-
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać327 -
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać24 -
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nowa karkonoska powieść Sławka Gortycha! „ŚWIĘTO KARKONOSZY”- już wkrótce! KONKURS
LubimyCzytać131
Biblioteczka
2026-03-30
2026-03-28
Bardzo dobra książka, choć zdecydowanie nie jest to lektura lekka ani taka, przez którą po prostu się płynie. To książka gęsta, momentami przytłaczająca, pełna bólu, przemocy, niesprawiedliwości i tego wszystkiego, co zostaje w ludziach na długo, nawet jeśli przez lata próbują to w sobie zakopać. Czytałam ją z dużym skupieniem, bo od początku czuć, że to nie będzie zwykła opowieść, tylko coś dużo cięższego i bardziej przejmującego.
Najmocniej wybrzmiało dla mnie to, jak ta książka mówi o traumie — nie tylko tej jednostkowej, ale też zbiorowej, międzypokoleniowej, przekazywanej dalej nawet wtedy, gdy nikt nie potrafi już jej dobrze nazwać. Jest w tej historii coś bardzo surowego i bolesnego, ale jednocześnie bardzo prawdziwego. To właśnie zrobiło na mnie największe wrażenie.
Bardzo podobało mi się też to, że nie jest to książka, która podaje wszystko w prosty i oczywisty sposób. Ona wymaga od czytelnika uważności, zatrzymania się, wejścia głębiej w to, co między słowami. I właśnie dzięki temu zostawia po sobie tyle myśli. To nie jest historia, którą tylko się poznaje — ją się raczej przeżywa i czuje.
Mam też wrażenie, że to taka książka, która mówi nie tylko o konkretnych ludziach i konkretnych doświadczeniach, ale też szerzej — o pamięci, tożsamości, wykorzenieniu, o tym, jak historia potrafi odciskać się na kolejnych pokoleniach. I chyba właśnie dlatego jest w niej tyle ciężaru, ale też tyle wartości.
To dla mnie jedna z tych krótszych książek, które wcale nie są „małe”. Wręcz przeciwnie — mieści się w niej bardzo dużo emocji, bólu i refleksji. Bardzo dobra, mądra i przejmująca lektura. Taka, która niekoniecznie daje czytelnikowi komfort, ale zdecydowanie daje coś znacznie cenniejszego — powód, żeby się zatrzymać i pomyśleć.
Bardzo dobra książka, choć zdecydowanie nie jest to lektura lekka ani taka, przez którą po prostu się płynie. To książka gęsta, momentami przytłaczająca, pełna bólu, przemocy, niesprawiedliwości i tego wszystkiego, co zostaje w ludziach na długo, nawet jeśli przez lata próbują to w sobie zakopać. Czytałam ją z dużym skupieniem, bo od początku czuć, że to nie będzie zwykła...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-03-24
Do sięgnięcia po "Jestem twoim domem" zabierałam się naprawdę długo. Po pierwszym tomie cyklu "Szeptucha" nie czułam jakiegoś wielkiego zachwytu, więc nie miałam też szczególnej potrzeby, żeby od razu kontynuować tę serię. Ostatecznie jednak postanowiłam dać tej historii szansę i sprawdzić, czy drugi tom bardziej do mnie przemówi.
I muszę przyznać, że było trochę lepiej niż poprzednio. Ta część wypadła w moich oczach nieco korzystniej, czytało mi się ją całkiem dobrze i miałam wrażenie, że momentami historia potrafiła bardziej przyciągnąć uwagę. Nadal jednak nie było tego czegoś, co sprawiłoby, że naprawdę mocno weszłabym w tę opowieść i nie mogła się od niej oderwać.
Największy problem mam chyba z tym, że mimo ciekawego pomysłu i intrygującego klimatu, całość po prostu nie porwała mnie tak, jak liczyłam. To nie jest zła książka, absolutnie nie. Ma swoje mocniejsze momenty, ma atmosferę, ma też kilka interesujących motywów, ale w moim odczuciu zabrakło większych emocji i takiego prawdziwego zaangażowania w historię. Czytałam ją z zainteresowaniem, ale bez większych zachwytów.
To właśnie jedna z tych książek, które oceniam całkiem dobrze, a jednocześnie wiem, że raczej nie zostaną ze mną na długo. Nie mam po lekturze poczucia, że wydarzyło się tu coś wyjątkowego albo że będę jeszcze długo wracać myślami do bohaterów czy konkretnych scen. Przeczytałam, doceniłam pewne elementy, ale chyba jednak nie znalazłam w tej historii czegoś, co naprawdę mocno by mnie poruszyło.
Być może po prostu nie do końca jestem odbiorczynią tego cyklu, bo choć widzę jego potencjał i rozumiem, co może się w nim podobać, to u mnie nie wywołał większych emocji. Ten tom był minimalnie lepszy od pierwszego, ale nadal nie na tyle, żebym mogła powiedzieć, że jestem zachwycona.
Ostatecznie to dla mnie po prostu dobra, całkiem przyzwoita lektura. Taka, którą czyta się w porządku, lecz bez efektu wow.
Do sięgnięcia po "Jestem twoim domem" zabierałam się naprawdę długo. Po pierwszym tomie cyklu "Szeptucha" nie czułam jakiegoś wielkiego zachwytu, więc nie miałam też szczególnej potrzeby, żeby od razu kontynuować tę serię. Ostatecznie jednak postanowiłam dać tej historii szansę i sprawdzić, czy drugi tom bardziej do mnie przemówi.
I muszę przyznać, że było trochę lepiej...
2026-03-22
Po książki Anny Rybakiewicz sięgam już trochę w ciemno, bo wiem, że dostanę historię pełną emocji. I "Miłość z krwi i kości" tylko mnie w tym utwierdziła — to kolejna opowieść, która naprawdę mnie poruszyła.
Uwielbiam w takich książkach to przenikanie się dwóch czasów — przeszłości i teraźniejszości. Tutaj wszystko ze sobą idealnie współgra. II wojna światowa, trudne wybory, młodzi ludzie wrzuceni w rzeczywistość, której nikt nie powinien doświadczać, a obok tego współczesność, która powoli odkrywa to, co przez lata było ukryte. I to wszystko spina jedna historia — pełna bólu, ale też nadziei.
Bardzo podobało mi się, jak autorka pokazuje emocje. To nie jest sucha opowieść o wydarzeniach, tylko historia, którą się naprawdę czuje. Relacje między bohaterami są intensywne, momentami trudne, pełne niedopowiedzeń i żalu, ale też miłości i tęsknoty. I właśnie to sprawia, że ta książka zostaje gdzieś głębiej.
Motyw dwóch zwaśnionych rodzin i odkrywania prawdy po latach wypadł tutaj świetnie. Lubię takie historie, gdzie przeszłość ma realny wpływ na teraźniejszość i gdzie nic nie jest czarno-białe. Do tego ta nutka tajemnicy i delikatnie zaznaczony wątek „czegoś więcej” — bardzo dobrze to zagrało.
No i nie ukrywam - były momenty, kiedy naprawdę ściskało w gardle. To jedna z tych książek, przy których łatwo się wzruszyć, bo emocje są po prostu autentyczne.
Dla mnie to piękna, poruszająca historia o miłości, która nie zawsze jest prosta, o pamięci i o tym, że przeszłości nie da się tak po prostu zamknąć.
Po książki Anny Rybakiewicz sięgam już trochę w ciemno, bo wiem, że dostanę historię pełną emocji. I "Miłość z krwi i kości" tylko mnie w tym utwierdziła — to kolejna opowieść, która naprawdę mnie poruszyła.
Uwielbiam w takich książkach to przenikanie się dwóch czasów — przeszłości i teraźniejszości. Tutaj wszystko ze sobą idealnie współgra. II wojna światowa, trudne...
2026-03-20
Do "Poduszki w różowe słonie" podchodziłam raczej na spokojnie, bez większych oczekiwań i chyba dobrze, bo to jedna z tych książek, które po prostu się czyta. I tyle. Nie jest zła, nie męczy, ale też nie daje niczego, co jakoś mocniej zapadłoby w pamięć.
Historia sama w sobie ma potencjał, bo porusza tematy relacji, emocji, trudnych doświadczeń z przeszłości i tego, jak bardzo wpływają one na dorosłe życie. Momentami naprawdę czuć, że można było z tego wyciągnąć coś więcej, wejść głębiej w bohaterów i ich przeżycia. Niestety mam wrażenie, że wszystko zostało potraktowane trochę po powierzchni.
Nie do końca poczułam też bohaterów. Hanka momentami wydawała mi się trudna do zrozumienia, a jej decyzje nie zawsze były dla mnie przekonujące. Przez to ciężko było mi się bardziej zaangażować w tę historię emocjonalnie. Niby coś się dzieje, niby są ważne tematy, ale jednak zabrakło mi tego „czegoś”, co sprawia, że naprawdę się przejmuje losami postaci.
To taka książka, którą czyta się w porządku, nie męczy, można przy niej spędzić całkiem przyjemny czas, ale po zamknięciu raczej szybko o niej zapominam. Nie zostawiła po sobie większych emocji ani refleksji, które zostałyby ze mną na dłużej.
Dla mnie to po prostu przeciętna, poprawna lektura — ani szczególnie dobra, ani szczególnie słaba.
Do "Poduszki w różowe słonie" podchodziłam raczej na spokojnie, bez większych oczekiwań i chyba dobrze, bo to jedna z tych książek, które po prostu się czyta. I tyle. Nie jest zła, nie męczy, ale też nie daje niczego, co jakoś mocniej zapadłoby w pamięć.
Historia sama w sobie ma potencjał, bo porusza tematy relacji, emocji, trudnych doświadczeń z przeszłości i tego, jak...
2026-03-06
Trzech grabarzy. Cmentarz. Papierosy, wódka i rozmowy, które momentami są zabawne, momentami absurdalne, a chwilami zaskakująco trafne. Tak w skrócie można opisać punkt wyjścia tej książki.
Akcja toczy się głównie wokół rozmów prowadzonych przez trzech grabarzy – ludzi, którzy na co dzień obcują ze śmiercią, więc patrzą na świat z nieco innej perspektywy. Do tego dochodzą surrealistyczne elementy, dziwni goście pojawiający się na cmentarzu, a nawet sama Śmierć. Całość tworzy dość osobliwy klimat, w którym humor miesza się z refleksją.
Najciekawsze w tej książce są właśnie rozmowy. Czasem ironiczne, czasem kąśliwe, często bardzo bezpośrednie. Autor sporo miejsca poświęca komentowaniu rzeczywistości – religii, patriotyzmu, ludzkich przywar, hipokryzji czy zwyczajnej głupoty. Niektóre z tych uwag są naprawdę celne i potrafią skłonić do zastanowienia.
Z drugiej strony momentami miałam wrażenie, że ta forma trochę się rozmywa. Dialogi bywają długie, a nie wszystkie przemyślenia wybrzmiewają równie mocno. Są fragmenty naprawdę ciekawe, ale są też takie, które nie zostają w głowie na dłużej.
Mimo to jest w tej książce coś interesującego. Ten specyficzny, trochę groteskowy klimat, połączenie humoru z tematami ostatecznymi i spojrzenie na świat z perspektywy ludzi, którzy na co dzień kopią groby. To daje pewien dystans do rzeczywistości i pozwala spojrzeć na wiele spraw z innej strony.
Nie była to dla mnie książka wybitna, ale zdecydowanie miała swoje momenty. Taka lektura, która potrafi czasem rozbawić, czasem skłonić do refleksji — choć niekoniecznie zostaje w pamięci na bardzo długo.
Trzech grabarzy. Cmentarz. Papierosy, wódka i rozmowy, które momentami są zabawne, momentami absurdalne, a chwilami zaskakująco trafne. Tak w skrócie można opisać punkt wyjścia tej książki.
Akcja toczy się głównie wokół rozmów prowadzonych przez trzech grabarzy – ludzi, którzy na co dzień obcują ze śmiercią, więc patrzą na świat z nieco innej perspektywy. Do tego dochodzą...
2026-02-26
Piąty tom "Sagi rodu Tyszkowskich" i… Wciąż ten sam poziom. Wciągający. Bardzo wciągający. Taki, który sprawia, że mówi się „jeszcze jeden rozdział”, a potem orientuje się, że minęło pół nocy.
Tym razem znów wracamy do Katji i jej niełatwego świata — pełnego zależności, napięć, niedopowiedzeń i brutalnej rzeczywistości, w której kobieta wciąż ma niewiele do powiedzenia. Dobroczynny bal w Birczy, receptariusz będący przedmiotem pożądania i Antoni, który nie przestaje walczyć o to, co — jego zdaniem — mu się należy. Miłość? Ambicja? Zraniona duma? Trudno tu o jednoznaczne odpowiedzi.
Postać Antoniego w tym tomie wydała mi się jakby odrobinę mniej irytująca. Odrobinę. Nadal potrafi działać na nerwy, nadal podejmuje decyzje, które budzą sprzeciw, ale może właśnie to czyni go tak prawdziwym. Nie jest czarno-biały. Jest pełen sprzeczności, a przez to ludzki.
To, co najmocniej wybrzmiewa w tej części, to realizm. Taki, który naprawdę boli. Przemoc — fizyczna, psychiczna, społeczna — jest tu obecna niemal na każdym kroku. I nie ma w tym przesady ani taniego dramatyzmu. Jest surowość epoki, twarde zasady i konsekwencje, które spadają na bohaterów bez litości. Dzięki temu historia nabiera ciężaru i przeżywa się ją intensywniej.
Ta saga od początku nie była lekką opowieścią i ten tom tylko to potwierdza. Skrajne emocje, trudne wybory, miłość splątana z dumą i tęsknotą. A przy tym wciąż ogromna dbałość o klimat i detale, które sprawiają, że łatwo zanurzyć się w ten świat.
Piąty tom "Sagi rodu Tyszkowskich" i… Wciąż ten sam poziom. Wciągający. Bardzo wciągający. Taki, który sprawia, że mówi się „jeszcze jeden rozdział”, a potem orientuje się, że minęło pół nocy.
Tym razem znów wracamy do Katji i jej niełatwego świata — pełnego zależności, napięć, niedopowiedzeń i brutalnej rzeczywistości, w której kobieta wciąż ma niewiele do powiedzenia....
2026-02-25
Mały chłopiec znaleziony nocą przy drodze. Brak rodziców, brak odpowiedzi, tylko cisza i pytania, które latami nie dają o sobie zapomnieć. Po latach poznajemy Kornela — cenionego autora reportaży, który wraz z rodziną przyjeżdża w Bieszczady. Oficjalnie, by zadbać o zdrowie żony i odpocząć. Nieoficjalnie — by zamknąć sprawę z przeszłości. Bo są rany, które nigdy się nie zabliźniły, i są rachunki, które ktoś w końcu musi wyrównać.
To była moja pierwsza książka Marcela Mossa i zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać — zwłaszcza że opinie są bardzo podzielone. U mnie skończyło się na mocnym 7/10.
Przede wszystkim bardzo dobrze mi się to czytało. Fabuła wciąga, rozdziały są krótkie, napięcie budowane konsekwentnie. Najbardziej podobały mi się retrospekcje. To one nadają tej historii głębi i pozwalają zrozumieć, dlaczego Kornel jest taki, jaki jest. Nie jest bohaterem jednoznacznym. Jest w nim gniew, żal, poczucie niesprawiedliwości, ale też ogrom bólu. I choć nie zawsze zgadzałam się z jego wyborami, to rozumiałam, skąd się biorą.
Motyw zemsty został tu pokazany w sposób dość brutalny, momentami niewygodny. Autor zadaje pytanie, czy przeszłość rzeczywiście można zamknąć, czy raczej ona zawsze znajdzie sposób, by do nas wrócić. I czy wymierzona „sprawiedliwość” faktycznie daje ukojenie. To nie jest lekka lektura, ale też nie epatuje przesadnie — raczej trzyma w napięciu i stopniowo odkrywa kolejne elementy układanki.
Czy było wielkie „wow”? Nie. Nie jest to thriller, który przewrócił mój czytelniczy świat do góry nogami. Ale to nadal kawał porządnej literatury. Dobrze skonstruowana historia, wyraźnie zarysowany bohater i emocje, które — choć może nie nokautują — to jednak są wyczuwalne.
I co najważniejsze: zakończenie zostawia przestrzeń na więcej. A ja chętnie sprawdzę, w którą stronę to wszystko pójdzie dalej.
Mały chłopiec znaleziony nocą przy drodze. Brak rodziców, brak odpowiedzi, tylko cisza i pytania, które latami nie dają o sobie zapomnieć. Po latach poznajemy Kornela — cenionego autora reportaży, który wraz z rodziną przyjeżdża w Bieszczady. Oficjalnie, by zadbać o zdrowie żony i odpocząć. Nieoficjalnie — by zamknąć sprawę z przeszłości. Bo są rany, które nigdy się nie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02-24
Apolonia Dobkowska, nazywana przez wszystkich Polą, jest dziedziczką wielkiego majątku. Wszystko zaczyna się w przededniu wybuchu II wojny światowej, kiedy to dziewczyna świętuje swoje dziewiętnaste urodziny. Pola zakochana jest w ich ogrodniku, Jerzym. Ale rodzice oczywiście mają wobec niej inne plany. Chcą dobrze wydać ją za mąż. Wtedy wybucha wojna. Majątek Dobkowskich zostaje im odebrany. Matka Amelii jest przy nadziei, a Pola obiecuje zakochanemu w niej Jurkowi, że kiedy tylko urodzi się jej brat lub siostra, powie matce o nich. Powie, że postanowiła go poślubić. Jednak na początku lutego 1940 roku rodzina Apolonii zostaje zabrana do pociągu zmierzającego wprost na Syberię. Ktoś „życzliwy” doniósł na nich. Pola i Jerzy zostają rozdzieleni. I nagle miejscem do życia dla rodziny Dobkowskich stała się złoworoga kraina pokryta śniegiem, gdzie temperatura wynosiła -40 stopni, a oni zmuszeni byli do ciężkiej pracy. Dużym oparciem dla Poli stał się jeden z pilnujących ich ludzi – Andriej. I widać było, że Pola nie jest mu obojętna…
Historia Apolonii i jej rodziny pokazuje okrucieństwo wojenne – majątek, kiedyś należący do nich, został rozkradziony, zwierzęta zabrane, nie zostało nic. Wywózka do nieznanego mroźnego kraju, do nieludzkich warunków… Stamtąd nie było ucieczki. Otaczały ich śnieg, góry, rzeka, dzikie zwierzęta. Nikt nie trzymał ich w zamknięciu, bo każda próba ucieczki i tak zakończyłaby się dla nich śmiercią… W takich warunkach w niektórych rodzi się determinacja, stają się silniejsi, obiecują sobie przetrwać. Taka właśnie była Pola. Potrafiła przeciwstawić się komendantowi czuwającemu nad więźniami, potrafiła zorganizować więcej żywności dla rodziny i przyjaciół. Chciała przeżyć. Wrócić do ukochanego Jerzego po wojnie. Bo cały czas miała nadzieję, że wojna kiedyś się skończy i zobaczy jeszcze polską ziemię oraz swoją miłość. Ale z czasem Andriej też stał się dla niej kimś więcej niż przyjacielem. Czy można kochać dwóch mężczyzn jednocześnie? W tej kwestii jednak nic nie będę zdradzać.
Powieść Anny Rybakiewicz pokazuje nam, że w każdych czasach i w każdych warunkach można odnaleźć miłość. Takie jest życie. A uczucia nie pytają o pozwolenie. Tylko pojawiają się, czasami można powiedzieć – znikąd. Życie Poli jest tego przykładem. A dla kontrastu ukazanie warunków panujących w głębi kazaskich stepów, często bezradność, nieumiejętność części zesłańców do przystosowania się do takiego życia, a w końcu praca, która była ciężka i wyczerpująca, a w końcu także ciężkie choroby, na które zapadali zesłańcy i w wyniku których nierzadko umierali.
Była to szósta przeczytana przeze mnie książka pani Anny. Podczas czytania każdej z nich łza kręciła się w oku. Uwielbiam ten styl i te historie. Bo choć smutne – poruszają do głębi i pokazują nam ludzi, którzy robili wszystko, żeby przetrwać. Aby ich rodziny mogły żyć. Aby wszystko dla nich skończyło się dobrze. A „Do końca moich dni” to historia, która wzrusza i którą chłonie się całym sobą. Godna polecenia i uwagi.
Apolonia Dobkowska, nazywana przez wszystkich Polą, jest dziedziczką wielkiego majątku. Wszystko zaczyna się w przededniu wybuchu II wojny światowej, kiedy to dziewczyna świętuje swoje dziewiętnaste urodziny. Pola zakochana jest w ich ogrodniku, Jerzym. Ale rodzice oczywiście mają wobec niej inne plany. Chcą dobrze wydać ją za mąż. Wtedy wybucha wojna. Majątek Dobkowskich...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02-22
To powieść, która od początku uderza emocjami, ale robi to w sposób bardzo wyważony. Autorka splata tu dwie perspektywy czasowe i dwa światy — Polskę ogarniętą wojną oraz Afrykę, która staje się dla bohaterki przestrzenią pozornego ukojenia. Amelia to postać niezwykle poruszająca. Artystka, kobieta zmuszona do podejmowania decyzji, których nie da się jednoznacznie ocenić. Jej talent staje się jednocześnie ratunkiem i przekleństwem, a sztuka — jedynym sposobem, by nie rozsypać się całkowicie.
Miłość opisana w tej książce wymyka się wszelkim ramom. Przekracza narodowość, przynależność, granice moralne i społeczne. To uczucie trudne, niewygodne, takie, które boli i zmusza do stawiania sobie pytań: gdzie kończy się zdrada, a zaczyna walka o przetrwanie? Jak wiele można wybaczyć — i czy w ogóle wolno? Autorka nie daje prostych odpowiedzi i właśnie za to najbardziej ją cenię.
Ogromnym atutem jest klimat — ciężki, momentami duszny, a jednocześnie bardzo intymny. Wojna nie jest tu tylko tłem, ale realną siłą niszczącą ludzi, relacje i poczucie bezpieczeństwa. A mimo to w tej historii jest też czułość, tęsknota i nadzieja — krucha, ale niezbędna.
To książka, która zostaje w głowie na długo po przeczytaniu ostatniej strony. Skłania do refleksji nad tym, jak cienka bywa granica między dobrem a złem i jak łatwo oceniać cudze wybory z bezpiecznej perspektywy.
9/10 — za emocje, za odwagę w opowiadaniu o miłości „niemożliwej” i za styl, który po raz kolejny mnie nie zawiódł.
To powieść, która od początku uderza emocjami, ale robi to w sposób bardzo wyważony. Autorka splata tu dwie perspektywy czasowe i dwa światy — Polskę ogarniętą wojną oraz Afrykę, która staje się dla bohaterki przestrzenią pozornego ukojenia. Amelia to postać niezwykle poruszająca. Artystka, kobieta zmuszona do podejmowania decyzji, których nie da się jednoznacznie ocenić....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-26
„Pani Einstein” to historia, która od początku zapowiada się na coś więcej niż tylko kolejną powieść biograficzną. To nie jest książka o wielkich odkryciach fizyki, tylko przede wszystkim o kobiecej stronie geniuszu, o ambicji, miłości, poświęceniu i bardzo bolesnym znikaniu w cieniu kogoś sławniejszego.
Najmocniejszym punktem tej powieści jest dla mnie postać Milevy. Inteligentna, ambitna, inna niż wszystkie kobiety swoich czasów. Jej droga – od pełnej pasji studentki do kobiety stopniowo spychanej na dalszy plan – wypada bardzo poruszająco. Autorka dobrze pokazuje, jak cienka bywa granica między partnerstwem a podporządkowaniem, między miłością a rezygnacją z siebie.
Relacja Milevy i Alberta jest tu pokazana w sposób daleki od romantyzowania. Jest fascynacja, jest bliskość, jest wspólna pasja… ale z czasem coraz wyraźniej pojawia się nierówność, samotność i rozczarowanie. To książka, która raczej zostawia z uczuciem smutku i niesprawiedliwości niż z poczuciem pięknej historii miłosnej. I to akurat uważam za jej duży plus.
Bardzo podobał mi się klimat epoki – studia, środowisko naukowe, podejście do kobiet, ograniczenia społeczne. To wszystko sprawia, że łatwo wczuć się w realia tamtych czasów i zrozumieć, dlaczego pewne decyzje były tak trudne, a inne wręcz niemożliwe.
Jednocześnie mam wrażenie, że momentami książka nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału. Są fragmenty bardzo mocne emocjonalnie, ale są też takie, które trochę się ciągną albo pozostawiają niedosyt. Brakowało mi czasem głębszego wejścia w psychikę Milevy, jeszcze mocniejszego akcentu na jej wewnętrzne rozdarcie.
Jest to poruszająca, momentami smutna i refleksyjna opowieść o kobiecie, którą historia niemal wymazała. O cenie, jaką można zapłacić za miłość, i o tym, jak łatwo geniusz jednej osoby może przykryć wysiłek drugiej. Dobra, wartościowa książka, choć nie do końca taka, która zostaje pod skórą na długo.
Dla mnie solidne 7/10 – za temat, klimat i emocje, mimo że miejscami czegoś mi zabrakło.
„Pani Einstein” to historia, która od początku zapowiada się na coś więcej niż tylko kolejną powieść biograficzną. To nie jest książka o wielkich odkryciach fizyki, tylko przede wszystkim o kobiecej stronie geniuszu, o ambicji, miłości, poświęceniu i bardzo bolesnym znikaniu w cieniu kogoś sławniejszego.
Najmocniejszym punktem tej powieści jest dla mnie postać Milevy....
2026-02-05
To jedna z tych książek, które czyta się po prostu bardzo dobrze – lekko w formie, ale wcale nie lekko w treści. Historia zaczyna się od straty. Ada traci kogoś, kogo kochała, i razem z nim traci też wiarę w to, że jeszcze kiedykolwiek mogłaby być naprawdę szczęśliwa. Ma córkę, wspierającą rodzinę, jakoś układa sobie codzienność… ale emocjonalnie jest w miejscu, w którym serce raczej się chroni, niż żyje.
Kolejne lato przynosi zmiany. W jej życiu pojawiają się dwaj mężczyźni – jeden z przeszłości, drugi zupełnie nowy – i razem z nimi wracają wspomnienia, wątpliwości, lęk przed kolejną stratą, ale też coś, co dawno było uśpione: potrzeba bliskości, ciepła, bycia z kimś naprawdę.
To książka bardzo życiowa. O żałobie, o próbie poukładania się po czymś, co rozsypało wszystko. O tym, że czasem chcemy iść dalej, ale jednocześnie strasznie boimy się zrobić ten krok. Dużo tu emocji, takich zwyczajnych, ludzkich – nieprzerysowanych, niecukierkowych. Są momenty ciepłe, są smutniejsze, są takie, w których człowiek po prostu rozumie bohaterkę.
Czytało mi się ją naprawdę przyjemnie, od początku do końca. To nie jest historia na raz i do zapomnienia, tylko taka, która zostawia po sobie dobre myśli. O tym, że życie pisze najlepsze scenariusze. Że potrafi bardzo zaboleć, ale też potrafi zaskoczyć czymś dobrym dokładnie wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewamy. I że po najgorszej burzy naprawdę może wyjść słońce.
Zdecydowanie warto po nią sięgnąć – szczególnie jeśli lubi się powieści obyczajowe, które są ciepłe, ale nie naiwne.
To jedna z tych książek, które czyta się po prostu bardzo dobrze – lekko w formie, ale wcale nie lekko w treści. Historia zaczyna się od straty. Ada traci kogoś, kogo kochała, i razem z nim traci też wiarę w to, że jeszcze kiedykolwiek mogłaby być naprawdę szczęśliwa. Ma córkę, wspierającą rodzinę, jakoś układa sobie codzienność… ale emocjonalnie jest w miejscu, w którym...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-31
Do przeczytania "Ludzi, którzy sieją w śniegu" zabierałam się bardzo długo, może za długo. W końcu postanowiłam zmienić ten stan rzeczy i sięgnąć po nią. A jak ją oceniam? To książka bardzo cicha. Taka, która nie krzyczy fabułą, nie goni za zwrotami akcji, tylko powoli, konsekwentnie opowiada o ludziach, ich tęsknotach i ranach, które często nosi się w sobie całe życie. Emocje są tu stonowane, schowane pod warstwą codzienności, śniegu i północnej ciszy – ale przez to właśnie autentyczne.
Najmocniej wybrzmiewa tu samotność. Samotność wynikająca nie tylko z miejsca, w którym żyją bohaterowie, ale też z historii, decyzji, straty i rzeczy, których nie da się już cofnąć. Bardzo poruszający jest wątek odebranego dziecka – pokazany bez taniego dramatyzmu, za to z ogromnym ciężarem emocjonalnym. To jedna z tych historii, które uświadamiają, jak bardzo pewne decyzje (często podejmowane „systemowo”, „dla dobra”) potrafią zniszczyć komuś całe życie.
Książka pięknie dotyka też tematu tożsamości, pamięci i korzeni. Saamska kultura, legendy, wierzenia i sposób patrzenia na świat są tu ważnym tłem, ale nie dominują — raczej cicho przenikają codzienność bohaterów. Podobało mi się, że autorka pokazuje magię nie jako coś dosłownego, tylko jako element pamięci, języka i sposobu przeżywania świata.
Jednocześnie mam wrażenie, że ta historia momentami mogłaby wybrzmieć mocniej. Niektóre wątki pozostają bardzo delikatnie zarysowane, jakby urwane tuż przed tym, gdy mogłyby naprawdę uderzyć emocjonalnie. To książka, która bardziej skłania do myślenia niż do wzruszeń — i dla jednych będzie to jej ogromny atut, dla innych lekki niedosyt.
Dla mnie to dobra, spokojna lektura, wymagająca uważności i cierpliwości. Pozostawia po sobie cichą refleksję: o stracie, o tym, jak przeszłość potrafi wracać i jak trudno czasem nazwać to, za czym naprawdę się tęskni.
7/10 — za klimat, temat i wrażliwość. To książka, którą czyta się powoli, zostawiając sobie przestrzeń na własne myśli.
Do przeczytania "Ludzi, którzy sieją w śniegu" zabierałam się bardzo długo, może za długo. W końcu postanowiłam zmienić ten stan rzeczy i sięgnąć po nią. A jak ją oceniam? To książka bardzo cicha. Taka, która nie krzyczy fabułą, nie goni za zwrotami akcji, tylko powoli, konsekwentnie opowiada o ludziach, ich tęsknotach i ranach, które często nosi się w sobie całe życie....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-27
Świetna książka. Taka, która wciąga od pierwszych stron i bardzo długo nie pozwala się odłożyć. Mroczny klimat, zagadka sprzed lat i poczucie, że pod warstwą śniegu, ciszy i pozornego spokoju kryje się coś znacznie gorszego.
Historia oparta jest na tajemnicy zniknięcia, która nigdy nie została wyjaśniona, i na pytaniach, które wracają po dwudziestu pięciu latach. Bardzo podobało mi się to, jak autor buduje atmosferę – Las Ponury jest tu właściwie osobnym bohaterem. Duszny, zimny, niepokojący, pełen niedopowiedzeń. Czuć, że to miejsce ma swoje sekrety i nie odda ich łatwo.
Fabuła jest dobrze poprowadzona, stopniowo odkrywa kolejne warstwy historii, a nowe fakty nie upraszczają sprawy, tylko ją komplikują. Do tego dochodzi wątek rodzinny, emocjonalny ciężar całej sprawy i pytanie o to, kim naprawdę był człowiek, którego wszyscy opłakiwali przez lata.
To nie jest tylko kryminał o zbrodni. To też książka o konsekwencjach, o życiu w cieniu niewyjaśnionej tragedii, o prawdzie, która czasem potrafi być bardziej bolesna niż niewiedza.
Bardzo dobra, wciągająca, z klimatem i napięciem. Zdecydowanie jedna z tych historii, które zostają w głowie po zamknięciu książki.
Świetna książka. Taka, która wciąga od pierwszych stron i bardzo długo nie pozwala się odłożyć. Mroczny klimat, zagadka sprzed lat i poczucie, że pod warstwą śniegu, ciszy i pozornego spokoju kryje się coś znacznie gorszego.
Historia oparta jest na tajemnicy zniknięcia, która nigdy nie została wyjaśniona, i na pytaniach, które wracają po dwudziestu pięciu latach. Bardzo...
2026-01-22
„Matylda” wciągnęła mnie od pierwszej do ostatniej strony. Dokładnie tak samo jak „Matilde” – i to jest dla mnie największy komplement, bo naprawdę rzadko druga część utrzymuje aż tak wysoki poziom. Tutaj nie tylko go utrzymała. Ona go momentami jeszcze podniosła.
Dosłownie wszystko tu zagrało. Klimat powojennego Wrocławia, przeskoki czasowe, splatające się losy bohaterów, tajemnice, które wracają po latach i nie dają o sobie zapomnieć. Ta historia ma w sobie ciężar, ale nie przytłacza – raczej wciąga coraz głębiej, aż w pewnym momencie orientujesz się, że czytasz już bardziej sercem niż oczami.
Ogromnym plusem jest sposób, w jaki autor łączy wątki: miłość, nienawiść, winę, tożsamość, przebaczenie. To nie są tylko hasła. To są konkretne ludzkie losy, dramaty, wybory i ich konsekwencje. Nic tu nie jest podane na tacy, a jednocześnie wszystko jest zrozumiałe i bardzo prawdziwe emocjonalnie.
Ta książka rozwaliła mnie emocjonalnie. Były momenty ciepłe, były bolesne, były takie, przy których robi się ciężko w środku i trzeba na chwilę przerwać czytanie, bo za mocno trafiają. I właśnie za to ją tak cenię – za to, że nie jest tylko dobrą historią, ale przeżyciem.
Jeśli ktoś polubił „Matilde”, to „Matylda” jest absolutnym must-readem. A jeśli ktoś jeszcze nie zna tej historii – warto zacząć, bo to jedna z tych opowieści, które zostają w głowie na długo.
Dla mnie zdecydowane 9/10. Za klimat, konstrukcję, emocje i za to, że nie chciało się jej odkładać ani na chwilę.
„Matylda” wciągnęła mnie od pierwszej do ostatniej strony. Dokładnie tak samo jak „Matilde” – i to jest dla mnie największy komplement, bo naprawdę rzadko druga część utrzymuje aż tak wysoki poziom. Tutaj nie tylko go utrzymała. Ona go momentami jeszcze podniosła.
Dosłownie wszystko tu zagrało. Klimat powojennego Wrocławia, przeskoki czasowe, splatające się losy bohaterów,...
2026-01-23
„Sto mil ciszy” to jedna z tych książek, o których najłatwiej powiedzieć, że to życie napisało tu najlepszy scenariusz. I naprawdę trudno ująć to lepiej. Bo to nie jest historia, która ma szokować nagłymi zwrotami akcji czy budować napięcie tanimi chwytami. To opowieść, która bierze na warsztat zwykłych ludzi, ich decyzje, przypadki, spotkania i pokazuje, jak ogromny wpływ potrafią mieć one na całe dalsze życie.
Bardzo podobało mi się to, że nie jest to książka oparta na jednym wydarzeniu, tylko na konsekwencjach. Na tym, że coś, co wydarzyło się kiedyś może wrócić po latach w najmniej odpowiednim momencie i nagle domagać się uwagi. Przeszłość tutaj nie jest zamkniętym rozdziałem. Jest czymś, co potrafi zapukać do drzwi wtedy, gdy wydaje się, że wszystko jest już poukładane.
Nie chcę zdradzać fabuły, bo to zdecydowanie jedna z tych historii, które najlepiej odkrywać samemu. Mogę powiedzieć tyle, że ogromnym atutem tej książki są emocje i sytuacje z życia wzięte. Relacje między ludźmi, niewypowiedziane słowa, wybory podejmowane pod wpływem impulsu, lęku, nadziei czy zmęczenia. To, jak bardzo potrafimy się mylić co do siebie i innych. Jak często uciekamy od prawdy. Jak bardzo próbujemy mieć kontrolę, a życie i tak robi swoje.
Autorka pokazuje, że każde wydarzenie ma znaczenie. Że ludzie, których spotykamy na chwilę, potrafią zostać w nas na zawsze. I że czasem to, co burzy nam spokój, jest jednocześnie tym, czego najbardziej potrzebujemy.
Książkę czytało mi się naprawdę bardzo dobrze – płynnie, lekko, a jednocześnie z rosnącym zaangażowaniem. To była jedna z tych historii, które po prostu chce się czytać dalej, bo ciekawi nie tylko co się stanie, ale przede wszystkim jak bohaterowie sobie z tym poradzą. Przyznam też, że zakończenie przewidziałam – ale zupełnie mi to nie przeszkodziło. Wręcz przeciwnie - miałam poczucie, że ono dokładnie takie powinno być. Spójne z tym, co ta książka mówi o życiu.
„Sto mil ciszy” to opowieść o tym, że życie kpi sobie z naszych planów, że rzadko układa się według schematów, które sobie wymyślamy, i że bardzo często podsuwa nam nie to, czego chcemy, ale to, co w danym momencie jest nam naprawdę potrzebne.
„Sto mil ciszy” to jedna z tych książek, o których najłatwiej powiedzieć, że to życie napisało tu najlepszy scenariusz. I naprawdę trudno ująć to lepiej. Bo to nie jest historia, która ma szokować nagłymi zwrotami akcji czy budować napięcie tanimi chwytami. To opowieść, która bierze na warsztat zwykłych ludzi, ich decyzje, przypadki, spotkania i pokazuje, jak ogromny wpływ...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-21
„Klątwa babci Józi” zaczęła się dla mnie naprawdę dobrze. Pierwsze rozdziały czytałam z dużą przyjemnością, kilka razy autentycznie parsknęłam śmiechem, a sam pomysł na historię – konserwatywna rodzina, trzy kuzynki i ciągnąca się nad nimi klątwa – wydał mi się bardzo trafiony. Był lekki styl, było świeżo, było zabawnie.
Motyw rodzinnej klątwy to w ogóle jeden z największych plusów tej książki. To bardzo wdzięczna baza do opowieści o schematach, presji, tradycji i próbach wyrwania się z tego, co „od zawsze”. I przez pierwszą połowę naprawdę miałam wrażenie, że to może pójść w świetnym kierunku.
Niestety im dalej, tym bardziej wszystko zaczęło skręcać w stronę groteski, karykatury i coraz mocniejszego przerysowania. Wiem, że taki był zamysł – komedia obyczajowa, wyolbrzymienie, absurd. Ale dla mnie w pewnym momencie zabrakło umiaru. Zamiast bawić, kolejne sceny zaczęły męczyć.
Szczególnie trudne do zniesienia były dla mnie postacie matek głównych bohaterek. Te „troskliwe mamusie”, zagorzałe katoliczki, skupione głównie na tym, co ludzie powiedzą i czy coś „wypada”. Tak przerysowane, tak toksyczne, że aż męczące. I o ile na początku budziły jeszcze uśmiech, o tyle później miałam momentami ochotę przewracać oczami.
Druga połowa książki była już dla mnie wyraźnie słabsza. Czytało się wolniej, ciężej, bez tej lekkości, którą miała pierwsza część. Mimo to nie chciałam jej odkładać – wciąż byłam ciekawa, jak potoczą się losy trzech kuzynek i do czego to wszystko ostatecznie doprowadzi.
Moje 6/10 jest wyłącznie dzięki bardzo mocnej pierwszej połowie. Druga niestety mocno obniżyła loty.
„Klątwa babci Józi” zaczęła się dla mnie naprawdę dobrze. Pierwsze rozdziały czytałam z dużą przyjemnością, kilka razy autentycznie parsknęłam śmiechem, a sam pomysł na historię – konserwatywna rodzina, trzy kuzynki i ciągnąca się nad nimi klątwa – wydał mi się bardzo trafiony. Był lekki styl, było świeżo, było zabawnie.
Motyw rodzinnej klątwy to w ogóle jeden z...
2026-01-17
„Wszystkie kształty uczuć” to książka bardzo cicha, spokojna w formie, a jednocześnie pełna emocji, które powoli, ale konsekwentnie wchodzą pod skórę. To nie jest historia oparta na wielkich zwrotach akcji, tylko na nastroju, relacjach i tym, co niewypowiedziane.
Ogromnie urzekła mnie postać Klaudii – kobiety z bagażem trudnych doświadczeń, wrażliwej, ostrożnej, próbującej zacząć nowe życie. Jej relacja z Dawidem rozwija się powoli, naturalnie, bez tanich fajerwerków. Jest w niej niepewność, ciekawość, czułość, ale też strach. I to wszystko wypada bardzo prawdziwie.
Największą siłą tej książki są właśnie emocje. Autorka świetnie pokazuje, jak wiele odcieni mogą mieć uczucia: od nadziei i bliskości, przez zazdrość, lęk i smutek, aż po wewnętrzne rozdarcie. Czuć, że to powieść bardziej o przeżywaniu niż o samych wydarzeniach. O tym, jak przeszłość wpływa na teraźniejszość i jak bardzo potrafi komplikować to, co mogłoby być proste.
Bardzo spodobał mi się też klimat małej miejscowości i szkoły – wszystko jest kameralne, trochę zamknięte, momentami wręcz duszne, co świetnie współgra z historią Klaudii. Dzięki temu napięcie nie bierze się z akcji, tylko z emocjonalnych niedopowiedzeń.
Zakończenie… I tu właśnie pojawia się coś, co jednocześnie boli i zachwyca. Brak jednoznacznego ciągu dalszego sprawia, że czytelnik zostaje z tą historią w głowie. Trzeba samemu dopisać sobie odpowiedzi, wyobrazić dalsze losy bohaterów, poukładać ich przyszłość. I to jest piękne – bo ta książka nie zamyka się wraz z ostatnią stroną.
Jest to wzruszająca, delikatna, bardzo emocjonalna opowieść o ludziach, którzy niosą w sobie rany i próbują mimo wszystko być blisko. O tym, że uczuć nie da się zaplanować ani naprawić na siłę. Czasem można je tylko przeżyć.
„Wszystkie kształty uczuć” to książka bardzo cicha, spokojna w formie, a jednocześnie pełna emocji, które powoli, ale konsekwentnie wchodzą pod skórę. To nie jest historia oparta na wielkich zwrotach akcji, tylko na nastroju, relacjach i tym, co niewypowiedziane.
Ogromnie urzekła mnie postać Klaudii – kobiety z bagażem trudnych doświadczeń, wrażliwej, ostrożnej, próbującej...
2026-01-13
„Dzieci świętej Małgorzaty” to książka, która od samego początku daje sygnał, że nie będzie ani zwyczajna, ani oczywista. I faktycznie – to jedna z tych historii, które są lekko absurdalne, momentami groteskowe, bardzo ciepłe, a pod spodem zaskakująco mądre i życiowe.
Bardzo spodobał mi się sam pomysł: dalmatyńskie miasteczko, kult świętej patronki, pary starające się o dziecko, nagle rozbitek z morza, a do tego cała galeria bohaterów, z których każdy niesie własne problemy, lęki, marzenia i dziwactwa. To nie jest książka o jednej osobie – to jest mozaika ludzkich historii, które z czasem zaczynają się splatać w bardzo nieoczywisty sposób.
Ogromnym plusem jest humor. Często lekki, czasem absurdalny, czasem bardzo dosadny, ale nigdy głupi. Autor potrafi rozbawić, a jednocześnie w tym samym zdaniu przemycić coś, co nagle robi się zaskakująco poważne. Pod tą komediową warstwą kryją się tematy takie jak samotność, potrzeba bliskości, niespełnienie, religijność, cielesność, stereotypy, społeczne tabu. I to wszystko jest podane w sposób, który nie moralizuje, tylko zostawia przestrzeń na własne wnioski.
Bardzo podobało mi się to, że bohaterowie są celowo przerysowani, a jednocześnie bardzo ludzcy. Są irytujący, śmieszni, czasem żałośni, czasem wzruszający. Tacy, których spokojnie można by spotkać w realnym świecie – tylko tu pokazani w krzywym zwierciadle. Dzięki temu książka ma w sobie coś z satyry, coś z baśni, coś z obyczajówki.
No i klimat – śródziemnomorskie miasteczko, morze, jedzenie, lokalne święto, plotki, wspólnota – to wszystko buduje bardzo wyraziste tło. Czuć, że to miejsce żyje, oddycha, obserwuje swoich mieszkańców. I że w takim miejscu cuda – albo przynajmniej rzeczy bardzo dziwne – wydają się całkiem możliwe.
To nie jest książka, która wzrusza jak dramat wojenny ani taka, która rozbija emocjonalnie jak ciężka obyczajówka. Ale to książka, która bawi, zaskakuje, momentami zostawia z myślą: „kurczę, coś w tym jest”. Bardzo przyjemna intelektualnie, inna od większości tego, co się czyta na co dzień.
„Dzieci świętej Małgorzaty” to ciepła, absurdalna, chwilami prowokacyjna opowieść o ludziach, ich słabościach, potrzebach i nadziejach. O tym, że pod śmiechem często kryją się rzeczy ważne. I że życie – nawet w najbardziej nieprawdopodobnej formie – zawsze kręci się wokół tych samych pragnień.
Dla mnie mocne 8/10 – za oryginalność, humor, klimat i to, że pod pozorem lekkości kryje się całkiem sporo treści.
„Dzieci świętej Małgorzaty” to książka, która od samego początku daje sygnał, że nie będzie ani zwyczajna, ani oczywista. I faktycznie – to jedna z tych historii, które są lekko absurdalne, momentami groteskowe, bardzo ciepłe, a pod spodem zaskakująco mądre i życiowe.
Bardzo spodobał mi się sam pomysł: dalmatyńskie miasteczko, kult świętej patronki, pary starające się o...
2026-01-11
„Gołoborze” to książka, która od pierwszych stron wciąga w świat mroczny, gęsty od tajemnic, przesądów, gniewu i krwi. Świat, w którym przeszłość nigdy nie umiera, a stare krzywdy są pielęgnowane jak świętość. I właśnie to zrobiło na mnie ogromne wrażenie – tu historia nie jest tłem, ona jest siłą napędową wszystkiego.
Motyw dwóch zwaśnionych rodów jest poprowadzony fenomenalnie. To nie jest zwykły konflikt. To dziedzictwo, obowiązek, przekazywana z pokolenia na pokolenie potrzeba zemsty. Honor ważniejszy niż życie. Wyrok wymierzany osobiście. Nożem. Bez litości. Bez wyjścia.
Ogromnym atutem tej książki jest klimat. Świętokrzyskie lasy, Łysa Góra, gołoborza, stara wieś, w której wciąż wierzy się w klątwy, czary i znaki. Czuć tu duszność, zamknięcie, strach przed innością, ale też specyficzną wspólnotę. To miejsce żyje własnymi prawami. I właśnie dlatego ta historia działa tak mocno – bo wszystko wydaje się w niej niepokojąco możliwe.
Wątek zakazanej miłości między dziewczyną i chłopakiem ze zwaśnionych rodzin tylko dolewa oliwy do ognia. Jest piękny, tragiczny, pełen napięcia i bezsilności. Tu nie ma łatwych wyborów. Każde uczucie oznacza zdradę kogoś innego. Każdy krok w stronę miłości to krok w stronę katastrofy.
Bardzo podobało mi się też to, jak autor prowadzi historię przez różne okresy – jak przeszłość wdziera się w teraźniejszość, jak dawne decyzje domagają się zapłaty po latach. Ta książka ma w sobie coś z rodzinnej sagi, coś z thrillera, coś z powieści historycznej i coś z ludowej, mrocznej legendy.
I jeszcze bohaterowie – niejednoznaczni, twardzi, poranieni, często uwikłani w role, których sami nie wybrali. Tu nikt nie jest czysto dobry ani czysto zły. Są tylko ludzie ulepieni z tego, co dostali od swoich ojców i dziadków.
„Gołoborze” to majstersztyk klimatu, historii i emocji. Opowieść o nienawiści silniejszej niż rozsądek, o miłości silniejszej niż strach i o tym, że niektóre wojny nie kończą się nigdy – tylko zmieniają twarze.
Moja pierwsza książka Macieja Siembiedy – i już wiem, że na pewno nie ostatnia. Bezdyskusyjne 10/10!
„Gołoborze” to książka, która od pierwszych stron wciąga w świat mroczny, gęsty od tajemnic, przesądów, gniewu i krwi. Świat, w którym przeszłość nigdy nie umiera, a stare krzywdy są pielęgnowane jak świętość. I właśnie to zrobiło na mnie ogromne wrażenie – tu historia nie jest tłem, ona jest siłą napędową wszystkiego.
Motyw dwóch zwaśnionych rodów jest poprowadzony...
„Ocaleni dla miłości” to historia, która przenosi nas do czasów II wojny światowej, gdzie młoda Henia podejmuje decyzję, na którą niewielu by się zdobyło – ratuje ukochanego Moszka z getta i razem z nim ukrywa się, walcząc o każdy kolejny dzień. Ich życie to ciągły strach, niepewność i próba przetrwania w świecie, który nie ma dla nich litości. Równolegle poznajemy historię Agaty – prawnuczki Heni, która po latach odkrywa przeszłość swojej rodziny i próbuje zrozumieć, czym tak naprawdę była miłość jej przodków.
To jest jedna z tych książek, które niekoniecznie „czyta się przyjemnie", ale czyta się je z ogromnym zaangażowaniem. I chyba właśnie o to tutaj chodzi.
Bo ja po tej historii miałam w sobie mnóstwo emocji – nie zawsze dobrych. Był smutek, była złość, było takie wewnętrzne „dlaczego to wszystko musiało tak wyglądać?”. Ale to tylko pokazuje, jak dobrze ta książka jest napisana. Ona nie zostawia czytelnika obojętnym.
Bardzo podoba mi się to, jak autorka łączy prawdę historyczną z fikcją. To nie jest tylko tło – to jest coś, co realnie wpływa na bohaterów, na ich decyzje, na ich życie. Czuć, że to wszystko mogło wydarzyć się naprawdę. I to robi ogromne wrażenie.
Historia Heni jest trudna, ale jednocześnie piękna. Bo pokazuje, do czego człowiek jest zdolny w imię miłości. Ile może poświęcić, ile znieść, jak bardzo może walczyć. I to nie jest taka „łatwa” miłość – to nie są słodkie sceny i wielkie słowa. To jest miłość, która musi przetrwać strach, głód, niepewność i ciągłe zagrożenie życia.
Z kolei historia Agaty daje trochę innej perspektywy. Spokojniejszej, bardziej współczesnej, ale nadal bardzo emocjonalnej. I fajnie pokazuje, jak przeszłość wpływa na kolejne pokolenia. Jak bardzo jesteśmy związani z historią naszych rodzin, nawet jeśli na co dzień o tym nie myślimy.
I po tej książce naprawdę zaczęłam się zastanawiać, czy taka miłość „do grobowej deski” w ogóle istnieje. Bo z jednej strony trudno mi to sobie wyobrazić w dzisiejszych czasach. A z drugiej – takie historie sprawiają, że chce się wierzyć, że jednak tak.
Bo to jest coś niezwykle wzruszającego. I jednocześnie trochę bolesnego.
Dla mnie to była bardzo emocjonalna lektura. Niełatwa, momentami przytłaczająca, ale jednocześnie bardzo wartościowa. I zdecydowanie taka, która zostaje w głowie na dłużej.
„Ocaleni dla miłości” to historia, która przenosi nas do czasów II wojny światowej, gdzie młoda Henia podejmuje decyzję, na którą niewielu by się zdobyło – ratuje ukochanego Moszka z getta i razem z nim ukrywa się, walcząc o każdy kolejny dzień. Ich życie to ciągły strach, niepewność i próba przetrwania w świecie, który nie ma dla nich litości. Równolegle poznajemy historię...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to