytu władzy, bądź jako społeczeństwo, ze swoim wiecznym pragnieniem “chleba i igrzysk”. Ludzkie instynkty potrafią być przerażające, co udowodniła nie tylko dystopijna literatura, ale i historia (holocaust? chiński wielki skok naprzód? a to tylko wierzchołek). Tak, nic nie jest w stanie wzbudzić we mnie zimnych dreszczy i głębokiego przerażenia jak dobrze przeprowadzona analiza ludzkiej natury. Tego właśnie oczekiwałam po Futu.re.

A co otrzymałam?

Widziałam wśród opinii padające słowo opus magnum. Niestety już po lekturze mogę stwierdzić, że używane jest ono nad wyrost. To prawda, widać, że autor starał się w książce stworzyć coś bardziej ambitnego i złożonego niż jego dotychczasowe uniwersum. Gluhovskiego trzeba pochwalić za konstrukcję świata przedstawionego, który jest szczegółowy, spójny i ciekawy. I tak przyznaję, że wizja świata, pomieszania Nowego Wspaniałego Świata z Rokiem 1984, niejednokrotnie przyprawiła mnie o ciarki na plecach. Sama fabuła jest dobrze przemyślana. a przesłanie widoczne jest już od pierwszych stron powieści. Niestety, zbytnia oczywistość nie wpływa za dobrze na konstrukcję i spłaszcza wydźwięk niektórych wydarzeń.

Jest jeszcze jeden poważny problem z kompozycją. Przez całą książkę, Gluhovsky oscylował pomiędzy dwoma pomysłami na swoją powieść - wypełnioną akcją powieścią science fiction oraz dystopijnym studium ludzkiego charakteru i natury. Nie mam nic przeciwko mieszaniu tych dwóch elementów, ale w przypadku Futu.re było to zrobione na tyle nieumiejętnie, że potencjał obu został zmarnowany przez potraktowanie najciekawszych elementów po łebkach. Elementy psychologiczne, społeczne i moralne były zaprezentowane w sposób naiwny i płytki. Gluhovsky zbyt dużo czasu spędza na problemie reprodukcji i potrzebie posiadania potomków. Naprawdę? To jedyne co można powiedzieć o złożonym problemie jakim byłaby domniemana nieśmiertelność? A stagnacja socjoekonomiczna? Brak innowacji, spowodowany brakiem wymiany pokoleniowej? Sam fakt, że mózg ludzki może pomieścić jedynie ograniczoną ilość informacji(to nie jest w końcu czarna dziura…)? Wiem, książka starała się dopasować problem do pewnej narracji Ale jest to kłopot na tyle złożony, że ignorowanie innych aspektów jest zbytnim uproszczeniem. Zwłaszcza jeśli w publicystyce rzucane są już takie słowa jak opus magnum, w takim wypadku nie powinno być tu miejsca dla tak tuzinkowego podejścia do tematu.

Za wyjątkiem głównego bohatera, Jana, obsada jest nieco nijaka i jednowymiarowa, ale wypełnia swój cel w fabule powieści. Niestety antagonista jest dosyć oczywisty już od samego początku, więc jego rozwój i późniejsze rewelacje tracą wiele przez brak elementu zaskoczenia. Wróg z dzieciństwa nie posiada żadnej historii niepowiązanej z protagonistą, Annelie została ukazana w sposób nielogiczny, spłycając tragiczne wydarzenia, w których uczestniczyła. Jedyną postacią poboczną, jaką polubiłam była Helen. Jej wątek - co prawda pełen niedopowiedzeń, pokazał odważną i silną postać tragicznie uwięzioną w systemie i stworzonej, między innymi przez nią samą, sytuacji. Niestety była to jedyna postać, która idealnie pasowała do tonu jakiego spodziewałabym się po takiej powieści.

Jeśli chodzi o Jana, bardzo nie lubiłam jego charakteru, jednak doskonale sprawdził się jako narrator, z którego perspektywy poznawaliśmy świat w Futu.re. Zmiana w jego światopoglądzie, pociągnęła za sobą subtelne zmiany w narracji, pokazując problem z wielu perspektyw.

Niestety, sama końcówka była rozczarowująca. Szczerze mówiąc, biorąc pod uwagę,w którą stronę zmierzała fabuła, spodziewałam się zakończenia w tonie Roku 1984. W dalszym ciągu głowię się nad tym jak bardzo niedopracowane i nielogiczne wydawało się parę ostatnich stron. Bo powiedzmy sobie szczerze - jaką gwarancję miał Jan, że jego rozwiązanie zadziała? Nie miał pewności, że fiolka zawierała to co sądził. A jeśli to nie było prawdziwe serum, to jaki sens miały jego patetyczny wewnętrzny monolog? Już o wiele bardziej pasowałby w tym miejscu mroczny plot twist i końcowa scena utwierdzająca beznadziejność sytuacji. Wybaczcie mi, ale ja tego zakończenia nie kupuję.

Mimo zakończenia i paru innych problemów, jest to solidna książka. Nie jest wybitną antyutopią, nie porusza też szczególnie odkrywczych tematów, ale czyta się ją bardzo dobrze. Posiada ciekawie zbudowany świat i postacie, na tyle wyeksponowane, że da się z nimi sympatyzować. Wydaje mi się, że dla kogoś, kto nie miał dużo do czynienia z literaturą dystopijną, ta pozycja może być o wiele łatwiejsza do przełknięcia niż inne tego typu pozycję, dzięki nieco uproszczonym problemom moralnym i pozbawionemu fatalizmu zakończeniu. Jeśli czytałeś trochę więcej - sięgnij tylko, jeśli lubisz tego typu klimaty i styl Gluhovskiego.

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/07/do-dystopii-zywie-dosyc-skomplikowane.html

Do dystopii żywię dosyć skomplikowane uczucia. Z jednej strony jest to gatunek wyjątkowo mi bliski(książki takie jak Rok 1984, Władca Much czy też Nowy wspaniały to były najbardziej wstrząsające lektury z jakimi miałam kontakt) , z drugiej ostatnimi czasy wszystko co jest ostatnimi...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , ,

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/07/warcraft-durotan-christie-golden_7.html

-

Lok’tar ogar, przyjaciele!

Jest to druga pozycja Christie Golden, którą czytam w tym roku. I po raz kolejny nie mogę wyjść z podziwu jak bardzo jej warsztat poprawił się od wydania Władcy Klanów. Co prawda minęło od tamtego momentu szmat czasu(15 lat!), ale jakość jaką serwuje ostatnio jest nie do porównania z tym, co było kiedyś. Jest to bardzo uwidocznione zwłaszcza, że większość pisarzy Warcraftowych jest, co tu dużo nie mówić, słaba (co prawda słyszałam sporo dobrego o najnowszym nabytku – Williamie Kingu, jeszcze nie miałam okazji sama ocenić).

Durotan jest pozycją bardzo dobrą. Co prawda nie udało mu się przebić w moim rankingu Zbrodni Wojennych, jednak wydaje mi się, że będzie to książka o wiele bardziej przystępna dla kogoś, kto miał do tej pory mały kontakt ze światem Warcrafta. Z pewnością jest to poniekąd spowodowane samą formułą – w Durotanie mamy do czynienia z historią tytułowego wodza i zostajemy krok po kroku wprowadzani w świat Mroźnych Wilku. Osobiście nieco bardziej podobała mi się konstrukcja wielowątkowego dramatu sądowego w Zbrodniach i jest to jest to, w sumie, jedyny powód, dla którego oceniam Durotana nieco niżej (no dobrze... drugim powodem jest fakt, że jestem ogromną fangirl Baine Bloodhoofa, Anduina Wrynna i Wrathiona, ale o tym ciii).

Świat przedstawiony był nieco skąpy jak na ilość materiału, który występował w oryginalnych grach. Mimo to mam wrażenie, że takie okrojenie wyszło powieści na dobre. Czytelnik nie został zawalony masą informacji, które, może i zadowoliłyby zagorzałych fanów, to jednak byłyby z pewnością zbyt przytłaczające dla zwykłego odbiorcy. Autorka miarowo wprowadzała w świat orków z Klanu Mroźnego Wilka poprzez losy i dorastanie samego Durotana. Podczas czytania perypetii młodego wodza, niejednokrotnie czułam się jakbym znowu wykonywała questy w Grani Mroźnego Ognia. Ah, tylko Pani Golden jest w stanie wzbudzić we mnie taką dozę nostalgii, opisując moją ukochaną Hordę.

Jak zawsze w książkach Christie najsilniejszą stroną były postacie. No, ale czego innego można się było spodziewać? W końcu to ona dawno temu stworzyła Durotana oraz Drakę. I chyba nikt inny nie jest w stanie zrozumieć ich tak dobrze. Mimo ogromnych zmian w fabule, żadna z postaci nie traci nic a nic ze swojej oryginalnej charakteryzacji. Durotan to ciągle młody i niezwykle mądry wódz. Draka nie jest urodzoną wojowniczą, ale osobą, która wywalczyła swoją pozycje dzięki niezwykłej sile ducha. Ogrim to w dalszym ciągu trochę napalony, ale dobry przyjaciel Durotana. Przyjaźń ta została jednak nieco spłycona – w książce nie jest to wyjątkowe braterstwo dwóch orków z innych klanów, a prosta relacja z dzieciństwa (chociaż i wątek przyjaźni międzyklanowej na całe szczęście się pojawia). Doskonała charakteryzacja sprawia, że bardzo łatwo utożsamić się się z bohaterami, przeżywając wraz z nimi kolejne nieszczęścia. Sama końcówka sprawiła, że czułam smutek i pustkę na myśl o tym, co się stanie z tradycjami i honorem, nie tylko Mroźnych Wilków, ale i całej Hordy. Go’elu dorastaj szybko!

Jeśli chodzi o historię samą w sobie, to różni się ona znacznie od tej przedstawionej w grach. Poczynając od mniejszych różnic jak brak braci Durotana – Ga’nara oraz Fenrisa, Ogrima będącego członkiem Mroźnych Wilów zamiast klanu Czarnej Góry, kończąc na braku Nerhzula oraz Rady Cieni, czy też zupełnie innej motywacji do stworzenia Hordy i podboju Azeroth. Lista zmian jest jeszcze dłuższa, jeśli weźmiemy pod uwagę film. Widocznym jest, że Blizzard chciałby wykreować coś na kształt Marvel Cinematic Universe. Czy to dobrze? Moim zdaniem tak. Jako wielka fanka lore, przyznaję, że w przeciągu wielu lat świat Warcrafta rozrósł się aż za bardzo, co pociągnęło za sobą chaos i nieścisłości. Uniwersum przyda się nowy start, zwłaszcza przy takim medium, jakim są filmy.

Zdecydowanie polecam Durotana wszystkim fanom Warcrafta, a także osobom, którym podobał się film. Jeśli chcesz zacząć swoją przygodę z uniwersum jest to pozycja do tego idealna. Jeśli je znasz, będzie to przyjemna lektura pokazująca, jakich różnic spodziewać się po ewentualnych kolejnych filmach.


Ocena : 8/10

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/07/warcraft-durotan-christie-golden_7.html

-

Lok’tar ogar, przyjaciele!

Jest to druga pozycja Christie Golden, którą czytam w tym roku. I po raz kolejny nie mogę wyjść z podziwu jak bardzo jej warsztat poprawił się od wydania Władcy Klanów. Co prawda minęło od tamtego momentu szmat czasu(15 lat!), ale jakość jaką serwuje...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Bardzo przystępna, jesli chodzi o strukturę. Teorię poprzedza zawsze wytłumaczony krok po kroku przykład.

Ale uwaga. Jest to książka tłumacząca jedynie jeden z elementów frameworku Spring. Jeśli wcześniej nie miałeś z nim do czynienia, to nie jest dobra pozycja, żeby zacząć. Podstawy takie jak Spring core, AOP czy IoC nie są w ogóle wspomniane (autor zapewne uznał, że czytelnik będzie posiadał już o nich wiedzę). Spring Security, dostęp do danych czy testowanie springowe jest omówione tylko w zakresie ich użyteczności dla tworzenia aplikacji Spring MVC.

Mimo to jest to dobra książka jeśli chodzi o MVC samo w sobie. Przekazuje dużo praktycznej wiedzy, co ja osobiście uznaję za rzecz najważniejszą, przynajmniej przy początkach pracy z frameworkiem.

Bardzo przystępna, jesli chodzi o strukturę. Teorię poprzedza zawsze wytłumaczony krok po kroku przykład.

Ale uwaga. Jest to książka tłumacząca jedynie jeden z elementów frameworku Spring. Jeśli wcześniej nie miałeś z nim do czynienia, to nie jest dobra pozycja, żeby zacząć. Podstawy takie jak Spring core, AOP czy IoC nie są w ogóle wspomniane (autor zapewne uznał, że...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , , , ,

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/07/a-gathering-shadows-ve-schwab.html

-

Jak to jest, kiedy czytając kolejną część serii, nagle czujesz, że możesz sobie wsadzić w buty całą swoją dotychczasową krytykę? Tak jakby autor przeczytał twoją recenzję, wypisał wszystkie zarzuty, po czym tworząc kontynuację kierował się nimi niczym wytycznymi.

Takie były moje odczucia, kiedy po raz pierwszy czytałam A Gathering of Shadows.

Bardzo krytycznie odniosłam się do pierwszej części cyklu. Mroczniejszy Odcień Magii posiadał wiele negatywnych cech, które są plagą zachodniego fantasy (zwłaszcza tego młodzieżowego, do którego seria Pani Schwab moim zdaniem się zalicza). Płytkie przedstawienie świata, nazbyt uproszczona fabuła czy też słabo rozwinięte postacie drugoplanowe występują zdecydowanie zbyt często. Pierwsza część na szczęście wybroniła się doskonałym warsztatem autorki i ciekawą parą protagonistów, którzy byli w stanie pociągnąć wątek główny. Była to porządna pozycja, jednak nieco słabsza niż sugerował zagraniczny hype.

Przyznam, że obawiałam się sięgać po kolejną książkę. Zbyt często ostatnimi czasy zawodzę się na kolejnej części cyklu, która albo niszczy cały potencjał, który stworzyła część pierwsza, albo cierpi na syndrom drugiej książki, czyli nie wie w jaki sposób poprowadzić fabułę, żeby połączenie między dwoma krańcowymi częściami było interesujące.

Po lekturze mogę powiedzieć tylko jedno – Pani Schwab mnie pozytywnie zniszczyła. Szczerze, nie jestem w stanie wskazać innej książki, która tak dobrze doskonaliłaby założenia poprzedniczki. Może to wrażenie spowodowane przez fakt, że część pierwsza zdecydowanie nie była doskonała. Ale jeśli tak, to zdecydowanie było warto przeboleć słabszy Mroczniejszy Odcień Magii.

W recenzji poprzedniego tomu wspomniałam, że wprowadzenie wątków pobocznych wpłynęłoby pozytywnie zarówno na fabułę jak i na postacie poboczne. A Gathering of Shadows tylko to potwierdziło. Zamiast jednego mamy tutaj trzy wątki – Lili, Kella oraz białego Londynu, które ostatecznie zgrabnie łączą się w finale. Taka struktura, gdzie relacja między parą głównych bohaterów nie grała pierwszych skrzypiec, pozwoliła na rozwój postaci takich jak Rhy, czy Alucard. W tej części obsada drugoplanowa przestała być tylko tłem dla wydarzeń - część otrzymała swoje własne wątki oraz powiązane z nimi problemy.

Jeśli chodzi o protagonistów – już w części pierwszej darzyłam ich dużą sympatią. Po lekturze kolejnej części, moje uczucia tylko się pogłębiły. Autorce bardzo dobrze wychodzi rozwijanie tych postaci poprzez ogrom konfliktów – zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych. Co więcej, osobiście na dodatkowy plus uznaje, że żadne z nich nie jest typowym heroicznym bohaterem – oboje mają swoje (czasem sprzeczne) priorytety i obawy.

Tutaj muszę wtrącić moją opinię o samej Lili. Osobiście nie znoszę archetypu, jaki prezentuje, jednak autorce udało się poprowadzić ją w taki sposób, że już w połowie książki zaczęłam ją uwielbiać. No, bo powiedzmy sobie szczerze, – kto nie lubiłby crossdressującej piratki ze słabością do rudych magów? Bardzo podobało mi się, że widać było u niej zachodzącą zmianę – mimo głębokiej niechęci do zapuszczania korzeni było oczywiste, że zaczyna zależeć jej na swoich towarzyszach.

Jeśli chodzi o Kella to mocnym punktem była jego relacje z Rhy oraz przyszywanymi rodzicami. Obydwie przechodziły zmiany w trakcie powieści, aby pod koniec wzbudzić zupełnie kontrastujące uczucia. Jestem bardzo ciekawa jak obie relacje będą wyglądały i jak wpłyną na losy maga w ostatnim tomie.

Ciągle mam parę zarzutów odnośnie braku szczegółów światów innych niż Czerwony Londyn, jednak końcówka daję nadzieję, że poznamy dokładniej, chociaż jeden kolejny. Co prawda skupione będzie to pewnie wokół działania magii, ale mam nadzieję, że autorka pokaże również inne aspekty.

A Gathering of Shadows to jak do tej pory najlepsza książka miałam okazję czytać w 2016 roku. Zdecydowanie polecam każdemu, komu choć trochę podobała się część pierwsza. Osobiście z niecierpliwością wyczekuję na A Conjuring of Light i trzymam kciuki, aby autorce udało się stworzyć satysfakcjonujące zwieńczenie trylogii.

Ocena:

9/10

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/07/a-gathering-shadows-ve-schwab.html

-

Jak to jest, kiedy czytając kolejną część serii, nagle czujesz, że możesz sobie wsadzić w buty całą swoją dotychczasową krytykę? Tak jakby autor przeczytał twoją recenzję, wypisał wszystkie zarzuty, po czym tworząc kontynuację kierował się nimi niczym wytycznymi.

Takie były moje odczucia,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , ,

Jeśli ktokolwiek, kiedykolwiek spyta się mnie bym wskazała książkę, która stała się znana tylko i wyłącznie dzięki staraniom panów od marketingu, będzie to zdeydowanie ta pozycja.

Niezasłużona wygrana, w błędnej (!!!) kategorii. Jeśli patrzysz na tę książkę, ponieważ zwyciężyła w kategorii fantasy, zawróć natychmiast. Chyba, że lubisz stereotypowe młodzieżówki, ze schematycznymi bohaterkami, które są ucieleśnieniem syndromu special snowflake, trójkącikiem miłosnym (najlepiej pomiędzy braćmi), obowiązkowym przyjacielem z dzieciństwa (z którym nasza bohaterka zapewne skończy, mimo trójkącika) oraz praktycznie nieistniejącym światem przedstawionym(mam wrażenie, że autorka nie może się zdecydować czy ma być postapo, czy pseudohistorycznie, dlatego pozostawia wszystko niedopowiedziane) to znalazłeś książkę dla siebie!

Czy jest w tej książce coś oryginalnego? Chyba nie. Wszystko już gdzieś widziałam. I to zdecydowanie lepiej wykonane. Min. Red Rising (w sumie ciekawe, że koncept prawie identyczny prawda?), Szklany Tron, Cinder, bądź Cień i kość posiadają wiele tych samych elementów co Czerwona Królowa. I wykorzystują je z większą finezją.

Czy jest w niej coś dobrego? Język. Przynajmniej w oryginale. Warsztatowo nie można autorce niczego zarzucić.
Ale co z tego skoro książka sama w sobie jest po prostu nijaka i czuć, że pisana na siłę?

Jeśli ktokolwiek, kiedykolwiek spyta się mnie bym wskazała książkę, która stała się znana tylko i wyłącznie dzięki staraniom panów od marketingu, będzie to zdeydowanie ta pozycja.

Niezasłużona wygrana, w błędnej (!!!) kategorii. Jeśli patrzysz na tę książkę, ponieważ zwyciężyła w kategorii fantasy, zawróć natychmiast. Chyba, że lubisz stereotypowe młodzieżówki, ze...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , , , , ,

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/07/mroczniejszy-odcien-magii-ve-schwab.html

-

Zawsze ciekawią mnie koncepcje światów alternatywnych. Co prawda nie jest to nic rzadko spotykanego, jednak daje to solidne podwaliny na zbudowanie ciekawego i rozbudowanego świata przedstawionego.

Sam pomysł Victorii Schwab - wielowarstwowy świat skupiony w jednym miejscu, Londynie, do złudzenia przypomina mieszankę dwóch innych powieści, które zostały wydane w poprzednich latach - Długiej Ziemii(alternatywne światy, poukładane warstwami) i Nigdziebądź(dwie różniące się od siebie wersje Londynu). Na szczęście na opisie kończą się podobieństwa - autorka zręcznie wykreowała coś zupełnie oryginalnego.

Co do samej książki - z początku miałam mieszane uczucia odnośnie wyniku końcowego. Tak, świat rzeczywiście jest ciekawy, jednak samo jego przedstawienie pozostawia trochę do życzenia. Różnice pomiędzy Londynami rozmywają się przez brak konkretnych opisów dziedzin innych niż magia czy systemy polityczne. Najwięcej dowiadujemy się o Czerwonym Londynie z ust Kella, jednak moim zdaniem jest to dość niezgrabne rozwiązanie.

Para protagonistów - Kell i Lila, jest zdecydowanie jedną z najmocniejszych stron tej książki. Kell, mimo że to dosyć typowy bohater, doskonale sprawdza się w roli postaci, z którą utożsamia się czytelnik. W połączeniu z ciekawą historią, otrzymujemy dobrze wyważonego protagonistę. Co do Lili - przyznaję, na początku nie mogłam jej znieść. Wydawała mi się niedojrzała, egoistyczna i często niepotrzebnie okrutna. Pani Schwab udało się zmienić moje nastawienie poprzez solidny rozwój postaci i pod koniec kibicowałam już obojgu(a jako, że jestem już po lekturze drugiego tomu, mogę zdradzić, że Lila stała się jedną z moich ulubionych bohaterek ;)).

Niestety jest to jedyne co można powiedzieć dobrego o postaciach występujących w powieści. Albo inaczej - przez większość czasu wydaje się, że bohaterowie poboczni nie istnieją. Drugoplanowa ekipa została potraktowana po macoszemu - przypisano im jakąś cechę charakterystyczną, po czym zepchnięto na dalszy plan, głównie, by stanowić jakąś motywację dla protagonistów.

Historia, chociaż schematyczna, bo kręcąca się non-stop wokół typowego MacGuffina, jest napisana dobrze i bardzo łatwo się w nią wkręcić. W oryginale język stoi na wysokim poziomie, dlatego jeśli wystąpią jakieś buble, będą one raczej związane z tłumaczeniem.
Moim jedynym zarzutem odnośnie fabuły jest brak jakichkolwiek wątków pobocznych. Jest to trochę bardziej uwidocznione, przez fakt, że szanse na takie wątki występowały. Bardzo liczyłam na rozwinięcie historii przybranego brata Kella, Rhy bądź maga Hollanda. Ba, taki zabieg pomógłby nie tylko fabule samej w sobie, ale także we wspomnianej wcześniej słabej charakteryzacji bohaterów drugoplanowych. Niestety żadnego innego wątku w tej części się nie doczekałam

Podsumowując, mimo oczywistych wad, książkę czytało się przyjemnie. Jest to doskonała pozycja jeśli szukasz lekkiego fantasy z ciekawym pomysłem na świat.

Ocena oryginalna 6/10, po lekturze drugiego tomu podniesiona do 7/10 (Tak, drugi tom miażdży)

http://sniffingtheclouds.blogspot.com/2016/07/mroczniejszy-odcien-magii-ve-schwab.html

-

Zawsze ciekawią mnie koncepcje światów alternatywnych. Co prawda nie jest to nic rzadko spotykanego, jednak daje to solidne podwaliny na zbudowanie ciekawego i rozbudowanego świata przedstawionego.

Sam pomysł Victorii Schwab - wielowarstwowy świat skupiony w jednym miejscu, Londynie,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to