-
Artykuły
Przesłuchanie Przemysława Piotrowskiego. Mocna premiera książki „Markiz"
LubimyCzytać6 -
Artykuły
Najlepsza literatura faktu teraz 45% taniej na matras.pl
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Grzechy główne według Piotra Górskiego
LubimyCzytać3 -
Artykuły
Miłość w cieniu wielkiej historii. Rozmowa z Joanną Jax
LubimyCzytać2
Biblioteczka
2026-01-23
2026-01-26
Dzieje się coś niezwykłego (a przynajmniej nietypowego) w moim doborze lektur, bo oto przeczytałam w krótkim czasie drugą książkę azjatycką oraz jestem nią usatysfakcjonowana. A to nie koniec, bo mam już na oku kolejną lekturę w tym klimacie. I nieważne, że nie potrafię spamiętać (ani tym bardziej wymówić) imion i nazwisk autorów oraz bohaterów.
Do tej pory uważałam stanowczo, że to jest literatura nie dla mnie. Kojarzyłam ją przede wszystkim z Harukim Murakamim, którego jedną książkę dawno temu próbowałam czytać i porzuciłam po kilkunastu stronach, taka była dziwaczna (nie zapamiętałam nawet jej tytułu, ale że była dziwaczna, już tak – i chociaż to był pierwszy prezent książkowy od narzeczonego, nie zdzierżyłam). Literatura azjatycka to dla mnie realizm magiczny, którego nie znoszę, nawet w mocno spłaszczonej wersji. To ten typ książek, których tematyki nigdy nie potrafiłam określić, jeśli już z rzadka po nie sięgałam.
Dlaczego więc „Pralnia serc Marigold” mi się spodobała, zapytacie? Czym mnie ujęła?
Zaczynając od kwestii formalnych. Przede wszystkim tym, że wspomniany realizm magiczny zastąpiła tu „zwykła” baśniowość – czytając, nie czułam się więc zniechęcona. Owszem, tytułowa pralnia jest miejscem fantastycznym, jej właścicielka taką postacią i mamy w tej historii elementy magiczne, ale w proporcjach będących dla mnie do przyjęcia. Tak naprawdę w pewnym momencie czytelnik orientuje się (i zostało to też w książce powiedziane), że ta magia jest dość rzeczywista, do zdobycia i użycia przez każdego. Jest w tym sens, jest w tym logika – dlatego mnie to przekonało. Ostatecznie magiczne moce mamy wszyscy, a wykorzystać je możemy i we własnym życiu, i wpływając na życie innych. „Szczera wiara potrafi bowiem zbudować most prowadzący do rzeczywistości.” (s.46)
Baśniowość to także wyraziste zestawienie dobra i zła. Tu akurat nie mamy znanego z ludowych opowieści schematu na przykład takiego, że występuje dobra siostra i zła siostra – i ta druga ponosi karę za swoje postępki. Bardziej chodzi o skontrastowanie złych i dobrych zdarzeń w życiu bohaterów. O granicę pomiędzy tym, co miało miejsce przed odwiedzinami i „zabiegiem” w pralni serc, a tym, co nastąpiło później. Każdy z bohaterów, który doświadczył w pralni swoistego oczyszczenia, rozpoczyna potem nowe, lepsze życie. Dotyczy to również właścicielki pralni, choć w jej przypadku jest to zaskoczenie – także dla niej samej. Trzeba też podkreślić, że odwiedzający pralnię są uprzedzani o wadze i nieodwracalnych skutkach „zabiegu”. Decyzję podejmują sami, dopiero potem wchodzi magia. Czy aby na pewno magia? Czytamy: „Ci, którzy mówią otwarcie, że chcieliby uzdrowić swe serca, są całkiem odważni. Większość ludzi ropieje od środka. A mimo to brną dalej, nie umiejąc dostrzec trawiącego ich bólu. Żyją bez pojęcia, że trzeba wyleczyć jedną czy dwie z najpoważniejszych ran, by to życie warte było dalszych wysiłków.” (s.113) Czy to nie jest metafora terapii?
W pralni serc opowiada się (zwykle z trudem) i słucha. Opowiadanie boli i koi. Mnie najbardziej poruszyła opowieść kuriera, niechęć czy nienawiść innych wobec nas nazywającego przesyłką, której nie musimy przyjmować. Czasami sama świadomość pewnych rzeczy może uczynić nas silniejszymi. Zapytaj sam siebie, czy tak właśnie nie jest, nim zarzucisz mi posługiwanie się banałami.
No i ta prześliczna okładka. Podoba mi się okrutnie, co poradzę. :)
„Pralnię serc Marigold” czytało mi się tak dobrze, jak niedawno „Kakao w czwartki”. Jedną gwiazdkę mniej daję nie za treść, a za język, który momentami – nie wiedzieć czemu – stylizowany był na gwarę (nie wiem, czyja to "zasługa" - autorki czy tłumaczki). Tak, na gwarę, co pasowało jak pięść do nosa i uwierało przy lekturze.
Dzieje się coś niezwykłego (a przynajmniej nietypowego) w moim doborze lektur, bo oto przeczytałam w krótkim czasie drugą książkę azjatycką oraz jestem nią usatysfakcjonowana. A to nie koniec, bo mam już na oku kolejną lekturę w tym klimacie. I nieważne, że nie potrafię spamiętać (ani tym bardziej wymówić) imion i nazwisk autorów oraz bohaterów.
Do tej pory uważałam...
2026-01-08
*Żyj psiozytywnie!*
Niniejszą recenzję sponsoruje Lucjan Ryszard Zbigniew Barnaba Colapinto Bortoleto, lat prawie 11, noszący jeszcze wiele imion, ale ich tu nie wymienię, bo miejsca by nie starczyło. :)
Prześliczną, niewymownie ciepłą i pozytywną książeczkę pt. „Psie afirmacje” autorka zadedykowała wszystkim pieskom, które miała szczęście kochać. W treści często wspomina Tobiego, swojego aktualnego psiego towarzysza (zdaje się, że to on był inspiracją do tworzenia), ale ilustracje – również wykonane przez autorkę – przedstawiają pieski najróżniejsze.
Czy psy mogą nam dostarczać wzorców do wykorzystania w codziennym życiu? Czy użycie tutaj słowa „wzorzec” to nie przesada? Czy psy mogą nas nauczyć innego, lżejszego podejścia do zmagań z życiem, których nam na co dzień nie brakuje? Czy obserwacja ich zachowań może pomóc w uzyskaniu spojrzenia na świat jeśli nie zupełnie bez presji, to przynajmniej z większym luzem? Odpowiedzi na te pytania podsuwają właśnie zawarte w książce psie afirmacje.
Jeśli ktoś uznaje siłę afirmacji, to między innymi pomagają mu one w osiągnięciu wewnętrznego spokoju, a wtedy łatwiej ruszyć z realizacją różnych planów. Komuś, kto dodatkowo z miłością i wrażliwością traktuje psy, widzi w nich istoty czujące i mądre – pomysł autorki na afirmacje przez nie formułowane wyda się idealny. Wręcz doskonały w swej prostocie. Moja szklanka jest zazwyczaj do połowy pusta, ale akurat psy zdolne są zmienić tę perspektywę, bo wywołują we mnie same pozytywne emocje. Poza tym postrzegam tę książkę również jako ciekawy głos w sprawie właściwego traktowania zwierząt, co stanowi jej dodatkową i istotną wartość.
Pieski w książce mówią o sprawach oczywistych i takie są pokazane na ilustracjach, a o oczywistościach zapominamy najczęściej przecież dlatego, że są takie oczywiste. To np. potrzeba odpoczynku i zadbania o siebie, chęć podniesienia kogoś na duchu – albo pragnienie, żeby to nas ktoś podniósł na duchu. Odwaga, która przychodzi w odpowiednim momencie, na którą trzeba czasem poczekać – i że nic w tym złego. Oczekiwanie na lepsze, z jednoczesnym uczeniem się akceptowania chwili, która właśnie trwa. Że nic jeszcze nie jest stracone ani przesądzone, bo postanawiam, że „Odnajdę zabawki, które skitrałem w zeszłym tygodniu”. (s.44) „Psie afirmacje” nie spowodują, że Twoje życie odmieni się na lepsze w trzy sekundy. Ale mogą sprawić, że się uśmiechniesz, spojrzysz z czułością w oczy swego psa i zanurzysz ręce w jego miękkiej sierści. A potem pójdziecie razem na spacer, może znajdziecie nowy szlak albo spojrzycie inaczej na stary. Może to będzie początek. Czy nie warto choć spróbować?
Jedna z moich ulubionych psich afirmacji brzmi: „Dzisiaj upoluję wielki patyk”. (s.22)
Co jest dziś Twoim wielkim patykiem, Czytelniku i Czytelniczko tej recenzji?
*Żyj psiozytywnie!*
Niniejszą recenzję sponsoruje Lucjan Ryszard Zbigniew Barnaba Colapinto Bortoleto, lat prawie 11, noszący jeszcze wiele imion, ale ich tu nie wymienię, bo miejsca by nie starczyło. :)
Prześliczną, niewymownie ciepłą i pozytywną książeczkę pt. „Psie afirmacje” autorka zadedykowała wszystkim pieskom, które miała szczęście kochać. W treści często...
2026-03-01
„Gdzie zachodzi słońce” jest wcale nie rzadko spotykanym przykładem na to, że okładkowy opis książki bywa lepszy od niej samej.
W tym przypadku blurb ładnie zapowiadał połączenie postapokaliptycznego klimatu z rodzącą się w zrujnowanym świecie miłością pomiędzy dwiema dziewczynami – i to właśnie te wątki spowodowały, że zainteresowałam się książką. A właściwie najbardziej zaciekawił mnie ten wątek budowania miłości na gruzach świata, podczas lektury okazało się zresztą, że chodzi o uczucia nie tylko między wspomnianymi bohaterkami. Gdy jeszcze zobaczyłam, że książka jest krótka, stwierdziłam – biorę. Niestety rozczarowanie przyszło już z pierwszymi stronami i utrzymało się do końca.
Należy w tym momencie dopowiedzieć, że właściwie nie czytam literatury postapo (już prędzej obejrzę czasem taki film), stąd moje oczekiwania nie były wygórowane. Po książki, które dowodzą, że „kochać to nie zawsze znaczy to samo” sięgam znacznie częściej, więc tutaj już jakieś porównanie mam.
Tymczasem, wspomnianego klimatu katastrofy nie poczułam tu prawie wcale. Opisać zniszczenia, śmierć, przemoc, stratę, głód, tułaczkę, chorobę, czyhające zewsząd zagrożenie – to jeszcze nie to samo, co stworzyć taką atmosferę i sprawić, by udzieliła się ona czytelnikowi. Zwłaszcza jeśli język tych opisów jest przeciętny, zwyczajny, nic go nie wyróżnia. O takim języku mówię, że jest martwy, płaski, niezdolny poruszyć. Istnieje tylko na papierze. Nie jestem z kamienia, więc owszem, przejął mnie los tułających się sióstr Dori i Miso czy Ryu (i jej rodziny), która w zaistniałej rzeczywistości przewartościowuje swoje życie. Albo los Jiny, przed którą ta nowa rzeczywistość odsłania także nowe twarze jej najbliższych. Ale po prostu: to wszystko opisane jest co najwyżej poprawnie. Bez nerwu.
Z wątkiem miłości między Dori a Jiną poradziła sobie autorka niewiele lepiej. Jest subtelnie, momentami ckliwie – końcówka jest ckliwa do granic. Ani trochę nie jest porywająco. Scena ponownego spotkania bohaterek wypada mniej więcej tak, jakbyśmy sobie wyobrazili, że słynna para zakochanych z „Titanica” wydostaje się na brzeg. Ten sam poziom niemożliwej do zniesienia emocjonalności. I to jest ciekawe, bo na przykład sceny zabijania czy gwałtów przedstawia autorka bardzo oszczędnie, surowo. Może ten moment odnalezienia się Dori i Jiny miał być dla tamtych scen przeciwwagą – wg mnie stał się przesadą.
Konstrukcja powieści też mnie nie zachwyciła, bo zabrakło w niej klarowności. Przeplatają się tu opowieści kilku osób, a osoby te są ze sobą powiązane – powiedzenie „jaki ten świat mały” okazuje się być prawdziwe także w świecie zniszczonym i wyludnionym. Bohaterowie prowadzą rozmowy, ale dialogi nie zostały graficznie wyróżnione, co utrudnia czytanie.
Pomiędzy tym wszystkim trafimy na łatwo rozpoznawalne tropy: pandemia koronawirusa, wojna w Ukrainie, ekspansja Rosji. Odnoszę wrażenie, że te wydarzenia sprowokowały autorkę do napisania powieści i byłoby to zrozumiałe, bo ileż możliwości literackich otwiera się razem z nimi. Ale niestety, stały się one tylko punktem wyjścia, nie dojścia, nie są po coś. Wciąż nie wiemy, gdzie zachodzi słońce.
„Gdzie zachodzi słońce” jest wcale nie rzadko spotykanym przykładem na to, że okładkowy opis książki bywa lepszy od niej samej.
W tym przypadku blurb ładnie zapowiadał połączenie postapokaliptycznego klimatu z rodzącą się w zrujnowanym świecie miłością pomiędzy dwiema dziewczynami – i to właśnie te wątki spowodowały, że zainteresowałam się książką. A właściwie najbardziej...
2026-02-20
Wyzwanie LC 2026 – luty – przeczytam książkę nominowaną w Plebiscycie Książka Roku 2025.
Reportaż Magdy i Piotra Mieśników nie zaskoczył mnie ani nie wywołał wielkiego szoku. Opisane sytuacje – a także wiele stwierdzeń dotyczących uzależnień wśród dzieci i młodzieży – przyjmuję za prawdę. Naiwnością byłoby sądzić, że jest inaczej. Natomiast wyostrza książka zmysły na te sytuacje. Bardzo. Nagle stają się one widoczne w pełni.
I za tę pełnię przede wszystkim tak wysoka moja ocena. Reportaż jest bardzo wielostronny i uświadamiający, a efekt ten osiąga dzięki temu, że składa się z licznych rozmów z różnymi osobami znającymi temat. Z samymi uzależnionymi, z ich rodzicami (w tym z matką, która straciła córkę w wyniku nałogu), z terapeutami i lekarzami, z prowadzącymi ośrodki leczenia uzależnień, wreszcie z dilerem. Rozmowy te odkrywają różne warstwy problemu, a przy tym jest kilka punktów powtarzających się, wspólnych dla sprawy. Spróbuję je tutaj wskazać.
• Problem uzależnienia spotykany jest we wszystkich typach rodzin. Może wystąpić w każdym domu, bez wyjątku. To znaczy, że nie ma tu zastosowania podział na tzw. dobre rodziny i tzw. złe, patologiczne. Podział ten można odłożyć do lamusa, jak zresztą kilka innych mitów dotyczących ćpania (np. ten dotyczący tzw. "medycznej" marihuany).
• Na to, czy ktoś się odurza, nie ma też wpływu poziom świadomości, inteligencji, wykształcenie itp.
• Rzeczywistość nie oferuje dzieciom i młodzieży nic, co byłoby w stanie zatrzymać je w niej na trzeźwo.
• Wciąż – i to drastycznie – obniża się wiek inicjacji narkotykowej (czy raczej należałoby powiedzieć, odurzeniowej).
• Pierwszy raz wynika często z ciekawości albo z nieumiejętności odmówienia, gdy ktoś częstuje. A ponieważ mówimy o młodych, jeszcze kształtujących się organizmach, potrzeba kolejnych razów pojawia się bardzo szybko. Dlatego „(…) najlepsza profilaktyka to nie wziąć ten pierwszy raz.” (s.78)
• Pomysłowość dzieci i młodzieży w kwestii tego, czym można się odurzać i jak to zrobić, żeby najmocniej zadziałało, nie zna granic. Naprawdę. Nie mówimy tylko o takich środkach, które w powszechnej świadomości kryją się pod pojęciem narkotyku.
• Sieć jest miejscem, w którym osoby uzależnione zaopatrują się w środki psychoaktywne oraz z którego czerpią wiedzę o tym, jak ich użyć.
• „(…) podział na miękkie i twarde narkotyki jest pomyłką. Narkotyk to narkotyk. Każdy szkodzi.” (s.90)
• Niestety, ale początków problemu zwykle należy szukać w domu rodzinnym i wynikają one z braku: miłości, uwagi, czasu, prawdziwego zainteresowania i empatii, których dzieci nie otrzymują od rodziców. Mimo wszystko, także mimo występujących problemów ekonomicznych w rodzinach, o wiele łatwiej jednak zadbać o dziecko materialnie niż relacyjnie. Łatwiej zapewnić pełny talerz niż dom pełen miłości. Łatwiej też mieć z dzieckiem kontakt kumplowski niż prawdziwie rodzicielski, wychowawczy. A nie jest tak, że dzieci potrzebują się z rodzicami kumplować. One potrzebują znać zasady i to rodzic powinien je określić, powiedzieć, co jest dobre, a co złe. Nawet jeśli dziecko te zasady łamie, musi wiedzieć, że w ogóle jakieś są.
• Walkę z uzależnieniami wśród dzieci i młodzieży utrudnia albo wręcz czasem uniemożliwia system, wymagający przebudowy lub wręcz stworzenia od nowa (nasz piękny kraj w ogóle stoi niewydarzonymi systemami, ale to już inna sprawa). Młody człowiek oczyszczony z narkotyków na oddziale szpitalnym mógłby od razu trafić do ośrodka odwykowego, ale nie trafia, bo na miejsce czeka się miesiącami. Wraca więc w swoje środowisko i natychmiast zaczyna ćpać znowu. Jeśli rodzic wystąpi do sądu z wnioskiem o przymusowe leczenie, także często niewyobrażalnie długo czeka na decyzję. W tym czasie milion razy można zaćpać się na śmierć.
• Skutki działania środków odurzających są długofalowe i nieodwracalne. Jednym z nich jest wysokie prawdopodobieństwo wystąpienia chorób psychicznych, w tym schizofrenii.
Jak widać, ogólna wymowa reportażu Magdy i Piotra Mieśników nie jest optymistyczna. Jedna z rozmówczyń (lekarka) mówi wprost, że nie zna historii z dobrym zakończeniem. Oprócz wskazanych przeze mnie wątków, bardzo porusza rozmowa z dilerem. Cała, a szczególnie odpowiedź na pytanie „A gdyby naprawdę przyszło do ciebie jako klient kilkuletnie dziecko, to co?” Diler wypowiada wtedy słowa, od których, jak przypuszczam, wziął się tytuł reportażu: „Pieniądz to pieniądz, a ja nie jestem Jezus Chrystus i nie robi mi różnicy, czy to będą walić nosy czy noski. Ludzie robią o wiele gorsze rzeczy dzieciom niż puszczanie dragów. Poza tym to jest czyjś wybór po prostu.” (s.312) Pytanie wzięło się z opowiedzianej przez niego historii o 40-letniej klientce, która po odbiór narkotyków przysłała 7-letnią córkę.
Uważam, że ten reportaż powinien przeczytać każdy, kto ma więcej niż sporadyczny kontakt z dziećmi i młodzieżą oraz niepowierzchowne relacje z nimi – a więc i większą możliwość zauważenia czegoś, większy możliwy wpływ na nich. Napisałam w tej recenzji wiele, ale uwierzcie, że mimo wszystko wypowiedziałam się dość oględnie, bez szczegółów. Oprócz wywiadów książka zawiera słowniczek gwary narkotykowej przypominający o tym, że w obserwacji dzieci i młodzieży oprócz oczu, warto mieć i uszy szeroko otwarte.
Czy widać jakiekolwiek światełko w tunelu? Gdzieś tam, bardzo daleko, przez ułamki sekund, zdaje się ono błyskać. Jest nim np. rozmowa z matką, która po stracie córki jeździ po szkołach i edukuje. Wiele nadziei daje rozmowa z profesorem Mariuszem Jędrzejką, założycielem ośrodka dla uzależnionych - o tym, jakie podejście i metody się u niego sprawdzają. Osobom wierzącym otuchę może przynieść i rozwiązania podpowiedzieć rozmowa z księdzem Edwardem Rysztowskim ze stowarzyszenia „Karan”.
Nie pozostaje nic innego, jak iść za tym światłem, choć jest blade i wiele razy po drodze gaśnie.
Wyzwanie LC 2026 – luty – przeczytam książkę nominowaną w Plebiscycie Książka Roku 2025.
Reportaż Magdy i Piotra Mieśników nie zaskoczył mnie ani nie wywołał wielkiego szoku. Opisane sytuacje – a także wiele stwierdzeń dotyczących uzależnień wśród dzieci i młodzieży – przyjmuję za prawdę. Naiwnością byłoby sądzić, że jest inaczej. Natomiast wyostrza książka zmysły na te...
2026-01-10
Wyzwanie LC 2026 - styczeń - przeczytam książkę z imieniem w tytule.
Właściwie brak mi słów, by opowiedzieć o tej książce. Jest wspaniała. Wbrew temu, co ktoś mógłby pomyśleć, daję jej najwyższą notę nie dlatego, że jestem fanką Maxa Verstappena – wręcz przeciwnie, to zawiesza poprzeczkę zdecydowanie wyżej, niż gdybym nie była. Zaskakuje mnie to, że autor przedstawił w sposób tak pełny i wyczerpujący sylwetkę kierowcy, którego kariera wciąż trwa – a ja nie mam przy tym poczucia, że popełniono tu jakieś nadużycie, że nastąpiła jakaś nadinterpretacja. Po lekturze nie odczuwam potrzeby czytania innych książek o Verstappenie. Wiem wszystko, co chciałam wiedzieć.
Wyodrębniam w tej książce kilka obszarów. Droga Maxa do mistrzostwa. Rola jego ojca Josa w tym. Wszystkie okoliczności towarzyszące, elementy, które muszą wystąpić, aby droga zakończyła się osiągnięciem celu – w Formule 1 jest ich sporo, a brak któregoś może się okazać przeszkodą nie do pokonania. Następnie rozkładanie na czynniki pierwsze niewyobrażalnego talentu Maxa, jego wybitnych umiejętności – i składanie znów w całość, tworzenie z tych puzzli obrazu mistrza. Różnice pomiędzy nim a innymi kierowcami. Wreszcie – analiza osobowości tego konkretnego kierowcy. Co mu pomaga, a co przeszkadza w ściganiu się. Co ma w sobie, a czego potrzebuje, by to robić na najwyższym poziomie – jedynym, jaki uznaje. Podoba mi się ponadto, że autor nie idzie w plotkarstwo i dorosłemu życiu prywatnemu Maxa praktycznie nie poświęca uwagi – Kelly Piquet jest wspomniana może ze dwa razy – i tylko wspomniana, bez rozpisywania się.
Krok po kroku, bardzo szczegółowo poznajemy kolejne etapy drogi Maxa na szczyt. Od najmłodszych lat, bo właściwie przyszły mistrz wychowywał się i bawił nie w piaskownicy, a w wózku kartingowym i w pobliżu toru wyścigowego. Geny ścigania się przekazali mu oboje rodzice, można odnieść wrażenie, że Max najpierw nauczył się jeździć, nie chodzić. Na pewno odkąd zaczął mówić, głośno i zdecydowanie domagał się jeżdżenia. Po trudnym rozstaniu rodziców Max został z ojcem i wtedy na dobre rozpoczęło się twarde, bezkompromisowe szkolenie, wydobywanie tkwiącego w dzieciaku potencjału, którym zadziwiał, obojętnie na jakim torze się pojawił. Nie było żadnego zmiłuj się – Jos powiedział wyraźnie: jeżeli mamy to robić, to tylko i wyłącznie najlepiej. To podejście ojca, często kontrowersyjne i zawsze bezlitosne, przeprowadziło Maxa przez karting, testy dla Formuły Renault i Formułę 3, z której (co się zwykle nie zdarza) wskoczył bezpośrednio do Formuły 1 – mając zaledwie 17 lat. Jos doskonale zdawał sobie sprawę, dlaczego jemu samemu nie wyszło w Formule 1, więc wiedział, przed jakimi błędami ustrzec Maxa. Inny dzieciak nie zniósłby tak surowego traktowania i testowania przez własnego ojca, ale Max zawsze był niezniszczalny, zdeterminowany i wygląda na to, że silniejszy psychicznie, dojrzalszy i mądrzejszy niż Jos. Po latach sam mówi o tym, jak bardzo jako kierowcę ukształtował go ojciec i jest za to wdzięczny. Oprócz Josa – głównodowodzącego w projekcie pod nazwą „Max Verstappen mistrzem świata Formuły 1” mowa jest w książce też o innych osobach, które na różnych etapach kariery mocno, w ten czy inny sposób, wspierały Maxa. To są te niezbędne okoliczności, o których wspominam wyżej.
Dla mnie – jako osoby mającej dla Maxa wiele podziwu – najciekawsze były fragmenty opisujące jego talent i osobowość. Mark Hughes pyta na przykład: „Co takiego robi Max, że jego samochód tak dobrze reaguje?” (s.120) – i przez kilka kolejnych stron szuka odpowiedzi na to pytanie. Znajduje różne składowe tej odpowiedzi, choćby techniczne, ale przeważnie i tak dochodzi do przekonania, że w nie do końca racjonalnie wytłumaczalny sposób Max potrafi wyczyniać z samochodem na torze to, czego nie potrafią inni. Przyznają to zresztą także inni kierowcy. Po prostu – albo jesteś geniuszem w swojej dziedzinie, albo nie. Naprawdę nie bez przyczyny Max Verstappen bywa porównywany z Ayrtonem Senną.
Ktoś może w tym momencie zapytać, czy ta biografia jest laurką Verstappena. Odpowiadam, że nie, już prędzej ta recenzja nią będzie. Max Verstappen też popełnia błędy na torze, popełniał je zwłaszcza w swoich początkowych sezonach, gdy górę nad wnikliwą oceną sytuacji wyścigowej brała jego wrodzona impulsywność. Także wtedy, gdy już jeździł w Red Bullu, aż nadszedł moment, gdy coś musiało przeskoczyć w jego głowie (tu pomogła rozmowa z Christianem Hornerem) i wszedł na wyższy poziom dojrzałości. Takie momenty pokazują, że Verstappen to człowiek, nie maszyna. Jednocześnie Max jest bardzo prosto skonstruowanym człowiekiem i to też w nim lubię. Nie roztrząsa tego, czego nie warto roztrząsać, nie rozmienia się na drobne, nie traci czasu. Stawia sobie cele i ciężko pracuje nad ich osiągnięciem. To nie jest ktoś, kto usiądzie na tronie w oczekiwaniu uwielbienia i podziękowań za swoje wybitne zdolności. To osoba, która ze swojego talentu robi użytek.
Mark Hughes kończy swoją rzetelną opowieść na dwóch mistrzowskich tytułach Verstappena (obecnie ten ma ich cztery) i w ostatnim zdaniu pisze: „Kiedy nadejdzie właściwy moment, nieustępliwy Max zakończy karierę i zrobi to na własnych warunkach, a nie dlatego, że coś jest zapisane w jakimś kontrakcie.” (s.230) Jestem pewna, że tak właśnie będzie, ale będąc jego wielbicielką mam nadzieję, że jednak nie stanie się to zbyt szybko.
Wyzwanie LC 2026 - styczeń - przeczytam książkę z imieniem w tytule.
Właściwie brak mi słów, by opowiedzieć o tej książce. Jest wspaniała. Wbrew temu, co ktoś mógłby pomyśleć, daję jej najwyższą notę nie dlatego, że jestem fanką Maxa Verstappena – wręcz przeciwnie, to zawiesza poprzeczkę zdecydowanie wyżej, niż gdybym nie była. Zaskakuje mnie to, że autor przedstawił w...
2026-01-19
Wyzwanie LC 2026 – styczeń – przeczytam książkę z imieniem w tytule.
Styczniowe wyzwanie tematyczne LC daje mi naprawdę wiele radości. Po przeczytaniu zachwycającej biografii Maxa Verstappena zmuszona jestem znów się zachwycać. Tym razem Homerem i latem z nim.
Jest z pewnością tak, że udziela mi się zachwyt i entuzjazm autora „Lata z Homerem”, widoczny niemal na każdej stronie książki. Sylvain Tesson kocha antycznego mistrza słowa i jego dzieła – to się po prostu czuje. O ważności i roli „Iliady” i „Odysei” mówi nie tylko przekazując suche informacje, historycznoliterackie fakty czy konteksty. Mówi także – a może przede wszystkim – emocjami, które te dzieła wywołują. Ma też niezwykły dar budowania zdań – haseł, charakterystycznych etykiet, jakimi opatruje słynne eposy, a w etykietach tych udaje mu się zawrzeć istotę rzeczy. Mam wrażenie, że z niezwykłą łatwością przychodzą mu na myśl stwierdzenia typu:
• „<<Odyseja>> jest poematem o inteligencji” (s.77);
• „<<Odyseja>> to poemat powrotu do siebie i w głąb siebie” (s.81);
• „<<Odyseja>> jest najgorszym podręcznikiem nawigacji w dziejach ludzkości” (s.81);
• „<<Iliada>> i <<Odyseja>> są pieśniami o przekraczaniu siebie” (s.113);
• „<<Iliada>> to poemat nieobecnego pokoju” (s.192).
Podobną umiejętność zdradza autor w punktowaniu składowych życia i świata, a obserwacje czerpie i wnioski wysnuwa z eposów Homera. Przecież nie inaczej – w nich bowiem jest wszystko. Utkana przez Tessona sieć powiązań między antykiem a współczesnością jest gęsta, rozległa i dowodzi ponad wszelką wątpliwość uniwersalności dzieł Homera. Znajdziemy tu szereg odniesień do polityki, ekologii, religii i po prostu naszej codzienności. Za pomocą wojny trojańskiej charakteryzuje autor współczesne wojny i pyta: „Może akcja <<Iliady>> rozgrywa się dziś?” (s.206) Pozwala sobie na słuszną krytykę teraźniejszości, zwraca uwagę na upadek dawnych wartości i ideałów. Może się wydawać, że niektóre z tych powiązań idą za daleko, te dotyczące religii pewnie nie każdemu się spodobają, ale na pewno nie zaszkodzi choćby poddać je refleksji. Pisze też autor momentami z poczuciem humoru, które usytuowałabym gdzieś pomiędzy ostrym spojrzeniem na rzeczywistość a lekką ironią. Są to wszystko celne spostrzeżenia, przekonuje mnie ich charakter. Jeden tylko przykład, ale reprezentatywny dla całości: „Jeśli lubimy się identyfikować z greckimi bohaterami to dlatego, że żaden z nich nie jest doskonały. Czas jedynego, abstrakcyjnego Boga jeszcze nie nadszedł. Ludzie żyli wtedy w epoce bogów niedoskonałych i sympatycznych, bo tańczących na skraju własnych przepaści.” (s.115) Do tego – jako polonistce i poetce – szczególnie bliskie mi są uwagi o sile poezji i geniuszu Homera. Rozbrajają mnie takie fragmenty, jak ten: „Homer dysponował czymś lepszym niż kamery GoPro, drony i grafika komputerowa – miał poezję.” (s.191) Zwykle nie umieszczam tylu cytatów w recenzjach, ale ta książka ma tak wiele wartych przytoczenia fragmentów, że najchętniej zapełniłabym nimi cały ten tekst.
„Lato z Homerem” to lektura przystępna, obrazowa, wspaniale wprowadzająca w świat eposów Homera i w ogóle w świat starożytny, w jego myśl filozoficzną także. Względem „Iliady” i „Odysei” może z powodzeniem spełniać rolę popularyzatorską i robić to na naprawdę dobrym poziomie. Trzeba dodać jeszcze, że swój wywód przeplata autor cytatami z „Iliady” i „Odysei” – nie jest więc gołosłowny.
Zarzucał ktoś w recenzji autorowi, że w książce występują powtórzenia treści, niepotrzebne powroty do tego, co napisane zostało wcześniej. Owszem, zdarza się to. Może to niedopilnowanie przy przekładaniu audycji radiowych na tekst literacki – bo „Lato z Homerem” zaistniało najpierw właśnie jako seria audycji? Nie wiem, nie przeszkadzały mi te powtórzenia i nie wpłynęły na ocenę całości.
Co tu więcej mówić. Pokochałam tę książkę. Uśmiechałam się, czytając ją. Stawiam ją w rzędzie książek bardzo ważnych dla mnie, takich nie do zapomnienia, a do częstego powracania.
Wyzwanie LC 2026 – styczeń – przeczytam książkę z imieniem w tytule.
Styczniowe wyzwanie tematyczne LC daje mi naprawdę wiele radości. Po przeczytaniu zachwycającej biografii Maxa Verstappena zmuszona jestem znów się zachwycać. Tym razem Homerem i latem z nim.
Jest z pewnością tak, że udziela mi się zachwyt i entuzjazm autora „Lata z Homerem”, widoczny niemal na każdej...
2026-01-01
Od kilku lat tak się układa, że zaczynam czytać jakąś książkę wraz z końcem starego roku i doczytuję ją już w nowym. Tym razem na przełomie grudnia i stycznia towarzyszył mi reportaż o halnym wietrze, jednym z najbardziej rozpoznawalnych w Polsce zjawisk pogodowych. Jest to zjawisko rozpoznawalne, ale czy znane? Po przeczytaniu książki stwierdzam, że nie, a na pewno nie wszystkim w takim stopniu, jak myślą i jak myślałam ja.
Podtytuł sugeruje, że halny będzie potraktowany w książce jako siła demoniczna, wyłącznie zła. Zakładam, że zadaniem słów "wiatr, który niesie obłęd" było przyciągnięcie czytelnika, co udało się pewnie nie tylko w moim przypadku. Oczywiście gdyby autor poszedł tylko tą drogą, słaby i jednostronny byłby to reportaż, czego Dawid Góra musiał być świadomy. Dlatego przedstawił halny z bardzo różnych punktów widzenia. Meteorologicznego, przyrodniczego, naukowego, kulturowego oraz takiego, powiedziałabym – społecznego i po prostu życiowego. O wietrze mówią ci, którzy potrafią przewidzieć jego nadejście, którzy go czują, którzy go badają. Także ci, którzy doświadczyli tragicznych, często nieodwracalnych skutków jego działania – tej najbardziej rzeczywistej, namacalnej siły wiatru. Lekarze, naukowcy, artyści, ratownicy górscy, policjanci i zwyczajni mieszkańcy Podhala. Wszystko to razem wzięte staje się bardzo ciekawą opowieścią o wietrze, który jednak nie daje się złapać i ująć w karby. W końcu to wiatr. Halny wiatr. Kto by chciał go zbadać, musiałby chyba stać się nim.
Z jednej strony ludzie przed nadejściem halnego odczuwają różne dolegliwości fizyczne (zwłaszcza kardiologiczne, a także związane z patologią ciąży). Nasilają się także wtedy różne mroki duszy, stany depresyjne i agresywne zachowania. Można wysnuć ogólny wniosek, że jeśli masz coś złego w sobie, halny to wydobędzie i spotęguje. Z drugiej strony, obserwacje naukowe nie potwierdzają tego jednoznacznie, a są i tacy, których halny napełnia energią do działania, energią twórczą. Badania należałoby doprecyzować, rozszerzyć, kontynuować. Dlatego nie raz i nie dwa natrafiamy w książce na wypowiedzi w takim duchu: „Może gdybym miała większy zakres w badaniach, więcej przypadków, więcej dni z wiatrem halnym, wyszłaby zależność. Niemożliwe, aby to, co widzą praktycznie wszyscy na Podhalu, nie było do odnotowania w badaniu naukowym”. (s.107) Ale też i takie: „Na szczęście wiadomo, kiedy przyjdzie wiatr. I już nawet nie chodzi o zapowiedź w postaci wału nad Tatrami. Ostrzeżenia przychodzą dosłownie z każdej strony. Na pytanie, czy chodzi o zachowanie ludzi, potakuje. Doświadczony taternik, artysta, instruktor wysokogórski nie zastanawia się nad słusznością badań naukowych w sprawie oddziaływania halnego na psychikę. On ich nie potrzebuje”. (s.173)
Znajdziemy tu też głosy najbardziej racjonalne, mówiące o halnym jako o niezbywalnej części gór i przyrody. Halny niszczy, ale zniszczenia te w ekosystemie też mają swoją rolę. Bo „Nawet kataklizm, jeśli występuje w przyrodzie i z jej powodu, jest zjawiskiem normalnym. (…) Tylko ludzie mogą odbierać halny jako coś złego. Każdy woli oglądać las, a nie wiatrołom”. (s.225) Właśnie o to chodzi – choć te głosy z naukowego punktu widzenia są przekonujące, trudno, żeby ludzie traktowali wiatr o takiej sile jako coś normalnego i niezbędnego, gdy obraca w perzynę ich domostwa czy zabiera najbliższych.
Ważną i arcyciekawą częścią książki Dawida Góry są obszerne fragmenty opowiadające o pracy ratowników górskich i obserwatorów pogody w stacjach meteorologicznych. Wszystko to z halnym pod rękę, z halnym dującym z każdej strony, utrudniającym, a wręcz czasem uniemożliwiającym akcje ratunkowe czy nawet dotarcie na dyżur meteorologiczny. Ktoś, kto szczerze nie kocha gór i nie ma szacunku do zachodzących tam procesów i zjawisk, nie mógłby wykonywać ani jednego, ani drugiego z wymienionych zajęć.
Podsumowując, reportaż wart przeczytania, obiektywny, wielostronny, mnie jako ignorantce z centralnej Polski dostarczył wielu ciekawych informacji. Jeszcze uwaga techniczna, bo im człowiek starszy, tym to staje się ważniejsze: „Halny” jest napisany bardzo przyjazną dla oka czcionką.
Od kilku lat tak się układa, że zaczynam czytać jakąś książkę wraz z końcem starego roku i doczytuję ją już w nowym. Tym razem na przełomie grudnia i stycznia towarzyszył mi reportaż o halnym wietrze, jednym z najbardziej rozpoznawalnych w Polsce zjawisk pogodowych. Jest to zjawisko rozpoznawalne, ale czy znane? Po przeczytaniu książki stwierdzam, że nie, a na pewno nie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
„Kakao w czwartki” to niewielki, przyjemny w czytaniu zbiór opowiastek o zwyczajności. O dniu codziennym i życiowych oczywistościach. Trochę o docenianiu tego, co się posiada, trochę o pragnieniu zmian. Także o marzeniach i odwadze koniecznej do ich spełniania oraz o tym, że czasem potrzeba kogoś, kto popchnie nas w stronę naszych celów.
Książeczka ma ciekawą konstrukcję. Wszystkie rozdziały łączą się w całość dzięki tytułom zawierającym nazwę miasta i kolor, a niektóre z tych tytułów są dość intrygujące, np. „Omlet smażony ze śmiertelną powagą” albo „Kiedy święci maszerują”. Jeszcze bardziej przypadł mi do gustu zabieg polegający na tym, że jakaś postać z jednej opowieści staje się bohaterką czy bohaterem kolejnej. Do tego pierwsze i ostatnie opowiadanie tworzą uroczą klamrę, a nad wszystkim i wszystkimi czuwa nieco tajemniczy Master.
Najbardziej podobały mi się „Najpiękniejszy dzień w życiu pana Ralpha”, „Powrót czarodziejki” i „Trójkolorowa obietnica”, a z tych trzech numerem jeden jest opowieść o pewnej miłośniczce natury i aromaterapii, która mówi o sobie tak: „Magia, która zmienia świat na wspanialszy. Mogę już dokonywać różnych czarów. Przywracać uśmiech na twarzach cierpiących ludzi, usuwać broń z serc tych, którzy nienawidzą i obdarzać ich uściskami, ofiarowywać piękne sny w miejsce bezsennych nocy.” (s.131-132)
Chyba każda z głównych postaci, obojętnie czym by się nie zajmowała zawodowo, ma w sobie delikatność i liryzm artysty. Tworzy swoje małe – wielkie dzieła sztuki, które stają się częścią życia innych ludzi. To jest piękne. Pijąc „Kakao w czwartki” czuje się wrażliwość i uważność, ciepło i wzruszenie – i nie sposób się przy tym nie uśmiechać. Rozumiem potrzebę powstawania takich comfort/cozy books, rozumiem, że się podobają i kto wie, może sama zacznę czytać takie częściej?
Tymczasem idę przygotować kakao w moim nowym, różowym kubku w pieskowy wzór. I zrobię zdjęcie, bo kubek będzie wyjątkowo pasował do okładki książki. Zajrzyjcie później na Moje książki – mój świat (FB –> link w opisie profilu), jeśli chcecie je zobaczyć. 😊
„Kakao w czwartki” to niewielki, przyjemny w czytaniu zbiór opowiastek o zwyczajności. O dniu codziennym i życiowych oczywistościach. Trochę o docenianiu tego, co się posiada, trochę o pragnieniu zmian. Także o marzeniach i odwadze koniecznej do ich spełniania oraz o tym, że czasem potrzeba kogoś, kto popchnie nas w stronę naszych celów.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążeczka ma ciekawą konstrukcję....