MW

Okładka książki MW autora Waldemar Łysiak, 8303002600
Okładka książki MW
Waldemar Łysiak Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza publicystyka literacka, eseje
306 str. 5 godz. 6 min.
Kategoria:
publicystyka literacka, eseje
Format:
papier
Data wydania:
1984-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1984-01-01
Liczba stron:
306
Czas czytania
5 godz. 6 min.
Język:
polski
ISBN:
8303002600
Średnia ocen

8,6 8,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup MW w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki MW

Średnia ocen
8,6 / 10
5 ocen
Twoja ocena
0 / 10
avatar
728
687

Na półkach:

Kilka mym zwyczajem tendencyjnie dobranych cytatów:
trycha „Zdecydowanie najgorsza książka Waldemara, jaką przyszło mi czytać.”
Elisheva „Zapowiadała się naprawdę dobrze, niestety autor wszystko zepsuł swoim stylem. Po pierwsze porównuje wszystko do kobiet i przy tym myśli jaki to jest oryginalny. Po drugie lubuje się w opisach okrucieństwa i poniżania innych. Po trzecie, najgorsze, traktuje Czytelnika z niesłychaną wyższością, zarozumiałością i bufonadą.” Otóż to.
krosciucha „Niekiedy kompletnie durne porównania, przez które mam odruch wymiotny. (…) Także, tego pana to osobiście poznać bym nie chciała.”
jurijur „Najgorzej właśnie wypadają chyba opowiadania, czasem naprawdę mocno od czapy względem tematu (np. "Katedra w piekle"). Sam styl też nie zachwyca, jak dla mnie wygląda to miejscami na pisarskie wprawki, choć zdarzają się też mocne i piękne fragmenty.”
Arkadiusz „Z jednej strony musimy przedzierać się przez zdania kolumbryny zajmujące całe akapity, w których mamy pięć wtrąceń, trzy nawiasy plus jeden cytat. Z drugiej strony, ten sam erudyta potrafi napisać o samolocie pikującym w dół, jakby można było pikować w górę...”

Główny zarzut z mej strony dotyczy jednak czego innego. W czas jakiś po zmęczeniu „Asfaltowego soloonu” i stopniowym rozczarowaniu poznanymi wcześniej „Francuską ścieżką” oraz „Wyspami zaczarowanymi” przypadkiem „Muzeum” wpadło mi w ręce i rozeźliło mnie jak rzadko.

Chodzi przede wszystkim o „salę” 15 „Zbrodnia i kara”. Wpierw marny kawałek marnego wiersza Ludwika Mierosławskiego „dyktatora Postania Styczniowego” (nawiasem mówiąc „dyktatorem” był krótko, „dowodził” małym oddziałem, Powstanie wybuchło i trwało w najlepsze bez jego marnego udziału).

„Tą starą czarownicą była Historia. (...) Z Polaków śmiała się dlatego, że w nocy z 22 na 23 stycznia 1863 roku, bez należytego przygotowania, organizacji i odpowiedniej liczby dowódców, uzbrojeni w 600 strzelb myśliwskich (sic!) rzucili się na największe mocarstwo Europy i Azji. Z cara Aleksandra II zaś, że dysponując dziesiątkami tysięcy żołnierzy i setkami armat przez kilka miesięcy nie potrafił zgnieść tego buntu. (...) Nie było w całej Historii bardziej szalonego i bardziej z góry skazanego na klęskę powstania. Tylko Polacy mogli wydać coś tak kabotyńsko przepięknego, taki arcyromantyczny, europejski "boski wiatr" kamikaze. Dzika, beznadziejna partyzantka” (s. 185 kawałek dłuższej beblaniny).

Pomijając skłonność do głupkowatych uogólnień, skąd czepie „wiedzę” o tym wszystkim ?

Książczyna wyszła po raz pierwszy w 1984 za Peerelu w I obiegu, co nijak usprawiedliwia te twierdzenia.

Przeszło 20 lat wcześniej, w 1962, opisał to politruk Załuski (który jakoś na Ilicza, o którym niżej, w ocenie Powstania się nie powołał) warto wiedzieć, skoro dla Łysiaków strzelba jest śmieszna:
„armia rosyjska w 1863 roku znajdowała się w początkowym stadium przezbrojenia. W połowie 1858 roku zatwierdzono nowy typ karabinu dla całej armii. Był to karabin gwintowany, kapiszonowy, ładowany od przodu, o kalibrze 15,24 mm i o zasięgu 600 kroków (426 metrów). W pierwszym roku wyprodukowano takich karabinów zaledwie 2 tysiące. Na skutek znanego zacofania techniczno – ekonomicznego Rosji carskiej przezbrojenie armii ciągnęło się aż do roku 1868; jeszcze w roku 1867 całe dywizje miały stare, gładkolufowe karabiny. W Królestwie w roku 1863 wojska carskie miały, jak należy przypuszczać, tylko nieznaczną ilość nowych karabinów, a uzbrojone były przeważnie w karabiny gładkolufowe (jeden strzał na minutę, celny strzał na 140 m, maksymalna odległość rażenia 210 metrów). Powstanie w zasadzie uzbrojone było w broń zagraniczną, zakupywaną w Anglii, Belgii i Austrii, przemycaną przez Poznańskie i Galicję. Broń ta była znakomita i znacznie przewyższała rosyjską. Tzw. sztucer Enfielda np. niósł na 1200 kroków (853 m). [...] Szwajcar, major von Erlach, opisuje zaobserwowane przez siebie skutki działania sztucerów belgijskich: na 800 kroków kula zachowywała dostateczną siłę, by przebić konia, na 500 kroków nawet niewprawny strzelec łatwo kładł poruszającego się piechura. Nawet najlepsze nowe karabiny armii carskiej ze swym najdalszym strzałem na 600 kroków nie mogły się równać ze sztucerami powstańczymi.” („Siedem polskich grzechów głównych” s. 12 wydania z 1980 nie znając treści można ironiczny tytuł mylnie zrozumieć).

Lecz nie dość wyśmiewania marnej podobno broni (chociaż oczywiście było jej za mało) jeszcze „usprawiedliwianie” Powstania, jakby go potrzebowało i to przy pomocy jakich „ałtorytetów”... Powstańcy „Przyszli z Ucisku i stanęli na straconej palcówce, przepełnionej bohaterską śmiercią za Niezawisłość. Nikt nie może sobie pozwolić na negowanie tego czynu. Lenin napisał: "Póki masy ludowe Rosji i większość krajów słowiańskich spały jeszcze głębokim snem, póki w krajach tych nie było samodzielnych masowych ruchów demokratycznych póty szlachecki ruch wyzwoleńczy w Polsce nabierał olbrzymiego, pierwszorzędnego znaczenia ze stanowiska demokracji (...) ogólnoeuropejskiej".” (s. 288 wydania z 2004) Jak widać Ilicz nadal robi za „ałtorytet” mimo, iż w wydanym 4 lata wcześniej „Stuleciu kłamców” można przeczytać „pasuje idealnie również do źródłowego praktyka "dyktatury proletariatu", demiurga wszechświatowego komunistycznego kłamstwa i terroru, Władymira I. Lenina” (s. 108).

Co zmusza do powoływania na Iliczów nie tylko w 1984 ale i 20 lat później ?

Adam Ciołkosz napisał we wstępie do książki Aleksandra Bregmana „Najlepszy sojusznik Hitlera” Polacy nie potrzebują przyzwolenia Kremla, by ich walkę w 1939 uznawać za bohaterską.

Powstania Styczniowego też to dotyczy.

Ale to dalece nie wszystko. Oczywiście nie mogło zabraknąć wypocin jakby przepisanych ze „znafców” pokroju Catów Mackiewiczów jakoby zaledwie „garść chłopstwa poszła do powstania. Masa chłopstwa łapała panów, rżnęła, wydawała najeźdźcom” (s. 288) i tak dalej w tym duchu.

Pozostawia bez wyjaśnienia jakim cudem wobec mniemanej wrogości ludu garstka powstańców w ogóle mogła rozpocząć walkę, nie tylko prowadzić ją przez blisko dwa lata (z których Łysiak nie biorąc odpowiedzialności za słowo zrobił „kilka miesięcy”). I z kim w ogóle walczyła carska armia, skoro wystarczyło przecież by lud wydusił walkę owej garski w zarodku.

Podobną „wiedzę” widać we „Francuskiej ścieżce” gdzie rzekomo arystokracja stanowiła „większość” zgilotynowanych, do tego jeszcze „znaczną” (jakby samej „wiekszości” było mało) tymczasem jej udział wśród ofiar Terroru był nikły.

Widocznie gdy teoria sprzeczna z faktami, to tym gorzej dla faktów.

Przypominam co pisze Ebenezer Rojt na podstawie „Powstania Styczniowego” Stefana Kieniewicza „w aktach władz carskich – dotyczących, rzecz jasna, powstańców pochwyconych – chłopi są reprezentowani wręcz zaskakująco licznie. Najwyższy procent uczestników chłopów (ok. połowy) ma gubernia lubelska. Następnie idzie radomska (42%); warszawska (37%); grodzieńska (36%). We wschodniej Białorusi i na Ukrainie uczestnictwo chłopów spada do kilku lub kilkunastu procent. Dane to wprawdzie ułomne i niepewne, ale nie aż tak, by można było całą tę statystykę wywrócić do góry nogami.” („Zbigniew Mikołejko i banki gniewu albo jak być ekspertem”)

Co więcej, nie było to tajemnicą już w wieku XIX. Jan Kucharzewski („Od białego caratu do czerwonego” 1931 tom 4 s. 66) przytacza na przykład dane ujawnione w czasopiśmie Русская Старина (1883 tom 28 s. 461). Otóż „Zachodni Komitet” (Западный Комитетъ) w piśmie do ministra spraw wewnętrznych Wałujewa 9 marca 1864 „uważa za konieczne zwrócić uwagę na to..., żeby wysyłanie, zwłaszcza osób stanu wieśniaczego, odbywało się w bardzo ograniczonych, wedle możności, rozmiarach” (признатъ необхо димымъ обратить вниманіе ... на то, чтобы высылка для водворенія ... въ особенности лицъ сельскаго сословія, дѣлалась въ самыхъ ограниченныхъ, по возможности, размѣрахъ только въ случаяхъ настоятельной и несомнѣнной въ томъ необходимости). Przyczyna tej troski oczywista, ktoś musiał pracować na roli. Jak podkreślił Kucharzewski zdanie Komitetu pozostało bez znaczenia „skoro prawo wysyłania administracyjnego, według widzimisię wielkorządcy, zachowane zostało w całej pełni” (tamże) jednak nie zauważył przy tym (a szkoda) gdyby powstańcy pochodzili wyłącznie, a przynajmniej głównie, ze szlachty, takie rozróżnienia byłyby zbędne.

Wprawdzie poniższe o innym Powstaniu, lecz cóż szkodzi dodać : „Łysiak Uważam Rze przerabia na GW. Oczywiście nie tylko Waldemar Łysiak jako autor, ale również Paweł Lisicki, który będąc redaktorem naczelnym, w ostatnich numerach – jak na ironię w kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego –dopuścił do druku dwa antypolskie paszkwile pod tytułem "Infiltracja” (1 i 2) poprzedzone zgrabnym "hakenkreuzem”. Pan Łysiak nie jest, co prawda, zawodowym historykiem, ale chce aby go uważać za pisarza historycznego. We wzmiankowanych paszkwilach twierdzi, ze Armia Krajowa była tak zinfiltrowana, że nic nie mogła utrzymać w sekrecie, bo „Abwehra wszystkie te sekrety znała”. Podsumowując ten wątek napisał "Podobno Abwehra mogła zlikwidować całą Armię Krajową w 24 godziny" ... Nie babrając się w szczegółach – "udokumentowanych" w stylu "słyszałem tę opowieść" – według pana Łysiaka wyżsi dowódcy Armii Krajowej przez całą wojnę utrzymywali nieprzerwany kontakt i prowadzili rozmowy z Niemcami. W efekcie gen. Bór–Komorowski dał się im przekonać do tego, aby w roku 1944 zrezygnować z kontynuacji akcji "Burza" i zamiast tego wzniecić powstanie w Warszawie. Czytając te wynurzenia doznałem deja vu. Już jako dziecko indoktrynowany byłem nachalnie przez peerelowskich politruków, którzy wmawiali nam, że "dowództwo Armii Krajowej współpracowało z Niemcami i podjęło zbrodniczą decyzję o wywołaniu powstania w stolicy". Waldemar Łysiak podłączył się do tych kłamstw ...” (ze strony „NaszeBlogi”).

Komentarz jaki do tego znajduję „Czeka N.K.W.D. Gestapo U.B. I da capo” jak by powiedział Kazimierz Wierzyński („Moralitet o czystej grze”).

Kilka mym zwyczajem tendencyjnie dobranych cytatów:
trycha „Zdecydowanie najgorsza książka Waldemara, jaką przyszło mi czytać.”
Elisheva „Zapowiadała się naprawdę dobrze, niestety autor wszystko zepsuł swoim stylem. Po pierwsze porównuje wszystko do kobiet i przy tym myśli jaki to jest oryginalny. Po drugie lubuje się w opisach okrucieństwa i poniżania innych. Po trzecie,...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
53
53

Na półkach:

Strasznie nierówna książka. Są rozdziały, w których autor mocno odlatuje i nie do końca wiadomo, co chciał nam powiedzieć (np. roz. XIII). Są też takie, które czyta się z przyjemnością. Dotyczy to głównie tych fragmentów, gdy Łysiak zamienia się w powieściopisarza albo wchodzi na świetnie znany sobie grunt popularyzatora historii.

Erudycja autora czasami wychodzi mu bokiem. Z jednej strony musimy przedzierać się przez zdania kolumbryny zajmujące całe akapity, w których mamy pięć wtrąceń, trzy nawiasy plus jeden cytat. Z drugiej strony, ten sam erudyta potrafi napisać o samolocie pikującym w dół, jakby można było pikować w górę...

Niemniej Łysiaka cenię i cieszę się, że dotrwałem do końca "MW".

Strasznie nierówna książka. Są rozdziały, w których autor mocno odlatuje i nie do końca wiadomo, co chciał nam powiedzieć (np. roz. XIII). Są też takie, które czyta się z przyjemnością. Dotyczy to głównie tych fragmentów, gdy Łysiak zamienia się w powieściopisarza albo wchodzi na świetnie znany sobie grunt popularyzatora historii.

Erudycja autora czasami wychodzi mu...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
424
379

Na półkach:

Sięgnęłam po wielu latach po tę właśnie pozycję z twórczości ulubionego pisarza, bo mając w planach podziwianie katedry w Rouen “w realu”, mgliście przypomniałam sobie, że coś tam o niej było ciekawego I humorystycznego zarazem i... przy okazji z ogromną przyjemnością przeczytałam ponownie całą książkę.

Jest to prawdziwe MUZEUM WYOBRAŹNI. Jednak ja wyobrażam je sobie ciut inaczej niż zwykłe, tradycyjne muzea, gdzie przechodzi się z sali do sali podziwiając cuda stworzone przez geniuszy. Ta książka kojarzy mi się raczej z wewnętrznym dziedzińcem Muzeum Archeologicznego w Atenach, gdzie wśród zieleni i dzieł sztuki ustawionych w podcieniach (tak, na świeżym powietrzu!) można posiedzieć przy kawce i gadać lub rozmyślać nie tylko o sztuce, ale o różnych sprawach z nią powiązanych lub nie.
W MW autor prowadzi czytelnika przez różne epoki i przeróżną tematykę, a jego rozważania, fantazje i spostrzeżenia wzruszają, oburzają, zdumiewają. Już pierwszy rozdział “Zabójca bajek” szokuje profetyzmem...Pamiętam, że czytając go po raz pierwszy w latach 80-tych, jeszcze jako durna nastolatka , śmiałam się do rozpuku nad degrengoladą i demoralizacją baśniowych postaci. Czytany teraz nabiera prawdziwie złowrogich treści, a przed oczy pchają się obrazy lewackich parad w Disneylandach, które zastąpiły te radosne, bajkowe oraz pełne politycznej poprawności (nie bawiąc się w eufemizmy:po prostu ekstremalnej durnoty) treści współczesnych bajek, którymi ogłupia najmłodszych...
Kolejne sale (rozdziały) to kolejne cuda : obraz Goi i opowieść o Mamelukach, Somosierra i opis jak ten “wąwóz-niewąwóz” i szarża naprawdę wyglądały (przy okazji niejeden czytelnik będzie zaskoczony dowiedziawszy się, że do dziś funkcjonuje we Francji, zupełnie niepejoratywne (to akurat wiem to od moich francuskich przyjaciół),mimo swego brzmienia, powiedzenie “ivre comme un Polonais” - “pijany jak Polak” i skąd się ono wzięło),katedra w Rouen i humorystyczna opowieść o Belbaalu, który obraz Cloude'a Moneta przywlókł do piekła i co się tam potem działo, blondynki w twórczości różnych artystów i (jakże by inaczej) rozważania nad tą grupą kobiet, obrazy Turnera i gawęda o liniowcach (przeciekawa, wzruszająca),genialny Delacroix i jego “Śmierć Sardanapala” , de la Tour i rozmyślania o miłości I przemijaniu ( tu leciutko grafomanią powiało, ale to chyba taki temat...:)) . Te najbardziej poruszające to: “Stańczyk” Jana Matejki wraz z omówionymi przy tej okazji dziejami błaznów na przestrzeni wieków oraz ,poruszająca do głębi, historia malującego gnijące mięso kumpla Modiglianiego - Chaima Soutin.

Wspaniała książka, którą można potraktować jako zaostrzające apetyt pyszne entrée do monumentalnych dzieł tego samego autora pt. “Malarstwo białego człowieka” oraz “Malarstwo biało-czerwone”.

A swoją drogą ciekawe, dlaczego portal, po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła "MW Łysiak" wyrzuca całą lawinę książek, (w tym również Waldemara Łysiaka),jednak akurat nie tę jedną. Czyżby i tutaj algorytmy skręciły w lewo?...

Sięgnęłam po wielu latach po tę właśnie pozycję z twórczości ulubionego pisarza, bo mając w planach podziwianie katedry w Rouen “w realu”, mgliście przypomniałam sobie, że coś tam o niej było ciekawego I humorystycznego zarazem i... przy okazji z ogromną przyjemnością przeczytałam ponownie całą książkę.

Jest to prawdziwe MUZEUM WYOBRAŹNI. Jednak ja wyobrażam je sobie ciut...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

1057 użytkowników ma tytuł MW na półkach głównych
  • 674
  • 372
  • 11
289 użytkowników ma tytuł MW na półkach dodatkowych
  • 211
  • 55
  • 6
  • 6
  • 4
  • 4
  • 3

Inne książki autora

Waldemar Łysiak
Waldemar Łysiak
Pisarz i publicysta, napoleonista. Urodzony w 1944 roku w Warszawie. Z wykształcenia historyk sztuki i architekt (studia w Rzymie i Warszawie). Na Politechnice Warszawskiej wykładał historię sztuki i cywilizacji, i tam też w 1977 roku obronił pracę doktorską o fortyfikacjach napoleońskich. Autor książek poświęconych sztuce, polityce, powieści. Jego twórczość charakteryzuje ostrość języka (który czasem bywa nawet wulgarny) i jasno zdeklarowane poglądy polityczne. Przeciwnik komunizmu.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Cytaty z książki MW

Więcej
Waldemar Łysiak M W Zobacz więcej
Waldemar Łysiak M W Zobacz więcej
Waldemar Łysiak M W Zobacz więcej
Więcej