Siedem śmiertelnych cierni Amber Hamilton 6,5

ocenił(a) na 53 tyg. temu 🥀 Siedem śmiertelnych cierni to książka, po którą sięgnęłam z nadzieją, że skutecznie wyrwie mnie z zastoju czytelniczego. Szukałam fantastyki z nieskomplikowanym światem, prostym systemem magicznym i historią miłosną, która mnie zaangażuje, a że w opisie znalazły się moje ukochane motywy to wiedziałam, że to będzie idealna rozrywka na wieczór.
🥀 Autorka wprowadza nas do świata, gdzie magia jest zakazana, a za samo podejrzenie bycia meigą można stracić życie. Świat, w którym przyszło żyć Violi wydaje się okrutny i niebezpieczny. Szczególnie, że dziewczyna sama skrywa tajemnicę, której wyjawienie sprowadziłoby na nią śmierć. Próbuje żyć jak zwyczajna dziewczyna, ukrywając swój dar pod nosem arystokracji. Chce prowadzić normalne życie studentki akademii Vandenberghe. Jednak konfrontacja z Rozem skutecznie zniweczyła ten plan.
Co mi się najbardziej podobało?
Sam pomysł autorki na retelling Królewny Śnieżki był świetny. Kreacja Roze’a i jego narodziny to mój ulubiony element w tej książce. Od pierwszych stron byłam mocno zaangażowana w historię. Autorka wrzuca nas od początku w wir wydarzeń, by prowadzić nas przez życie akademii, dworskie intrygii i walkę o przetrwanie. Podobało mi się budowanie napięcia między bohaterami, ich pierwsza konfrontacja oraz ostateczny wyrok, który połączył ich losy i zmusił do stworzenia planu, który pozwoli utrzymać ich przy życiu, a aranżowane zaręczyny miały zamydlić oczy królowej i arystokracji.
Od połowy książki zaczynają się schody. Bo tak jak do tej pory nie mogłam się oderwać, tak później cała polityczna intryga zaczęła sypać się w posadach, aranżowane małżeństwo wcale nie zamydliło oczu. Okazało się, że bohaterowie to w sumie nie mieli się za co nienawidzić, może darzyli się lekką niechęcią - tyle. Akcja siadła, a nowy wątek tajnego stowarzyszenia nie miał sensu i nic absolutnie nie wnosił do fabuły. Inteligentna główna bohaterka zaczęła podejmować irracjonalne decyzje, które zagrażały jej życiu. Gdyby to zrobiła raz to może bym się nie czepiała, ale autorka z jakiegoś powodu postanowiła postawić Viole w takiej sytuacji trzy razy.
Przez jakieś 200 stron nic się nie działo, oprócz tego, że Viola wpadała w tarapaty. Na ostatnich 80 stronach autorka postanowiła zrzucić na nas rozwiązania wszystkich wątków, które niekoniecznie miały sens. Odkrycie zabójcy króla i to jak zareagował Roze? Wolę tego nie skomentować. A zakończenie było takie… meh
Czuję niedosyt, bo sam pomysł na fabułę był świetny, ale zabrakło mi tutaj rozbudowania wątku politycznego oraz w drugiej części książki rozbudowania relacji między głównymi bohaterami. Może w takim razie ta historia powinna się pojawić jako dylogia? 🤔
Miałam bardzo duży problem, żeby ją ocenić, bo z jednej strony miała swoje dobre momenty i to była pierwsza połowa książki, natomiast druga zepsuła to dobre wrażenie.