-
Artykuły
Od królewskich dworów do Hollywood
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Crime Story: pierwsze takie wydarzenie autorskie w Polsce
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Wielkanoc z książką i nie tylko – czytelnicze oraz kreatywne pomysły na prezent
LubimyCzytać3 -
Artykuły
Wielka Wiosenna Wyprzedaż w Matras.pl: tysiące książek nawet 80% taniej
LubimyCzytać2
Biblioteczka
2026-03-13
2026-03-04
2026-03-03
2026-02-26
2026-02-22
2026-02-19
2026-01-31
2026-01-29
Po śmierci pana Dashwooda, jego żona wraz z córkami muszą opuścić rodzinny dom i przenieść się do posiadłości w Barton. Dwie z córek, Eleonora i Marianna, choć różnią się od siebie jak woda i ogień, równie mocno pragną zaznać miłości i szczęścia.
Eleonora, najstarsza z panien Dashwood, określana przed bliskich głosem rozsądku, jest gotowa oddać serce wyłącznie mężczyźnie łagodnemu i odpowiedzialnemu. Marianna zaś, niepoprawna romantyka, marzy o mężczyźnie wrażliwym i szarmanckim. Takim, który czytałby te same lektury, co ona. Najmłodsza z sióstr, czternastoletnia Małgorzata, jest jeszcze zbyt młoda na miłosne uniesienia, lecz zdążyła już przejąć od Marianny jej romantyczne poglądy.
Niestety, światem rządzą nie prawdziwe uczucia, lecz majątek i pozycja społeczna, o czym młode panny Dashwood już wkrótce gorzko się przekonają...
Dopiero odkrywam twórczość Jane Austen. Z jej dorobku miałam przyjemność zapoznać się jak dotąd tylko z "Dumą i uprzedzeniem" i tylko do tego tytułu mogę się w tej recenzji odnieść. Jego lektura, z tego co pamiętam, wydała mi się dużo lżejsza, radośniejsza. Przy lekturze "Rozważnej i romantycznej" towarzyszyło mi przygnębienie, którego (na szczęście) nie doświadczyłam w "Dumie i uprzedzeniu". Tutaj dużo bardziej przejmowałam się losami głównych bohaterek – dwóch sióstr Dashwood – a te niejednokrotnie toczyły się nie po mojej myśli, budziły mój wewnętrzny sprzeciw.
Może sama sobie zaszkodziłam, spodziewając się kolejnej, lekkiej opowieści? Nie powiem jednak, by mi się ona nie podobała. Z pewnością miała w sobie więcej intryg i czarnych charakterów. Tak więc owszem, ogólny nastrój opisanej w "Rozważnej i romantycznej" historii jest nieco inny, niż tego oczekiwałam, ale pozostaje niezmiennie wierny stylowi Austen – bogaty w trafne spostrzeżenia, uniwersalnie życiowy, momentami ironiczny, z portretami bohaterów nakreślonymi zarówno w opisach, jak i w dialogach.
Moim największym problemem z tą historią jest chyba jej zakończenie. Mówiąc krótko, no cóż, nie usatysfakcjonowało mnie ono tak, jak bym sobie tego życzyła. O ile jestem całkiem zadowolona z finału losów Eleonory, o tyle Marianna skończyła z kimś, kto... Och, dość już tych eufemizmów, nie będę owijać w bawełnę. Według mnie Marianna skończyła z kimś, kogo w pewien sposób zmuszona była pokochać. Może z litości, może z braku innych opcji. Nie żebym miała cokolwiek przeciwko temu komuś jako postaci (sprawiał ogólne wrażenie dobrego człowieka), niemniej trudno mi uwierzyć w prawdziwość i wzajemność takich związków. Trzecia z sióstr, Małgorzata (choć można się było tego spodziewać po tytule, w którym wystarczyło miejsca tylko dla dwóch przymiotników), pojawia się tylko epizodycznie. A szkoda, bo brakowało mi pogłębienia jej relacji z Marianną i Eleonorą. Małgorzata sprawiała przy nich wrażenie jakby odseparowanej, niedopuszczalnej do sfery miłosnych rozterek starszych sióstr.
"Rozważna i romantyczna" może i nie będzie moją ulubioną książką, ale na pewno nie będzie też moją ostatnią od Jane Austen. Zostało wiele innych, jeszcze nieodkrytych. Ciekawe, co mi zaoferują.
Po śmierci pana Dashwooda, jego żona wraz z córkami muszą opuścić rodzinny dom i przenieść się do posiadłości w Barton. Dwie z córek, Eleonora i Marianna, choć różnią się od siebie jak woda i ogień, równie mocno pragną zaznać miłości i szczęścia.
Eleonora, najstarsza z panien Dashwood, określana przed bliskich głosem rozsądku, jest gotowa oddać serce wyłącznie mężczyźnie...
2026-01-28
Effy Sayre raz na zawsze uwolniła się od nawiedzającego jej sny Baśniowego Króla. Po przedziwnych zdarzeniach, jakie miały miejsce w Hiraeth, wraz z Prestonem wraca na uczelnię, by kontynuować pracę naukową na temat "Angharad", utworu, którego autorstwo przypisywano dotychczas komuś innemu. Teraz, będąc pełnoprawną studentką literatury, pierwszą w historii kobietą na tym kierunku, Effy może opisać prawdę i wreszcie oddać sprawiedliwość autorce "Angharad".
Nie tylko uczelnia, lecz i cały kraj skupiony jest teraz na Effy. To, co ona i Preston odkryli w sprawie rozsławionego i czczonego niczym świętego Emrysa Myrddina, psuje społeczne nastroje, podburza polityków i badaczy. Wielu wysoko postawionych zarzuca studentom kłamstwo.
Rzeczywistość z całą siłą uderza w Effy, a Preston coraz głębiej zanurza się w świecie fantazji – dzwony, które słyszał w posiadłości Myrddina, wciąż dzwonią w jego głowie i przyzywają do tajemniczego, zatopionego w prastarych odmętach pałacu...
Byłam zaskoczona wieścią, że "Studium zatracenia" doczeka się kontynuacji. Ale odkąd tylko się o niej dowiedziałam (jak i o tym, że będzie to opowieść w znacznej mierze dotycząca Prestona) wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Niecierpliwie wyczekiwałam jej również u nas, w Polsce. I na szczęście się doczekałam.
Podczas gdy "Studium zatracenia", ze swoim wilgotnym, chłodnym i mrocznym miejscem akcji, jest książką o klimacie idealnie wręcz jesiennym, "Teoria śnienia" emanuje zimową aurą. Przenosimy się do Caer-Isel, poruszamy po jego oblodzonych ulicach, obserwując nadejście mrozów i padający śnieg
Leniwy rytm książki bardzo przypomina ten z poprzedniego tomu. Jednak w przeciwieństwie do niego, "Teorii śnienia" początkowo brakuje pewnej celowości. Koncentrujemy się raczej na profilach psychologicznych bohaterów, Effy i Prestona, zamiast na akcji. Dopiero później wyłaniają się konkretne problemy, z którymi zostają oni zmuszeni się mierzyć.
Role się odwracają, teraz to Preston wymyka się do świata fantazji, a Effy przykuwa się do rzeczywistości. Senne podróże Prestona do zatopionego królestwa można interpretować jako ucieczkę od niej, "zbyt trudnej do zniesienia", jak sam ją w pewnym momencie określa. "Ponieważ wszystko inne wydaje się zbyt kruche, zbyt zmienne, zbyt przerażające". Effy natomiast próbuje radzić sobie z nową sytuacją, nauczyć się świata, w którym nie ma już Baśniowego Króla.
Oboje, i razem, i osobno, Effy i Preston mają w sobie coś takiego, co mocno mnie rozczula. Przy nich czuję się zrozumiana, ich myśli wielokrotnie powielają się z moimi własnymi, towarzyszącymi moim własnym przeżyciom. Niemniej muszę przyznać, że obserwowanie ich, wczytywanie się w ich wewnętrzne monologi, bywało niesamowicie przygnębiające. Pomijając elementy, których nie chcę przytaczać, by nie zdradzić niczego z fabuły, ci dwoje chorują niestety na częstą przypadłość książkowych par – nie potrafią ze sobą rozmawiać. Czy raczej świadomie decydują się w ogóle tego nie robić. Ukrywają przed sobą pewne sprawy, wymawiają się półsłówkami, mówią wszystko, byle nie poruszyć tematów, które najdotkliwiej ich dręczą. Wierzą, że dadzą sobie radę sami, nie chcąc obarczać własnymi troskami tej drugiej strony, a przecież nie o to chodzi w związku, prawda? Szczęście w nieszczęściu, jest to tylko okres przejściowy, błąd w sztuce. Dla Effy i Prestona również.
Pomimo przyjemnej, onirycznej atmosfery narracji, która działa i niezaprzeczalnie tutaj pasuje, nie mogę pozbyć się wrażenia, że historia ta jest trochę przeciągnięta, dłużąca się. Że sprawdziłaby się lepiej w krótszej formie, może nowelki lub opowiadania, nie odrębnej książki? Fajnie było zagłębić się w to uniwersum, jeszcze fajniej, że pierwsze skrzypce gra tu Preston, niemniej czy powinno to aż tyle trwać?
Nie powiem, by "Teoria śnienia" mnie rozczarowała, bo nie byłoby to wcale prawdą. Jest w niej wiele rzeczy, które mogłabym jej wytknąć – wprowadzenie nowych postaci i rozpisywanie się na ich temat, bierność i brak akcji, komplikowanie życia bohaterów na siłę, etc. – ale po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że zasadniczo pasują one do treści, do klimatu; że bez nich nie byłaby ona kompletna. I zaczynam kwestionować, czy aby na pewno te rzeczy przeszkadzały mi aż tak, by traktować je jako jej wady.
Jednego jestem pewna, styl i estetyka twórczości Avy Reid bardzo mi się podobają, poruszają jakieś czułe struny mojej literackiej duszy. Sięgnę po wszystko, absolutnie wszystko, co wyjdzie spod jej pióra. Byle by tylko dała już spokój tym biedakom, Effy i Prestonowi.
Effy Sayre raz na zawsze uwolniła się od nawiedzającego jej sny Baśniowego Króla. Po przedziwnych zdarzeniach, jakie miały miejsce w Hiraeth, wraz z Prestonem wraca na uczelnię, by kontynuować pracę naukową na temat "Angharad", utworu, którego autorstwo przypisywano dotychczas komuś innemu. Teraz, będąc pełnoprawną studentką literatury, pierwszą w historii kobietą na tym...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Viola Sinclair skrywa pewien sekret – magię, która jest zakazana w królestwie Aragoa. Dowiedziawszy się o tym, królowa nakazuje ją zgładzić i nasyła na nią łowcę czarownic naznaczonego wytatuowaną różą z siedmioma cierniami. Każdy z cierni to jeden dzień – jeśli łowca w ciągu tygodnia nie odbierze życia Violi, sam poniesie śmierć.
Łowcą okazuje się Roze Roquelart, książę, którego Viola zna i nienawidzi z całego serca. Do tego z wzajemnością. Oboje są uczniami akademii Vandenberghe i nie szczędzą sobie uszczypliwości przy każdej możliwej okazji. Zdawać by się mogło, że Roze wykonana zadanie bez wahania. On jednak składa Violi propozycję – pomoże jej ocalić życie, jeśli ona pomoże mu rozwiązać zagadkową śmierć króla. Jej moc może pomóc w odnalezieniu mordercy.
Mimo obustronnej niechęci, Viola i Roze będą musieli współpracować, by przetrwać. Lecz to, co ich połączy, równie dobrze może na zawsze ich pogrążyć...
Jeśli są tu ze mną wielbiciele fanfików o Dramione, koniecznie zapiszcie sobie ten tytuł. Bo on aż krzyczy: DRAMIONE! Nie znalazłam wprawdzie żadnej informacji, jakoby "Siedem śmiertelnych cierni" było pierwotnie fanfikiem, jednak dynamika relacji Violi i Roze'a do złudzenia przypomina tę podrasowaną przez fanów dynamikę relacji Hermiony i Draco. Pamiętacie tę scenę z "Więźnia Azkabanu", gdy Draco dostaje od Hermiony w twarz? No, to podobna scena ma miejsce tutaj. A ponadto jest sceną otwarcia i pierwszą interakcją między naszymi głównymi bohaterami, jaką obserwujemy. Ale czy to wystarczy, by nazwać "Siedem śmiertelnych cierni" dobrą książką?
W tej historii jest kilka głupotek: niejasna konstrukcja świata przedstawionego, logiczne fikołki (takie jak choćby zerowe objawy po ukąszeniu przez stado węży czy spektakularna ucieczka z tłumu gapiów o strażników, której nikt z nich nie zauważa) i liczne niejasności. Lecz jednocześnie jest w niej coś, co trzyma nas, czytelników, aż do samego jej końca – napięcie pomiędzy bohaterami. Violę i Roze'a poznajemy na etapie, gdy pałają do siebie wzajemną niechęcią i wrogością. Później obserwujemy, jak przekorny los zmusza ich do współpracy, co w oczywisty sposób zbliża ich do siebie. Rozwojowi ich relacje towarzyszy nieustanne, elektryzujące wręcz napięcie, które nie znajduje ujścia (jak to zwykle bywa) już gdzieś w połowie książki. Bynajmniej. Musimy na to zaczekać. I czekamy... A to przykuwa nas do ich opowieści. Tym bardziej, że nie jest to jedyny w tej książce wątek. Jeden z głównych, owszem, ale równolegle do romansu Violi i Roze'a, dzieją się inne rzeczy – polityczna intryga, poszukiwanie królobójcy, rozszyfrowanie magicznego artefaktu czy ciążąca nad nimi obojgiem groźba śmierci.
Inną zaletą, wyszczególnioną przeze mnie może i zupełnie subiektywnie, jest baśniowość klimatu, na jaką zdecydowała się autorka. Widać tu wyraźną inspirację "Królewną Śnieżką", a doceniam to tym bardziej, że rzadko napotykam na ten motyw.
Moje ogólne wrażenia podczas lektury były raczej dobre. Fakt, przymykałam oko na to, co niedopracowane, ale wkręciłam się. Ciekawiły mnie rozwiązania poszczególnych wątków, niektóre całkiem mnie zaskoczyły. A potem dotarłam do zakończenia. Przewróciłam ostatnią stronę i pomyślałam: "zaraz, co tu się właściwie stało?". Jak wiele rzeczy w tej opowieści, zakończenie również pozostaje nie do końca jasne. Przypomina mi trochę zakończenie sagi wiedźmińskiej, czyli takie pod hasłem interpretacji dowolnej.
"Siedem śmiertelnych cierni" nie jest złą książką. Jest niezłą książką. Ma swoje momenty, aczkolwiek spodziewałam się czegoś lepszego, czegoś więcej. Niemniej, jeśli wystarczy Wam ta dynamika w stylu Dramione i jeśli głównie dla niej sięgnięcie po ten tytuł, sądzę, że może się Wam spodobać.
PS O ile Viola i Roze przypominali mi Hermionę i Draco, tak Roze z tym swoim jedzeniem jabłek... No wypisz wymaluj Jacks z "Baśni o złamanym sercu".
Viola Sinclair skrywa pewien sekret – magię, która jest zakazana w królestwie Aragoa. Dowiedziawszy się o tym, królowa nakazuje ją zgładzić i nasyła na nią łowcę czarownic naznaczonego wytatuowaną różą z siedmioma cierniami. Każdy z cierni to jeden dzień – jeśli łowca w ciągu tygodnia nie odbierze życia Violi, sam poniesie śmierć.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toŁowcą okazuje się Roze Roquelart, książę,...