Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach:

Okej, wiedziałam, że jak Poirot wkroczy do akcji, to wszystko odmieni się o 180°, a i tak jestem w szoku😅 Znakomita (i może tylko trochę przerażająca👀) fabuła!

Okej, wiedziałam, że jak Poirot wkroczy do akcji, to wszystko odmieni się o 180°, a i tak jestem w szoku😅 Znakomita (i może tylko trochę przerażająca👀) fabuła!

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Powiem szczerze, że do tej książki podchodziłam z pewną rezerwą, ponieważ poprzednie tomy zapewniały mi co prawda niezłą rozrywkę, ale było też troche rzeczy, do których mogłam się przyczepić.

Za to ten tom… nieźle mnie zaskoczył.

Po pierwsze, zdążyłam już przez ten rok stęsknić się trochę za światem Crookhaven i zapomniałam, jak świetnie się bawię czytając. Zapomniałam też, jak dobrze są tu wykreowani główni bohaterowie. Jest ich sporo, ale nie sposób ich ze sobą pomylić. Poza tym dialogi są bardzo dynamiczne, przez co łatwiej uwierzyć, że bohaterami są dzie… nastolatkowie. Tak, to coś o czym często zapominam, bo mimo wszystko bohaterowie nie zachowują się, jakby mieli około 17-stu lat. W tym tomie autor najwyraźniej próbuje coś z tym robić, wprowadzając znikomy wątek romantyczny. Mnie osobiście ani ich zachowanie, ani brak romansów, nie przeszkadzają (jak dobrze, że autor nie poszedł w stronę miłosnych dramatów!), ale wolę zaznaczyć, że sięgając po tę pozycję nie należy nastawiać się na młodzieżówkę.
W poprzednich tomach bywało, że przeszkadzał mi brak płynności i lepszego poukładania fabuły… no i też to, że bohaterom praktycznie wszystko się udawało. Ale to było wcześniej, w tej części widać progres autora, bo w fabule nie było średnio ciekawych przestojów, no i jakoś więcej sensu i logiki było w tym wszystkim. Jedyne co wciąż mnie, jeśli chodzi o logikę, zastanawia, to zemsta pewnych dwóch osobników, których nazwisk tutaj nie podam, żeby nie spoilerować. Chęć odwetu wydaje mi się tutaj trochę przesadzona i przerysowana, bo jednak wydaje mi się, że brakuje do niej solidniejszych podstaw. Może gdyby fabuła była inaczej skonstruowana... No ale... Poza tym było dużo ciekawiej, bohaterowie nie odnosili samych sukcesów, a ostatni rozdział… ostatni rozdział był tak mocny, że bałam się, że autor przegnie w tę drugą stronę i teraz zamiast samych sukcesów będą sromotne porażki (poważnie, na początku tego ostatniego rozdziału myślałam, że zacznę płakać, a ja NIGDY nie płaczę na książkach).
Cóż ja mogę więcej rzec, w tej książce było prawie wszystko o czym lubię czytać: charyzmatyczni i inteligentni bohaterowie, ciekawe miejsce akcji, pomysłowe wydarzenia i fabuła. I może nie zostanie to moja nowa ulubiona książka, ale trochę smutno mi się zrobiło, gdy ją skończyłam i zrozumiałam, że został mi tylko ostatni tom…
[współpraca recenzencka z @mediarodzina.wydawnictwo ]
PS Uszanowanko dla każdego, kto dotarł do tego momentu😜

Powiem szczerze, że do tej książki podchodziłam z pewną rezerwą, ponieważ poprzednie tomy zapewniały mi co prawda niezłą rozrywkę, ale było też troche rzeczy, do których mogłam się przyczepić.

Za to ten tom… nieźle mnie zaskoczył.

Po pierwsze, zdążyłam już przez ten rok stęsknić się trochę za światem Crookhaven i zapomniałam, jak świetnie się bawię czytając. Zapomniałam...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Cześć i czołem! Możliwe, że widzicie teraz radosną okładkę, tytuł „Lottie Brooks kontra wredne dziewczyny” i zastanawiacie się, czy przypadkiem nie pomyliliście profilu. Ale nie, bo w dzisiejszym poście recenzuję już ósmy tom serii Katie Kirby, która zupełnie odbiega od mojego gustu czytelniczego, i z której, gdy jeszcze nie wiedziałam o czym jest, cisnęłam bekę (poważnie!). Popełniłam wtedy podstawowy błąd, oceniając książkę po okładce. Cieszę się jednak niesamowicie, że ostateczne po nią sięgnęłam. Ale starczy już tego gadania, zapraszam na post, który powstał we współpracy ze @znak.emotikon


~krótko o fabule~

Cóż, co tu dużo opisywać. Jest to kolejny część serii opowiadająca o perypetiach często krindżowej i zwariowanej 13-letniej Lottie Brooks, która stara się przetrwać jakoś ósmą klasę. Oczywiście nie obejdzie się bez towarzyskich dram, przeróżnych akcji oraz sporej dawki humoru! Oraz… kilku malutkich wpadek, bo Lottie nie byłaby sobą, gdyby od czasu do czasu nie wyczyniła czegoś zupełnie zakręconego.


~recenzja~

Gdy zaczęłam czytać tę pozycję poczułam się lekko skonsternowana. Bo… Lottie słynie teoretycznie z różnych zwariowanych akcji, ale w tym tomie na początku wydawały mi się ona mocno głupawe i trochę na siłę. Odrobinę się zmartwiłam, bo co jeśli „Lottie Brooks” nie bawi mnie już tak samo, jak rok temu??? Na szczęście niewiele stron później autorka wróciła do formy i akcja znowu stała się ogromnie zabawna. Moment, w którym Lottie zamieniła się w raperkę też był zarąbisty.

Jednak i w tym tomie nie zabrakło poważniejszych tematów, to znaczy… takich, które nastolatkom wydają się poważne. Na niektóre z tych problemów patrzyłam z pobłażaniem, dopóki nie zdałam sobie sprawy, że przecież u mnie w szkole bywają podobne dramy o nic. No ale... mamy tutaj do czynienia z odłączeniem się jednej z dziewczyn z paczki Lottie. Naszej głównej bohaterce nie podoba się ten stan rzeczy i próbuje z dziewczynami zrobić wszystko, żeby wyjaśnić tę sprawę i przekonać ją do powrotu. Co do poprowadzenia tego wątku mam mieszane uczucia, bo momentami postawa Lottie wzbudzała mój podziw, ale też… relacja dziewczyn z Amber i ogólnie postać Amber bywa na tyle toksyczna, że nie wiem, czy dobrym ruchem było pokazanie, że o taką przyjaźń warto walczyć. Nawet jeśli Amber teoretycznie miała jakieś powody, aby się tak zachowywać. Zakończenie gmatwa moje odczucia jeszcze bardziej, ponieważ ukazuje, jak wielki wpływ niestety ma wciąż Amber na Lottie. Jest to sytuacja, którą często widuję w realnym życiu, więc liczę na to, że autorka zajmie się w końcu i tą kwestią (to byłoby całkiem ciekawym posunięciem i w elegancki sposób domknęło ten wątek, tak w sumie).

Podsumowując: ta książka była wciąż świetną, śmieszną i komfortową rozrywką, ale mam pewne wątpliwości, co do przekazu, który z niej płynie… Chociaż jest też pewna możliwość, że przemawia przeze mnie mój charakter, bo… bynajmniej nie jestem osobą, która daje sobie w kaszę dmuchać XD.

Cześć i czołem! Możliwe, że widzicie teraz radosną okładkę, tytuł „Lottie Brooks kontra wredne dziewczyny” i zastanawiacie się, czy przypadkiem nie pomyliliście profilu. Ale nie, bo w dzisiejszym poście recenzuję już ósmy tom serii Katie Kirby, która zupełnie odbiega od mojego gustu czytelniczego, i z której, gdy jeszcze nie wiedziałam o czym jest, cisnęłam bekę...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Jestem osobą, która zawsze marzy o odkrywaniu zapomnianych miejsc, wszędzie widzi sekretne przejścia i wierzy, że każdy odnaleziony przez nią klucz otwiera tajemne drzwi.

I jak ja mam teraz napisać obiektywną recenzję książki, której szukałam od dawna? Książki pełnej zagadek, tajemnic, zaszyfrowanych wiadomości, a nawet magii. Poważnie, od dawna chciałam już przeczytać coś w tym stylu, tylko nie potrafiłam znaleźć.

Ale dobrze, uważam się za szczerą recenzentkę, więc, choć robię to z bólem serca, powiem co nie uczyniło tej książki wybitną.

Przede wszystkim mam wrażenie, że wątki zostały tutaj opisane bardzo pobieżnie; na jednej stronie działo się jedno, kilka stron później coś zupełnie już odmiennego. Trochę tak, jakby autor miał za dużo pomysłów i za mało miejsca. Lub po prostu doszedł do wniosku, że skoro to literatura dziecięca, to nie będzie przynudzał.

Drugą sprawą, przy której nie mogę zdecydować się, czy idzie bardziej na stronęza plusów, czy minusów, są dialogi. Bardzo proste, bardzo konkretne i zawierające jedynie rzeczy potrzebne. Na początku wydało mi się to odrobinę dziwne, ale dość szybko zdałam sobie sprawę z tego, że są one również… bardzo naturalne.

Zaskakująca konkluzja: okazuje się, że kręcę odrobinę nosem na rozmowy, które rzeczywiście mogłyby przeprowadzać ze sobą dzieciaki, a mniej przeszkadzają mi wypowiedzi wielokrotnie złożone w ich wykonaniu.

Te dwie rzeczy zamieszczam tutaj dla waszej informacji, bo mi wynagrodziła wszystko fabuła tejże pozycji i już nie mogę doczekać się kolejnych tomów!

Nowa świetna seria: odblokowana!

Jestem osobą, która zawsze marzy o odkrywaniu zapomnianych miejsc, wszędzie widzi sekretne przejścia i wierzy, że każdy odnaleziony przez nią klucz otwiera tajemne drzwi.

I jak ja mam teraz napisać obiektywną recenzję książki, której szukałam od dawna? Książki pełnej zagadek, tajemnic, zaszyfrowanych wiadomości, a nawet magii. Poważnie, od dawna chciałam już przeczytać coś...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Pierwszym, co oczarowało mnie w tej pozycji był jej czar (a masło jest maślane)… Emm, to znaczy jej klimat. I świat. Taki baśniowy, magiczny, odrobinę tajemniczy i zachęcający do dalszej lektury. Jest to największy atut tej książki i… jedyny element, do którego przyczepić się nie mogę. Z resztą jest już trochę gorzej.

Przede wszystkim: fabuła. Mam wrażenie, że skupia się głównie na tych nudniejszych fragmentach, a te ważniejsze są opisane bardzo pobieżnie i chaotycznie. Uważam jednak, że te „nudniejsze fragmenty” są potrzebne całej historii, lecz byłoby o wiele ciekawiej, gdyby autorka dała sobie z nimi spokój w maksymalnie połowie książki. Wtedy drugą jej połowę mogłaby poświecić rozwijaniu wątku Wiedźmy, dzięki czemu pewnie nie zatrzymywałabym się w wielu momentach i nie zastanawiała, co się, do licha, tutaj właśnie dzieje.

Zakończenie książki uważam za również bardzo chaotyczne, a pojawienie się pewnego wątku romantycznego za trochę zbyt spontaniczne i słabo uargumentowane.

Nie przeczę, że „Ruchomy zamek Hauru” ma w sobie to ✨️coś✨️, sądzę jednak, że sporo elementów można było napisać o wiele lepiej.

Co nie zmienia faktu, że zapewne z ciekawości i tak sięgnę po następne tomy.

Pierwszym, co oczarowało mnie w tej pozycji był jej czar (a masło jest maślane)… Emm, to znaczy jej klimat. I świat. Taki baśniowy, magiczny, odrobinę tajemniczy i zachęcający do dalszej lektury. Jest to największy atut tej książki i… jedyny element, do którego przyczepić się nie mogę. Z resztą jest już trochę gorzej.

Przede wszystkim: fabuła. Mam wrażenie, że skupia się...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Zacznę może od tego, że „Dwie wieże” to nie jest książka, którą przeczyta się w jeden wieczór. To nie pozycja, którą przeskanujecie wzrokiem i sięgniecie po kolejną książkę. Nie ma tutaj też jednak ogromu wydarzeń i oryginalnej fabuły… chwila, moment, powiedziałam: oryginalnej? No tak, faktycznie, nam, współczesnym czytelnikom książek fantasy, którzy naczytali się już o niesamowitych dziwach i światach, ten tolkienowski nie wydaje się aż tak intrygujący.

Tak, jasne, pamiętajmy tylko, że zapewne gdyby nie „Władca pierścieni” fantastyka nie stałaby się tak popularna, więc pewnie większość naszych ulubionych książek z tego gatunku nigdy by nie postała.

Ale moment, powiedziałam, że tolkienowski świat nie wydaje się aż tak intrygujący? No cóż, akurat intrygujący to chyba najlepsze dla niego określenie. Bo pozornie nie wydaje się jakiś nie wiadomo jak niesamowity. Czytasz i czytasz, a tu ciągle wschód, zachód, północ, południe, prawo, lewo, dolina, grań, kraj taki a taki, rzeka taka i taka, rodziny, rody i monarchie. Po czasie trochę mi się już to nudziło, myślałam, że to wygląda na opis jakiegoś faktycznie istniejącego świata. I wtedy zdałam sobie sprawę, że to jest właśnie niezwykłe. To dopracowanie. Cały świat wykreowany tak dokładnie, jakby był przepisany z podręcznika do geografii. No, pod warunkiem, że byłby to podręcznik o Śródziemiu. Przy „Władcy pierścieni” inne książki high fantasy jakie czytałam opisem świata przedstawionego wydają się być nagle w kategorii wiekowej 3+.

Przeczytajcie sobie tę trylogię. Dla tego świata, opisów przyrody (😜), bohaterów, dialogów i przygód. Oraz żeby zobaczyć od czego, na dobrą sprawę, gatunek fantasy zaczynał.

Zacznę może od tego, że „Dwie wieże” to nie jest książka, którą przeczyta się w jeden wieczór. To nie pozycja, którą przeskanujecie wzrokiem i sięgniecie po kolejną książkę. Nie ma tutaj też jednak ogromu wydarzeń i oryginalnej fabuły… chwila, moment, powiedziałam: oryginalnej? No tak, faktycznie, nam, współczesnym czytelnikom książek fantasy, którzy naczytali się już o...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„Tajemnica opuszczonego domu” to króciutka książka napisana sporą czcionką. Nie przeszkodziło to jednak autorowi umieścić tam naprawdę dużo wydarzeń. Aż za dużo. Uważam, że o wiele lepszą opcją byłoby lepsze rozwinięcie większości wątków i napisanie nie jednego tomu a dwóch. Szczególnie jeśli chodzi o końcową akcję; tutaj wszystko zdawało dziać się za szybko nawet jak na książkę dla dzieci.

Co zadziwiające, autorowi w tych 158 stronach udało się też wykreować całkiem ciekawych bohaterów, o których dobrze mi się czytało.

Najbardziej jednak spodobał mi się klimat tej książki. Intrygujący opuszczony dom z mnóstwem tajemnic w środku, otoczony gęstym lasem i wypełniony magią. To od razu sprawiło, że przypomniała mi się seria „Klub kwiatu paproci” (i to że wciąż nie przeczytałam czwartego tomu!), którą również lubię.

Aha, no i jeszcze powinnam dodać, że akcja książki dzieje się w Norwegii, więc mamy tutaj do czynienia z mitologią nordycką, o której ostatnio w szybkim tempie dowiaduję się coraz więcej. Najpierw z „Magnusa Chase’a” teraz z „Trollheimu”. W sumie „Tajemnicę opuszczonego domu” czytałam, będąc w trakcie „Magnusa Chase’a” i to właśnie „Trollheim” dał mi motywację do dalszej lektury książki Riordana.

Ale zaczynam już odbiegać od głównego tematu, a chciałabym zastanowić się jeszcze nad jedną sprawą.

Mianowicie temat znikania dzieci, od którego zaczyna się książka, z czasem całkowicie zanika i nie poznajemy zakończenia tego wątku. A szkoda, bo myślałam, że głównie wokół tej sprawy będzie kręciła się fabuła.

Mimo wszystko zamierzam sięgnąć po dalsze tomy i zobaczyć jak dalej rozwinie się ta seria.

„Tajemnica opuszczonego domu” to króciutka książka napisana sporą czcionką. Nie przeszkodziło to jednak autorowi umieścić tam naprawdę dużo wydarzeń. Aż za dużo. Uważam, że o wiele lepszą opcją byłoby lepsze rozwinięcie większości wątków i napisanie nie jednego tomu a dwóch. Szczególnie jeśli chodzi o końcową akcję; tutaj wszystko zdawało dziać się za szybko nawet jak na...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

O tak, Rick Riordan znowu to zrobił! Napisał kolejną niesamowitą książkę!

Ale po kolei, bo pozytywnych aspektów tej pozycji trochę jest.

Zacznę od tego co absolutnie uwielbiam w każdej książce, która wyszła spod jego pióra, czyli humor. Pod tym względem „Miecz lata” wysuwa się u mnie na szczyt rankingu książek Riordana. Magnus Chase to postać tak sarkastyczna i ironiczna oraz tak celna w swoich uwagach, że Percy Jackson może zejść ze sceny. Przy czym humor tej książki zdaje się być doskonale wyważony i, choć jest go sporo, nie przytłacza jak w serii „Apollo i boskie próby”. Naprawdę, sposób narracji i niewymuszona komediowość to dla mnie najmocniejszy atut tej powieści.

Lecz nie jedyny.

Kolejny to, jakże mogłoby być inaczej, bohaterowie. Autor ponownie odwalił kawał dobrej roboty i wymyślił niezłą ekipę z porządnym backstory i marzeniami. Chociaż na minus to, że na początku nie ma podanego wieku Blitza i Hearth’a przez co najpierw myślałam, że mają po jakieś 50 lat XD.

Streszczając się, bo mało kto zagląda w komentarze, powiem jeszcze o mitologii nordyckiej, o której wcześniej nic kompletnie nie wiedziałam (nie ogląda się Marvela). Okazało się jednak, że z książek Riordana faktycznie można się sporo nauczyć, bo teraz czuję, że sprawdzian z podstawowej wiedzy z tejże mitologii bym zdała. Fajnie też, że autor wziął się za zupełnie odmienny świat.

Podsumowując, „Miecz lata” zajmuje zasłużone pierwsze miejsce wśród moich tegorocznych książek!

O tak, Rick Riordan znowu to zrobił! Napisał kolejną niesamowitą książkę!

Ale po kolei, bo pozytywnych aspektów tej pozycji trochę jest.

Zacznę od tego co absolutnie uwielbiam w każdej książce, która wyszła spod jego pióra, czyli humor. Pod tym względem „Miecz lata” wysuwa się u mnie na szczyt rankingu książek Riordana. Magnus Chase to postać tak sarkastyczna i ironiczna...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

To tej książki pochodziłam ze sporymi oczekiwaniami, ponieważ kilka lat temu do gustu bardzo przypadła mi seria „Winterhouse” tego samego autora. „Ta słynna Dziewiątka” trochę jednak mnie zawiodła i już tłumaczę dlaczego.

Fabularnie nie było źle. Wszystko się mniej więcej trzymało kupy, czasem akcja miała co prawda za dużo, jak dla mnie, przestojów no i liczyłam na bardziej rozbudowane zakończenie, ale było również cały czas intrygująco, więc chciało się czytać dalej. Miejsce akcji też niczego sobie. Powiem więcej, pomysł na Plazę Numer Dziewięć był najlepszym w tej książce. Autorowi udało się stworzyć galerię handlową, do której pobiegłabym w podskokach, mimo że normalnie unikam galerii jak tylko się da. Szczególnie, że w niej były nie tylko interesujące sklepy, ale również zagadki i tajemnice! No i byłoby miło i sympatycznie, gdyby nie dwie rzeczy, które tutaj totalnie nie wypaliły, czyli: dialogi i główny bohater, co niejako się ze sobą łączy.

Zacznę od naszego Zandera, który co prawda lubił rysować (co podkreślał wielokrotnie) i czytać, ale oprócz tego był wybitnie wręcz nudny, grzeczny i uprzejmy. Czy to dobrze? Może, ale bądźmy szczerzy, że nawet w prawdziwym życiu osoba, która choć raz przez ponad tydzień porządnie się nie zdenerwuje nie istnieje. A Zander ani nie zażartował, ani nie tupnął nogą raz na jakiś czas. I chyba to właśnie przełożyło się na wyjątkowo sztywne i drętwe dialogi pomiędzy nim, a resztą postaci. Odrobinę charakteru miała tu chyba tylko Natasza, reszta postaci z pozoru wydawała się interesująca, ale ostatecznie okazywała się tylko niewiarygodnie uprzejma. Nie wiem więc, co za atmosferę ma to miejsce, ale jeśli faktycznie tak działa na ludzi, to większość ludzi powinna być tam raz na jakiś czas wysyłana😆.

To tej książki pochodziłam ze sporymi oczekiwaniami, ponieważ kilka lat temu do gustu bardzo przypadła mi seria „Winterhouse” tego samego autora. „Ta słynna Dziewiątka” trochę jednak mnie zawiodła i już tłumaczę dlaczego.

Fabularnie nie było źle. Wszystko się mniej więcej trzymało kupy, czasem akcja miała co prawda za dużo, jak dla mnie, przestojów no i liczyłam na...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Recenzja „Sally. Trudno być wiedźmą”, czyli kto to oznaczył jako cosy fantasy???

~krótko o fabule~

Sally to bardzo uzdolniona wiedźma, która skończyła właśnie naukę w magicznej akademii. Zostaje wysłana w sam środek lasu na praktyki do legendarnej wręcz Enid Spaniałej.
Taaaak, myślicie sobie teraz, że to kolejna książka z jakimś oklepanym magicznym motywem. Cóż, myślcie sobie co chcecie, ale jeśli nie przeczytacie tego przez takie podejście, to ominą was takie atrakcje jak niedźwiedź polarny w lesie doniczkowym, zapobieganie śmierci zombie, wściekłe marchewki, dwumetrowa demoniczna kukułka w postaci kruka oraz woźny pająk Kazimierz.
To jak, teraz już bardziej zaciekawieni?

~recenzja~

Po przeczytaniu „Legendy i Lattte” doszłam do przykrego wniosku, że cosy fantasy to nudy na pudy z ładną okładką i opisem. Jednak, gdy tylko na Instagramie mignęła mi „Sally”, również zaliczona do tego podgatunku, wiedziałam już, że tym razem nudzić się nie będę. I miałam rację!
Bo… pozycja ta absolutnie nie przynudza. Przygód jest tu na pęczki, ale książka spodobała mi się bardzo nie ze względu na samo ich istnienie.

Bardziej przez to, że każda była ciekawa!

Mówi się, że dorośli wyobraźni nie mają. Cóż, w przypadku autora „Sally” Marka Maruszczaka jest dokładnie na odwrót. Bo nawet jeśli sam ogólny pomysł na tę książkę nie należy do niezwykle oryginalnych, to im bardziej się w nią wczytywałam, tym więcej widziałam pomysłowych szczegółów. Właśnie one sprawiły, że pozycję tę super mi się czytało. Wszystko tutaj było dopracowane w dokładny i przede wszystkim ciekawy sposób. Wraz z komediowymi przypisami, których było tu dobrze ponad 100😏.

Nie polegajcie tylko za bardzo na tym „cosy”, bo przez pierwszą połowę w miarę tak było, za to potem momentami… no, do głowy przychodzą mi diametralnie inne od „przytulny” słowa😆. Ja tam na to nie narzekam, bo fantastyka wypełniona przygodami, to mój ulubiony jej rodzaj, jednak was wolę o tym poinformować.

W sumie jedyne do czego mogłabym się przyczepić, to to, że na początku trochę ciężko było mi się w książkę wgryźć. Chociaż to mogła być też po części moja wina, więc nie zaliczam tego do minusów😜

Recenzja „Sally. Trudno być wiedźmą”, czyli kto to oznaczył jako cosy fantasy???

~krótko o fabule~

Sally to bardzo uzdolniona wiedźma, która skończyła właśnie naukę w magicznej akademii. Zostaje wysłana w sam środek lasu na praktyki do legendarnej wręcz Enid Spaniałej.
Taaaak, myślicie sobie teraz, że to kolejna książka z jakimś oklepanym magicznym motywem. Cóż, myślcie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Wszyscy jesteśmy kapibarami Ewelina Angielczyk, Joanna Kencka
Ocena 8,2
Wszyscy jesteśmy kapibarami Ewelina Angielczyk, Joanna Kencka

Na półkach:

Cześć!
Jaką kapibarą jesteście?

Do recenzji książki "Wszyscy jesteśmy kapibarami" autorstwa Eweliny Angielczyk ilustrowaną (i to ślicznie) przez Joannę Kencką zgłosiłam się bardzo spontanicznie, bo zobaczyłam kapibarę na okładce😅. O istnieniu poprzedniej części nawet nie wiedziałam, ale gdy tylko przeglądnęłam drugi tom, wiedziałam już, że będę musiała nadrobić pierwszy!

~kilka słów o fabule~
Tym razem będzie to serio kilka słów, bo fabuła nie jest skomplikowana. Mamy tu zbiór kilkunastu rodzajów kapibar, ale nie typu kapibara duża, mała i co tam jeszcze chcecie. O nie, tutaj znajdziemy kapibary wattpadziary, sporciary, komiksiary, a to dopiero początek tej barwnej plejady!

~recenzja~
Jako, że książka jest króciutka, a i tekstu w niej niewiele, przeczytanie jej zajęło mi dosłownie chwilkę. I aż mi szkoda, że tylko tyle, bo czytało się to bardzo przyjemnie. Serio, coś co na pierwszy rzut oka wygląda głupio (no bo czemu akurat kapibary, a nie np. świerszcze?🦗) i dziecięco po bliższym przyjrzeniu się okazuje się genialne i pasujące chyba dla każdego wieku! Kapibary to niezwykłe gryzonie, wyglądające jakby miały dosłownie wszystko w nosie, o takim wyglądzie, że po prostu nie da się ich nie polubić, co w połączeniu z zabawnymi nazwami, opisami i kolorowymi ilustracjami, daje naprawdę uroczy i komfortowy efekt🥰.

To ja już nie gadam, tylko lecę szukać pierwszego tomu, a wy, jeśli jeszcze nie wiecie jakimi kapibarami jesteście, lećcie razem ze mną zamawiać swoje egzemplarze!🌱

Za egzemplarz do recenzji (i pluszaczka😜) dziękuję @mustread.wydawnictwo 💖

Cześć!
Jaką kapibarą jesteście?

Do recenzji książki "Wszyscy jesteśmy kapibarami" autorstwa Eweliny Angielczyk ilustrowaną (i to ślicznie) przez Joannę Kencką zgłosiłam się bardzo spontanicznie, bo zobaczyłam kapibarę na okładce😅. O istnieniu poprzedniej części nawet nie wiedziałam, ale gdy tylko przeglądnęłam drugi tom, wiedziałam już, że będę musiała nadrobić...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Cześć i czołem!
Jak traktujecie tak zwane "dodatki" do różnych serii?
Ja podchodzę do nich raczej ze sporą rezerwą, co w przypadku dzisiaj recenzowanej książki okazało się... dobrym posunięciem.

~kilka słów o fabule~
"Games Untold" autorstwa Jennifer Lynn Barnes to piąty już tom serii "The Inherithance Games", przy czym oryginalna trylogia składa się z tomów trzech, czwarty to dodatkowa opowieść, a piąty to zbiór takich opowieści ze świata TIG. Jest tu trochę o przeszłości niektórych bohaterów, tym co się działo równolegle do głównej historii oraz o tym, na co dopiero się zanosi w kolejnej serii autorki.

No dobra, ale jak to wyszło?

~recenzja~
Cóż, nie powiem żebym była ani specjalnie zachwycona, ani rozczarowana. Wydaje mi się, że pomogło mi w tym wspomniane już wcześniej podejście, żeby nie oczekiwać od tej książki zbyt wiele. Więc w zasadzie nie oczekiwałam za wiele, ale też nie dostałam nic, czego bym się nie spodziewała.
Nie żeby te opowiadania były złe. Wręcz przeciwnie.
Przeważnie czytało mi się je bardzo dobrze. Ze względu na prosty język książka nie wymagała specjalnego skupienia, więc mogłam czytać ją na spokojnie w szkole😅. A jeśli miałabym coś wyróżnić, to byłyby to zdecydowanie:
⭐️"Tak i wspak"
oraz
⭐️ "Pain at the right gun"
ponieważ były czymś, co ciekawie dopełniało niektóre wątki i żałuję trochę, że wszystkie historie nie były takie jak te.
W kategorii najśmieszniejsze bezprzecznie wygrywa za to "Noc pokuty".
(Ludzie, Grayson śpiewający "Shake it off"🤣!!)
Za to za najbardziej zbędne uważam "That night in Prague", bo w zasadzie nie powiedziało nam nic, czego już nie wiedzieliśmy🫤.

Resztę czytało się w porządku i myślę, podsumowując już, że fanom poprzednich tomów, którzy jeszcze nie chcą rozstawać się z uniwersum albo tym, co po prostu czerpią z czytania TIG bardzo dobrą zabawę (jak ja), mogę książkę na spokojnie polecić🤗.

A za egzemplarz recenzencki dziękuję bardzo @mustread.wydawnictwo ❤️

Cześć i czołem!
Jak traktujecie tak zwane "dodatki" do różnych serii?
Ja podchodzę do nich raczej ze sporą rezerwą, co w przypadku dzisiaj recenzowanej książki okazało się... dobrym posunięciem.

~kilka słów o fabule~
"Games Untold" autorstwa Jennifer Lynn Barnes to piąty już tom serii "The Inherithance Games", przy czym oryginalna trylogia składa się z tomów trzech,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Dzień doberek!
Piszecie dzienniki lub pamiętniki? (nie, nie liczę, że ktoś odpowie na to pytanie😅)

Ja sama parę lat temu bardzo lubiłam je pisać. Teraz robię to raczej sporadycznie, ale wciąż zdarza mi się coś nabazgrać. Dlatego też, gdy zobaczyłam, że będzie nowa książka z serii o Lottie Brooks i to jeszcze w formie dziennika, który czytelnicy sami mogą wypełniać, to wiedziałam, że muszę go mieć. A teraz dzięki @znakemotikon recenzuję go wam w ramach współpracy!

~kilka słów o… fabule?~
Tak naprawdę „Absolutnie szalony dziennik Lottie Brooks” autorstwa Katy Kirby fabuły nie ma. Przez część książki „gada” Lottie, a reszta należy do nas, więc to jaką ta książka będzie miała fabułę w zasadzie zależy od czytelników.
Ale wiecie, jeśli macie ochotę przeczytać inne tomy, to nie zaczynajcie od tego, ponieważ jest to w pewnym sensie podsumowanie poprzednich przygód Lottie, która często tu o nich opowiada, odnosi się do nich i wyciąga wnioski. Jednak, fani Lottie Brooks, nie martwcie się, jest tu też kilka zupełnie nowych fragmentów. Ci, co kupili tę książkę nie dla fabuły, a dla stworzenia swojego dziennika, też nie muszą się przejmować, bo miejsc do wypełniania jest naprawdę dużo. Ostatnie sto stron to pusty dziennik dla nas. Jest tu też trochę zabaw i śmiesznych porad, odnoszących się zarówno do prowadzenia swojego dziennika, jak i ogólnie do życia nastolatek (albo nastolatKÓW, wierzę, że oni też mają ochotę to czytać), więc jest to też po części przewodnik. Ale nie zmylcie się tą nazwą, bo nie jest to taki nudny przewodnik, ale przewodnik w stylu Lottie Brooks, co oznacza, że przede wszystkim będzie zabawnie!

~recenzja~
Wydaje mi się, że powiedziałam wam już o „Dzienniku” sporo, ale pozostaje jeszcze kwestia, co o nim sądzę. Jak dla mnie, był całkiem przyjemną rozrywką, chociaż na początku ciężko było mi się przemóc, żeby zacząć zapełniać kartki swoimi przeżyciami i uczuciami, ale gdy już to zrobiłam, bawiłam się naprawdę dobrze i wciągnęłam się w pisanie. A jeśli chodzi o dziennik na końcu, to… kto wie, może dzięki niemu znów zacznę więcej pisać?
Zabawne momenty tej książki przypomniały mi też o świetności całej serii i… zaczęłam już nawet robić reread😂

Dzień doberek!
Piszecie dzienniki lub pamiętniki? (nie, nie liczę, że ktoś odpowie na to pytanie😅)

Ja sama parę lat temu bardzo lubiłam je pisać. Teraz robię to raczej sporadycznie, ale wciąż zdarza mi się coś nabazgrać. Dlatego też, gdy zobaczyłam, że będzie nowa książka z serii o Lottie Brooks i to jeszcze w formie dziennika, który czytelnicy sami mogą wypełniać, to...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Autor po raz kolejny wciągnął mnie do wykreowanego przez siebie świata. Co ja tu mam dużo mówić, jeszcze żadna napisana przez niego książka mnie nie rozczarowała! W przypadku „Afery w kosmosie” nie było inaczej.

Komediowa narracja głównego bohatera oraz intrygujące przestępstwo sprawiły, że nie mogłam oderwać się od czytania. Dodatkowo, cała seria miała w sobie coś takiego, że w każdym tomie odnajdywałam ciepło i komfort. I to mimo sporej ilości akcji, rosnącego napięcia oraz niejednej groźnej sytuacji, w której znajdował się główny bohater wraz z przyjaciółmi.

Ale uwaga, jest jedna rzecz, z którą nie mogę się pogodzić i do której muszę się przyczepić:

Dlaczego ta seria musiała się skończyć po zaledwie trzech tomach?!

Apeluję o napisanie kolejnych dziesięciu. To jest zbyt fajne, żeby miało już się kończyć!

Poważnie, gdy przeczytałam epilog jakoś tak smutno mi się zrobiło. Niby dobrze domknął on tę trylogię, ale mimo wszystko… jak ja nie lubię takich dużych przeskoków czasowych.

Wiecie jednak, co jest dziwne?

Gdybyście zapytali mnie, czy jest to jedna z moich ulubionych serii, to powiedziałabym, że nie. Bo czytałam lepsze. Jednakże mam wrażenie, że te „lepsze” książki szybko przeczytałam i szybko o nich zapomniałam. Fakt, tę niepozorną, teoretycznie dziecięcą serię przeczytałam jeszcze szybciej, ale wydaje mi się, że wspomnienia z czytania jej zostaną ze mną na dłużej. Czy to za sprawą świetnych bohaterów, czy innych, wyżej wymienionych powodów, tego nie wiem.

Wiem za to, że z całą pewnością mogę ją wam polecić🤗.

Autor po raz kolejny wciągnął mnie do wykreowanego przez siebie świata. Co ja tu mam dużo mówić, jeszcze żadna napisana przez niego książka mnie nie rozczarowała! W przypadku „Afery w kosmosie” nie było inaczej.

Komediowa narracja głównego bohatera oraz intrygujące przestępstwo sprawiły, że nie mogłam oderwać się od czytania. Dodatkowo, cała seria miała w sobie coś...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Ta seria ma w sobie to ✨️coś✨️. Ciężko mi określić co to jest dokładnie. Zapewne miejsce akcji, którym jest Wrocław i ogólnie Dolny Śląsk, na którym mieszkam, ale nie tylko. Do tego wrócę jednak później.

Ten tom wypadł dla mnie o lepiej od poprzedniego. Przyczyniła się do tego większa ilość akcji, ale przede wszystkim intryga, której… nie udało mi się przewidzieć. A jest to coś, co często się nie zdarza🤪!

Zakończenie można podzielić na dwie części, pierwszą, w której głównie jest nawalanka (bardzo fajna, dodam😏) i drugą, w której prawda wychodzi na jaw. Prawda, której zupełnie się nie spodziewałam! Przyznam, że autor nieźle to wszystko wykombinował🙂‍↕️.

Kolejną rzeczą, która niezmiernie mnie cieszy, jest fabuła, która wskazuje na to, że te dwa tomy były niejako wstępem do czegoś większego. Czegoś, co bardzo mnie ekscytuje oraz interesuje i sprawi, że na pewno przeczytam trzeci tom, a później będę wyczekiwać kolejnych.

Kolejnym plusem jest ponownie Marian, który, co prawda zmienia się trochę pod wpływem Baltazara (tylko absolutnie nie mówcie mu tego!), ale wciąż nie traci swojego wrednego i zabawnego charakterku. Wydaje mi się, że humor tej książki też wpływa na to, że ma ona to coś🤌.

No to co, teraz przydałoby się, żebym się do czegoś przyczepiła, no nie?

Problem w tym, że nie mam za bardzo, do czego, poważnie! Aż sama jestem zdziwiona, bo praktycznie zawsze mam jakieś negatywne uwagi, a tym razem nic😂. Chyba jedyne, co mogę powiedzieć, to że nie jest to ode mnie książka na te pełne pięć gwiazdek, czy tam na inną najwyższą ocenę, bo nie poruszyła mną tak mocno, jak inne lektury, którym taką ocenę przyznaję🤷‍♀️.

Ale poza tym, zupełna polecajka dla kociarzy i fanów fantastyki😍!

Ps I jeszcze ta okładka!🤩

Ta seria ma w sobie to ✨️coś✨️. Ciężko mi określić co to jest dokładnie. Zapewne miejsce akcji, którym jest Wrocław i ogólnie Dolny Śląsk, na którym mieszkam, ale nie tylko. Do tego wrócę jednak później.

Ten tom wypadł dla mnie o lepiej od poprzedniego. Przyczyniła się do tego większa ilość akcji, ale przede wszystkim intryga, której… nie udało mi się przewidzieć. A jest...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Jeszcze przed przeczytaniem słyszałam, że pod koniec książki będzie dużo się działo. Nastawiałam się więc na zakończenie, ale tutaj dużo działo się już od pierwszych stron!
Kolejny raz ogromnie wciągnął mnie świat przedstawiony, ale to niezatrzymująca się akcja zasługuje na moje największe uznanie. Działo się i to nieźle. A mówię tylko o pierwszej części książki! Na szczęście nie zabrakło miejsca na spokojniejsze momenty, dzięki którym mogłam lepiej poznać i zrozumieć świat po Wielkiej Mutacji.

Ale to było na początku. To, co zadziało się w około ostatnie kilkadziesiąt stron, to już zupełnie inny wymiar.
Przyznaję, że od dawna żaden zwrot akcji w książce nie zszokował mnie tak bardzo jak jeden z tych zapodanych tutaj🤯
Jeśli chodzi o bohaterów, to stało się. Ellie była jakby rozsądniejsza😆
Reszta postaci też nie jest niczego sobie, a jest ich całkiem sporo. Odnoszę jednak wrażenie, że każdy z nich miał swoje pięć minut oprócz Fagusa. O nim było najmniej, a szkoda.

Ale jest jedna jedyna rzecz, dotycząca właśnie bohaterów, która do końca mnie nie przekonała.
Mianowicie wątek romantyczny Ellie i Bale'a. Nie chce mi się nad nim długo rozwodzić, powiem jedynie, że dla mnie oni mogliby by być po prostu przyjaciółmi🤷‍♀️ Ale przez to, że raczej unikam romansów, to nie radziłabym polegać na mojej opinii😂

Podsumowując już:
Jeśli szukacie: czegoś, co może was emocjonalnie wykończyć, zaskakujących zwrotów akcji, niespodziewanych rozwiązań, ciekawie wykreowanego świata, niesamowicie wciągającej lektury z gatunku fantasy i dobrej rozrywki...
...to skończcie szukać, chwyćcie "Vortex" i dajcie się porwać, tak samo jak ja w niezwykły świat vortexów!

Jeszcze przed przeczytaniem słyszałam, że pod koniec książki będzie dużo się działo. Nastawiałam się więc na zakończenie, ale tutaj dużo działo się już od pierwszych stron!
Kolejny raz ogromnie wciągnął mnie świat przedstawiony, ale to niezatrzymująca się akcja zasługuje na moje największe uznanie. Działo się i to nieźle. A mówię tylko o pierwszej części książki! Na...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Książkę zaczęłam czytać zachęcona mnogością pozytywnych opinii na jej temat. Zastanawiałam się, czy naprawdę jest warta takiego szumu. Okazało się, że… jak najbardziej!

Od samego początku wciągnęłam się w świat przedstawiony przez autorkę.

Rok 2099, Wielka Mutacja, Vortexy, Kuratoria, łowcy, strefy bezpieczeństwa, splitowie…

To wszystko było super. No, pod warunkiem, że w ogóle wiedziało się, co to jest😅. Przyznam, że na wyjaśnienia trzeba chwilę poczekać, ale warto.

Jednak nie tylko świat był ciekawy. Fabuła również. Akcja raz zasuwała, później zwalniała na moment, ale tylko dlatego, żeby za chwilę zaskoczyć jakimś potężnym plot twistem. O tak, zwrotów akcji również było tu dużo. Fabuła podobała mi się również, dlatego że lubię w książkach i filmach motyw przekonywania się głównej bohaterki do tego, że prawdy, które znała przez całe życie nie do końca tymi prawdami są.

A właśnie, główna bohaterka!

Był to jedyny element tej książki, który do końca mi nie podszedł😶‍🌫️.

Chodzi o to, że Elaine zawsze na pierwszym miejscu stawiała rodzinę i przyjaciół. I byłoby to jak najbardziej słuszne, gdyby nie fakt, że często najpierw robiła później myślała, sprowadzając na wszystkich kłopoty. Ale gdyby nie to, to nie byłoby połowy tej książki, więc wiecie🤪. A książka ta ma sporą objętość. Mimo tego czytało mi się ją szybciej niż niektóre o wiele krótsze pozycje.

Za to relacja Elaine i Bale’a przypadła mi do gustu. Była budowana powoli, a nie jak, w niektórych książkach, w których bohaterowie na jednej stronie się nienawidzą, a na kolejnej nagle uwielbiają.

Po przeczytaniu 500 stron czuję mocny niedosyt i nie mogę się doczekać, co będzie dalej!

Książkę zaczęłam czytać zachęcona mnogością pozytywnych opinii na jej temat. Zastanawiałam się, czy naprawdę jest warta takiego szumu. Okazało się, że… jak najbardziej!

Od samego początku wciągnęłam się w świat przedstawiony przez autorkę.

Rok 2099, Wielka Mutacja, Vortexy, Kuratoria, łowcy, strefy bezpieczeństwa, splitowie…

To wszystko było super. No, pod warunkiem, że...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Tę książkę zaczęłam czytać bardzo spontanicznie. Miałam wtedy gorszy humor i potrzebowałam czegoś na jego poprawę. Ta pozycja okazała się strzałem w dziesiątkę!

Przede wszystkim, dlatego że książki tego autora mają w sobie jakiś, trudny dla mnie do opisania, komfort i ciepło. No i humor. Sarkastyczna narracja głównego bohatera nieraz mnie rozśmieszała.

W dodatku, wydaje mi się, że zaczęłam ją czytać w idealnym momencie. Już tłumaczę dlaczego. Akcja książki dzieje się na księżycu, w bazie o niewielkiej powierzchni, a sam Dashiell nie raz wspomina swoje życie na ziemi i to, że w bazie czuje się jak w więzieniu. Czytając latem pierwszy tom, nie mogłam się za dobrze wczuć w jego sytuację, ale czytając drugi tom późną jesienią, kiedy, ze względu na paskudną pogodę, sporo czasu spędzam w domu, potrafiłam lepiej wyobrazić sobie sytuację Dashiella, przez co całą książkę czytało się też dużo lepiej.

A sprawa detektywistyczna? No nie powiem, zaintrygowała mnie ogromnie już od początku.

Ale żeby nie było aż tak cukierkowo, była tu jedna rzecz, która nie do końca mi podeszła. Mianowicie rozwiązanie wątku zaginięcia. Niby spoko, ale zabrakło mi tu fajerwerków. Autor, pisząc to, też musiał chyba dojść do takiego wniosku, bo postarał się, żeby ostatnie strony wsadziły czytelnika w fotel😉. I tak też się stało, bo teraz czekam z niecierpliwością na trzeci i ostatni tom!

Jeśli lubicie „Szkołę szpiegów” śmiało sięgajcie po drugą serię tego autora!

Tę książkę zaczęłam czytać bardzo spontanicznie. Miałam wtedy gorszy humor i potrzebowałam czegoś na jego poprawę. Ta pozycja okazała się strzałem w dziesiątkę!

Przede wszystkim, dlatego że książki tego autora mają w sobie jakiś, trudny dla mnie do opisania, komfort i ciepło. No i humor. Sarkastyczna narracja głównego bohatera nieraz mnie rozśmieszała.

W dodatku, wydaje...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Już po przeczytaniu pierwszego tomu byłam zachwycona. Tom drugi tylko mnie w tym utwierdził😍.

Jeśli chodzi o kreskę, to… nie zachwycałam się nią, tak w jak tą w „Hooky”, ale miała ona swój niezaprzeczalny urok. Na pewno przyczyniły się też do tego bardzo przyjemne barwy i ogólnie przyjemnie przedstawione miejsca wydarzeń.

Wydaje mi się, że fabuła była lepsza niż w poprzednim tomie. Przynajmniej dla mnie. Spodobała mi się postać Ariel i wydarzenia z nią związane. Co prawda, ciężko było od razu ją polubić, w przeciwieństwie do szybko wzbudzającego sympatię Astera i Charlie. Jednak po poznaniu jej historii można mniej więcej zrozumieć, co nią kierowało. Za to wątek z cieniem mógł wywołać lekką gęsią skórkę…

Ten komiks przypadł mi do gustu w dużej mierze też dlatego, że jest to komiks fantasy, a ja fantastykę lubię w każdej postaci, nie tylko w książkach. Chociaż „Wiedźmaga” nie można zaliczyć do high fantasy, mnie to pasuje. Ilość magii jest tutaj dobrze wyważona. Czytelnik ani nie jest zaatakowany masą informacji, ani nie czuje niedosytu magicznych wątków.

A teraz ostatnia już rzecz, dzięki której ten komiks tak mi się podobał. Autorka przekazuje nim, że nieważne kim jesteś i jaki jesteś, możesz robić co chcesz i spełniać swoje marzenia💪.

Podsumowując:

Jest to bardzo ciepła i komfortowa opowieść, zaskakująca czasami trochę straszniejszymi momentami, pełna magii i pokazująca, że zawsze warto być sobą🥰!

Już po przeczytaniu pierwszego tomu byłam zachwycona. Tom drugi tylko mnie w tym utwierdził😍.

Jeśli chodzi o kreskę, to… nie zachwycałam się nią, tak w jak tą w „Hooky”, ale miała ona swój niezaprzeczalny urok. Na pewno przyczyniły się też do tego bardzo przyjemne barwy i ogólnie przyjemnie przedstawione miejsca wydarzeń.

Wydaje mi się, że fabuła była lepsza niż w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Co do tej książki odczucia mam dość… mieszane.
Zacznę może od plusów.
Książka była przyjemna w odbiorze, płynęłam przez nią i przeczytałam w zaledwie dwa dni. Zaciekawił mnie świat przedstawiony oraz idea więzi ludzi ze zwierzętami.

I w tym momencie zaczynają się schody.

Chodzi właśnie o tą więź. Niby była ona opisana, ale mam wrażenie, że autor zrobił to dość powierzchownie. Niby wszystko się zgadzało, a jednak… czegoś mi tu zabrakło. Ale to takie moje odczucie.

I… wydaje mi się, że tak mogłabym opisać całą tę książkę. Ogólnie wszystko fajnie, ale można by to zrobić lepiej.

A w szczególności ten autor mógłby to zrobić lepiej. W końcu czytałam i „Baśniobór” i „Smoczą straż”, więc wiem do czego jest zdolny.

Ale nie myślcie sobie, że aż tak mi się ta pozycja nie podobała, ponieważ fajnie mi się ją czytało. Była wręcz idealnym przerywnikiem pomiędzy bardziej emocjonującymi książkami (czytaj: „Vortex”😂) i na takie właśnie okazje ją polecam. Wydaje mi się też, że będzie ona w sam raz dla osób w wieku 8-11 lat.

Czy w takim razie zamierzam kontynuować serię?

Z jednej strony mam ciekawsze książki do czytania, a z drugiej jestem tej serii wciąż ciekawa, bo jest ona o tyle specyficzna, że każdy tom pisze inny autor. Dlatego wciąż mnie ona intryguje i może kiedyś pomyślę o zdobyciu dalszych tomów😉.

🐆🐼🦅🐺

Co do tej książki odczucia mam dość… mieszane.
Zacznę może od plusów.
Książka była przyjemna w odbiorze, płynęłam przez nią i przeczytałam w zaledwie dwa dni. Zaciekawił mnie świat przedstawiony oraz idea więzi ludzi ze zwierzętami.

I w tym momencie zaczynają się schody.

Chodzi właśnie o tą więź. Niby była ona opisana, ale mam wrażenie, że autor zrobił to dość...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to