-
Artykuły
Umrę, jeśli tego nie polubisz - weź udział w konkursie i wygraj wspomnienia influencerki
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Dlaczego poziom czytelnictwa w Polsce nie rośnie? Raport Biblioteki Narodowej
Iza Sadowska27 -
Artykuły
Wakacje pełne magii - weź udział w akcji recenzenckiej i przenieś się do magicznego świata
LubimyCzytać2
Biblioteczka
2025-12-30
2023-01-19
2021-02-16
Recenzja na blogu: https://gwiezdnadziewczyna.blogspot.com/2022/09/lina-sara-antczak.html
Góry nie są i być może nigdy nie zostaną moją pasją. Inaczej sprawa ma się z opowieściami o górach – prawdziwymi i fikcyjnymi. Od zawsze za fascynujące uważałam historie alpinistów, himalaistów i ogółem osób poświęcających swoje życie (niekoniecznie dosłownie) miłości do gór. Z duszą na ramieniu oglądałam dokumenty o tych, którym góry zabrały szansę na zdobywanie kolejnych szczytów, jak i o tych, którzy wykorzystali cień szansy na przetrwanie. Czasem zastanawiam się, czy ludziom rzeczywiście podoba się smak niebezpieczeństwa i ryzyko, jakim zazwyczaj obarczona jest profesjonalna wędrówka i wspinaczka. Czytając „Linę”, niemal czułam ten smak na własnym języku. Gdy główni bohaterowie tej powieści byli wysoko, ich codzienne życie, pozostawione daleko w tyle we Wrocławiu, wydawało się mało istotne. Liczyło się tylko to, co odczuwali, przebywając w górach. Wspinaczka na sam szczyt oznaczała nie tyle co próbę udowodnienia sobie czegoś, a pokonanie pewnych barier i zawalczenie o własne szczęście. Adrenalina i ekscytacja przyciągały jak magnes – to dlatego po każdym odłożeniu „Liny” myślałam o dalszym ciągu, zerkałam na spoczywającą obok książkę i starałam się jak najszybciej dokończyć inne obowiązki, by znów zanurzyć się w świecie Niny i Mikołaja. Świecie rozprzestrzeniającym się powyżej czterech tysięcy metrów nad poziomem morza.
Dwie złamane dusze. Tak postrzegałam na początku protagonistów, których autorka pozwala odbiorcy poznać bardzo dobrze. Historia jest prowadzona z perspektywy obojga młodych ludzi i rozdziały z punktu widzenia Niny i Mikołaja przeplatają się ze sobą. Powieść porwała mnie już od pierwszych stron – nie ma w niej spokojnego wprowadzenia wypełnionego różnymi opisami, od razu są akcja i napięcie. Co sądzić o Mikołaju, który wspina się na iglicę bez żadnego zabezpieczenia? Co sądzić o Ninie, która wspina się po budynku kamienicy w celu uczestniczenia w spotkaniu, na które nikt jej nie zaprosił? Od obu tych postaci biją upór i siła, ale z czasem okazuje się, iż nie brakuje im wrażliwości i zwyczajnego pragnienia, by poczuć więcej i głębiej. Za sprawą miłości lub wolności.
Motyw gór i wszystkiego, co z nimi powiązane – a w dużej mierze są to wycieńczające i świetnie opisane treningi – jest mocno uwypuklony w powieści i nie pozwala się zepchnąć na dalszy plan. Jednak znalazło się też miejsce na solidny rys psychologiczny głównych bohaterów i dokładne przedstawienie ich popękanych życiorysów. Równie ważne są budowane przez nich relacje, od wzajemnej niechęci i rywalizacji po przyjaźń i zaufanie. Muszę przyznać, że książka niejednokrotnie wywołała uśmiech na mojej twarzy, ale i sprawiła, że po policzkach płynęły mi łzy, a to jest znacznie trudniejsze wyzwanie dla pisarza – sprawić, żeby ktoś autentycznie się wzruszył. Autentyczność to zresztą słowo klucz, jeśli chodzi o „Linę”. Powieść wywiera wyjątkowe wrażenie i pozostawia w sercu ślad po dobrej lekturze.
Nie do końca przekonało mnie przerysowane zachowanie niektórych trzecioplanowych postaci, na przykład koleżanki z pracy Niny. Nie wyobrażam sobie, żeby dojrzała, dorosła osoba mogła się w tak obcesowy i chamski sposób zwracać do drugiego człowieka i skreślać go tylko dlatego, że wychowywał się w domu dziecka. Jednak trochę to usprawiedliwiam narracją pierwszoosobową i tym, że Nina poprzez własną antypatię do pracownicy pomogła w wykreowaniu dość karykaturalnej (pod względem zachowania) i toksycznej postaci. Natomiast bardzo wiarygodnym bohaterem okazał się Andrzej Rajewski, czyli słynna postać w świecie wspinaczki, a także osoba zarządzająca klubem wspinaczkowym pod nieobecność prawowitego właściciela. Rajewski zainteresował mnie na tyle, że chętnie przeczytałabym o jego wyprawach opowiadanie; może nawet o tej, w której uczestniczył również ojciec Mikołaja. Przyjaciół chłopaka polubiłam, choć był to proces, przez jaki przechodziłam wraz z Niną. I pomimo że ciągle spodziewałam się krzywych akcji z ich strony, takich mających na celu ośmieszyć dziewczynę, z czasem moje (i Niny) wrażenie o nich uległo zmianie o sto osiemdziesiąt stopni.
W „Linie” czuć wieloletnią pracę, ale przede wszystkim serce, jakie zostało włożone w powstanie książki. Na kartach tej elektryzującej powieści nie ma przypadkowego czy zbędnego zdania. A po przesłuchaniu rozmowy z Sarą Antczak, przeprowadzonej w ramach spotkania autorskiego online, potrafiłam sobie wyobrazić, że podczas treningów i wędrówek po górach rozmyślała, jak powinna rozwinąć dany wątek albo jakie słowa idealnie oddadzą nastrój któregoś z bohaterów. I jest w tym coś pięknego. W poczuciu, że wykreowane przez nią postacie chadzały tymi samymi ścieżkami i taka historia albo podobna rzeczywiście mogła się wydarzyć.
Jestem absolutnie złakniona kontynuacji „Liny”. Jest jeszcze wiele rzeczy, z którymi Mikołaj i Nina muszą się zmierzyć. W szczególności interesują mnie ich następne wyprawy, ale drugą sprawą jest to, że prywatne demony tych młodych ludzi nie zostały do końca przegnane. I bardzo bym chciała przeczytać o walce, jaką z nimi stoczą.
„Góry tylko nas przyzywają. Od nas zależy, czy odpowiemy na wezwanie”.
Recenzja na blogu: https://gwiezdnadziewczyna.blogspot.com/2022/09/lina-sara-antczak.html
Góry nie są i być może nigdy nie zostaną moją pasją. Inaczej sprawa ma się z opowieściami o górach – prawdziwymi i fikcyjnymi. Od zawsze za fascynujące uważałam historie alpinistów, himalaistów i ogółem osób poświęcających swoje życie (niekoniecznie dosłownie) miłości do gór. Z duszą...
2011-01-29
Wyobraź sobie, że twoje dawniej poukładane życie diametralnie uległo zmianie i rozsypało się jak domek z kart. Mimo dojrzałego wieku, chcesz dać sobie szansę na lepszy byt, odciąć się od wszystkiego, do czego powracałeś każdego wieczoru po pracy. Pragniesz zmiąć zapisaną w całości kartkę, wyrzucić ją i zacząć jeszcze raz, od nowa.
Dla głównego bohatera powieści „Dom na Wyrębach” nie było to takie trudne, zwłaszcza, że po rozwodzie z żoną musiał zmienić nie tylko miejsce zamieszkania, ale i stanowisko pracy. Mowa o Marku Leśniewskim, czterdziestoletnim doktorze prawa, który w kwiecie wieku rozpoczyna poszukiwanie własnego miejsca na ziemi. Z Wrocławia, miasta tętniącego życiem, przenosi się w rodzinne strony, na Lubelszczyznę i tam też kupuje odległy o pięćdziesiąt kilometrów od Lublina dom.
Posiadłość mieści się w bardzo malowniczej, otoczonej lasami wiosce – tytułowych Wyrębach. Marek postanawia stawić swój los na jedną kartę, pewien, że szczęśliwie będzie wieść życie w uroczym zakątku Polski. Wkrótce okazuje się także, że malutkie Wyręby to w dodatku wspaniały teren do prowadzenia badań ornitologicznych, czemu zakochany w fotografice mężczyzna nie ma zamiaru odpuścić. Nie spodziewa się niczego niedobrego; z początku sprawy z remontem i osiedlaniem się na wschodzie ojczystego kraju idą wyjątkowo pomyślnie, zwłaszcza, że pomocą służy mu jego przyjaciel, Hubert. Pan Leśniewski postanawia nie przejmować się zdziwaczałym i nieprzyjemnym sąsiadem, Jaszczukiem, posądzanym o zabójstwo sprzed kilkudziesięciu lat. Starszy mężczyzna co noc zasypia przy blasku świecy, zupełnie, jakby się czegoś obawiał… Z początku Markowi wydaje się to zabawne, jednak już po kilku dniach od przeprowadzki zaczynają się dziać dziwne rzeczy, które z drobnych, wydawałoby się niewinnych zjawisk, urastają do prawdziwej walki o życie. Zamiast relaksu, bohater doświadcza strachu i drży za każdym razem, gdy na nocnym niebie pojawi się księżyc w pełni, a z głębi lasu wydobędzie się odgłos puszczyka. Marek nie czeka długo – decyduje się na wyjaśnienie serii wydarzeń nie z tego świata, zatapiając się w dziejach Jaszczuka i opowieściach o nocnych zmorach. To jednak nie przynosi pomocy, a prowadzi do katastrofy.
Kim tak naprawdę jest tajemniczy sąsiad i czym jest zjawa, przemierzająca lasy Wyrębów? Te pytania potrafią spędzić sen z powiek każdemu czytelnikowi. „Dom na Wyrębach” to moja pierwsza przeczytana książka Stefana Dardy, więc nie wiedziałam, czego mogę spodziewać się po tymże autorze. Warto zaznaczyć, iż pisarz ten debiutował tą powieścią w roku 2008. Już po kilku stronach urzekł mnie jej plastyczny, dynamiczny i barwny styl, a także narracja pierwszoosobowa, dzięki czemu następuje synchronizacja z bohaterem: przeżywamy i boimy się wraz z nim. Strach, a niekiedy wręcz przerażenie, towarzyszył mi częściej niż przy czytaniu horrorów amerykańskich twórców, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, gdyż nie pokładałam wiary w horror polski. Jednak nie zawiodłam się – opisy natury, sceneria płynąca jakby z ludowych podań, spora dawka humorystycznych wstawek i ostatecznie losy rozdartego Marka Leśniewskiego idealnie łączą się w układankę, której zwieńczeniem jest nic innego, jak groza.
Darda stworzył również bardzo indywidualnych bohaterów, skupiając się przede wszystkim na tym, aby każdy był inny i wyjątkowy. Marek to cierpliwość, Hubert symbolizuje przyjacielskość, zaś Jaszczuk jest jedną wielką, chodzącą niewiadomą. Trudno oderwać się od tej powieści, a gdy do głowy wpadają najróżniejsze pomysły na rozwiązanie wszystkich zagadek, koniec okazuje się niezwykle zaskakujący. Niesamowitość to słowo, którym można opisać „Dom na Wyrębach”. Starannie splecione ze sobą elementy losów zwykłego człowieka, fantastyka i zło w otoczce przyrody, sprawiają, że na głowie jeży się włos. Zdecydowanie wciągająca i poruszająca historia o walce z nieznanym, o dramacie głównego bohatera, skłaniająca do sięgnięcia po większą dawkę dreszczowców i zapoznania wierzeń ludowych. Debiutancką powieść Stefana Dardy polecam przede wszystkim koneserom książek takich autorów jak Stephen King i Dean Koontz. Na pewno nie zmrużą po niej oka!
Wyobraź sobie, że twoje dawniej poukładane życie diametralnie uległo zmianie i rozsypało się jak domek z kart. Mimo dojrzałego wieku, chcesz dać sobie szansę na lepszy byt, odciąć się od wszystkiego, do czego powracałeś każdego wieczoru po pracy. Pragniesz zmiąć zapisaną w całości kartkę, wyrzucić ją i zacząć jeszcze raz, od nowa.
Dla głównego bohatera powieści „Dom na...
2015-04-08
„Jestem pomiędzy kraterami, które tworzą trójkąt. Nazywam to Trójkątem Watneya, bo po tym, co przeszedłem, coś na Marsie powinno nosić moje imię”.
Ludzie fascynują się kosmosem nie od dziś. Już starożytni Egipcjanie opisywali zjawiska widoczne na niebie, a Słońce i Księżyc były niezwykle istotne w ich religii. Wiedzę o tym, co dzieje się ponad Ziemią, poszerzyli także starożytni Grecy, tworząc jedne z pierwszych teorii geocentrycznych. Po ponad dwóch tysiącleciach ludzkość wie znacznie więcej, ale wciąż niewiele. Odległości kosmiczne są niewyobrażalne i jako rasa ludzka nie jesteśmy jeszcze w stanie odkryć wszystkiego.
W obliczu wiedzy o żywotności Słońca rozglądamy się za nowym miejscem, które mogłoby być skolonizowane. Pierwszym ku temu kandydatem, orbitującym gdzieś w sąsiedztwie, jest Mars. Czwarta planeta od Słońca. Czerwona Planeta. Bohaterka wielu filmów fantastycznonaukowych, dokumentów i opowiadań. Mars, zawdzięczający swą nazwę od boga wojny, teoretycznie mógłby się sprawdzić jako nowy dom ludzkości. Najlepiej tę planetę przetestował Mark Watney, główny bohater powieści „Marsjanin”, który ustalił wiele rekordów w historii podbijania kosmosu.
„Nie mając pola magnetycznego, Mars nie ma żadnej ochrony przed promieniowaniem słonecznym. Jeśli byłbym na nie wystawiony, dostałbym takiego raka, że jeszcze ten rak miałby raka”.
Mark Watney należy do sześcioosobowej załogi marsjańskiej misji Ares 3. Niestety, w wyniku wielu nieprzewidzianych zdarzeń w szóstym Solu* podboju planety, amerykański astronauta, uznany początkowo za nieżyjącego, zostaje całkowicie sam na Czerwonej Planecie i jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że zielone światełko zabłyśnie dopiero w Solu 549. Ranny Mark jest zdany tylko na siebie, ale jest opanowanym człowiekiem, który, mimo swojej tragedii, jest w stanie posługiwać się ciętym dowcipem i ironią, i ma do swojej dyspozycji Hab, dwa łaziki i panele słoneczne, a także roczny zapas pożywienia. Jednak rok to trochę za mało, bo do przybycia kolejnej misji marsjańskiej, Aresa 4, minęłyby cztery lata. Mark musi skrupulatnie opracować plan przeżycia, biorąc pod uwagę wszystko: wydajność sprzętu, dostęp do wody i powietrza, zdobycie większej ilości jedzenia. W swoim dzienniku astronauta opisuje swój każdy ruch i możliwie w prosty sposób wyjaśnia wszelkie zachodzące wewnątrz i na zewnątrz Habu procesy. Tymczasem na Ziemi panuje poruszenie, ponieważ świat przeżywa utratę Watneya, pierwszego człowieka, który zginął na Marsie. Ciało astronauty jest poszukiwane przez kamery w sondach, a gdy okazuje się, że jedno ze zdjęć przedstawia niedawną aktywność człowieka, pojawia się szansa na nawiązanie kontaktu z prawdopodobnym ocalałym. Gdy teoria staje się faktem, szef misji wydaje zakaz poinformowania reszty załogi Ares 3, powracającej już na Ziemię, o przeżyciu Watneya.
„Wniosek: Nie potrzebuję w ogóle odzyskiwacza wody. Będę pił tyle, ile będę potrzebował, i wywalał gówno i siki na zewnątrz. Tak jest, Marsie, będę na ciebie srał i szczał. To dostajesz za usiłowanie zabicia mnie przez cały ten czas”.
Książka „Marsjanin” jest niesamowicie dobrze opisaną historią, która trzyma się prawdziwych zasad fizyki i, choć szczęście Marka może się wydawać nieco przesadzone, takie wydarzenia mogłyby mieć miejsce w rzeczywistości, gdzieś w niedalekiej przyszłości. W większości fabuły autor, Andy Weir, wciela się w astronautę, opisując wszystko narracją pierwszoosobową, ale pojawiają się też fragmenty odnośnie do tego, co dzieje się na Ziemi i jak przygotowywana jest misja ratunkowa. W powieści rozpatrzonych jest wiele technicznych aspektów, ale nie utrudnia to czytania, ponieważ słownictwo naukowe, jeśli takowe się pojawia, jest rzeczowo wyjaśniane, czasem w dialogu między bohaterami książki. Losy Marka mają się różnie, bo raz towarzyszy mu pomyślność (np. podczas wytwarzania tlenu), a innym razem jest skazany na porażkę, lecz dzielnie walczy o swoje życie. Nie chce zginąć i podkreśla to wielokrotnie, a na duchu podtrzymuje go tęsknota za Ziemią oraz ironiczne poczucie humoru, jakie ukazuje w swoich wpisach.
„[12.04] JPL: (...) Proszę, uważaj na swój język. Wszystko, co napiszesz, nadajemy na żywo na cały świat.
[12.15] WATNEY: Patrzcie! Cycki! ==>> (.Y.).”
Okazuje się, że Mars jest nieprzyjazną, niesprzyjającą człowiekowi planetą. Nieokrzesane burze piaskowe, trudne do przebycia tereny i silne promieniowanie znacznie utrudnią ludziom kolonizację, jeśli do takiej kiedyś dojdzie. Nadzieja w technice, że naukowcom uda się stworzyć przyrządy, dzięki którym podbijanie kosmosu nie będzie widziane przez pryzmat ogromu zagrożeń. Powieść "Marsjanin" polecam każdemu. Jest długa, jest w niej sporo zamieszania, ale można się wczuć w postać Marka, przez co czytelnik odnosi wrażenie, jakby sam znajdował się na Czerwonej Planecie i musiał walczyć o przetrwanie. Jest to także kopalnia dobrego żartu, wielokrotnie podczas czytania nie potrafiłam powstrzymać się od śmiechu. Debiutancka książka Andy'ego Weira zrobiła taką furorę, że otrzyma swoją ekranizację. Gazeta The Wall Street Journal nazwała „Marsjanina” najczystszym science-fiction od lat. Czy się zgadzam? Co prawda tak dalekie podróże kosmiczne są jeszcze nieosiągalne, ale nie jest to też typowe science-fiction. Bardziej opowieść o wydarzeniach, które mają szanse zaistnieć naprawdę.
*Sol to dobra marsjańska.
„Jestem pomiędzy kraterami, które tworzą trójkąt. Nazywam to Trójkątem Watneya, bo po tym, co przeszedłem, coś na Marsie powinno nosić moje imię”.
Ludzie fascynują się kosmosem nie od dziś. Już starożytni Egipcjanie opisywali zjawiska widoczne na niebie, a Słońce i Księżyc były niezwykle istotne w ich religii. Wiedzę o tym, co dzieje się ponad Ziemią, poszerzyli także...
2020-12-06
Pewnie nie będzie przesadą powiedzenie, że na Cyberpunk 2077 czekają miliony graczy na całym świecie. Premiera gry była już kilkukrotnie przekładana, a ostateczna data ukazania się produkcji została wyznaczona na 10 grudnia tego roku. Dzielą nas zatem zaledwie cztery dni od zapoznania się z największym przedsięwzięciem polskiego studia CD Projekt Red.
Książką zainteresowałam się z kilku powodów. Po pierwsze, ponieważ jest to książka, a w dodatku książka o grze, na którą czekam wytrwale od ładnych trzech lat. Po drugie, myśląc o Night City, czyli metropolii, gdzie osadzona jest fabuła Cyberpunk 2077, myślałam gigantycznymi drapaczami chmur, wszechobecnymi neonami i odjechanymi broniami oraz futurystycznymi pojazdami, ale nie do końca potrafiłam wyobrazić sobie warstwy społeczne czy to, dokąd będą sięgać korzenie tego miasta. Wiedziałam, że wydawnictwo Marcina Batyldy odpowie mi na pytania, które powstały jeszcze przed zagłębieniem się w świat w czasie rozgrywki. Po trzecie, przyciągnęła mnie perspektywa obejrzenia wysokiej jakości concept artów i zdecydowanie się nie zawiodłam. Jest mnóstwo oglądania, ale i dużo czytania. Nie poradziłam sobie z przeczytaniem omawianej książki w jeden wieczór i w zasadzie było mi to na rękę, gdyż z pewną dozą delektowania się przyswajałam informacje w poszczególnych rozdziałach.
Zacznę od kwestii wizualnych. Książka jest duża (większa od kartki A4, jej dokładne rozmiary to 228x304 milimetry) i naprawdę przepięknie wydana. Twarda okładka sprawia, że jest ona również ciężka, więc trzymanie jej w rękach po dłuższym czasie nieco męczy nadgarstki. Papier w środku jest wysokiej jakości, dzięki porządnej gramaturze łatwo przewraca się strony. Nie mam żadnych zastrzeżeń do składu, nie licząc podwójnej spacji w kilku miejscach, a kolory i grafiki użyte w książce także są w porządku. Ja jestem absolutnie zachwycona tym, jak książka się prezentuje, i z jak wielką przyjemnością się ją przegląda.
Jeżeli chodzi o treść, podkreślić należy, że w książce nie ma absolutnie żadnych informacji dotyczących fabuły oraz rodzaju i opisów zadań, z jakimi przyjdzie się zmierzyć graczowi. Jak sam tytuł wskazuje, jest to dobrze przygotowany przewodnik po Night City. Istotne było dla mnie poznanie genezy tego miasta, a jego historia sięga jeszcze lat 90. XX wieku. Szczególnie zaciekawiłam się rozdziałami o wojnach korporacyjnych, licznych zagrożeniach dla współczesnego społeczeństwa w latach 70. XXI, jego rozrywkach oraz warstwach społecznych. Ten świat, który kusi nowoczesnymi technologiami, cyberwszczepami oraz udogodnieniami z najwyższej półki, oczywiście nie jest dla każdego. A raczej jest dla wszystkich, którzy mają wystarczająco dużo pieniędzy i znajomości. Bo jeśli się ich nie posiada, pozostaje proste życie w biednej fabrycznej dzielnicy albo sprzymierzenie się z gangiem.
Książka oferuje także przegląd najpopularniejszych broni i pojazdów dzielących się na klasy pod względem jakości i prestiżu. Dość ogólnie opisani są poszczególni producenci i dodam, że każda z marek posiada własne logo. Mi niezwykle podobała się podróż po Night City i dzielnicach miasta w przewodniku zrealizowanym przez Liama Allena, dziennikarza śledczego, który został zamordowany we własnym mieszkaniu. Gdyby ktoś miał wątpliwości, jest to rzecz jasna postać fikcyjna. Night City jest podzielone na sześć rejonów zawierających w sumie czternaście dzielnic. Podobnie jak wcześniej wspomniane bronie, pojazdy, gangi i klasy społeczne, również dzielnice są po krótce opisane i opatrzone grafiką koncepcyjną.
Uważam, że ta pozycja, w całości poświęcona światu Cyberpunka, to rewelacyjny przedsmak gry i powinien sięgnąć po nią każdy, kto jak najlepiej chce poznać Night City od strony postaci znających tę metropolię niczym własną kieszeń. Można ją dostać o prawie połowę taniej niż wynosi cena na okładce, a i ta nie jest zbyt wygórowana (jak na tak jakościowy druk i zawartość merytoryczną).
Pewnie nie będzie przesadą powiedzenie, że na Cyberpunk 2077 czekają miliony graczy na całym świecie. Premiera gry była już kilkukrotnie przekładana, a ostateczna data ukazania się produkcji została wyznaczona na 10 grudnia tego roku. Dzielą nas zatem zaledwie cztery dni od zapoznania się z największym przedsięwzięciem polskiego studia CD Projekt Red.
Książką...
2018-09-22
2019-01-22
„Gdy człowiek spogląda na gwiazdy i całą galaktykę, czuje, że nie jest tylko dzieckiem fragmentu lądu, ale całego Układu Słonecznego”. – Kalpana Chawla
Te kobiety bardziej niż inni marzyły o kosmosie, mierzyły wysoko i nie poddawały się w drodze do celu. Bohaterki książki Libby Jackson od lat inspirują i pokazują (bądź pokazywały), że warto walczyć o własne marzenia. W „Kosmicznych dziewczynach” zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Od lat zafascynowana astronomią, stwierdziłam, iż ta pozycja musi wylądować na mojej półce. Przepięknie wydana, zilustrowana przez grupę studentów London College of Communication, uwodzi nie tylko sympatyczną okładką w niebiesko-fioletowych odcieniach z błyszczącymi na złoto literami, ale i bogatym wizualnie wnętrzem. Sama forma bardzo przypadła mi do gustu, ponieważ na jednej stronie znajduje się tekst, a na stronie obok portret przedstawionej w notatce postaci. Pod nim lub nad nim cytat. Właśnie dzięki tym cytatom ma się wrażenie bliższego poznania tych pięćdziesięciu kobiet, poza tym są one niezwykle motywujące i warte zapisania.
Zanim czytelnik dotrze do historii kosmicznych dziewczyn, najpierw zapozna się z przedmową autorki oraz pionowymi osiami czasu, na których zapisane zostały najważniejsze wydarzenia w nauce o Wszechświecie, począwszy od wydania „O obrotach sfer niebieskich” przez Mikołaja Kopernika, a skończywszy na latach 30. obecnego wieku i planowanej misji na Marsa. Libby Jackson również można byłoby dodać do zacnego grona kobiet, o jakich postanowiła napisać. Mając siedem lat, stworzyła przewodnik po Czerwonej Planecie, a dziesięć lat później odbyła staż w NASA. Dziś jest uznaną ekspertką w dziedzinie kosmologii i kierowniczką programu kosmicznego w UKSA (brytyjska agencja kosmiczna).
Treść podzielona jest na pięć części: przedpole podróży kosmicznych, zaranie ery kosmicznej, stacje i promy kosmiczne, życie i działalność w kosmosie oraz przyszłość podbojów kosmicznych. Jest chronologicznie, a więc pierwsze rozdziały dotyczą pań, których badania i wiedza są wykorzystywane do dzisiaj. Pojawia się tu Ada Lovelace, Brytyjka zafascynowana inteligentnymi maszynami i programowaniem, a także Mary Sherman Morgan, obywatelka Stanów Zjednoczonych, chemiczka i twórczyni paliwa rakietowego dla pierwszego amerykańskiego satelity. W książce znalazło się miejsce dla wielu astronautek, kosmonautek i nawet tajkonautek. Walentina Tierieszkowa, pierwsza kobieta w kosmosie, astronautki, które zginęły w katastrofach wahadłowców Challenger i Columbia, a nawet irańska turystka kosmiczna Anousheh Ansari czy włoska astronautka Samantha Cristoforetti znana z tego, że ustanowiła kobiecy rekord najdłuższego pojedynczego pobytu w kosmosie – 199 dni i 16 godzin.
Libby Jackson oddała hołd nie tylko kobietom doświadczonym w przebywaniu w przestrzeni kosmicznej. W lekturze znajdują się też notki o grupie szwaczek odpowiedzialnych za profesjonalne uszycie skafandrów, służących wsparciem żonach astronautów misji Mercury 7 i emerytkach ze stanu Massachusetts, specjalistek od włókniarstwa i zegarmistrzostwa, które „utkały” pamięć komputera pokładowego, będąc nieocenioną pomocą w przygotowaniach do programu Apollo. Są tutaj pilotki i oblatywaczki, pielęgniarki i lekarki, badaczki, inżynierki i działaczki polityczne. Przecierały szlaki, wierzyły w siebie i udowadniały, że kosmos jest dla wszystkich, a płeć nie ma znaczenia.
Rozdziały (rozdzialiki) trudno nazwać biografiami albo notkami biograficznymi. To urywki z bogatych życiorysów, krótkie przedstawienie danej osoby i zdradzenie, co doprowadziło ją do miejsca, z jakiego można już kogoś nazwać inspirującym oraz wpływowym. Te historyjki przeplecione są ciekawostkami ogólnymi, np. związanymi z technologią, eksperymentami na stacjach kosmicznych oraz Układem Słonecznym i tym, co znajduje się poza nim. Są to bardzo cenne przerywniki, z których można dowiedzieć się naprawdę dużo. Historycznie oczywiście też jest interesująco, bo losy wielu kobiet powiązane były z wyścigiem kosmicznym USA i ZSRR. A w notatce poświęconej astrofizyczce Simoneccie Di Pippo, Libby Jackson opisała działalność UNOOSA – biura ONZ do spraw Przestrzeni Kosmicznej. Co ciekawe, w geście tej właśnie instytucji leży obrona potencjalnego życia pozaziemskiego.
O ile krótkie teksty dotyczące bohaterek książki mi nie przeszkadzają, bo na temat każdej jednej można poczytać więcej w internetowych źródłach, to momentami odnosiłam wrażenie, jakby autorka nie wiedziała, jakim zdaniem zwieńczyć historię. Wielokrotnie, różnie sformułowane, pojawiało się coś w stylu: „Pamięć o niej nigdy nie zginie”. Ta górnolotność nie do końca pasowała do całokształtu lektury napisanej w bardzo lekkim tonie. Myślę, że tę książkę warto przeczytać, nada się dla starszych dzieci i dorosłych. Zdecydowanie wzmaga głód wiedzy, wygląda przepięknie i doświadczenie płynące z jej odbioru jest iście… kosmiczne!
„Według mnie prawdziwa pasja nie ma płci, a skupienie się na celach i marzeniach pomaga wyjść z przypisanej kulturowo roli”. – Simonetta Di Pippo
„Gdy człowiek spogląda na gwiazdy i całą galaktykę, czuje, że nie jest tylko dzieckiem fragmentu lądu, ale całego Układu Słonecznego”. – Kalpana Chawla
Te kobiety bardziej niż inni marzyły o kosmosie, mierzyły wysoko i nie poddawały się w drodze do celu. Bohaterki książki Libby Jackson od lat inspirują i pokazują (bądź pokazywały), że warto walczyć o własne marzenia. W...
2016-06-25
„ptaku mojego serca
nie smuć się
nakarmię cię ziarnem radości
rozbłyśniesz”
Dawno już pragnęłam przeczytać biografię Haliny Poświatowskiej, bowiem ona, odkryta na lekcji polskiego jeszcze za czasów gimnazjum wraz z wierszem „Jestem Julią”, stanowiła dla mnie jedną z pierwszych inspiracji do zainteresowania się poezją i pisania własnych utworów. A ja od maleńkości czułam wewnątrz silną potrzebę wyrażania się w słowach, choć brakowało mi jakiejś pobudki do czynów, a ją odnalazłam właśnie w osobie Poświatowskiej. Wydawało mi się, że wiem o poetce z poprzedniego wieku sporo, ale notki biograficzne znalezione w sieci to tylko ułamek tego, czego można się dowiedzieć za sprawą „Haśka. Poświatowska we wspomnieniach i listach”. Naprawdę zachwyciłam się tym wydawnictwem i oprawą graficzną, a w środku niespodzianką okazało się całe mnóstwo fotografii poetki. I pozowanych, i takich zwyczajnych, albumowych zdjęć, jakich ma się w szafce pełno. I każdy, kto opisywał wspomnienia z nią związane, zachwycał się urodą Haliny, jej inteligencją oraz humorem. Przez wzgląd na jej chorowitość, zawsze wydawało mi się, że była raczej skryta i nie obnosiła się swoją twórczością. Wraz z lekturą skonfrontowałam swoje dotychczasowe „wydawania się”. Prawdziwa Haśka, nie taka z wyobrażeń, wręcz pragnęła, by ją czytano i lubiano. Wiersze od razu dawała matce, Stanisławie Mygowej, do przepisania na maszynie i posłania w świat. Haśka znała się nawet z Wisławą Szymborską. Noblistka ceniła poezję Poświatowskiej i widywała się z nią.
Co mi się natomiast nie spodobało, gdy z dystansu spojrzałam na tę biografię, to swego rodzaju idealizacja osoby Haliny, podczas gdy jedynie zdawkowo, jakby były to tematy tabu, podchodzono do ciemniejszych stron jej życia. Takimi zdarzeniami, jakie niewątpliwie odcisnęły piętno na jej kruchej duszy, były romanse z żonatymi mężczyznami, związek z młodszym o siedem lat chłopcem czy nieudana próba samobójcza. Ale mało wzmianek jest o tychże sprawach, sama Haśka niechętnie mówiła choćby o mężu, przedwcześnie zmarłym Adolfie Poświatowskim, a ci wszyscy jej bliscy i dalecy przyjaciele zdawali się niezwykle szanować intymną, ocierającą się trochę o miłość, trochę o rozpacz, sferę. Pomni na to, że ich słowa trafią do druku (pierwotnie w książce „Ja minę, ty miniesz... : wspomnienia o Halinie Poświatowskiej”), skupili się raczej na tym, by Halinę jak najserdeczniej opisać, w końcu o zmarłych wypada mówić dobrze albo wcale.
„ptaku mojego serca
nie płacz
nakarmię cię ziarnem tkliwości
fruniesz”
Nie ulega wątpliwości, że Haśka kochała życie i bała się śmierci. W jednym ze wspomnień padło zdanie, że „w rok przeżywała parę lat”, ponieważ nie dała się zamknąć w matczynej klatce opiekuńczości i z uporem realizowała swoje małe marzenia. Jeszcze jako nastolatka została żoną (wcześnie owdowiała), a na sprzeciwy matki rzuciła, że i tak zamierza sypiać z Adolfem Poświatowskim. Była nieustępliwa wobec samej siebie, a jednocześnie przepełniona kobiecym, łatwym do zauważenia urokiem, który okalał ją jakby całą, od stóp do głów. Wzbudzała rozmaite emocje, w dużej mierze pozytywne, bo była kochająca, zwykle pomocna i troskliwa. Niektórzy opisali ją też jako kobietę nieco egoistyczną czy zbyt mocno epatującą swoimi poglądami, ale każdy gest, słowo lub śmiech zawsze płynęły ze szczerości chorowitego serca. Miała w życiu odrobinę szczęścia, ponieważ otaczało ją grono oddanych przyjaciół i wspaniała rodzina, i to dzięki wartościowym znajomościom popłynęła do Stanów Zjednoczonych, by w 1958 roku przejść skomplikowaną operację. Trudny zabieg nie gwarantował, że Haśka przeżyje, lecz okazało się, że podarował jej dziewięć lat wypełnionych lepszym samopoczuciem, lżejszym oddechem, ciężką nauką, literaturą i zauroczeniami.
Odkrycie talentu pisarskiego Poświatowskiej przypisuje się jej mamie, Stanisławie i, jak na ironię, wadzie serca. Jej wiersze bardzo się podobały i wyróżniały na tle poezji innych młodych ówczesnych poetów. Przyrównywano ją do Zofii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, ale i podkreślano, że twórczość Haliny jest inna, bardziej otwarta na erotyczność, przepełniona pragnieniem życia i świadomością, iż prędzej czy później słabe serce poetki odmówi pracy. Zdecydowanie przynależała do typu artystycznego aniżeli typu rzemieślniczego. Nie przepadała za pracą nad napisanymi i wydrukowanymi już tekstami, wolała stworzyć coś nowego. Unikała maszyn do pisania, a do redakcji czasopism wiersze zanosiła właśnie pani Myga. Każda pochlebna recenzja bądź opinia sprawiała, że Haśka promieniała z radości, nie wiadomo jednak, jak radziła sobie z krytyką. Prawdopodobnie uważała, że czas jest zbyt cenny, żeby się nią nadto przejmować, a i należała do częstochowskiego grona literatów, a później i krakowskiego, więc była obyta w środowisku twórczym. Zapewne rozumiała, z czym się taka przynależność może wiązać. Zdecydowanie, wnioskując po tych wszystkich zdjęciach i listach, lubiła pisać dedykacje i wiersze luźno związane z osobami pojawiającymi się w jej życiu. Próbowała też prozy i przekładów poezji zagranicznej na język polski. Dorobek literacki poetki do dziś jest podziwiany i spełnia się nadzieja młodszej siostry Haliny, Małgorzaty, która pragnęła, by o niej pamiętano.
„ptaku mojego serca
z opuszczonymi skrzydłami
nie szarp się
nakarmię cię ziarnem śmierci
zaśniesz”
Polecam tę biografię wszystkim osobom doceniającym twórczość Haliny Poświatowskiej. To przepięknie wydana książka, od jakiej ciężko się oderwać. I, choć to może zabrzmieć co najmniej dziwnie, wraz z końcowymi stronami czułam się, jakby życie poetki kończyło się po raz kolejny. Niemniej jednak uchwycona jest ujmująco, jakby dotykało się części jej delikatnej duszy. A mimo to nie przestaje być efemeryczną, zagadkową nimfą, której życie było krótkie, lecz obfitowało w mnóstwo wydarzeń, tych satysfakcjonujących i tych przynoszących cierpienie.
„ptaku mojego serca
nie smuć się
nakarmię cię ziarnem radości
rozbłyśniesz”
Dawno już pragnęłam przeczytać biografię Haliny Poświatowskiej, bowiem ona, odkryta na lekcji polskiego jeszcze za czasów gimnazjum wraz z wierszem „Jestem Julią”, stanowiła dla mnie jedną z pierwszych inspiracji do zainteresowania się poezją i pisania własnych utworów. A ja od maleńkości czułam...
2017-10-02
„Cliff był człowiekiem, dla którego muzyka nie była wyłącznie pracą, hobby czy pasją. Była całym jego jestestwem. Muzyka płynęła z jego wnętrza bez względu na to, czy grał na stadionie jako gwiazda, czy gdy wychodził spod prysznica. – Jego sposób suszenia włosów był bardzo interesujący – opowiada Corinne. – Brał prysznic, mył włosy szamponem Finesse, a potem, w samych bokserkach, podłączał gitarę do małego wzmacniacza i czterech, pięciu pedałów i grał, trzepiąc piórami, jakby był na scenie. A potem się czesał”.
Kiedy w wieku trzynastu lat zainteresowałam się muzyką Metalliki, nawet nie przypuszczałam, że historia najbardziej znanego metalowego zespołu jest usłana wieloma tragediami. Pierwsze zetknięcie z ich twórczością dotyczyło albumu z 2003 roku (wtedy, w 2006 roku, jeszcze całkiem świeżego), czyli „St. Anger”. Pierwsze płyty poznałam nieco później, a wraz z nimi dowiedziałam się o Cliffie Burtonie, który miał ogromny wpływ na trzy wydawnictwa: „Kill ’Em All” z 1983 roku, „Ride the Lightning” z 1984 roku oraz „Master of Puppets” z 1986 roku. Niestety życie Cliffa, niezwykle uzdolnionego i obiecującego muzyka, zostało przerwane na wskutek (dotąd niewyjaśnionego) wypadku z 27 września 1986 roku. Wiadomo, że Metallica nie przestała istnieć, ale tuż po stracie basisty los zespołu stanął pod znakiem zapytania. Młodzi James Hetfield, Lars Ulrich oraz Kirk Hammett zastanawiali się, co mają począć – rozwiązać formację czy pokazać całemu światu, że potrafią udźwignąć śmierć Burtona i jednocześnie jego dziedzictwo? Wybrali to drugie, ale ci, którzy poznali losy Metalliki poprzez różne źródła, wiedzą, że przez lata żałoba po muzyku objawiała się na wiele różnych pokręconych sposób, a sami członkowie zespołu nigdy nie przestali nazywać Cliffa bratem i przed obliczem kilkunastotysięcznych widowni czcić pamięci o nim. To wspaniale pokazuje, jak wielkim człowiekiem był Burton, a z drugiej strony to, że jego przyjaciele z zespołu po ponad trzydziestu latach nadal są mu lojalni.
Clifford Lee Burton urodził się jako trzecie dziecko Jan i Raya Burtonów 10 lutego 1962 roku. Od najmłodszych lat okazywał, że bliżej mu do introwertyka niż ekstrawertyka. Cechowały go stanowczość, szczerość i nieśmiałość, którą przełamywał w różnych momentach swojego życia. Grać na gitarze basowej zaczął niedługo po śmierci swojego starszego brata Scotta. Szesnastolatek zmarł przez tętniaka w 1975 roku. O tym okrutnym wydarzeniu Cliff wypowiadał się bardzo rzadko, natomiast załamani rodzice najpewniej sądzili, że nic gorszego już nie może ich spotkać. Chyba że odejście kolejnego potomka… Burtonowie, bardzo kochający i wyrozumiali, wspierali Cliffa w spełnianiu marzenia o profesjonalnym muzykowaniu. A młody Burton wcale nie zamknął się z basem w pokoju, raz na jakiś czas brzdąkając – przyłożył się do nauki teorii muzyki i zapoznawania się z instrumentem w stu procentach. Co więcej, przerósł wszystkich nauczycieli, u jakich pobierał lekcje. Grał w kilku mniejszych kapelach, EZ Street i Agents of Misfortune, ale pierwszym ważnym zespołem była Trauma. Cliff na scenie przemieniał się w dziką bestię heavy metalu, a połączenie talentu i niesłychanej osobowości scenicznej sprawiło później, że zainteresowali się nim muzycy z Metalliki i ostatecznie przejęli basistę, oddając mu miejsce dawniej zajmowane przez Rona McGovneya.
Dalsza część biografii, po wstępie opisującym wczesną młodość Burtona, to już tak naprawdę historia Metalliki. Choć całość kręci się wokół głównego bohatera książki, niektóre wątki odchodzą od niego, by uzupełnić tło albo przedstawić ciekawe anegdoty związane z pozostałymi muzykami. Wiele z relacji odnoszących się do sposobu bycia Cliffa pokrywa się ze sobą. Już po pierwszych stronach wiadomo, że był to chłopak wyluzowany, wierny swojemu hipisowskiemu stylowi (mimo krytyki napływającej z otoczenia) oraz o wielkim sercu. Wszyscy go lubili i za bezpretensjonalne, łagodne usposobienie, i za oddanie muzyce. Na grę na basie poświęcał kilka godzin dziennie i można przypuszczać, że nie wyobrażał sobie bez tego zajęcia życia.
Książka jest podzielona na piętnaście w miarę długich rozdziałów i śledzi poczynania Cliffa od młodości do okresu poświęconego grze z Metallicą. Ponieważ żył jedynie dwadzieścia cztery i pół roku, każdy rozdział opisuje dość krótki, bo kilkumiesięczny, okres. Wspominają go bliscy i dalecy znajomi, muzycy z różnych zespołów (zwłaszcza tych formujących się mniej więcej w tym czasie, kiedy Metallica stawała się coraz popularniejsza) oraz producenci muzyczni i inni. Wydaje mi się, że nie można poznać Cliffa bliżej niż dzięki relacjom osób, którzy osobiście mieli z nim styczność. Tę książkę powinien przeczytać każdy fan i Burtona, i zespołu ogółem, choć od pewnego momentu nie jest to lektura łatwa. Mnie ogromnie poruszył rozdział z opisem wypadku i tego, co działo się później, jak cały świat zareagował na to przedwczesne odejście wspaniałego muzyka. Natomiast autor, a w tym momencie muszę dodać, że Joel McIver to ogromny fan muzyki metalowej i twórca kilkunastu książek o różnych muzykach/zespołach, nie szczędzi dywagacji związanych z tym, co by powiedział albo zrobił Cliff w takiej a takiej sytuacji. Tak naprawdę nikt nie wie, jak postąpiłby Burton, jak wyglądałaby dalsza kariera Metalliki, gdyby nadal żył. Wydaje mi się, że autor w ten sposób chce nieść pocieszenie osobom zasmuconym z powodu nieszczęśliwego losu Cliffa Burtona. To niesamowite, że choć minęło już trzydzieści jeden lat, tak dużo ludzi wciąż nie potrafi go odżałować. Są wśród nich ci, którzy Cliffa znali, oraz ci, którzy urodzili się lata po jego śmierci, a bardzo zżyli się z Metallicą. Osobiście uważam, że Cliffowi nie było dane stworzyć dzieła życia, bo jego wędrówka na ziemi była zbyt krótka. Na szczęście ma w swoim dorobku takie mistrzowskie dzieła jak „Anesthesia (Pulling Teeth)”, „The Call of Ktulu” oraz wyśmienite „Orion”. Niech spoczywa w spokoju, a pamięć o nim zawsze będzie żywa.
Jeśli chodzi o kwestie wizualne, na początkowych stronach wykonanych ze śliskiego papieru znajduje się wiele zdjęć, choć może nie tyle, ile bym sobie życzyła. Książka jest wydana ładnie i przejrzyście, jednak w treści można odnaleźć wiele powtórzeń, kilka nieścisłości i literówek. Mimo to gorąco fanom polecam, zwłaszcza tym, którzy chcieliby przyjrzeć się bliżej analizie charakterystycznej gry Cliffa Burtona i dowiedzieć się, jakim był człowiekiem.
„Muzyka Cliffa Burtona zawsze będzie istnieć dla tych, którzy będą jej potrzebować. Muzycy żyją w swoim dziele, więc tym samym Cliff nie umrze nigdy”.
„Cliff był człowiekiem, dla którego muzyka nie była wyłącznie pracą, hobby czy pasją. Była całym jego jestestwem. Muzyka płynęła z jego wnętrza bez względu na to, czy grał na stadionie jako gwiazda, czy gdy wychodził spod prysznica. – Jego sposób suszenia włosów był bardzo interesujący – opowiada Corinne. – Brał prysznic, mył włosy szamponem Finesse, a potem, w samych...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2011-10-11
2011-01-07
Będę przeżywać treść tej książki całymi dniami. Będę tęsknić za tymi wszystkimi bohaterami i choć z pewnością kiedyś powrócę do tej pięknej serii "Magicznego Kręgu", to już ciążyć będzie na mnie świadomość tego, jak się ona skończy. Gardło mam jeszcze ściśnięte ze wzruszenia, choć wcale się wzruszać nie zamierzałam. Niektóre cytaty wciąż palą w sercu. Chciałabym chociaż śnić o Międzyświecie, ale tak trudno byłoby się obudzić i powrócić do rzeczywistości... Polecam. Tę powieść, podobnie jak poprzednie części, się chłonie, a nie czyta.
Będę przeżywać treść tej książki całymi dniami. Będę tęsknić za tymi wszystkimi bohaterami i choć z pewnością kiedyś powrócę do tej pięknej serii "Magicznego Kręgu", to już ciążyć będzie na mnie świadomość tego, jak się ona skończy. Gardło mam jeszcze ściśnięte ze wzruszenia, choć wcale się wzruszać nie zamierzałam. Niektóre cytaty wciąż palą w sercu. Chciałabym chociaż...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2013-10-02
Wyobraź sobie, że jesteś znanym, uwielbianym przez setki kobiet pisarzem, który stworzył cykl książek o bohaterce idealnej. To przy tych powieściach damskie serca topiły się w jesienne wieczory, to przy kolejnych stronach tychże lektur wierne czytelniczki roniły łzy. Romanse z dawką humoru. To lubisz pisać. Wyobraź sobie, że pewnego zimowego dnia ulegasz wypadkowi i choć zostajesz uratowany, twoim wybawcą okazuje się... wielbicielka twoich dzieł. Największa wielbicielka. Wsadza cię z połamanymi kończynami do łóżka we własnym domu, oddalonym od centrum o kilkadziesiąt kilometrów, karmi silnie uzależniającymi tabletkami i ani myśli o powiadomieniu szpitala lub policji. Na początku czujesz wdzięczność, ale z czasem przeradza się ono w przerażenie, a twoja największa fanka zmusza cię do przywrócenia do życia uśmierconej bohaterki i...
Paul Sheldon przeszedł przez gehennę.
Kilkukrotnie żonaty, poczytny i lubujący się w papierosach pisarz, przez nieszczęśliwą kolizję na śliskiej drodze trafia do posiadłości Annie Wilkes - silnej, pokracznej kobiety, byłej pielęgniarki. Annie posiada każdą jego książkę i jest szczęśliwa, mogąc zaopiekować się swoim ulubionym autorem. Z początku dba o Paula niczym o własne dziecko, jednak później wychodzi na jaw jej niepoczytalność, która zakrawa o szaleństwo. Annie psychicznie i fizycznie znęca się nad mężczyzną, z premedytacją wykorzystując przewagę siły. Czasem przetrzymuje Paula bez leków przeciwbólowych, czasem nie zmienia jego pościeli, czasem nie przynosi mu jedzenia. Te przykłady są wszakże niczym w porównaniu z rzeczami, jakie będzie wyprawiać na następnych kartkach "Misery".
Po przeczytaniu ostatniej części ukochanego cyklu, Annie mocno przeżywa utratę ulubionej bohaterki, obwiniając Paula o uśmiercenie jej. Pod wpływem urojonych fantazji zakupuje starą maszynę do pisania (brakuje w niej litery "n") i wprost zmusza Paula, aby napisał kontynuację ukończonej, znienawidzonej, serii.
Każdy dzień jest dla pisarza jak balans pomiędzy dobrym a złym humorem Annie. Wraz z upływem czasu zdecydowanie więcej tego drugiego, co poraża w skutkach. Przywiązany do łóżka, z niesprawnymi nogami, Paul walczy o życie, tworząc. I okazuje się, że właśnie to coś, czego nie chciał, jest jego najlepszym tworem...
Boję się zdradzać cokolwiek, ponieważ powieść jest tak spójna, iż każdy element mógłby popsuć potencjalnemu czytelnikowi frajdę. King stworzył pannę Wilkes - potwora w ciele niezgrabnej, nieatrakcyjnej kobiety. Potwora, który chowa za sobą mroczną przeszłość, urazy i chorobę psychiczną. Podpalenie maszynopisu na grillu, szczury... Wiele w tej powieści okropnych rzeczy. Według mnie to bardzo dobra książka, "Misery" jest porywająca, akcja zaczyna się 'od zaraz', ale jest dawkowana - jak to w zwyczaju ma Mistrz. Ciekawy jest również lek stworzony na potrzeby dzieła, tak zwany novril. To od niego uzależnia się Paul. Intryguje także kwestia tego, że King ani razu nie wcielił się w Annie, ponieważ wszystko toczy się z perspektywy głównego bohatera. Dzięki temu sami musimy odkrywać mroczną duszę kobiety.
Polecam z całego serca, teraz jestem jeszcze bardziej nakręcona na kolejne tytuły Kinga.
Wyobraź sobie, że jesteś znanym, uwielbianym przez setki kobiet pisarzem, który stworzył cykl książek o bohaterce idealnej. To przy tych powieściach damskie serca topiły się w jesienne wieczory, to przy kolejnych stronach tychże lektur wierne czytelniczki roniły łzy. Romanse z dawką humoru. To lubisz pisać. Wyobraź sobie, że pewnego zimowego dnia ulegasz wypadkowi i choć...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Recenzja na blogu: https://gwiezdnadziewczyna.blogspot.com/2023/01/gdzie-spiewaja-raki-delia-owens.html
Kya, główna bohaterka powieści „Gdzie śpiewają raki”, to niezwykła i niezwykle nieszczęśliwa dziewczynka. Małą mieszkankę podmokłych, położonych nad oceanem terenów Karoliny Północnej opuściła cała rodzina. Najpierw odeszła matka. Następnie, jedno po drugim, z biednego domu wyniosło się starsze rodzeństwo Kyi. Dziecku pozostał tylko przemocowy ojciec, ale po paru miesiącach, gdy kilkulatce zaczęło się wydawać, że rodzic traktuje ją lepiej, z uczuciem, także i on znikł i już nigdy nie wrócił. Osamotniona Kya, aby przetrwać, zbiera i sprzedaje małże, a za zarobione pieniądze kupuje produkty pierwszej potrzeby. Dziewczynka, pomimo bardzo młodego wieku, jest sprytna i zaradna, ale również płochliwa niczym sarna i zawsze ukrywa się w zaroślach, gdy sądzi, że grozi jej niebezpieczeństwo ze strony obcych ludzi.
„Życie w samotności to jedno, ale życie w strachu to coś całkiem innego”.
Opowieść o niełatwym życiu Kyi przecinają krótkie rozdziały dotyczące zagadkowej śmierci Chase’a Andrewsa. Pochodzący z zamożnej rodziny młody mężczyzna albo uległ niefortunnemu wypadkowi, albo został zamordowany. Tropy zebrane przez policję prowadzą ku dorosłej już Kyi. Przed rozwinięciem tego wątku fabuła skupia się wokół samotnego życia dziewczyny w rodzinnym domu. Latami otrzymuje ona drobną pomoc od Skoczka, właściciela sklepu spożywczego połączonego ze stacją benzynową, i jego żony Mabel. Poza nimi Kyą nie interesuje się absolutnie nikt, dopóki nie zjawia się Tate. Dawnemu przyjacielowi jej brata jest autentycznie żal Kyi. Po obdarowaniu nastolatki mnóstwem ptasich piórek Tate’owi udaje się zdobyć jej zaufanie. Później przychodzi okres intensywnej nauki pisania i czytania. Tate zwozi całe mnóstwo książek i podręczników, a także dokarmia Kyę nieco bardziej pożywnymi posiłkami niż przypalona kasza. Z czasem między nimi pojawia się młodzieńcze romantyczne uczucie. Niestety, po wyjeździe na studia Tate przestaje odzywać się do Kyi, czym łamie jej serce. Nie będzie to jedyny zawód miłosny bohaterki ani jej ostatnia słodko-gorzka relacja z mężczyzną.
„Powiedzmy sobie szczerze, miłość nie zawsze wypala. Ale nawet jeśli, to przynajmniej łączy cię z innymi, a to wszystko, co mamy, te połączenia”.
Blisko związana z naturą Kya – jako że jest to jedyne, czego ma wokół siebie pod dostatkiem – odkrywa w sobie miłość do kolekcjonowania piór oraz muszli, ilustrowania tudzież poezji. Posiada delikatną, artystyczną duszę, którą autorka książki obnażyła przed czytelnikiem niemal w całości. Opisy zakątka zamieszkałego przez Kyę to moja ulubiona część powieści. Jest w nich dużo poetyckości i eteryczności, co ogromnie pasuje do postaci, jaką jest Kya. Mogłam chłonąć i chłonąć zwykłe sprawunki protagonistki, wyprawy łodzią i obserwacje związane z naturą – nie zawsze miłe i romantyczne. Dziewczynę fascynuje na przykład to, jak samice świetlików wabią spokrewnione gatunki samców i następnie zjadają skuszonych amantów.
Kyę ogółem łatwo polubić. To mieszanka dzikości, tęsknoty za dotykiem ludzkich rąk i nieokiełznania. Cechują ją też nieprzewidywalność i skrytość. Na szczęście Kya nie jest jedynym dopieszczonym na kartach powieści charakterem. Zarówno Skoczek, jak i Tate, czyli dwie najbliższe dziewczynie osoby, są znakomicie i konsekwentnie poprowadzeni. Wydaje mi się natomiast, że Delia Owens była odrobinę rozdarta, kreując postać Chase’a. Fragmenty odzwierciedlające jego łagodniejszą stronę niemal zawsze są równoważone nieznośną niecierpliwością, złością, a nawet agresją. Trudno było mi całkowicie uwierzyć w tego bohatera.
„Kłamliwe sygnały świetlików – to wszystko, co wiedziała o miłości”.
„Gdzie śpiewają raki” to piękna, momentami rozkoszna, powieść. To udane połączenie gatunku obyczajowego z wplecionym weń wątkiem kryminalnym, choć jestem wielbicielką zwłaszcza pierwszej części książki, kiedy to odbiorca śledzi poczynania młodej Kyi i wprost nie może się nadziwić, jak dziecko było w stanie samodzielnie przetrwać w głuszy oddalonej od miasteczka o parę kilometrów. Są pewne kwestie, które nie dawały mi spokoju, jak chociażby opieka lekarska, ale trzeba po prostu uznać, że Kya była wyjątkowo zdrowym okazem i dać się ponieść fikcji.
Jestem bardzo oczarowana tą pozycją, a naprawdę nie miałam wobec niej żadnych oczekiwań i chwyciłam tę książkę na promocji w ulubionym sklepie Polaków pomiędzy kukurydzą a torebką na prezent. Teraz chętnie obejrzę ekranizację.
„Nie była w stanie dłużej znieść tej samotności. Tęskniła za czyimś głosem, obecnością, dotykiem, lecz jeszcze bardziej pragnęła chronić swoje serce”.
Recenzja na blogu: https://gwiezdnadziewczyna.blogspot.com/2023/01/gdzie-spiewaja-raki-delia-owens.html
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKya, główna bohaterka powieści „Gdzie śpiewają raki”, to niezwykła i niezwykle nieszczęśliwa dziewczynka. Małą mieszkankę podmokłych, położonych nad oceanem terenów Karoliny Północnej opuściła cała rodzina. Najpierw odeszła matka. Następnie, jedno po drugim, z biednego...