Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: ,

Najpierw był „Narcos”, którego obejrzałam – nie będę ściemniać – ze względu na Pedro Pascala. Ale historia najsłynniejszego ojca kartelu narkotykowego tak mnie zaciekawiła i tak bardzo nieprawdopodobna się wydała, że zaczęłam grzebać i kopać głębiej – tak, by nic mi nie umknęło. Wychodziłam z mylnego założenia, że serial przejaskrawiał pewne fakty tak, by były one atrakcyjniejsze dla widza. Jak się okazało, była wręcz odwrotnie. Znalazłam bowiem w książce pewne informacje, które zostały zgrabnie pominięte w serialu: jak choćby ta, że Escobar poślubił Marię Victorię gdy ta miała... 14 lat.
Okazało się też, że faktycznie „Narcos” doskonale pokazał walkę z Pablo Escobarem, świetnie go scharakteryzował i mimo uproszczenia całego procesu pościgu, większość informacji, które znajdziemy w książce pt. „Polowanie na Escobara” znałam już wcześniej z serialu. To jest mój problem z ta książką: gdybym sięgnęła po nią przed obejrzeniem serialu, byłabym zafascynowana. Tak się jednak nie stało, więc jedyne, na co mogłam liczyć, to rozwinięcie niektórych pominiętych wątków, poszerzenie pola widzenia na tę sprawę, kilka dodatkowych ciekawostek i więcej informacji pomagających określić, dlaczego ktoś taki jak Pablo Escobar przez długi czas kontrolował cały kraj.
Jest to bez wątpienia historia wstrząsająca: jeden człowiek, który nie był specjalnie bystry, sprytny ani inteligentny stał się potęgą, do której obalenia potrzeba było wiele lat, ogromu pieniędzy, trudnych sojuszy, najnowszej technologii, tysięcy żyć ludzki, rozłamów rodzinnych i poświęceń. Wszystko to, by osiągnąć gorzkie zwycięstwo nad człowiekiem, którego jedyną cechą wynoszącą go ponad innych była.. bezwzględność. „On wygrywał, bo był gotowy na więcej niż my” - to zdanie pojawia się często i jest tym bardziej bolesne, bo pod tym „więcej” kryje się terror i przemoc.
Jest to także zadziwiający portret Kolumbii: starego państwa, którego demokracja wciąż chwieje się na słabych fundamentach. Przepięknego kraju, w którego żyłach żyje przemoc, która „nawiedza Kolumbię jak biblijna plaga”. Kraju, w którym tylko w XIX wieku stoczono OSIEM wojen domowych o rolę Kościoła i państwa. Kraju, w którym narodziła się La Violencia – wojna domowa trwająca 10 lat – od 1948 do 1958 roku. Niewiele wiedziałam wcześniej o Kolumbii, a historia Pablo Escobara rozbudziła mój apetyt na wiedzę o tej części świata. Dlatego sięgam teraz po „Namerykę” Caporrosa i mam nadzieję, że ten mój głód wiedzy zaspokoi, tak jak „Polowanie na Escobara” skutecznie ugasiło moje pragnienie poznania historii kartelu z Medellin.
Pablo Escobar to bez wątpienia postać bardzo ciekawa, jednak ciarki przechodzą mnie na myśl, że wciąż są ludzie, którzy go podziwiają lub uznają za (o zgrozo) wzór do naśladowania. Był to człowiek pozbawiony skrupułów, morderca, ojciec kartelu narkotykowego, pedofil i psychopata. Bez względu na to, jak sympatyczny był aktor i jak dobrze zagrał go w „Narcos” Pablo Escobar to przerażająca bestia w ludzkiej skórze. Nie zapominajmy o tym – chociażby przez szacunek do rodzin jego licznych ofiar. Przez długi czas nie mogłam uwierzyć, że faktycznie wybrano go do kolumbijskiego kongresu, bo jak to, przestępca do polityki? Ale później uświadomiłam sobie, że dzisiaj pewnie zostałby celebrytą, albo... prezydentem. I nic mnie już nie dziwi.
Czy polecam tę lekturę? Zdecydowanie, dla tych, którzy chcą na kilka chwil przenieść się do Kolumbii i poznać ją od tej trudnej, brudniejszej strony. Ale nie jest to książka ani lekka, ani przyjemna. Autor napakował ją suchymi danymi w takiej ilości, że wielokrotnie googlowałam nazwisko lub organizację, którą przytaczał, by połapać się, o czym mowa. Często zbaczał z tematu, by nieco szerzej ująć pewne kwestie, co niektórych może zachęcać, a innym przeszkadzać. To, co mi zaimponowało, to godny podziwu research i porządek, które cechuje tę książkę. I kilka cytatów, które na długo zapadną mi w pamięć.
„Zabicie Pabla nie zakończy eksportu kokainy do Stanów Zjednoczonych ani nawet nie spowolni procesu – wszyscy o tym wiedzieli. (…) Chodziło o demokrację, praworządność, wymierzenie sprawiedliwości i rozwój cywilizacji. Pablo (…) był przyszłym tyranem, którego pokonało niedoskonałe, lecz demokratyczne i wolne społeczeństwo.”

Najpierw był „Narcos”, którego obejrzałam – nie będę ściemniać – ze względu na Pedro Pascala. Ale historia najsłynniejszego ojca kartelu narkotykowego tak mnie zaciekawiła i tak bardzo nieprawdopodobna się wydała, że zaczęłam grzebać i kopać głębiej – tak, by nic mi nie umknęło. Wychodziłam z mylnego założenia, że serial przejaskrawiał pewne fakty tak, by były one...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Jay Kristoff naprawdę umie pisać – udowodnił mi to już, gdy czytałam „Cesarstwo Wampirów”. Z tego też względu sięgnęłam po „Nibynoc”, mimo że obawiałam się nieco, iż okaże się zbyt młodzieżowa jak na mój gust. I faktycznie ta powieść jest prostsza niż „Cesarstwo...”. Jay kilka razy poszedł w niej na skróty, kilka rzeczy jest nieco naciąganych, z pewnością jest to opowieść z dużo mniejszym rozmachem i niższym progiem wejścia. Istotnie jest przeznaczona dla ciut młodszego czytelnika, mniej wymagającego, ale czy to oznacza, że starsi czytelnicy nie znajdą w niej nic ciekawego? Zdecydowanie nie.
Bawiłam się bowiem wyśmienicie śledząc losy Mii i innych bohaterów. Autor kilkukrotnie złamał moje serce niespodziewanymi zwrotami akcji, przywiązał do postaci, zbudował w moich oczach jakiś ich obraz, by następnie zetrzeć to w proch i śmiać się na kurhanach mojego przywiązania. Jay Kristoff, jak ja cię nie cierpię i kocham jednocześnie. Powinnam być przygotowana: w końcu w epickiej opowieści o wampirach pokazał już, na co go stać. Ale mimo tego, czytając „Nibynoc” raz po raz wzdychałam z niedowierzaniem lub przerywałam lekturę by dać sobie czas na przyswojenie tego, czym uraczył mnie autor. Emocjonalnie nie była to lekka lektura, ale jak cudownie spędziłam z nią czas!
Świat, bardzo bogaty, stworzony z sensem i rozmachem, okraszony dużą ilością przypisów (które mnie akurat bawiły, choć wiem, że niektórzy na nie narzekają), bohaterowie żywi, różnorodni, wzbudzający sympatię, akcja wartka, lecz nie pozbawiona oddechu, a do tego wszystkiego lekkie pióro i talent Kristoffa – czego chcieć więcej? „Cesarstwo Wampirów” zdecydowanie zostaje moim nr 1, ale szczerze polubiłam się z „Nibynocą”. Z niecierpliwością zabieram się za drugą część tej historii, oby utrzymała ten poziom <3

Jay Kristoff naprawdę umie pisać – udowodnił mi to już, gdy czytałam „Cesarstwo Wampirów”. Z tego też względu sięgnęłam po „Nibynoc”, mimo że obawiałam się nieco, iż okaże się zbyt młodzieżowa jak na mój gust. I faktycznie ta powieść jest prostsza niż „Cesarstwo...”. Jay kilka razy poszedł w niej na skróty, kilka rzeczy jest nieco naciąganych, z pewnością jest to opowieść z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

"Tęsknię za tobą" to pierwsza książka Cobena, po którą sięgnęłam. Nie przepadam za kryminałami jako takimi, wszystkie te historie zawsze wydają mi się oklepane i podobne do siebie. Ostatnio jednak odkryłam, że w ekranizacjach powieści Cobena bardzo często gra aktor, którego uwielbiam, więc obejrzałam wszystkie i rozbudziły we mnie apetyt na przeczytanie książki, której ekranizacja pojawiła się niedawno na Netflix.
Cobena czyta się dokładnie tak, jak ogląda serialowe ekranizacje jego powieści - nic specjalnego, ale wciąga i chcesz wiedzieć, co będzie dalej. Na tym chyba polega siła tych czytadeł: są proste, przyzwoicie napisane, wciągające i lekkostrawne. Czyta się to szybko, nie trzeba za wiele myśleć, ot, w sam raz na wieczór po pracy, gdy jedyne na co się ma siłę to odmóżdżająca lektura i kubek gorącej herbaty. Pod względem jakości nie jest to najgorsze: ma sens, styl jest w porządku, uniknięto dziur fabularnych i choć sama historia jest naciągana, to czyta się to przyjemnie. Bohaterów łatwo polubić, choć są nieco płascy i jednowymiarowi. Niekiedy odnosiłam wrażenie, że każdy z nich ma tylko jedną charakterystyczną cechę i dookoła niej autor buduje całą narrację dotyczącą tej postaci. Stacy jest atrakcyjna, Kat przetyrana przez życie, Aqua niezrównoważony itd. Próżno szukać tutaj głębi, zarówno w samych bohaterach jak i relacjach między nimi.
Akcja rozkręca się powoli, choć gdy już to zrobi leci na łeb na szyję. Gdy robi się wartko, trzeba przyznać że książka ta czyta się sama, ani się obejrzałam, a już ją kończyłam. Mnogość wątków działa tu na plus, szczególnie że w pewnym momencie wiele z nich łączy się w interesująca całość. Czy plot twist wyrwał mnie z kapci? Niekoniecznie. Czy czułam się usatysfakcjonowana? W miarę. Z pewnością nie byłam zawiedziona. Coben ma talent do stawiania normalnych ludzi w niecodziennych okolicznościach w swoich powieściach, co samo w sobie jest ryzykowne, choć w jego wykonaniu wychodzi to całkiem nieźle.
Podsumowując, Coben nie przekonał mnie do kryminałów, a przynajmniej nie do końca. Wciąż nie jest to gatunek, po który będę często sięgać, ale może mniej się będę wzbraniać, gdy coś mnie w konkretnym kryminale zainteresuje. Sam Coben nie dołączył do grona moich ulubionych pisarzy, ale muszę przyznać, że reprezentuje całkiem przyzwoity poziom. Porównałabym go do Stephena Kinga kryminałów: nie jest to literatura najwyższych lotów, ale całkiem przyjemnie spędza się z nią czas i jest to coś, co fenomenalnie sprawdza się na małym ekranie.

"Tęsknię za tobą" to pierwsza książka Cobena, po którą sięgnęłam. Nie przepadam za kryminałami jako takimi, wszystkie te historie zawsze wydają mi się oklepane i podobne do siebie. Ostatnio jednak odkryłam, że w ekranizacjach powieści Cobena bardzo często gra aktor, którego uwielbiam, więc obejrzałam wszystkie i rozbudziły we mnie apetyt na przeczytanie książki, której...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Tak wiele oczekiwałam po tej lekturze, a tak niewiele dostałam 💔
Zachęcona znakomitym serialem od @appletv sięgnęłam po "Fundację" spodziewając się epickiej historii w świecie Sci Fi - a co dostałam?
➡️Akcję porozbijaną dla wygody autora, w którą trudno się wciągnąć.
➡️Szereg identycznych bohaterów którzy różnili się jedynie imionami i których czytelnik nie ma szansy poznać.
➡️Historię skąpą i zupełnie nie angażującą.
➡️Mocno średni styl i prosty język.
➡️Zawód, żal i trzy ultranudne wieczory.
➡️Garść chwytliwych haseł i głębszych zdań, dla których jednak nie było warto czytać tej powieści 🤷

"Fundacja" jest dowodem na to, że serial może być O NIEBO LEPSZY niż powieść, na podstawie której został nakręcony. Z niecierpliwością czekam na kolejny sezon ♥️ a po inne dzieła Asimova zdecydowanie nie sięgnę 😬

Tak wiele oczekiwałam po tej lekturze, a tak niewiele dostałam 💔
Zachęcona znakomitym serialem od @appletv sięgnęłam po "Fundację" spodziewając się epickiej historii w świecie Sci Fi - a co dostałam?
➡️Akcję porozbijaną dla wygody autora, w którą trudno się wciągnąć.
➡️Szereg identycznych bohaterów którzy różnili się jedynie imionami i których czytelnik nie ma szansy...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Jakież to było zacne – dawno już nie wciągnęłam się w żadną powieść do tego stopnia, by zapomnieć o świecie i stopniowo zanurzać się w akcji, myślach bohaterów i ich przygodach, nie zważając na własne potrzeby czy otoczenie. Wystarczyło, że otworzyłam tę opasłą księgę i już jakby mnie nie było, jakby tylko moje ciało znajdowało się w realnej rzeczywistości, cała reszta zaś – skądinąd najważniejsza – przenosiła się w Osswayskie ostępy, w śnieżne zamiecie przykryte wiecznym bezdniem, towarzyszyłam Gabrielowi de Leon i Celene Castii, a nade wszystko – Dior Lachance.
Już pierwszą częścią tego cyklu Jay Kristoff udowodnił, że można jeszcze potraktować temat wampirów nowatorsko, choć czerpał garściami z popkultury. Pokazał, że umie pisać tak wciągająco, wartko i błyskotliwie, by czytelnik śledził tekst z niecierpliwością i zachłannością. Z wytęsknieniem czekałam na drugą część serii, choć, jak zwykle bywa, gdy w końcu nadeszła upragniona premiera „Cesarstwa Potępionych”, musiała jednak swoje odczekać, zanim po nią sięgnęłam. A gdy już to zrobiłam, znowu nie mogłam się od tej krwawej historii oderwać.
Tak samo jak w „Wampirzym Cesarstwie”, w jego kontynuacji jest mrocznie – to naprawdę jest Dark Fantasy co się zowie – próżno szukać tu wesołych przygód, pięknych widoków zapierających dech w piersiach i rozkosznie serdecznych bohaterów o miłym usposobieniu. To opowieść o smutku, żalu, zemście i okrucieństwie. To książka pełna pulsującej czerwieni, brutalności, obrazowych opisów, przekleństw, brzydoty i przemocy. I w tym wszystkim, przytłoczone ciemnością, niesprawiedliwością i piętrzącymi się trudnościami, uparcie i na przekór tli się mikroskopijny płomyk nadziei. Ochraniany najszlachetniejszymi uczuciami zrodzonymi w wielokrotnie złamanych sercach ludzi i stworzeń, których życie nie oszczędzało. Ten właśnie płomyk budzi w nich wolę walki, o którą nawet oni sami by siebie nigdy nie podejrzewali, zmuszając ich do spoglądania w przyszłość z malutką szczyptą optymizmu, która czyni ich egzystencję nieco bardziej znośną.
Nie zliczę ilości zaskoczeń, jakimi uraczył mnie Kristoff, nie potrafię opisać emocji, które targały mną podczas czytania ostatnich rozdziałów, a dodatkowo wszystko składało się w całość tak pięknie, tak gładko i schludnie łączyły się te wątki, że trwałam w zachwycie jeszcze długo po zamknięciu i odłożeniu tej powieści. Ta książka to faktycznie ciekawy przypadek – z jednej strony nie jest bynajmniej „lekka, miła i przyjemna”, z drugiej jednak czyta się ją szybko, wciąga i niewiele od czytelnika wymaga. „Cesarstwo Potępionych” to czysta, rozpieszczająca czytelnika, dobrej jakości rozrywka, na wysokim poziomie jeśli chodzi o język, styl i warsztat autora. Nie porusza żadnych trudnych tematów społecznych, nie skłania do rozmyślań o problemach tego świata – bo nie po to jest.
Kupujcie, czytajcie, warto zdecydowanie – właśnie po to, by świetnie się bawić, jakkolwiek dziwnie to brzmi w recenzji powieści tak przytłoczonej smutkiem i beznadzieją. Mam nadzieję, że w przyszłym roku, na jesień, dostaniemy część trzecią – nie istnieje bowiem lepsza pora roku na spędzenie kilku dni w towarzystwie Srebroświętego i jego towarzyszy.

Jakież to było zacne – dawno już nie wciągnęłam się w żadną powieść do tego stopnia, by zapomnieć o świecie i stopniowo zanurzać się w akcji, myślach bohaterów i ich przygodach, nie zważając na własne potrzeby czy otoczenie. Wystarczyło, że otworzyłam tę opasłą księgę i już jakby mnie nie było, jakby tylko moje ciało znajdowało się w realnej rzeczywistości, cała reszta zaś...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Całym sercem kocham świat, który stworzył Tolkien i czuję się w nim jak w domu. Do „Hobbita” wracam po raz trzeci i wciąż nie mam dość, tak jak nie można mieć dość rodzinnego domu. Takie same ciepło wyziera spomiędzy tych stronic, taka sama serdeczność i dobroć. Przyjemnie było ponownie znaleźć się Shire, w pobliżu dobrze zaopatrzonej hobbickiej spiżarni, puszczając kółka z dymu wzlatujące nad zielone pagórki. Cudownie znowu było odwiedzić Elronda i Thranduila, przeżywać wraz z krasnoludami wszystkie te przygody, które przecież już tak dobrze wszyscy znamy. Cudownie jest po raz kolejny przekonać się, że magia Śródziemia wciąż ma nade mną władzę.
Szczerze wielbię swoje życie nerda. To, jak zapalam się od jednej iskry – coś mi przypomniało o świecie stworzonym przez Tolkiena, Rowling, Martina? Lecę w to całą sobą, na nowo rozsmakowuje się w tych przygodach, przeżywając wciąż na nowo ten niewyczerpany zachwyt nad światem tak innym i tak pięknym. Śródziemie ma specjalne miejsce w moim sercu, nie przez wzgląd na swoją epickość, na to, jak bardzo jest to świat rozbudowany i dopracowany, lecz dlatego, że jest to opowieść mądra i dobra. Kocham to, jak Tolkien podchodził do życia i coraz bliższa mi jest jego filozofia, coraz lepiej rozumiem, co chciał przekazać i jak ważne jest to przesłanie, szczególnie teraz, w tym świecie konsumpcjonizmu i wyścigu szczurów.
Tolkien uczy nas doceniać małe chwile, drobne przyjemności, ale też prawdziwą przyjaźń i prostą dobroć, bo to jej małych oznak najbardziej lęka się wielkie zło. Warto przeczytać po raz kolejny „hobbita” by przypomnieć sobie, że „świat byłby weselszy, gdyby więcej jego mieszkańców ceniło dobre jadło, zabawę i śpiew wyżej niż górę złota”. Lubmy się więc, moi drodzy, trochę bardziej, uśmiechajmy się do siebie częściej, jedzmy wspólnie pyszne posiłki i tańczmy, gdy przyjdzie nam na to ochota, a szczęście przyjdzie niepostrzeżenie i wejdzie bez pukania, by rozsiąść się wygodnie w naszych domach, gdzieś w okolicy biblioteczki pełnej nie tylko dzieł Tolkiena.

Całym sercem kocham świat, który stworzył Tolkien i czuję się w nim jak w domu. Do „Hobbita” wracam po raz trzeci i wciąż nie mam dość, tak jak nie można mieć dość rodzinnego domu. Takie same ciepło wyziera spomiędzy tych stronic, taka sama serdeczność i dobroć. Przyjemnie było ponownie znaleźć się Shire, w pobliżu dobrze zaopatrzonej hobbickiej spiżarni, puszczając kółka z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

W liceum zaczytywałam się w klasycznych romansach Jane Austen, Emily Bronte czy Margaret Mitchell, ale później na długo mi przeszło. Poszłam w zupełnie inne klimaty w literaturze i choć wciąż ceniłam sobie te klimaty, to z romansami pożegnałam się na dobre. Aż do czasu Bridgertonów.
Pamiętam, że gdy wyszedł pierwszy sezon, przytłoczył mnie ogromny hype na ten serial i nie mogłam się do niego zmusić, lecz gdy po jakimś czasie zapoznałam się z tą cukierkową wersją życia dziewiętnastowiecznej socjety Londynu, zauroczyła mnie ta wizja i wciągnęła do tego stopnia, że zapragnęłam sięgnąć tez po książki. Uważam, że filmowe wersje wydań akurat tej serii, co jest jednak rzadko spotykane, są o wiele ładniejsze niż klasyczne, więc czekam z kupnem każdej aż do premiery nowego sezonu. Tak było i tym razem, dlatego czytam te książki trochę nie po kolei ;)
Tak się składa, że historia Colina i Penelope jest moją ulubioną – może dlatego, że uwielbiam to, jak przedsiębiorcza, mądra i zaradna jest Pen, a może dlatego, że nie jest to typowa miłość od pierwszego wejrzenia – w każdym razie, mam do tej pary wiele sympatii. Oczywiście nie jest to literatura wysokich lotów, nie szukajcie w Julii Quinn drugiej Jane Austen – to nie ten poziom. Bridgertonowie to romansidło, osadzone w dziewiętnastym wieku, upudrowane nieścisłościami historycznymi, doprawione dużą ilością przesłodzonych pasteli i szczyptą pikanterii, której na próżno szukać w klasycznych powieściach.
Gdzie więc kryje się fenomen Bridgertonów? Może w tym, że przez mnogość głównych bohaterów każdy odnajdzie tam cząstkę siebie? Może w tym, że chcemy od czasu do czasu odpocząć od własnych problemów i szarości świata w tym cukierkowym miejscu pełnym bali i ploteczek? Może od czasu do czasu lubimy uwierzyć, że przecież wszystko jest takie proste, i jeśli tylko odnajdziemy miłość, cała reszta jakoś się ułoży? A może po prostu Julia Quinn napisała wciągający cykle niezbyt wymagających powieści, które szybko i miło się czyta, lecz o których równie szybko się zapomina?
W moim przypadku jest to miły przerywnik od literatury większego kalibru, powiew świeżości, haust powietrza przesyconego zapachem kwiatów i olejków do ciasta. „Miłosne tajemnice” czytało mi się przyjemnie, mimo dostrzegania wszystkich ich wad. Ogromną zaleta tej powieści jest fakt, że autorka wie co i dla kogo pisze i nie próbuje czytelnika oszukać. Ta książka nie udaje, że jest ambitną literaturą – to lekka rozrywka na letni wieczór i jest tego bardzo świadoma. Szanuję takie podejście i za to autorka ma u mnie ogromnego plusa. Głupotkowe powieści są bardzo potrzebne i dają wiele radości, a „Miłosne tajemnice” w dodatku są przyzwoicie napisane i poprowadzone.
Trochę zaskoczyła mnie ilość różnic jakie wprowadzono w serialu względem książkowego pierwowzoru. Niektóre z nich rozumiem, z innymi się nie zgadzam, ale miło było spojrzeć na miłość Pen i Colina z trochę innej strony. Absolutnie uwielbiam postać Pen i cieszę się, że zagrała ją tak piękna i urocza aktorka, która idealnie oddaje delikatność i dumę tej bohaterki. Myślę, że wiele kobiet może się z nią utożsamiać i za to również jestem wdzięczna Bridgertonom – że główną postacią jest właśnie kobieta nieidealna, nie do końca wpasowująca się w kanon piękna, lecz dumna z własnych osiągnięć i wytrwale dążąca do swoich celów. A Colin? W książce bardzo podoba mi się jego opiekuńczość, której w serialu, jak dotąd, nie dostaliśmy zbyt wiele. Kto wie, może Netflix zrehabilituje się w drugiej części. Czas zacząć odliczanie do 13 czerwca.

W liceum zaczytywałam się w klasycznych romansach Jane Austen, Emily Bronte czy Margaret Mitchell, ale później na długo mi przeszło. Poszłam w zupełnie inne klimaty w literaturze i choć wciąż ceniłam sobie te klimaty, to z romansami pożegnałam się na dobre. Aż do czasu Bridgertonów.
Pamiętam, że gdy wyszedł pierwszy sezon, przytłoczył mnie ogromny hype na ten serial i nie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Uwielbiam mitologię grecką pod każdą postacią. Tę legendarną już Parandowskiego, ale także w nowych, fabularyzowanych wersjach autorstwa Ricka Riordana czy Madeline Miller., a także pod postacią gier m.in. Assassins Creed Odyssey – którą rozgrywam godzinami przynajmniej raz w roku, by przenieść się do starożytnej Grecji i poczuć ten wyjątkowy, przygodowy klimat. Dlatego, gdy tylko zobaczyłam książkę pt. „Herk”, mającą być na nowo opowiedzianym mitem Herkulesa, z niecierpliwością wyczekiwałam premiery. Podchodziłam do niej ostrożnie gdy przeczytałam, jak młoda jest jej autorka, uznałam jednak, że trzeba dawać szanse młodym autorom i zabrałam się za lekturę pełna nadziei i bez większych uprzedzeń.
Gram właśnie w Odyssey, więc siedzę w tym klimacie po uszy, tym łatwiej było mi się odnaleźć w świecie przedstawionym w „Herku” - ale im dłużej czytałam, tym trudniej było mi przymykać oko na wady tej powieści. Niestety, przyznaję z bólem serca, bo retellingi mitów mają w moim czytelniczym sercu specjalne miejsce, „Herk” nie jest dobrym reprezentantem tej grupy. Widać, że autorka bardzo inspirowała się Madeline Miller i jej twórczością, bardzo chciała stworzyć coś podobnego i uznała, że jeśli tylko wnikliwie pozna mit Herkulesa, podoła temu wyzwaniu. Według mnie jednak nie podołała.
Po pierwsze, styl Phoenicii Rogerson pozostawia wiele do życzenia. Krótkie zdania, niechlujne prowadzenie dialogów, które są aż boleśnie współczesne. Te rozmowy mogłabym usłyszeć na osiedlu, pod blokiem czy sklepem, ale nie w starożytnej Grecji. Rozumiem uwspółcześnienie mitów, ale nie robi się tego w taki sposób. Nie obdziera ich z klimatu, wrzucając niedopracowane elementy świata współczesnego i łącząc je z oryginalną historię na ślinę i patyki. Zabrakło mi zachwycających opisów, chwytających za serce dialogów, klimatu, który tak ukochałam, ciepłego słońca Grecji, zapachu cytryn i oliwek, wzburzonych fal i białego piasku.
Po drugie, Herkules. Ja wiem, że to miała być wersja mitu opowiedziana z różnych perspektyw, czyli ludzi, którzy z nim obcowali. Ale nie spodziewałam się, że w retellingu mitu o Herkulesie prawie w ogóle nie będzie Herkulesa. W pierwszej połowie tej książki jest przygłupią górą mięcha, a w drugiej zmienia się to w niewielkim stopniu. Nie ma w tej postaci żadnej głębi, jak zresztą w żadnej innej. Bohaterowie „Herka” są papierowi i płascy, nie do uwierzenia, jak kukły grające w teatrze autorki wypowiadają kwestie i myśli według jakiegoś planu, którego oni sami nawet nie pojmują. Kurczę, jakie to było smutne. Czytać o Hadesie, który równie dobrze mógłby być sprzedawcą w warzywniaku, albo o Herze, która miała w sumie jedną cechę – była mściwa. Żadna postać nie dostała podbudowy, żadna mnie nie zainteresowała, żadna nie zaangażowała na tyle, by śledzić jej losy z przejęciem, nie mówiąc o tym, by komukolwiek w tej historii współczuć.
Po trzecie i ostatnie: podzielenie tej historii na tak wiele kawałków, zrobienie z tego antologii opowiadań słabej jakości, które łączyło tylko to, że opowiadały o jednym bohaterze, wprowadziło niepotrzebny chaos i dodatkowo utrudniło odbiór tej książki. Miejscami te opowieści naprawdę były przygłupie i czułam się zażenowana, czytając je. I nie chodzi tu o to, że jestem jakąś wytrawną czytelniczka, która nie sięga po nic innego niż literatura piękna i klasyki. Uwielbiam także horrory, opowieści fantasy, niektóre młodzieżówki a nawet romanse. Ale powieść nie może być żenująco głupia. Nie może roić się w niej od pomyłek fabularnych, autorka nie może gubić się we własnych dialogach a bohaterowie nie mogą wciąż powtarzać że ktoś jest „prostakiem” i na tym budować swojej osobowości. Nie bawi mnie ten (o ironio) prostacki humor, żaden mit nie zasługuje na to, by potraktować go z takim brakiem szacunku, tak bardzo go spłycając i sprowadzając do tak niskiego poziomu. Tanie zagrywki, szokowanie przemocą i brutalnością, przy jednoczesnym wciskaniu wątku homoseksualnego tylko dlatego że sprawdziło się to w innym retellingu mitu („Pieśń o Achillesie” widzisz mnie?) świadczy o tym, że autorka nie poradziła sobie z wyzwaniem, które sobie postawiła.
Mam wrażenie, że Phoenicia Rogerson naprawdę kocha mitologię grecką, lubi tez pisać i uznała, że będzie taką Madeline Miller dla młodszego czytelnika. I miała naprawdę dobre chęci, nie mogę jej nic zarzuć np. jeśli chodzi o research. Ale to nie wystarczy. Tutaj zabrakło przede wszystkim jakości, a więc warsztatu, doświadczenia, polotu i talentu. Niestety, to nie było dobre doświadczenie literackie, „Herk” nie trafi na półkę moich ulubieńców. Na plus zaliczam jednak fakt, że być może kogoś ta książka zachęci do dalszego poznawania mitologii (już w nie tak słabym wydaniu), absolutnie przepiękne wydanie i... to chyba wszystko. Naprawdę żałuję, że „Herk” nie spełnił moich oczekiwań, bo wciąż jest we mnie głód mitologii greckiej i jej nowych odsłon. Przecież tyle jeszcze w niej jest, że nic, tylko czerpać.

Uwielbiam mitologię grecką pod każdą postacią. Tę legendarną już Parandowskiego, ale także w nowych, fabularyzowanych wersjach autorstwa Ricka Riordana czy Madeline Miller., a także pod postacią gier m.in. Assassins Creed Odyssey – którą rozgrywam godzinami przynajmniej raz w roku, by przenieść się do starożytnej Grecji i poczuć ten wyjątkowy, przygodowy klimat. Dlatego,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

„Moja przyjaciółka opętana” to książka, która leżała na mojej kupce wstydu prawie rok. Długo nie mogłam się do niej zabrać, głównie dlatego, że nie do końca wiedziałam czego się spodziewać. Z jednej strony lata osiemdziesiąte, przyjaciółki, lata młodości, z drugiej zaś opętanie i horror. W sumie nadal mam problem z połączeniem tych elementów, mimo że Grady Hendrix z sukcesem podjął się tego niewykonalnego prawie zadania.
Przede wszystkim jest to lekka literatura – sprawdzi się, kiedy nie macie ani sił ani ochoty na sięgnięcie po coś, co wymagałoby od was skupienia i wytężania umysłu. Znakomicie udało mi się dzięki niej oderwać od codziennych problemów, bo ta powieść niesamowicie wciąga. Mimo ponad 400 stron, pyknęłam ją w dwa popołudnia – to po prostu ten rodzaj literatury. Nie bierzcie jednak tego za złą monetę - „Moja przyjaciółka opętana” jest naprawdę bardzo przyzwoicie napisana, autorowi nie brakuje lekkości pióra czy słownictwa. Jest to po prostu powieść rozrywkowa, osadzona w klimatach lat osiemdziesiątych (również za sprawą często wspominanych hitów z tamtych lat), traktująca o... opętaniu.
Zabawnie było przenieść się z powrotem do licealnych lat, gdy największym problemem były perypetie z cerą lub plotki koleżanek, które urastały zawsze do rangi życiowych porażek nie do naprawienia. Z pewną nutą nostalgii czytałam o przyjaźni dwóch głównych bohaterek, czyli Abby i Gretchen, oraz o tym, jak burzliwe emocje targają ich młodocianymi sercami. Dzięki nim właśnie powieść ta ma w sobie tyle lekkości i świeżości, tego niezobowiązującego powabu nastoletnich lat, kiedy życie było dużo prostsze i dużo trudniejsze zarazem. Ta warstwa powieści brzmi jak Kate Bush, ma zapach truskawek i smakuje jak chłodna wiśniowa cola wypita w upalny dzień na dziedzińcu przed szkołą. Ale „Moja przyjaciółka opętana” ma też drugą warstwę – tę pod ziemią, pełną wijących się robaków, mroczną, okropną i straszną.
Ta powieść to horror – i to całkiem niezły. Łatwo o tym zapomnieć, płynąc lekko po jej powierzchni, ale autor nie zapomniał o tym, co chciał napisać. Mamy więc prawdziwe opętanie, pełnokrwiste, obrazoburcze i bardzo dokładne opisy, egzorcyzmy i cała armię zjawisk nadprzyrodzonych, które mogą spędzać sen z powiek. Egzorcyzm np. był dla mnie naprawdę trudny do przebrnięcia, choć sytuację uratował jego finał, który słodkim gestem niczym prosto z krainy kolorowych kucyków kompletnie zmienił bieg zdarzeń. To zadziwiające, z jaką zręcznością Grady Hendrix odbija od różowo-puchatego świata nastolatek w latach osiemdziesiątych, do czarno-obślizgłego świata demonów.
Przyjemna była to podróż, która nieco przypominała świat „Stranger Things” - łączyła wielka siłę przyjaźni z walką ze złem nadprzyrodzonym, a to wszystko w neonowych barwach i przy akompaniamencie największych hitów Madonny, Megadeth czy właśnie Kate Bush. Obawiam się tylko, że jest przeznaczona dla dość wąskiego grona odbiorców – z pewnością nie poleciłabym jej nikomu młodszemu niż 16 lat, a jednocześnie bywa bardzo prosta i wręcz, w niektórych momentach, dziecinna i naiwna. Trzeba ją jednak przyjąć z całym dobrodziejstwem inwentarza – choćby za to, że jest to powieść wybitnie samoświadoma. Grady Hendrix proponuje czytelnikowi podróż w przeszłość, przygodę, której głównym motywem jest siła przyjaźni, ale nie jest to przygoda pozbawiona dreszczyku strachu. Odbyłam ją z przyjemnością i mile będę ją wspominać, a jeśli zastanawiacie się, czy sprawdzi się jako czytadełko na plażę – już nie musicie, sprawdziłam za was – będzie doskonałym wyborem!

„Moja przyjaciółka opętana” to książka, która leżała na mojej kupce wstydu prawie rok. Długo nie mogłam się do niej zabrać, głównie dlatego, że nie do końca wiedziałam czego się spodziewać. Z jednej strony lata osiemdziesiąte, przyjaciółki, lata młodości, z drugiej zaś opętanie i horror. W sumie nadal mam problem z połączeniem tych elementów, mimo że Grady Hendrix z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

„Wierzyliśmy jak nikt” to jedna z najbardziej przejmujących i wzruszających powieści, jaką kiedykolwiek czytałam. Jestem zaskoczona tym, jak dobrze mi się ją czytało, mimo bardzo trudnego tematu. Opowiada bowiem o kryzysie AIDS w Chicago w latach osiemdziesiątych XX wieku. O życiu w cieniu przerażającej choroby, która przed wynalezieniem leku znacznie hamującego jej rozwój, zbierała krwawe żniwo, a mimo tego to życie było pełne nadziei. Mimo wszystko ci ludzie wierzyli jak nikt, że uda im się przetrwać, że ich przyjaciele przeżyją, unikną zarażenia, albo doczekają wynalezienia cudownego leku.
Akcja powieści biegnie dwutorowo – jesteśmy więc w „oku cyklonu”, spędzamy czas w Boystown, poznajemy tych chłopaków, jednych lubimy, innych nie rozumiemy, jeszcze innym współczujemy. Szczególnie głównemu bohaterowi, który tak bardzo, tak bardzo chciał żyć, miał plany i marzenia, był wrażliwy i empatyczny, kochał sztukę i lubił ludzi. Ale wszyscy bohaterowie dostali od autorki coś szczególnego – jakiś czar albo powab, albo irytującą cechę charakteru, przez którą możemy bliżej i lepiej ich poznać. Drugi tor, początkowo wydawał mi się mniej interesujący – matka w poszukiwaniu córki jedzie do Paryża, gdzie zatrzymuje się u starego przyjaciela i gdzie wspomnienia odżywają boleśniej niż się spodziewała. Mimo tej niechęci, okazało się, że wracałam do tej opowieści równie chętnie jak do pierwszej historii.
Autorka ma lekkie pióro i genialnie operuje prostotą. Opowiada o wszechobecnej śmierci, o naprawdę czarnej karcie z historii Chicago, jednak nie ucieka się do patosu. Posługuje się codziennością, przez co tak łatwo wczuć się czytelnikowi w ten świat i zrozumieć jego bohaterów. Zbliża czytelnika do tematu z taką subtelnością, że naprawdę trudno zauważyć ten moment, kiedy zaczyna ci zależeć na tych fikcyjnych, nomen omen, ludziach, kiedy zaczynasz przeżywać ich rozterki i płakać w trudnych dla nich sytuacjach.
Ta powieść złamała mi serce na naprawdę wiele różnych sposobów. Wycisnęła z oczu łzy, jednak nie w sposób tani i ckliwy, lecz prawdziwy i mądry. Utwierdziła mnie w wielu przekonaniach, otworzyła oczy na wiele spraw, które do tej pory mi umykały. „Wierzyliśmy jak nikt” to świetnie napisana, bardzo inteligentna i niesamowicie poruszająca powieść, którą polecam nawet najbardziej wymagającym czytelnikom.

„Wierzyliśmy jak nikt” to jedna z najbardziej przejmujących i wzruszających powieści, jaką kiedykolwiek czytałam. Jestem zaskoczona tym, jak dobrze mi się ją czytało, mimo bardzo trudnego tematu. Opowiada bowiem o kryzysie AIDS w Chicago w latach osiemdziesiątych XX wieku. O życiu w cieniu przerażającej choroby, która przed wynalezieniem leku znacznie hamującego jej rozwój,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

„Proces” - dla wielu jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek powstały, dla wielu znienawidzona lektura szkolna – a dla mnie? Pierwszy raz czytałam ją w liceum – i mam z tej lektury bardzo dobre wspomnienia. Pamiętam, że byłam zachwycona groteską, wielorakością znaczeń, uniwersalizmem, oryginalnym językiem i aurą przytłoczenia beznadzieją. Po powrocie do Kafki oczekiwałam wiele, i być może w tym leży problem – miałam po prostu zbyt wysokie oczekiwania. Byłam pewna, że „Proces'” będę czytała z przyjemnością i niecierpliwością, będę do niego wracać z chęcią i zafrapowaniem – a okazało się, że powtórna lektura tej książki była dla mnie niczym innym jak walką.
Niewiele już pamiętałam z tej książki, poza ogólnym zarysem fabuły (jak się okazało, że w tej książce jest tylko ogólny zarys fabuły, reszta to alegorie i filozofia) więc ze zdziwieniem zauważyłam, że po przeczytaniu 30 stron miałam jej szczerze dość. Zmęczyła mnie ta groteska, którą kiedyś uwielbiałam, odepchnęła mnie ta obmierzłość świata przedstawionego, ta akcja, która toczy się nieprzerwanie, ale jednak wciąż stoi w miejscu.
Rozumiem, że taki był zamysł. Przytłoczyć czytelnika, zawalić go blokami tekstu tyleż bezsensownego, co naszpikowanego ukrytymi znaczeniami, sprawić, by czuł się zagubiony wśród miliona informacji, które o niczym konkretnym nie informują, opleść pajęczyną zaduchu, zdławić obrzydzeniem. No i to się Kafce udało, oj, jak udało, chyba aż za bardzo. Głównego bohatera, Józefa K., dało się lubić, mimo tego nawet jak przedmiotowo traktował kobiety, lecz nie byłam zupełnie zaangażowana w jego walkę o udowodnienie niewinności. Zaś inni bohaterowie byli tak przerysowani i tragikomiczni, że trudno nazwać ich postaciami – raczej zlepkami dziwnych wypowiedzi i cyrkowych sztuczek.
Tę powieść okrutnie źle się czyta, głównie przez konstrukcję (lite bloki tekstu) ale także przez to, że ta ozdobna, dziwaczna treść niewiele za sobą niesie – a może właśnie zbyt wiele, lecz głęboko to ukrywa. Czytałam, czytałam, brnęłam przez kolejne skomplikowane zdania, mijałam farsę za farsą (malarz „wywijający garbatą”), a opowieść stała w miejscu. Ruszyła nieco pod koniec, co sprawiło że ostatnie rozdziały czytało się nieco lepiej, ale czy zostałam, jako czytelnik, nagrodzona za trud przebrnięcia przez tę powieść? Posłowie napisane przez Bruno Schulza zamiast cokolwiek rozjaśnić, jeszcze bardziej wszystko zagmatwało. I to chyba jest największa zaleta tej książki – wartość interpretacyjna.
Wierzę, że „Proces” przeczytany w odpowiednim momencie życia czytelnika, może mu bardzo pomóc i wiele wnieść. Tylko u mnie albo ten moment minął w liceum, przy pierwszym czytaniu, albo jest jeszcze przede mną. Nie przepadam za poczuciem estetyki Kafki, za tym, jak buduje narrację, nie lubię tej pokracznej, brzydkiej groteski, w którą ubrał wątpliwości i problemy egzystencjalne dotykające nas wszystkich. Szanuję warsztat, nie będę kłócić się z tym, że jest to arcydzieło literatury i uważam, że jest to powieść, którą każdy powinien znać – ale nie będę kłamać, że wzbudziła we mnie zachwyt i świetnie mi się ją czytało. Lektura „Procesu” nie była łatwa i przyjemna – wręcz przeciwnie, musiałam walczyć ze sobą, by do niej wracać, łatwo się rozpraszałam i z chęcią rzuciłabym ją w kąt, gdyby nie to, że są książki, które po prostu chcę znać. „Proces” Kafki jest taką książką – ale nie wiem, czy kiedykolwiek wrócę do niej po raz trzeci.

„Proces” - dla wielu jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek powstały, dla wielu znienawidzona lektura szkolna – a dla mnie? Pierwszy raz czytałam ją w liceum – i mam z tej lektury bardzo dobre wspomnienia. Pamiętam, że byłam zachwycona groteską, wielorakością znaczeń, uniwersalizmem, oryginalnym językiem i aurą przytłoczenia beznadzieją. Po powrocie do Kafki...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Kto nie ma przynajmniej kilku ulubionych seriali? W mojej topce jest Gra o tron, Stranger Things i Big bang theory, ale ostatnio ponownie zakochałam się w Gregorym Housie 🖤 To tylko maleńki wycinek świata popkultury, który w ostatnich latach przeszedł niesamowitą drogę. Od sitcomów i telenowel, czyli typowych lekkich uprzyjemniaczy, przeobraziły się w tak szeroki wachlarz możliwości, że nietrudno znaleźć wśród nich prawdziwe perełki - zarówno jeśli chodzi o aspakety artystyczne jak i jakość historii, które opowiadają.
Książki pt. "Seriale. Do ostatniego rozdziału" słuchałam w formie audiobooka i muszę przyznać, że to był świetny wybór. Jest to pozycja na tyle dobra, że warto ją przyswoić, szczególnie jeśli lubimy temat, który bierze na tapet, ale jednocześnie nie jest to coś, na co chciałabym przeznaczyć całość swojej uwagi i czasu. Sprawdziła się doskonale jako tło - pełna ciekawostek i odniesień do seriali, które znam (okazało się, że znam ich całkiem sporo, nie wiem czy nie powinnam zacząć się tym martwić 😅) ale jednocześnie naładowana wiedzą ogólną o tym, jak seriale powstają, z jakimi problemami mierzą się ich twórcy i jaką rolę pełnią w naszym świecie.
Katarzyna Czajka-Kominiarczuk wykonała kawał świetnej roboty, pisząc książkę, której lektura ucieszy każdego serialomaniaka - i nie tylko 😉

Kto nie ma przynajmniej kilku ulubionych seriali? W mojej topce jest Gra o tron, Stranger Things i Big bang theory, ale ostatnio ponownie zakochałam się w Gregorym Housie 🖤 To tylko maleńki wycinek świata popkultury, który w ostatnich latach przeszedł niesamowitą drogę. Od sitcomów i telenowel, czyli typowych lekkich uprzyjemniaczy, przeobraziły się w tak szeroki wachlarz...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Kto nie słyszał o „Chłopkach”? Ta książka zawładnęła listami bestsellerów w ostatnich miesiącach, na stałe wpisała się w krajobraz czytelniczy Polski, zbiera zachwyty i pozytywne recenzje od samej premiery. Czy słusznie? Zdecydowanie. Ten reportaż był Polsce potrzebny, a kobiety, o których opowiada, w końcu doczekały się zauważenia i docenienia. Nie jest to jednak książka bez wad, uważam że trzeba rozdzielić niektóre kwestie: to, że temat jest dobry i słuszny, to jedno, lecz literacko mam jej sporo do zarzucenia. Ale po kolei.
Temat poruszany w „Chłopkach” nie był mi całkowicie obcy. Moja babcia urodziła się w 1942 roku, w wielodzietnej rodzinie zamieszkującej tereny wiejskie, dotknięte wojną, okupacją i biedą. Tak się składa, że we mnie była ogromna ciekawość lat minionych, więc spędziłam długie godziny na rozmowach z babcią, której opowieści czasami mroziły krew w żyłach (o rodzicach wywiezionych na Sybir, o głodzie i nędzy tamtych lat) a czasami rozpalały w sercu ciepłe uczucia (o tym, jak robiła na drutach kamizelki dla chorujących na przeziębienia krów). Gdy więc czytałam o tamtych czasach, niektóre kwestie, owszem, szokowały, ale większość nie było niczym nowym. To, co zdecydowanie mnie poraziło, to skala tych nieszczęść, z którym borykały się kobiety na terenach wiejskich. Przeraźliwy głód i ciągły strach przed nim, brak dostępu do opieki medycznej (bo hej, okazuje się, że to nie z „umiłowania do zabobonu” ludności wiejskiej wzięło się znachorstwo na wsiach – po prostu lekarze odmawiali prowadzenia praktyk gdzie indziej niż w miastach), przestępstwa na tle seksualnym, wykorzystywanie dzieci, wszechobecna przemoc, brak higieny i zacofanie w kwestiach takich jak np. antykoncepcja, bardzo wspierane i chwalone przez kościół, który utrzymywał swoją postawę pt. „Nie ważne, ilu umrze, ważne żeby się dużo rodziło”. Mnóstwo rzeczy w tej książce wyciska łzy z oczu, oburza i budzi grozę.
Wielokrotnie byłam po prostu wściekła. Na kościół, na „panów” którzy wyzyskiwali chłopów, na mężczyzn, którzy wisieli całe życie na zaradności i poczuciu odpowiedzialności swoich żon, na los, który tak okrutnie obchodził się z tymi kobietami, które przecież miały marzenia, aspiracje, uczucia. Jeszcze częściej czułam się przybita – beznadzieją, która ogarniała całe pokolenia kobiet w naszym kraju, brakiem jakichkolwiek perspektyw, brakiem systemowej pomocy, zrozumienia i chęci wsparcia. Czasami jednak ta książka sprawiała, że rosło moje serce. Na przykład wtedy, gdy czytałam o tzw. służbie dworcowej, czyli inicjatywie kobiecej mającej na celu chronić kobiety wiejskie przyjeżdżające do dużych miast za pracą. Lub o tym, jak wspierano się w rodzinach, jak cieszono ze swoich sukcesów, traktowanych jak sukces całej rodziny, nie tylko jednostki której „się udało”. O tym poczuciu wspólnoty, w której często ludzie odnajdywali jedyne pocieszenie. Czytając „Chłopki” doświadczyłam całej palety emocji, ale także poznałam wiele historii, które uczą o przeszłości, o tym, z czego się wywodzimy – to ważne, by to wiedzieć.
Jednak nie jest to książka, do której się ochoczo wraca. Czytałam ją z zainteresowaniem, owszem, ale gdy już odłożyłam po przeczytaniu jakiegoś fragmentu, nie ciągnęło mnie do niej wcale. Przede wszystkim, zraziła mnie w niej powtarzalność. Nie było potrzeby opisywania praktycznie identycznych historii kilkunastu osób. Rozumiem, że miało to pokazać skalę danego problemu, ale można było to po prostu napisać, a nie katować czytelnika wciąż takimi samymi historiami. Po drugie, ta książka jest zdecydowanie przegadana. Mogłaby być o połowę krótsza, a nie straciłaby nic na wartości. Momentami wyłączałam się, by ponownie włączyć po przeczytaniu całej strony, i uświadomić sobie, że przecież nic z tej strony nie przyswoiłam. Po trzecie, jest napisana bardzo chaotycznie. Autorka zdecydowała się na podział tematyczny, więc rozbija historie kobiet na kilka rozdziałów, co sprawiło, że nie byłam już zaangażowana w daną opowieść, gdy do niej w końcu wracała. Zdarzało się, że autorka powróciła do jakiejś kobiety, której losy poznaliśmy w pierwszym rozdziale, prawie na końcu książki. Tylko że ja już nie pamiętałam jej historii, bo zgubiła się w natłoku innych, praktycznie takich samych. Podział tematyczny ma sens, ale sprawił, że w reportaż ten strasznie trudno się „wczuć”. I nie jest to kwestia jego rozmiarów, bo podczas czytania chociażby „Sodomy” Frederica Martela (640 stron) nie czułam się tak zagubiona i przytłoczona chaosem, jak podczas czytania „Chłopek” właśnie. Po czwarte i już ostatnie: uważam że kilka rozdziałów pasuje tej książce jak kwiatek do kożucha. Przede wszystkim nie do końca rozumiem zamieszczenia rozdziału dotyczącego stosunku kobiet wiejskich do Żydów. Poczułam się trochę, jakby autorka chciała nam przekazać coś w stylu: tak, te kobiety były krzywdzone, głodzone, wykorzystywane seksualnie, pracowały ponad swoje siły, borykały się z wieloma problemami, o których dzisiaj nie mamy pojęcia, ale no, nie lubiły Żydów więc kij z nimi. Jakby, co tu się stało? Dlaczego ktokolwiek rości sobie prawo do oceniania tych kobiet, a już tym bardziej dlaczego zachęca do wydawania takiej oceny innych? Przecież ten reportaż miał dać tym kobietom głos, a nie stanowić jakiś swoisty sąd nad nimi? No i przytoczona rozmowa wnuczka z babcią sprawiła, że ciarki przeszły mi po plecach. Ten jeden dialog, w którym słyszymy że można ocenić cały naród po czynach jednego człowieka (wykształcony i „światły” wnuczek tłumaczy swojej babci wieśniaczce że skoro Żyd kupił taniej (jajka od gospodyni) i sprzedał drożej, ale pieniądze dał od razu, to świadczy o tym Żydzi są zaradni i sprawiedliwi, a Polak kupił drogo, ale nie dał pieniędzy, więc to znaczy że Polacy to oszuści i lenie a nią kierują uprzedzenia), położył się cieniem na całej pracy, którą wykonała autorka reportażu. Tak mnie kłuje ten rozdział, tak zupełnie niepotrzebny, tak niesprawiedliwy, rzucony w książkę o zupełnie innej tematyce, że trudno mi ją pozytywnie ocenić. Jednak przełamię się, bo to naprawdę świetna pozycja, bardzo potrzebna, bardzo cieszę się, że powstała. Ale czytam sporo reportaży, a ten pod względem prowadzenia opowieści, języka i powtarzalności historii w nim zawartych, naprawdę nie jest najlepszy.
„Chłopki” były Polsce potrzebne, cieszę się, że nie schodzą z list TOP w księgarniach. Dobrze byłoby, gdyby przeczytał je każdy, dlatego że opowiadają o naszych babkach i prababkach, lecz także dlatego, że oddają miejsce w historii kobietom, na których pracy i poświęceniu wzrósł cały naród. Dlatego, że wiele ten reportaż tłumaczy. Dlaczego nigdy nie usłyszeliśmy od swoich babć „kocham cię”, ale zawszy gdy przyjeżdżaliśmy czekał na nas talerz wypchany smakołykami? Dlaczego dziadek miał zawsze wszystko postawione pod nos, przychodził na gotowy obiad, nie interesował się niczym w domu? Dlaczego tak niechętnie nasze babki mówiły o sprawach związanych ze zdrowiem, intymnością? Dlaczego jako córki, byłyśmy tak inaczej traktowane od synów? Ta książka może pomóc to zrozumieć. I warto po nią sięgnąć, choć mogłaby być lepiej napisana.

Kto nie słyszał o „Chłopkach”? Ta książka zawładnęła listami bestsellerów w ostatnich miesiącach, na stałe wpisała się w krajobraz czytelniczy Polski, zbiera zachwyty i pozytywne recenzje od samej premiery. Czy słusznie? Zdecydowanie. Ten reportaż był Polsce potrzebny, a kobiety, o których opowiada, w końcu doczekały się zauważenia i docenienia. Nie jest to jednak książka...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Skłamałabym, gdybym napisała, że „Kapitularz Diuną” wciągnął mnie od pierwszych stron, że nie mogłam się od niego oderwać i z niecierpliwością przekładałam strony. Nie było tak. „Kapitularz Diuną” mnie zmęczył. Herbert znowu postanowił zbyt dużo przed czytelnikiem ukryć, zbyt mało dał danych, by można wysnuć z nich jakiekolwiek sensowne wnioski. Nawet mentaci potrzebują przecież danych! My ich nie dostajemy. Jako czytelnik nie wiedziałam, jaka gra się toczy w tej części Kronik Diuny, nie byłam więc w nią zaangażowana. Mozolnie brnęłam więc przez fabułę, wiedziona raczej chęcią (i potrzebą) skończenia całej serii, niż skończenia tej jednej książki.
Zrobiłam sobie w swojej głowie roboczy podział, że dwie pierwsze części Kronik Diuny stoją przygodą i akcją, dwie środkowe – filozofią, zaś dwie ostatnie polityką. Polubiłam każdą z nich, ale jednak część pierwsza pozostanie moją ulubioną. Pokochałam te historię właśnie ze względu na jej początek, na tę tajemniczość wizji, przeznaczenia, na surowość i piękno planety, jaką była Diuna, potrzebę i ryzyko zmian ekologicznych, na ród Atrydów i samego Paula. Herbert jednak szybko mi to wszystko zabrał, rzucając w coraz to nowe i inne czasy, które na nowo musiałam poznawać, na nowo oswajać się z całkowicie innymi bohaterami, na nowo wgryzać w świat, który zmienia się Kronikach Diuny nagle i nie do poznania. To było dla mnie coś nowego, coś, co wywoływało gniew i frustrację. Ale Herbert nic sobie z tego nie robił, ciągnął mnie dalej i dalej, w głąb losów ludzkości, cierpliwie i z właściwą sobie wiarą w inteligencję czytelnika prowadził przez kolejne rozdziały, sprawiając, że czułam się coraz głupsza i coraz mniej rozumiałam.
W „Kapitularzu Diuną” nie było inaczej. Na szczęście nie popłynął akcją kilka tysiącleci do przodu, wracamy w tej części do bohaterów znanych z „Heretyków Diuny”, ale dostajemy nowy problem, wokół którego kręci się cała akcja. Mimo tego, że wiedziałam o co toczy się gra, w zasadzie nie obchodził mnie jej rezultat. Nie było strony, której bym kibicowała, nie miałam sympatii dla tych bohaterów, którzy postawieni na skraju istnienia podejmowali decyzje błędne i niemoralne. Trudno było znaleźć w sobie zrozumienie dla tych działań, a jeszcze trudniej poparcie. Z bólem serca czytałam ostatnią część Kronik Diuny, przepełniona zawodem, że w ten sposób skończy się ta piękna przygoda... aż się faktycznie skończyła.
Nie wiem, jak to opisać. Gdy przeczytałam ostatnią stronę, byłam rozbita. W mojej głowie tłukło się jedno zdanie „Nie rozumiem”. Napisałam do siostry, która kocha te serię, mając nadzieję, że odpowie na pytania, które kłębiły się we mnie. Dlaczego czułam się głupsza niż przed przeczytaniem całej serii? Dlaczego nie było w niej żadnych odpowiedzi? Dlaczego wszystko się kończyło, mimo że przecież nic się nie skończyło? Siostra nie odpisywała, a ja, im więcej o tym myślałam, im więcej wątków łączyłam, im bardziej zaczynałam to wszystko zrozumieć, tym wyraźniej widziałam w sobie tego człowieka z memów, któremu mózg wybucha i zamienia się w galaktykę. W końcu mogłam skonfrontować swoje wnioski z wnioskami siostry, i wtedy nabrały sensu. Wszystko zaczęło się łączyć, tajemnica przestała być dla mnie tajemnicą, każde zagadnienie, o jakim pomyślałam, nabierało nowego znaczenia. To było naprawdę niesamowite przeżycie, pochłaniająca bez reszty potrzeba dopasowywania intelektualnych puzzli, które, połączone, ukazywały prawdziwy obraz Kronik Diuny.
Frank Herbert to geniusz. Nie boję się użyć tego słowa, nie wobec niego, już nie. Czy jego proza mnie czasami denerwowała? Oczywiście. Czy bywały chwile, że byłam na niego wściekła? Jak najbardziej. Czy uważam, że powinien lepiej potraktować niektórych bohaterów? Bez dwóch zdań. A jednak, Kroniki Diuny to jedna z najlepszych serii, jakie przeczytałam w całym swoim życiu. Jedna z najbardziej wymagających – również. Przynajmniej jeśli chce się ją zrozumieć, a nie tylko przeczytać. Nie jest to porywająca, trzymająca w napięciu przygoda jak w przypadku „Wojen Wikingów” Cornwella, choć bywały i takie momenty. Nie jest to zbiór przemyśleń filozoficznych na miarę „Ziemiomorza” LeGuin, ani szczegółowy opis politycznych rozgrywek w nieznanym nam świecie, tak jak „Gra o tron” Martina. Kroniki Diuny są tym wszystkim po trochu, a do tego przykładem wirtuozerii, z jaką posługuje się językiem Herbert. To piękna opowieść o ludzkości, poświęceniu, przeznaczeniu, sensie i bezsensie życia.
Skończywszy ją, utwierdziłam się w przekonaniu, że to jedna z tych serii, która zyskuje przy każdym kolejnym czytaniu. Jak wiele rzeczy nabrało teraz sensu, jak przyjemnie byłoby do nich wrócić z tą wiedzą, którą mam teraz! Ile kolejnych, ukrytych znaczeń czeka na poznanie i zrozumienie. Kroniki Diuny to labirynt, w którym poukrywane są skarby. Klucze do kolejnych z nich dostaje się jednak w momencie wyjścia z tego labiryntu, by je więc zdobyć, trzeba ten labirynt przemierzać raz za razem, cierpliwie, uważnie i z otwartą głową. Może za rok, może za kilka lat, znowu zechcę wejść do tego labiryntu, tym razem zaopatrzona już w kilka kluczy. Nie będę podążała tak na oślep, lecz wiedząc, na co zwracać uwagę, czego szukać, jak odczytywać niektóre symbole. Czytanie Kronik Diuny to było niesamowite przeżycie, budzące we mnie wiele emocji, ale też piękna przygoda, w której nie towarzyszyłam jednemu czy dwóm ulubionym bohaterom. W Kronikach Diuny towarzyszymy ludzkości. Towarzyszymy sobie samym.

Skłamałabym, gdybym napisała, że „Kapitularz Diuną” wciągnął mnie od pierwszych stron, że nie mogłam się od niego oderwać i z niecierpliwością przekładałam strony. Nie było tak. „Kapitularz Diuną” mnie zmęczył. Herbert znowu postanowił zbyt dużo przed czytelnikiem ukryć, zbyt mało dał danych, by można wysnuć z nich jakiekolwiek sensowne wnioski. Nawet mentaci potrzebują...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Chyba dojrzałam do tego, by przyznać, że ja z Herbertem jestem w love-hate relationship. Z jednej strony: wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem jego kunsztu, talentu pisarskiego, języka, umiejętności kreowania tak żywych bohaterów, tak rozległych światów, tak skomplikowanych systemów które jednocześnie trzymają się kupy. A z drugiej: jestem tak bardzo wkurzona. Tak bardzo, bardzo chciałam kontynuacji, a dostałam znowu nową opowieść. Znowu odwiedzam ten świat po upływie tak długiego czasu, że niewiele już w nim rozpoznaję. Na nowo muszę się go uczyć, poznawać skrawek po skrawku, bohater po bohaterze. Poradzić sobie z bólem po stracie ukochanych postaci, z tęsknotą za wątkami, które frapowały mnie w poprzedniej części. To jest tak frustrujące!
Ale później, gdy już uporałam się z tym natłokiem uczuć, gdy znowu pozwoliłam poprowadzić się Herbertowi w ten świat, tak zmieniony, tak niejasny i wyjątkowy, nagle dotarło do mnie, że jestem nim zauroczona. Że wciągnięto mnie na nowo w kolejną historię, nie pytając o zdanie, nie biorąc jeńców. Herbert znowu to zrobił: zaczarował mnie, sypnął garścią piachu w oczy i sprawił, że przeniosłam się na Rakis. Uważnie śledziłam spiski i polityczne fortele, którymi karmił mnie w tej części Kronik Diuny, a i tak mam wrażenie, że duża ich cześć mi umknęła. Wiele można o Herbercie powiedzieć, ale z pewnością nie to, że jest minimalistą. Och, jak on uwielbia upychać wątki i smaczki w strumieniach akcji toczących się wielotorowo, tak że z trudem się za nimi nadąża. Jak on kocha kołować czytelnika, wprowadzać go w stan pozornej wiedzy, pozornego rozumienia. W tej części było to wyjątkowo widoczne, bo mam wrażenie że w „Heretykach Diuny” skupił się głównie na wątkach politycznych. Nie zabrakło oczywiście przygody ani filozofii (scena rozmowy Dostojnej Matrony i Milesa Tega dała mi powód do rozmyślania na kilka tygodni, jeśli nie miesięcy), ale to politycznych gierek jest tu najwięcej. Komu można zaufać i na ile? Jak długo zdołamy utrzymać wroga w tym szachu? Ile możemy zdradzić, ile ktoś zdradza nam – finta w fincie, z tym, że słowna. Efemeryczna, trudna do uchwycenia gra zależności, oparta na domysłach, inteligencji i zręczności języka. Było w tym coś uwodzącego, muszę przyznać, oraz coś odstręczającego.
Podobało mi się też to, że w tej części było więcej bohaterów, którzy nie byli tłem. W „Bogu Imperatorze” brakowało mi tego, bo cała opowieść, siłą rzeczy, skoncentrowała się na Leto II. Tutaj dostajemy kilka nowych, ciekawych postaci, kilka punktów widzenia. Wiadomo, że nikt już nie dorówna Paulowi (tak, wciąż tęsknię) ale jednak ciekawie się o nich czytało. Doceniam zależności, którymi połączył ich Herbert, nikt nie znalazł się na kartach tej powieści przypadkowo. Mam nadzieję, że będę mogła z nimi wciąż obcować w „Kapitularzu Diuną” czyli kolejnej i ostatniej już części Kronik Diuny. Nie wiem czy wytrzymam kolejne bolesne rozstanie, nagły przeskok czasowy, które tak upodobał sobie Herbert. Niemniej, nie mogę się doczekać tej lektury.

Chyba dojrzałam do tego, by przyznać, że ja z Herbertem jestem w love-hate relationship. Z jednej strony: wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem jego kunsztu, talentu pisarskiego, języka, umiejętności kreowania tak żywych bohaterów, tak rozległych światów, tak skomplikowanych systemów które jednocześnie trzymają się kupy. A z drugiej: jestem tak bardzo wkurzona. Tak bardzo,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Czwarta część Kronik Diuny to jednocześnie kontynuacja i kompletnie nowa opowieść. Ten skok czasowy, choć zrozumiały i interesujący, wymagał pozamykania wątków i historii bohaterów, do których tak bardzo się przywiązałam podczas czytania poprzednich części. Nie dostałam tego, więc jestem odrobinę wkurzona. Leto II i ostatnie lata jego panowania próbowały mi to zrekompensować i prawie, prawie się udało. Wciąż jestem zafascynowana Diuną, wciąż mam chęć sięgnąć po kolejną część, jednak już bez takiego zapału. Brakuje mi Paula. Tęsknię za Stilgarem. Boli mnie brak wiedzy o dalszych losach Jessici i Gurneya. Polubiłam się z Leto II i jego też utraciłam... Doceniam idee, kocham głębię myśli Herberta, wciąż ubóstwiam język, jakim się posługuje. Przytłacza mnie wielkość tej historii i po prostu, po ludzku tęsknię za bohaterami, z którymi przemierzałam piaski Diuny na samym początku.

Czwarta część Kronik Diuny to jednocześnie kontynuacja i kompletnie nowa opowieść. Ten skok czasowy, choć zrozumiały i interesujący, wymagał pozamykania wątków i historii bohaterów, do których tak bardzo się przywiązałam podczas czytania poprzednich części. Nie dostałam tego, więc jestem odrobinę wkurzona. Leto II i ostatnie lata jego panowania próbowały mi to...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„Dzieci Diuny” to trzecia część opowieści o Arrakis, traktująca o losach imperium po odejściu Paula Atrydy, co już samo w sobie jest sporym wyzwaniem dla wszystkich czytelników takich jak ja, którzy pokochali tę serię głównie przez charyzmatycznego głównego bohatera. Z satysfakcją jednak przyznaję, że nie czytało mi się jej gorzej, choć tęskniłam za „paniczem Atrydą”. „Dzieci Diuny” to bez wątpienia jak dotąd najbardziej zawiła część, w której każdy z bohaterów ma ukryte motywy, a do tego dołączają kolejne postacie, oczywiście ze swoimi własnymi celami i spiskami. Świat przedstawiony w „Diunie” od początku był dość bogaty, także w bohaterów, jednak widzę że apetyt Herberta na tę opowieść rósł w miarę pisania.
Jest więc znowu zaskakująco, co w przypadku „Diuny” akurat nie zaskakuje (o ironio), bo nie ma w niej zbyt dużo powtarzalnych rozwiązań i schematów fabularnych. Zagłębiamy się coraz bardziej w ten świat, który zmienia się na naszych oczach, więc nic dziwnego, że czasami jako czytelnik czułam się zagubiona i nie mogłam nadążyć. Herbert przyzwyczaił mnie już do tego, że nie wszystko rozumiem i nie wszystko muszę od razu pojąć, chociaż nieco brakowało mi natychmiastowego tłumaczenia np. zachowań poszczególnych bohaterów. Później oczywiście były one wyjaśnione, ale wtedy już nie byłam w nie tak zaangażowana, uważam więc że na tym trochę opowieść traci. Tak samo jak na tym, że autor zdecydowanie stracił serce do niektórych postaci i stały mu się zbędne, obchodził się z nimi po macoszemu. Mam wrażenie, że tak było np. z postacią Alii, której nawet nie poznaliśmy dobrze zanim... stało się to co się stało. Nie mogłam przeżyć należycie tego, co utraciła, bo nie poznałam jej jako bohaterki. Rzucono mi w twarz ekspozycją, powiedziano, że powinniśmy jej współczuć, ale nie czułam tego, bo w książce tego nie było. Żałuję, bo Alia to jedna z ciekawszych bohaterek, której potencjał, według mnie, został zaprzepaszczony. Jej relacja z Duncanem również nie dostała od autora dość czasu, by cokolwiek zrobić z czytelnikiem, by jakoś go w to zaangażować, przez co późniejsze wydarzenia straciły na wartości. Rozumiem, że przy takim natłoku wątków i bohaterów mogło coś autorowi umknąć, nie na wszystkim mógł się skupić tak, jakby oczekiwał tego czytelnik. Niemniej, zauważam to i nieco mi to przeszkadza. Jest to jednak potknięcie, które akceptuję, tym bardziej, że historia ta nabiera niesłychanego rozpędu.
Herbert ponownie wrzuca czytelnika w wir wydarzeń, które pędzą wieloma torami. Skupiając się na jedynym, umykają nam niuanse pozostałych, ale ma to swój specyficzny urok realizmu. Żaden z nowych bohaterów jednak nie przekonał mnie do siebie tak jak Paul. Ganima jest według mnie zbyt uległa wobec brata, a sam Leto II miał potencjał, ale przestałam rozumieć jego wybory gdzieś w połowie książki. Tego, co się dzieje w jego umyśle nie sposób zrozumieć, to jakaś gonitwa myśli w języku, który nie istnieje. Z nim miałam najgorszy problem, jeśli chodzi o pojmowanie tego świata. W niektórych momentach miałam wrażenie, że on sam siebie nie pojmuje, a to, że inni bohaterowie również nie mieli pojęcia o czym on peroruje, nieco podnosiło mnie na duchu. Polubiłam Farad'na, co jest dla mnie nieco zaskakujące. Mam także nadzieję, że Jessika jeszcze pokaże na co ją stać i wyjdzie z cienia, w który usunęła się po przejęciu władzy przez swojego syna. Irulana w „Dzieciach Diuny” znika – ledwo pamiętam, że też brała w tym wszystkim udział. Stilgar stracił nieco swojej zadziorności i ubyło mu znaczenia, Gurney stał się marionetką a Duncan – mam wrażenie ten człowiek walczy o Atrydów bardziej, niż wszyscy Atrydzi razem wzięci.
Jestem ciekawa, jak to rozwinie się w kolejnych częściach, czy Arrakis przetrwa, czy wróci do starych zwyczajów, czy pogrąży się w przemianach, czy plan Leto II dojedzie do skutku, jak dalej potoczą się losy rodu Atrydów. W kilku momentach ta seria złamała mi serce, w kilku – napełniła nadzieją. Pożegnałam Paula, chociaż podejrzewam, że jego duch nie opuści nas aż do ostatniej strony ostatniej części – przynajmniej taką mam nadzieję. Wciąż kibicuję jego potomkom, chociaż ich nie rozumiem – co samo w sobie jest dość zastanawiające. Coraz mniej czuję się przytłoczona innością tego świata i coraz bardziej mnie ten świat przeraża. Mam wrażenie, że im lepiej go poznaję, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Herbert wymyślił dla ludzkości bardzo pesymistyczną przyszłość. Pesymistyczną, ale też fascynującą. Wciąż także uwielbiam jego styl pisania, piękno języka, niuanse, którymi potrafi operować w tak ujmujący sposób. Kocham to, jak bardzo ufa inteligencji swoich czytelników, jak subtelnie przedstawia niektóre wątki, które nie umykają wprawnemu oku, lecz są tylko lekkimi, ledwo widocznymi szkicami odbitymi na ogromnym, jaskrawym obrazie głównej osi tej opowieści. Wciąż czytam zachłannie, nie mogąc doczekać się rozwiązania niektórych wątków, i dlatego też uświadomiłam sobie, że „Diuna” to jedna z tych serii, która przeczytana za drugim, trzecim czy czwartym razem może smakować równie dobrze, co za pierwszym. Po pierwsze dlatego, że nie pędzimy na złamanie karku przez ten świat, by dowiedzieć się, jakie będą dalsze losy naszych ukochanych bohaterów, lecz mamy czas spokojnie spacerować, rozglądając się uważnie. Po drugie dlatego, że wiele już z tego świata rozumiemy, są dla nas jasne motywy, którymi kierują się bohaterowie, znamy mniej więcej zasady, które rządzą tą rzeczywistością, możemy więc pokusić się o próbę zrozumienia kolejnych problemów natury filozoficznej, politycznej, religijnej, psychologicznej, ekonomicznej czy ekologicznej, którymi naszpikowana jest ta lektura. A po trzecie – czyż nie lubimy wracać tam, gdzie czuliśmy się dobrze? Jako czytelnik, na Arrakis czuję się świetnie – zafascynowana wielowymiarowością tej historii, zahipnotyzowana tym surowym pięknem, zakochana w skomplikowanych bohaterach. Cieszę się, że przede mną jeszcze trzy tomy – żałuję, że ta opowieść kiedyś dobiegnie końca.

„Dzieci Diuny” to trzecia część opowieści o Arrakis, traktująca o losach imperium po odejściu Paula Atrydy, co już samo w sobie jest sporym wyzwaniem dla wszystkich czytelników takich jak ja, którzy pokochali tę serię głównie przez charyzmatycznego głównego bohatera. Z satysfakcją jednak przyznaję, że nie czytało mi się jej gorzej, choć tęskniłam za „paniczem Atrydą”....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Pięć lat temu dałam mojej siostrze na urodziny pierwszą część „Diuny”. Obie kochamy czytać (to ona zaszczepiła we mnie miłość do książek) i nasze gusta w większości się pokrywają, ale w jednym się różnimy – ona naprawdę lubi SF. Ja – niekoniecznie. Owszem, mam za sobą jakieś krótkie przygody z tym gatunkiem, ale nie do końca do mnie trafia. Dla niej jednak „Diuna” była strzałem w dziesiątkę, zachwycała się nią i bez przerwy namawiała mnie, bym po nią sięgnęła. Czułam jednak, że to nie dla mnie – pustynia, statki kosmiczne, ogromne czerwie... Końcówka tego roku była dla mnie jednak dość trudna, szukałam czegoś epickiego i porywającego, jakiegoś świata, do którego mogłabym uciec, bohatera, w którym mogłabym się zakochać, inspiracji, z której mogłabym czerpać – i wtedy przypomniałam sobie o „Diunie”. Poprosiłam siostrę, by pożyczyła mi książki, i czekając na nie obejrzałam film... No i stało się. Zakochałam się, klamka zapadła, kości zostały rzucone. Zakochałam się w Paulu Atrydzie, zapragnęłam eksplorować ten świat, w mojej głowie rodziły się pomysły na obrazy, jakie mogłabym namalować, nawiązujące do „Diuny” i w tym fanowskim amoku przystąpiłam do lektury pierwszej części.
Cieszę się, że zaczęłam od filmu, bo pomogło mi to wgryźć się w tę opowieść, która według mnie ma dość wysoki próg wejścia. Jest to prawdopodobnie spowodowane tym, że ja z science fiction naprawdę niewiele jak dotąd miałam wspólnego. Tym razem jednak z miejsca polubiłam ten grymas przyszłości, jakim uraczył nas Herbert. Nie przeszkadzał mi natłok nowych pojęć i technik nie z naszego świata, szybko przyzwyczaiłam się, że wielu rzeczy nie wiem i pozwalałam się tym pojęciom rozjaśniać stopniowo, wraz z zagłębianiem się w tę historię. Widoczne jest już na pierwszy rzut oka, że ta część to wstęp, genialny prolog dla opowieści, która rozwija się powoli, lecz ciekawie. Przede wszystkim – jest epicko. Wielkie starcia, wielkie stworzenia, wielkie przestrzenie, wielkie spiski – wszystko tu jest wielkie i potężne. Naznaczone przeznaczeniem, które ukazuje nam się skrawek po skrawku, niespiesznie, zaostrzając czytelniczy apetyt. Herbert wie, jak stopniować napięcie, och, jest w tym mistrzem. Wie, jak nadać pozornie małym wydarzeniom ogromne znaczenie tak, by czytelnik miał świadomość, że obcuje z geniuszem. Czytając, czułam się przyspawana do tej opowieści, moja świadomość została przez nią pożarta, zniknęła w otchłani piasków Arrakis. Poddałam się tej planecie, pozwalając, by zawładnęła wszystkimi moimi zmysłami.
Pokochałam tych bohaterów, zżyłam się z nimi, czułam, że są prawdziwi. Widziałam ich oczami oślepionymi białym słońcem, słuchałam dźwięków zbliżających się czerwi, wdychałam suche powietrze nasycone pyłem, wyczuwałam dotykiem szorstkość tego świata. Mamy tu klasyczną walkę rodów, i choć trochę drażni mnie to biało-czarne widzenie świata (Atrydzi są prawi, szlachetni, sprawiedliwi, przystojni, dobrze zbudowani, słowem – to ci dobrzy, a Harkonnenowie podli, miałcy, brzydcy, ułomni, spasieni, kłamliwi i okrutni, słowem – to ci źli) to biorę poprawkę na to, że „Diuna” została wydana w 1965 roku. Frank Herbert nie musiał przełamywać schematów – on je tworzył. Poza tym, wiele da się wybaczyć człowiekowi, który pisał tak pięknie.
Czytałam egzemplarz należący do siostry, która lubi podkreślać sobie co lepsze cytaty, wyłapywać aluzje, zostawiać krótkie notatki na brzegach stron – dzięki niej więc niektóre fragmenty same wskakiwały mi w oczy i wywoływały zachwyt. Jednak jedno zdanie szczególnie zapadło mi w pamięć, zdanie to dotyczy, o ironio, olbrzymiego czerwia, stworzenia, które naprawdę trudno nazwać pięknym. Brzmi ono „Leżał tam chwilę, a jego kryształowe zęby przędły księżycowy blask”. AAAAAAAAA! Jak można tak pisać?! JAK? Przecież to jest majstersztyk wśród zdań, to klejnot, diament, to arcycudowny przykład kunsztu językowego! Teraz już się tak nie pisze, mało który autor przywiązuję taką wagę do piękna języka, do tego, by wcisnąć między wersy miniaturowe skarby, w których wydobyciu pomoże czytelnikowi zdolny i utalentowany tłumacz. „Diuna” jest pełna takich perełek, to także kopalnia cytatów, nad którymi można myśleć godzinami, które wracają do mnie w przypadkowych momentach życia i skłaniają do pochylenia się nad nimi. Wyłączam się teraz czasami z rzeczywistości, by zastanowić się nad tym, co napisał Herbert sześćdziesiąt lat temu na temat religii, polityki lub miłości. Czyż nie jest to wspaniałe?
Jestem człowiekiem – fanem. Gdy coś polubię, zatracam się w tym bezgranicznie. Oglądam filmy, śledzę kariery aktorów, którzy w nich grają, po kilkanaście razy czytam książki, maluję obrazy nawiązujące do tych światów, wyszywam torby w motywy z nich, kolekcjonuję gadżety, ustawiam na półkach szeregi funko popów, czasami nawet robię sobie odpowiednie tatuaże. Jestem millenialskim geekiem wychowanym na Tolkienie i Rowling, który pokochał wiele światów, wiele historii, wiele opowieści, spędzając w nich odpowiednio dużo czasu. Jako fanka jestem zachłanna, jak kocham, to po całości. Teraz pokochałam „Diunę”, choć nie żałuję, ze dopiero teraz po nią sięgnęłam. Widocznie teraz jest dla niej odpowiedni czas, teraz mogę ją należycie docenić, poza tym naprawdę cieszę się, że znowu mam świat, do którego mogę uciec, gdy przytłoczy mnie prawdziwe życie. Wciąż czeka na mnie kontynuacja tej serii, druga część, czyli „Mesjasz Diuny” leży cierpliwie na moim stoliku nocnym. Mimo że najchętniej przeczytałabym ją w całości już dzisiejszej nocy, nie mogę sobie tego zrobić – muszę dawkować tę przyjemność, bo największą bolączką czytelników jest fakt, że ulubionych powieści nie da się przeczytać drugi raz po raz pierwszy. Po „Mesjasza Diuny” sięgnę więc ostrożnie, starając się należycie przeżyć i docenić każdy rozdział. Bo jestem pewna, że będzie co doceniać.

Pięć lat temu dałam mojej siostrze na urodziny pierwszą część „Diuny”. Obie kochamy czytać (to ona zaszczepiła we mnie miłość do książek) i nasze gusta w większości się pokrywają, ale w jednym się różnimy – ona naprawdę lubi SF. Ja – niekoniecznie. Owszem, mam za sobą jakieś krótkie przygody z tym gatunkiem, ale nie do końca do mnie trafia. Dla niej jednak „Diuna” była...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

To piękne wydanie „Anny Kareniny” dostałam – przyznaję się bez bicia – rok temu, pod choinkę. Swoje więc przeleżała, czekając aż po nią sięgnę, lecz nie oszukujmy się, nawet do sprzątania potrzebna jest wena, a co dopiero do czytania takich powieści, które przerażają nie tylko objętością (765 stron w dużym formacie!) ale też swoją majestatycznością. Lew Tołstoj, jedno z najznamienitszych dzieł literatury w ogóle, nie mówiąc o samej rosyjskiej – to owszem, zachęca, ale też nieco onieśmiela. Nie mogłabym jednak z czystym sumieniem zasiąść w tym roku do wigilijnego stołu ze świadomością, że nie przyjęłam należycie zeszłorocznego prezentu. Wzięłam się więc za to tomisko z początkiem grudnia, mając nadzieję, że uporam się z nim do wigilii, lub chociaż do końca roku. A tu proszę, tak mnie „Anna Karenina” wciągnęła, że sama nie wiem kiedy stopniały te kartki, przewracane z taką niecierpliwością.
„Anna Karenina” to bez wątpienia epickie, wyjątkowe i cudowne dzieło jednego z wielu utalentowanych rosyjskich pisarzy, którzy mają wiele wspólnych cech. Swoista nostalgia i smutek wyzierają z ich dzieł, w których aż roi się od dopracowanych portretów psychologicznych bohaterów. Tego nie zabrakło również w „Annie Kareninie” - każdy bohater dostał wyjątkowy, dokładny i spójny portret psychologiczny, na którego podstawie czytelnik jest w stanie wyrobić sobie własne zdanie na jego temat. Nie zawsze bohater jest do końca określony, co to, to nie. Tołstoj szanuje swojego czytelnika, nie tłumaczy mu łopatologicznie, czy ma takiego czy owego bohatera lubić czy wręcz przeciwnie – czy ma być mu on wstrętny. To już zależy od naszego własnego zrozumienia i upodobań, autor zostawia nam wolną rękę. I to jak! Od pierwszych stron zaczął rozbudzać we mnie sympatie i antypatie, wciągać w poznawanie ludzi, którzy pojawiali się na kartach tej powieści, i ani przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, że oni mogą nie być prawdziwi. Wręcz przeciwnie – szczerze ich lubiłam lub nie cierpiałam, zżymałam się na ich postępki lub trzymała kciuki za powodzenie ich zamiarów. I tak właśnie przechodzimy do najważniejszego – ja naprawdę nie polubiłam Anny Kareniny. Zaznaczmy to jasno: POKOCHAŁAM „Annę Kareninę” i znienawidziłam Annę Kareninę. Dawno już żadna bohaterka tak bardzo nie działała mi na nerwy. Rozumiałam, skąd bierze się jej postępowanie, ale nie pochwalałam tego, i im dłużej czytałam o tym, co dzieje się w jej głowie, tym większe miałam wrażenie, że może i brakuje jej uwagi męża, zajęcia, poczucia, że jest potrzebna i miłości – lecz przede wszystkim brakuje jej rozumu. Mam wrażenie, że całe swoje jestestwo opierała na swoim niezaprzeczalnym pięknie, a swój wstręt do męża na tym, że nie jest bosko przystojny lecz ma chude nogi i odstające uszy. Litości. W ogóle cały ten romans, główna oś wydarzeń, przyprawiał mnie o żałość. Natomiast to, na co większość czytelników, skuszonych ekranizacją, narzekała – czyli fakt, że duża część powieści skupia się na postaci Lewina... No, to już całkiem inna para kaloszy.
Konstanty Dmitricz Lewin, rosyjski arystokrata, niechętny jednak arystokratycznemu stylowi życia, zajęty pilnowaniem wiejskiego majątku, nie bojący się pracy fizycznej, pełen sprzeczności i ich świadomy, zajmujący myśli problemami natury filozoficznej, ale też tymi przyziemnymi, mającymi na celu polepszenie bytu i jemu i chłopom, z którymi ma duży kontakt. Cóż to za mężczyzna! Ponoć jest to alter ego samego autora, co wiele by tłumaczyło – głównie to, dlaczego naprawdę lwia cześć powieści to rozmyślania samego Lewina. Dzięki temu jesteśmy w stanie świetnie poznać tego bohatera, a jeśli chodzi o mnie, przy okazji się w nim szczerze zakochać. Naprawdę, choćby dla niego samego warto było przeczytać tę powieść, tylko dla tej postaci, tak wyjątkowej, bo wiecznie poszukującej, wiecznie wątpiącej, zastanawiającej się nad sensem życia. Cudowne było w nim to, że nie miał sprecyzowanych poglądów i godził się na to, że nie we wszystko musi się angażować, nie we wszystkich dyskusjach brać udział, nawet jeśli zależała od tego jego pozycja społeczna. Ta szczerość i duma, która z niej wynikała, przy jednoczesnej inteligencji i mądrości (ważne bowiem jest, by te uniki nie wynikały z ignorancji, lecz ze świadomej rezygnacji) sprawiły, że Konstanty Dmitrij Lewin jest według mnie, najlepiej przemyślaną i rozpisaną postacią w literaturze w ogóle, przynajmniej z tych wszystkich książek, które miałam okazję przeczytać.
W ogóle jeśli chodzi o opisy, to przed Tołstojem chylę czoła. To, jak potrafił przedstawić ten świat, jak plastycznie go opisywał, i nie mam tutaj na myśli tylko opisów przyrody, lecz także relacji międzyludzkich (proces rozkwitania miłości między dwójką młodych – majstersztyk!), nastrojów społecznych, a nawet zachowań zwierząt – cudo po prostu. Nad czymkolwiek by się nie pochylił, tworzył z tego wiwisekcję psychiki ludzkiej, jej zawiłości, to, jak z pozoru nieznaczące nic słówko zasłyszane przypadkiem może odmienić całe życie pojedynczego człowieka. Jak w głębi duszy przeżywamy wszystko to, co nas spotyka, zwielokrotniając niepomiernie tego znaczenie, a później przekonujemy się, że to przecież śmieszne... Jednak śmieszność wpisana jest w naszą megalomańską naturę, prawda? Jak Tołstoj dobrze znał ludzi - nie mogę wyjść z podziwu.
Jestem szczerze zachwycona tą powieścią, czytało mi się ją znakomicie. W zeszłym roku, obfitującym w dobre lektury, najlepszą przeczytaną przeze mnie książką byli bez wątpienia „Nędznicy”. W tym roku, mimo że prawie wszystkie książki, które poznałam, oceniam bardzo wysoko, najlepszą zostanie jednak „Anna Karenina”. To dobitnie pokazuje, że klasyki nie bez powodu są nazywane klasykami. I nie bez powodu mówi się, że klasyki każdy powinien znać. Wiem, że wielu czytelników się z tym nie zgadza. Ale „Anna Karenina”, oprócz tego, że przyjemnie spędziłam przy niej czas, pokazała mi świat rosyjskiej arystokracji lat 60 XIX stulecia ze wszystkimi jego przywarami, zawiłościami, dobrymi i złymi cechami, problemami i przyjemnościami. Przez te dwa tygodnie przeniosłam się z obecnych czasów tam, gdzie żyła Anna Karenina, Wroński, Lewin, Dolly i Kitty. Podróżowałam z nimi, mieszkałam, płakałam i radowałam się. Spacerowałam po ulicach Moskwy i obcowałam ze śmietanką towarzyską Petersburga. Nie polubiłam się z polowaniami i wyścigami konnymi, za to przyjemnie spędzałam czas na wsi i miejskich lodowiskach. Poznałam ich zwyczaje, politykę, historię. Ta powieść to ogromny ładunek wiedzy, którą możemy przyswoić w sposób wyjątkowo przyjemny – korzystajcie z tego. Czytajcie klasyki, przeczytajcie „Annę Kareninę”, bo to jest cudowna opowieść o ludziach. Dzieje się w innym świecie, w innym czasie, w innym miejscu – a jednak opowiada o nas, o naszych słabościach i namiętnościach. O naszych błędach i wygranych, o tym wszystkim, czym jest życie ludzkie, i to jak pięknie! Czytając tę powieść, wciąż miałam pewność, że obcuję z czymś wielkim – z wielkim talentem, bez wątpienia – ale też z czymś jeszcze. Czymś nienazwanym, pięknym i surowym, może z prawdą? Nie wiem, ale pozostanie to ze mną na długo. I cieszę się, że mam swój własny egzemplarz „Anny Kareniny” - bo z pewnością nie raz jeszcze do niej wrócę.

To piękne wydanie „Anny Kareniny” dostałam – przyznaję się bez bicia – rok temu, pod choinkę. Swoje więc przeleżała, czekając aż po nią sięgnę, lecz nie oszukujmy się, nawet do sprzątania potrzebna jest wena, a co dopiero do czytania takich powieści, które przerażają nie tylko objętością (765 stron w dużym formacie!) ale też swoją majestatycznością. Lew Tołstoj, jedno z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Richard P. Feynman faktycznie był bardzo ciekawym człowiekiem – i zdecydowanie zdawał sobie z tego sprawę. Jego autobiografia jest czarująca – jak jego osoba, która wyłania się z kart tej książki – ale też bardzo przejaskrawiona, opisująca życie sławnego fizyka z jego własnej perspektywy, przez co obraz tego życiorysu jest zakrzywiony i nieco wyostrzony, a barwy – podkręcone. Trudno winić za to autora tej autobiografii – miał pełne prawo przedstawić swoje życie tak, jak je widział. Jednak, chociaż czytanie tej książki sprawiło mi wiele frajdy, musiałam niekiedy przymrużyć oko, wiedząc, że prawda przedstawiała się trochę inaczej. Mam tu na myśli głównie rozdział poświęcony jego pracy w Los Alamos przy konstruowaniu pierwszej bomby atomowej, ponieważ tę sprawę znałam akurat bardzo dobrze dzięki biografii Oppenheimera, którą czytałam niedawno. Mając świadomość, że mocno przejaskrawił ten fragment, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Feynman w ogóle lubił przedstawiać się w lepszym świetle, niż miało to miejsce w rzeczywistości. Mimo tego, był to człowiek nad wyraz inteligentny, utalentowany i obdarzony niezwykłym poczuciem humoru – niech więc mu będzie! Z łatwością przyszło mi machnięcie ręką na te objawy ogromnego ego, bo na tego człowieka faktycznie nie można się gniewać.
Richard P. Feynman od dziecka przejawiał zainteresowaniem światem nauki, głównie fizyki, ale nie gardził też innymi dziedzinami, choć do końca życia przejawiał nieskrywaną pogardę dla nauk humanistycznych, których po prostu nie potrafił zrozumieć. Kochał za to muzykę i zajmował się sztukami wizualnymi, więc nie ograniczał się tylko do nauk ścisłych. Był dość wszechstronnie uzdolniony, choć najwięcej satysfakcji dawała mu fizyka – i to w tej autobiografii jest bardzo widoczne. Na pierwszym planie jest fizyka, na drugim – poczucie humoru. Feynman lubił żartować, robić kawały, zgrywać się – z tego słynie do dziś. I faktycznie pogody ducha nie można mu odmówić. Czytając jego życiorys, kilkukrotnie roześmiałam się w głos, a nie zdarza mi się to zbyt często. Bardzo polubiłam tego kolorowego ptaka fizyki teoretycznej, choć chwilami działał mi na nerwy swoimi błędnymi tezami dotyczącymi problemów społecznych czy tym, jak przedmiotowo traktował kobiety.
Pisząc o tej autobiografii nie mogę odnieść się także do innego fizyka teoretycznego, którego biografię niedawno czytałam – Oppenheimera. Żyli w tym samym czasie, nawet pracowali wspólnie przy jednym projekcie, zajmowali się tą samą dziedziną nauki – a tak bardzo się od siebie różnili. Głównie tym, że Feynman przyjmował w życiu zasadę, że nie jest odpowiedzialny za świat, w którym żyje – wiódł więc przyjemne, radosne życie bez zbędnych problemów natury moralnej. Oppenheimer zaś czuł się za ten świat odpowiedzialny, chciał pomagać ludziom, zmieniać system, który według niego ich krzywdził, interesował się polityką i angażował w sprawy społeczne. Wybrał więc o wiele trudniejszą drogę, pełną poświęcenia i wyrzeczeń. I nie nam oceniać, który z nich wybrał lepiej. Choć nie mogę nie zauważyć, że Richard P. Feynman pozostał genialnym fizykiem z ogromnym poczuciem humoru, a Oppenheimer – zmienił świat.
Mimo tego, bardzo dobrze oceniam „Pan raczy żartować, panie Feynman!” za lekkość narracji i świetną treść. A także za to, że jej autor znowu przypomniał mi, jak ważna jest w naszym życiu ciekawość, dociekliwość, a także że warto od czasu do czasu być trochę bezczelnym. Nie bać się ryzyka, iść po swoje, i wciąć wątpić, wątpić, wątpić. Szukać prawdy, szukać rozwiązań, nie hamować w sobie tej dziecinnej potrzeby zadawania pytań. Nie tłumić rozpychających się, coraz to nowych, zainteresowań. Pochylać się nad nimi, dać im pożywkę, garść informacji, doświadczeń i zaufania. Nie bać się pytać o rzeczy z pozoru oczywiste – nie wystarczy przecież przeczytać książkę. Wypadałoby ją ZROZUMIEĆ.

Richard P. Feynman faktycznie był bardzo ciekawym człowiekiem – i zdecydowanie zdawał sobie z tego sprawę. Jego autobiografia jest czarująca – jak jego osoba, która wyłania się z kart tej książki – ale też bardzo przejaskrawiona, opisująca życie sławnego fizyka z jego własnej perspektywy, przez co obraz tego życiorysu jest zakrzywiony i nieco wyostrzony, a barwy –...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to