Klucze do zdarzeń. Wybór reportaży z Polski i o Polsce

Średnia ocen

7,0 7,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Klucze do zdarzeń. Wybór reportaży z Polski i o Polsce w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Klucze do zdarzeń. Wybór reportaży z Polski i o Polsce

Średnia ocen
7,0 / 10
16 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Klucze do zdarzeń. Wybór reportaży z Polski i o Polsce

Poznaj innych czytelników

135 użytkowników ma tytuł Klucze do zdarzeń. Wybór reportaży z Polski i o Polsce na półkach głównych
  • 115
  • 20
16 użytkowników ma tytuł Klucze do zdarzeń. Wybór reportaży z Polski i o Polsce na półkach dodatkowych
  • 6
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Klucze do zdarzeń. Wybór reportaży z Polski i o Polsce

Inne książki autora

Krzysztof Kąkolewski
Krzysztof Kąkolewski
Jeden z najważniejszych polskich przedstawicieli literatury faktu, znany z poruszania tematów bulwersujących i kontrowersyjnych. Uznawany jest za mistrza reportażu oraz specjalistę od estetyki faktu. Popularność zapewniły Kąkolewskiemu wywiady ze zbrodniarzami hitlerowskimi, 'Co u pana słychać?' (1975, 2010),oraz historie o ludzkich dramatach w powojennej rzeczywistości, 'Węzły wojny' (2010). 'W Diamencie odnalezionym w popiele' (1995, 2015) demistyfikuje ubecką manipulację stojącą za znaną powieścią Popiół i diament Jerzego Andrzejewskiego. Natomiast jego książka 'Jak umierają nieśmiertelni' zaliczana do klasyki polskiego reportażu, z dnia na dzień osiągnęła status kultowej, zdradzając m.in. kulisy mordu dokonanego przez Charlesa Mansona w willi Polańskich. Dał się również poznać jako autor kryminałów, ze 'Zbrodniarzem, który ukradł zbrodnię' (1969 i 2008) oraz 'Reporterem kryminalnym' (2010) na czele. Krzysztof Kąkolewski wykładał na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. W 2008 roku został uhonorowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich prestiżową nagrodą „Dziennikarski Laur”.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Portret z kulą w szczęce i inne historie Hanna Krall
Portret z kulą w szczęce i inne historie
Hanna Krall
Nie wiem, jak często wraca się w dorosłym życiu do lektur szkolnych. Większość z nich, to szacowne klasyki literatury sprzed wieków, a nawet tysiącleci, które ciężko zestawić z realiami współczesnego życia. Mogą sprawiać frajdę, albo poruszać emocje nielicznych, zdolnych do przejęcia się problemami minionych pokoleń. Co innego, literatura nieodległa w czasie pod względem powstania i czasów, którymi się zajmuje. Opisująca rzeczywistość, której ślady są wszędzie wokół nas i w jakiś sposób - choćby pośrednio - mogły nas ukształtować. Taka właśnie, jak reportaże Hanny Krall. Jej twórczość, to jedna z niewielu obowiązkowych lektur licealnych, do których potrafię wrócić. Jej przemyślany niepodrabiany styl pisarski buduję niesamowitą niepowtarzalną atmosferę jej utworów. I choć często trudno mi uwierzyć w niektóre z spisanych przez nią historii (zwłaszcza, gdy pojawiają się kwestie nadnaturalne),to i tak ich lektura tak wciąga, że jedynie zmęczenie, bądź niecierpiące zwłoki obowiązki, mogą mnie od nich oderwać. Wśród pisarzy młodszych pokoleń trudno jest mi wskazać osobę, która tworzyłaby w tak spójnym i przejmującym stylu. Bardzo cenię jej twórczość i uważam, że lepiej byłoby dla czytelnictwa w Polsce, gdybyśmy odeszli od kanonu lektur szkolnych, które są wykładem historii literatury, na rzecz bliższym naszym czasom, nowoczesnym formą literackim. Może poruszyłoby to więcej osób i skłoniło do czytania w post-edukacyjnym życiu?
Qbajot - awatar Qbajot
ocenił na86 lat temu
Dobranoc, Panie Lenin! Tiziano Terzani
Dobranoc, Panie Lenin!
Tiziano Terzani
Pod względem narracyjnym najlepsza z przeczytanych przeze mnie książek Terzaniego. Jeśli chodzi o kwestie merytoryczne, poniżej wypisałem grubsze rzeczy, które zauważyłem po drodze. Terzani wymienia poszczególne narody środkowoazjatyckich republik, łącznie z Tadżykami i twierdzi, że wspólną cechą wszystkich jest posługiwanie się językami wywodzącymi się z tureckiego. Podstawowa wiedza wystarczy, by wiedzieć, że to nieprawda. Tadżycy mówią dialektem perskiego. Wbrew temu, co pisze Terzani, Tadżycy nie są szyitami. Jakieś 95% to sunnici. Z Pandżakentu nie widać Pamiru. Z Duszanbe do Buchary także nie leci się nad Pamirem. O Duszanbe Terzani pisze: „W 1924 była to zaledwie wioska licząca czterdzieści dziewięć domów i dwieście dziewięćdziesięciu trzech mieszkańców”. W rzeczywistości już w czasach, gdy Duszanbe było pod władzą carskiej Rosji zamieszkiwało je 10 000 ludzi, znajdowały się tam dwie medresy i czternaście meczetów. Stwierdzenie, że Kirgizi i Uzbecy mówią „właściwie tym samym językiem” to lekkie nadużycie. Kirgizi i Kazachowie - praktycznie tak. Autor pisze też, że jako pierwsi osiedlili się w Azji Środkowej Mezopotamczycy. Fakt, że Medowie przejściowo kontrolowali część tego regionu, ale nie byli tam pierwsi, a określenie ich jako Mezopotamczyków jest trochę naciągane. Uzbekistan nie graniczy z Chinami. Rozumiem, że w 1991 mało kto znał na pamięć, która z nowo powstałych republik graniczy z kim, ale naprawdę wystarczyło raz spojrzeć na mapę przed oddaniem książki wydawnictwu. „Uzbecy od wieków znani są ze swojego wiernopoddańczego stosunku do władzy i z politycznej bierności”. Przyznaję, że pierwszy raz słyszę taką opinię. Zdaje się jej przeczyć, nie szukając w zbyt odległych czasach, zaangażowanie Uzbeków w ruchy basmaczy i dżadidów. Przypomniał mi się w tej sytuacji po pierwsze Kapuściński, bzdurnie przypisujący w „Szachinszachu” podobne cechy sunnitom, oraz po drugie, niedawno czytany Kościelniak, który dla odmiany twierdzi, że Uzbecy nie są bierni, wręcz przeciwnie - mają mentalność Timura. Wniosek jest taki, że aby zakreślać tak daleko idące generalizacje trzeba a) dwa razy się zastanowić, b) wiedzieć trochę więcej o grupie, którą się opisuje. Znajduje się tu kilka wzmianek o narkotycznej roślinie podobnej do marihuany, rosnącej na pograniczu kirgisko-kazachskim. Myślę, że chodzi o to, co miejscowi powszechnie nazywają анаша - nie jest to nic innego, jak po prostu marihuana. Nie mogę się powstrzymać od zacytowania jednej z piosenek Vavamuffin „jedni mówią na to ganja/ inni mówią na to callie/inni znowu marihuana/a to się po prostu pali” Prawdopodobnie jest tu jeszcze więcej nieścisłości, których nie potrafiłem wychwycić. Z jednej strony nie dziwię się, bo książka była pisana na gorąco, fragmentami w trakcie podróży, w czasach, kiedy nie było internetu, a wiele kwestii było poruszanych tylko w rosyjskojęzycznej literaturze. Z drugiej strony niektóre błędy, jak rzekoma granica Chin z Uzbekistanem są po prostu ordynarne i mógłby je przed publikacją wychwycić np. dowolny uczony zajmujący się w 1991 roku tym obszarem. Terzani trafnie zauważa, że jeśli gdzieś w regionie rozwinie się muzułmański ekstremizm, to stanie się to w Uzbekistanie. Niedługo potem Dżuma Namangani, były spadochroniarz Armii Radzieckiej, wyjechał z kraju, by wspomóc tadżycką opozycję w wojnie domowej. Gdy wrócił, założył Islamski Ruch Uzbekistanu, którego wyczyny stały się sporym problemem dla władz. Dwie rzeczy są prawdziwe jednocześnie. To jest kawał dobrego reportażu napisany przez człowieka z takim doświadczeniem życiowym, jakie ma może 1/10000 ludzi. Jednocześnie jest tu jest tak wiele błędów rzeczowych, że słabo spisuje się jako źródło wiedzy.
twujstary8 - awatar twujstary8
ocenił na66 miesięcy temu
Dobre miejsce do umierania Wojciech Jagielski
Dobre miejsce do umierania
Wojciech Jagielski
W czasie jednej ze swoich podróży, opisanych w książce, Wojciech Jagielski odwiedził katolikosa Wazgena I i zapytał go, czy można było uniknąć wojen na Kaukazie. Otrzymał wtedy niezwykle trafną odpowiedź: „każdej wojny można uniknąć, bo jej źródło tkwi w nas samych — w naszej pogardzie wobec innych i niecierpliwości wobec cudzych poglądów”. To niezwykle mądre i uniwersalne przesłanie, które doskonale podsumowuje istotę reportażu „Dobre miejsce do umierania”. Autor perfekcyjnie oddaje skomplikowaną tożsamość narodów kaukaskich, gdzie zamiast granic geograficznych wciąż istnieją niewidzialne linie frontu. Dziś może jest to mniej widoczne, ale przez większość lat dziewięćdziesiątych Kaukaz pogrążony był w konfliktach — i to między narodami, których na tym niewielkim obszarze mieszka ponad sto. Łączy ich wiele, ale równie dużo dzieli. Na Kaukazie niczego się nie zapomina; dawne krzywdy, nawet sprzed setek lat, są wciąż żywe i aktualne, bo tu przeszłość nieustannie wpływa na teraźniejszość. Choć książka powstała blisko dwadzieścia lat temu, wciąż pozostaje aktualna. Jagielski, przemierzając Kaukaz w czasach ciągłych konfliktów, opowiada tak naprawdę o uniwersalnych mechanizmach, które można zauważyć w wielu miejscach na świecie. Wynika z niej ważna przestroga: pokój nie jest nam dany raz na zawsze, lecz jest zadaniem, o które musimy nieustannie zabiegać. Ta refleksja czyni z „Dobrego miejsca do umierania” lekturę nie tylko o przeszłości Kaukazu, ale i o wyzwaniach współczesnego świata.
Arek - awatar Arek
ocenił na83 miesiące temu
Sprawa Dreyfusa i inne głośne procesy Przemysław Słowiński
Sprawa Dreyfusa i inne głośne procesy
Przemysław Słowiński
Leżała sobie ta książka i leżała na czytnikowej półce, aż wreszcie postanowiłam do niej sięgnąć i jakkolwiek nie można jej odmówić wielu ciekawych sądowych reportaży, to jednak niekiedy była nużąca oraz zbyt szczegółowa w opisach czynności procesowych. Nie wszystkie opisane sprawy były równie ciekawe czy wciągające, ale trzeba oddać autorowi pokłon za jego mrówczą pracę, jaką włożył w przygotowanie i napisanie tej książki. To zbiór udokumentowanych rekonstrukcji dawnych i relacji kilku w miarę współczesnych procesów karnych, procesów niekiedy skomplikowanych, wielowątkowych, niekiedy opartych jedynie na poszlakach, ale też takich, co do których chyba nikt nie miał wątpliwości co do winy oskarżonych. To obraz karkołomnej, choć nie zawsze perfekcyjnej pracy wymiaru sprawiedliwości, jak prokuratura czy sąd. To niekiedy procesy wręcz na zapotrzebowanie czy oczekiwanie polityczne, ale również prowadzone wnikliwie i rzetelnie, trwające wiele miesięcy czy nawet lat. Książkę rozpoczyna historia tytułowej postaci, francuskiego kapitana Alfreda Dreyfusa, niesłusznie oskarżonego o zdradę stanu i skazanego na dożywotnie więzienie. Roman Polański nakręcił o nim film zatytułowany "Oficer i szpieg", którego premiera miała miejsce w sierpniu 2019 roku. Sam reżyser stał się również jednym z bohaterów procesów, opisywanych przez Przemysława Sowińskiego. Ponadto poznamy kulisy spraw z różnych krajów i okresów, postaci takich jak: Janina Borowska (1910 rok),Erik Jan Hanussen (1929-30),Rita Gorgonowa (1932-33),Richard Hautpmann (1935),August Emil Fieldorf (1952),Adolf Eichmann (1960),słynny Wampir ze Śląska - Zdzisław Marchwicki (1974-75),Urlike Meinhof (1975-76),Roman Polański (1977 i 2008),O.J. Simpson (1995 i 2008),Janusz Trela "Krakowiak" (2001-2008) czy Katarzyna Waśniewska, zabójczyni swej półrocznej córeczki Madzi (2013). Mnie w tym wszystkim zabrakło (a może autor nie miał dostępu do dokumentów z akt prokuratorskich i sądowych) historii przebiegu procesów w sprawie śmierci gen. Marka Papały czy akcji policyjnych antyterrorystów w Magdalence. Ciekawa jestem bardzo sposobu ich prowadzenia, zarzutów, argumentów obrony, oceny dowodów i końcowych konkluzji. Jaki jest ich finał wiem, ale chciałabym poznać kulisy tych procesów.
Anna Lipińska-Czajkowska - awatar Anna Lipińska-Czajkowska
oceniła na64 lata temu
Czas KOR-u. Jacek Kuroń a geneza Solidarności Andrzej Friszke
Czas KOR-u. Jacek Kuroń a geneza Solidarności
Andrzej Friszke
Okładka nastraja optymistycznie, bo Wydawnictwo ZNAK, Instytut Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. To brzmi o wiele lepiej niż IPN. Do istotnego wstępu mam dwa zastrzeżenia. Pierwsze dotyczy Gomułki. Brak wg mnie podkreślenia, że Gomułka stał się ofiarą niewydolnego socjalistycznego systemu ekonomicznego. Abstrahując od tragicznych wydarzeń roku 1970, jak i marca 1968, zauważmy, że Gomułka oddawał ster władzy bez jakiegokolwiek zadłużenia, a Gierek nie miał żadnego pomysłu poza poprawą sytuacji ekonomicznej społeczeństwa drogą zaciągania kredytów, które miały być wykorzystane efektywnie. Miały, a wyszło jak zawsze. I z tego wynika druga uwaga. Friszke pisze (str.9,7 z 1626): "Trwałą stabilizację systemu miało zapewnić podniesienie poziomu życia obywateli i zmniejszenie dystansu dzielącego Polskę od krajów rozwiniętych. Służył temu program inwestycyjny ekipy Gierka, czyli rozbudowywanie przemysłu za pomocą technologii kupowanych na kredyt na Zachodzie. Pogorszenie się warunków udzielania kredytu po 1973 r. oraz wzrost oprocentowania skutkowały gwałtownym narastaniem zadłużenia PRL i coraz większą nierównowagą na rynku wewnętrznym...." Podstawową KONIECZNOŚCIĄ załamania się "programu inwestycyjnego ekipy Gierka", była ciężka, nieuleczalna choroba trawiąca scentralizowany, nakazowy, odgórny system decyzyjny, nosząca nazwę OSZUSTWO OD PODSTAW. Świadomie zaniżano (średnio czterokrotnie) koszty inwestycji, ustalano nierealne terminy realizacji, wyolbrzymiano (często w ogóle wyimaginowane) efekty ekonomiczne mające płynąć z inwestycji, a wszystko było podporządkowane jednemu celowi: BY WESZŁO DO PLANU. Mało tego, gdy decyzja już była korzystna, znaczną częścią kosztów inwestycji obciążano działalność bieżącą przedsiębiorstwa. Powszechnym zjawiskiem był zakup maszyn i urządzeń do hal produkcyjnych, których budowy nawet nie zaczęto. Stały więc one często na powietrzu, ulegając korozji, a często dewastacji i rozkradaniu, by w odległym czasie montażu okazać się nieprzydatnymi. Robotnicy to widzieli i w coraz większym stopniu zdawali sobie sprawę, że ta niegospodarność żle się skończy, a już obecnie wpływa negatywnie na ich sytuację finansową, bo brakuje pieniędzy na wzrost zarobków. Dodatkowym absurdem było rozliczanie się fabryk po cenach rozliczeniowych tworzonych z kosztu własnego, więc im wyższy koszt wytwarzania, tym większy odpis na fundusz płac, socjalny czy mieszkaniowy. TO MUSIAŁO RUNĄĆ, i już po 6 latach zaczęła się agonia. Friszke zaczyna książkę od charakterystyki anty -PRL-owskiej opozycji. Aby szerokie grono czytelników mogło czytać ze zrozumieniem omawiane dzieło, przypomnę za Wikipedią: "….'Ruch' powstał w połowie lat 60. Na IV Zjeździe, w styczniu 1969 r., przyjął deklarację programową 'Mijają lata'(jej autorami byli Stefan Niesiołowski, Andrzej Czuma oraz Emil Morgiewicz)... ...Jego działacze zdecydowanie odrzucali komunizm i nie uznawali Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej za legalne państwo polskie. Nie próbowali więc, w przeciwieństwie do innych środowisk opozycyjnych, działać na rzecz reformy i demokratyzacji PRL, uważali, że dopiero na jej gruzach należy budować niepodległe państwo: demokratyczne, niezależne od Związku Radzieckiego, gwarantujące przestrzeganie praw człowieka... ...W najbardziej aktywnym okresie działalności organizacja liczyła ok. 100 członków.” „Komandosi – określenie dla działającej w latach 60. XX wieku studenckiej grupy kontestatorów, głównie Adama Michnika, Teresy Boguckiej, Jana Grossa, Jakuba Karpińskiego, Barbary Toruńczyk, Ireny Grudzińskiej, Aleksandra Perskiego i innych studentów. Nazwani zostali tak od niespodziewanego pojawiania się na wykładach otwartych i sesjach rocznicowych na Uniwersytecie Warszawskim i niweczenia propagandowych założeń tych zgromadzeń przez doprowadzanie do nieprawomyślnych, według ówczesnej władzy, dyskusji politycznych... ....Po wydarzeniach marcowych 1968, jesienią tego roku rozpoczęły się procesy środowiska „komandosów”. Po kilku miesiącach zapadły wyroki więzienia, m.in. 3,5 roku dla Kuronia i Modzelewskiego, 3 lata dla Michnika...." To teraz mogę już pokazać "polskie piekiełko"; wg donosu Ludwika Hassa, działacze "Ruchu" szykowali się do ataku na "komandosów"(str.100): "Uważają ich za grupę antynarodową, którą trzeba odciąć od wszelkich kontaktów ze środowiskami opozycyjnymi, następnie zaś całkowicie wyeliminować z życia publicznego. Sprawę tę stawiają bardzo ostro. Tak np. zażądali, by Klub Inteligencji Katolickiej i redakcja „Więzi” zdecydowali się z kim chcą współpracować – z byłymi „komandosami” czy z nimi. Inaczej też, niż [Marcin] Król i jego zwolennicy, nie chcą „ruchowcy” utrzymywać żadnych stosunków towarzyskich z Kuroniem i jemu bliskimi. Doszło nawet do tego, że na przyjęciu u Wojciecha Ziembińskiego w końcu stycznia 1975 r. (przyjęcie z okazji rocznicy powstania styczniowego),na którym był Kuroń, zaczęli mówić: co tu robi ten „czerwony”?, co on ma wspólnego z rocznicą narodową". To po co nam kacapy? Przecież my sami unicestwimy się skutecznie w naszym bagienku!!! Podobnie jak Michnik w „Dziełach zebranych”, tak i Friszke wielokrotnie zwraca uwagę (np. str.116) na znaczenie książki Bohdana Cywińskiego z 1971 roku, pt „Rodowody niepokornych” w kształtowaniu postaw obecnych „niepokornych” i budowaniu płaszczyzny porozumienia między opozycjonistami różnych „maści”. Ze zdziwieniem zauważam tylko jedną opinię na LC, więc decyduję się skopiować notkę redakcyjną opracowaną przez autora: "Przedmiotem zawartych w tej książce rozważań o przeszłości są postawy społeczno-etyczne w Polsce ostatnich stu pięćdziesięciu lat. Lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte XIX wieku, to okres kiedy w polskiej myśli ideologicznej i politycznej zaczęły rodzić się nowe idee i kierunki. Związane one są z jednym pokoleniem polskiej inteligencji, pokoleniem urodzonym w pobliżu Powstania Styczniowego i wychowanego w okresie najciemniejszej nocy politycznej, jaka kiedykolwiek zapadła nad Polską. Pokolenia, które potrafiło odrodzić polskie życie polityczne, stworzyć potężne stronnictwa o wyraźnych programach i wnieść swój istotny wkład w odzyskanie niepodległości w 1918 roku.(...)" Czołowa postać „naszej” książki - Jacek Kuroń - to człowiek dialogu; całe życie szuka płaszczyzny porozumienia z innymi. Jedną z ważnych postaci w jego życiu jest, sławny dzisiaj, ks. Jan Zieja (str. 125): „We wrześniu 1974 r. przypadała 35. rocznica wybuchu wojny. Kuroń wspominał wielkie wrażenie, jakie na nim wywarło kazanie ks. Jana Ziei wygłoszone w warszawskiej katedrze w rocznicę sowieckiego najazdu 17 września 1939 r. Było ono nie tylko przypomnieniem męczeństwa Polaków na Wschodzie, ale też wyznaniem polskich win wobec Ukraińców, Litwinów, Białorusinów. Będąc pod wielkim wrażeniem tego kazania, Kuroń opowiadał o nim przyjaciołom: „wygłosiłem je prawie dosłownie tekstem Ziei. Potem powtarzałem to w różnych miejscach i właśnie mój tekst poszedł w paryskiej »Kulturze«”. Wrażenie Kuronia brało się z odkrycia podobnej do własnej wrażliwości na krzywdę pobratymczych narodów oraz związanej z tym postawy antynacjonalistycznej. Ksiądz Zieja przełamywał powszechne w tym okresie milczenie o Ukraińcach, Litwinach, Białorusinach, a czynił to na gruncie etyki chrześcijańskiej i wartości braterstwa.” Kuroń prowadził rozmowy z Wojtyłą i Wyszyńskim. Zainteresował mnie fragment o kontaktach z Prymasem (132). Niestety... "Nie zachowały się również notatki SB o tych audiencjach, z wyjątkiem raportu o spotkaniu Prymasa z Kuroniem i Michnikiem 20 maja 1976 r. Można przypuszczać, że spotkania te zostawiły ślad w prowadzonym przez kardynała Wyszyńskiego diariuszu, z którego dotychczas opublikowano jedynie wyjątki." Napięcie w lekturze jest zmienne, bo Friszke opisuje dokładnie wszystko, w tym próby Kuronia w wydaniu marnego kryminałka pod zmyślonym nazwiskiem czy wg mnie marginalną rewitalizację wolnomularstwa. Ponadto wiele spraw znam z innych żródeł. Pozwolę więc sobie, na kontynuację dotychczasowej praktyki, czyli sygnalizowanie fragmentów, dla mnie, ciekawych. Niewątpliwie nim jest pismo dyrektora Departamentu III MSW gen. A. Krzysztoporskiego, z września 1975 r., w którym alarmuje (182): „Opozycja wewnętrzna nabrała cech frontu antysocjalistycznego obejmującego osoby o postawach rewizjonistycznych, prawicowych, liberalno-burżuazyjnych i innych. Najbardziej aktywne jądro, ściśle ze sobą współdziałających, stanowi grupa osób ze środowisk: b. komandosów (J. Kuroń, A. Michnik, T. Bogucka); socjaldemokratów (A. Steinsbergowa, J. Olszewski, L. Cohn); rewizjonistycznych (S. Staszewski); liberalno-burżuazyjnych (J.J. Lipski, K. Brandys, K. Głogowski); b. członków nielegalnej organizacji „Ruch” (A. Czuma, S. Niesiołowski i E. Morgiewicz); prawicy społecznej (J. Rybicki, Wł. Bartoszewski).” Jakby nie patrzeć, miejsce na tej liście nobilituje! Wiele stron Friszke poświęca listom protestacyjnym, petycjom etc, w tym dotyczącym poprawek do tworzonej w 1975 r konstytucji. Niestety, opis tych zbierań podpisów, wagi przywiązywanej do tego, poczucie misji, sprawia wrażenie dziecinady i śmierdzi bohaterszczyzną. W końcu sam autor pisze (208): „..Pozornie ruch petycyjny poniósł porażkę, w rzeczywistości odniósł sukces”. Ten „sukces”, to chyba z Mrożka. Moje środowisko tylko obserwowało, kto pod kolejnym listem się podpisze: czy będzie stary endek, alkoholik, alfa „Zniewolonego umysłu” Miłosza - Andrzejewski czy też może autor socrealistycznych „Obywateli” - Kazimierz Brandys, przed którym (wg Kisielewskiego) uciekali zbieracze podpisów pod „listem 34”. Bo dla mnie wzorcami moralnymi byli np Ossowscy, a ze środowiska literackiego godnym szacunku - Słonimski. Chwała Kuroniowi i innym zapaleńcom, ale nie mitologizujmy tamtych działań!!! Na str.251 czytam: „Odejście Kuronia od marksizmu na przełomie dekad i budowanie nowego systemu wartości społecznych utrudniały przedstawienie praktycznego programu dla robotników...." Czyli Kuroń zintelektualizował się i uprawiał "sztukę dla sztuki". Gorzej, ze Friszke poszedł w komedianty i nam groteskę zaserwował: "..Jedyną próbą dotarcia do środowiska robotniczego były wspomniane wyżej rekolekcje dla młodzieży gitowskiej....." Żart? Przecież do robotników łatwiej trafić przez apropaków!!! No i dobrze, trochę się pośmiałem, bo od tych kilkunastu nazwisk w kółko się powtarzających, oczy mnie się zamykały. Doceniam wagę publikacji Friszke, lecz ze względu na „experience”, np. z 1968 r. ogarnia mnie nuda przy opisach pałowań, zwanych „ścieżkami zdrowia”, a ona prowadzi z kolei do obrazoburczej mojej pseudofilozofii po lekturze np takiego fragmentu (327): „Większość oskarżonych w Radomiu skazano za to, że „działając w sposób chuligański wzięli udział w zbiegowisku publicznym, którego uczestnicy wspólnymi siłami dopuścili się gwałtownego zamachu na funkcjonariuszy publicznych oraz na obiekty i urządzenia gospodarki uspołecznionej, powodując w następstwie tego zamachu uszkodzenie ciała 75 funkcjonariuszy MO oraz szkodę w mieniu społecznym w wysokości 28 000 000 zł”. Ten sposób formułowania aktów oskarżenia sprawił, że wobec sądzonych stosowano zasadę odpowiedzialności zbiorowej, tj. skazywano ich nie za własne czyny, lecz za wszystko to, co w dniu 25 czerwca 1976 r. zdarzyło się w Radomiu..." Bo, jak nie ulec "hańbiącej" refleksji, gdy widzę bezsilność III RP wobec bandziorów zwanych kibolami. Czy negacja "odpowiedzialności zbiorowej" ma oznaczać bezkarność? Takie refleksje nie opuszczają mnie przy dalszej lekturze opisów restrykcji, prześladowań, przesłuchań, nieustannej huśtawki aresztowań i zwolnień w OKUPOWANEJ, ZNIEWOLONEJ POLSCE wskutek konfrontacji z rzeczywistością w obecnej WOLNEJ, NIEPODLEGŁEJ DEMOKRATYCZNEJ, nękanej przez "niepokornych" obywateli skargami do Strasburga. Nie porusza mnie również użycie (350) "maszyny do pisania marki Consul" Kuronia do pisania skarg, bo o wiele bardziej tragiczna historia z maszyną w tle, opisana jest w żartobliwej książce aktora Andrzeja Zaorskiego, gdzie na pożyczonej, od urzędującego wówczas, komunistycznego Ministra Zaorskiego, ojca Andrzeja, ulotki "antypaństwowe" pisała w 1968 r. Kojka, siostra "Dziobaka" tj reżysera Krzysztofa Wierzbickiego. Kojka, relegowana, poszła siedzieć, a nam pozostało spekulowanie czy bezpieka odda maszynę - dowód rzeczowy- prawowitemu właścicielowi tj administracji rządowej. Mimo tragicznych indywidualnych losów robotników z Radomia, Ursusa etc, całość prześladowań wobec organizatorów opozycji sprawia wrażenie zamierzonej nieudolności. Jakby postępowaniem „władzy” kierowało hasło „nie chcem, ale muszem” czy też idea „wentyla bezpieczeństwa”. Bo, co dostaje całe społeczeństwo? Trzech męczenników: Kuronia, Modzelewskiego i Michnika. O innych szeroko się nie mówi, a znane postacie zdobywają popularność i respekt społeczeństwa podpisując kolejne petycje i „listy”. Dzięki temu, niezdolni do czynów mitomani mogą podtrzymywać w sobie przeświadczenie: „A jednak walczymy!” Na str, 360 Friszke pisze: „Dawniej wprowadzeni agenci zdążyli się już zdemaskować... ...Wprowadzenie nowego.. ..było bardzo trudne..” Tylko, że w bardzo szerokich przypisach do tego rozdziału (str. 593-650),znajduję olbrzymią ilość donosów i „meldunków operacyjnych”. Nie bądżmy naiwni, jak skonfundowany Wildstein z powodu przyjaciela!! Proszę Państwa! Ta pozycja przerosła moje możliwości i chęci w pisaniu opinii! Czytam dalej sam, nie dzieląc się uwagami. Mam już tylko siłę, by wyrazić uznanie dla autora i polecić całość Państwu.
Wojciech Gołębiewski - awatar Wojciech Gołębiewski
ocenił na1010 lat temu
Druga wojna czeczeńska Anna Politkowska
Druga wojna czeczeńska
Anna Politkowska
Komu zależało na przeciąganiu drugiej wojny w Czeczeni, w kraju całkowicie zrujnowanym, którego gospodarka przestała istnieć, bezrobocie wynosiło 100%, a ludzie żyli tylko z tego co wyhodowali w swoich ogródkach, w kraju gdzie wymordowano prawie wszystkich mężczyzn i młodych chłopców? Anna Politkowska przez wiele miesięcy posiadając specjalną przepustkę od władz Rosji przebywała w ogarniętej wojną Czeczeni. Gdyby światowi przywódcy zamiast udzielać Rosji kredyty na uzbrojenie, czytali to co pisali niezależni dziennikarze o tym co dzieje się w Afganistanie, Syrii, Północnej Osetii, Czeczeni, dziś nie byłoby wojny w Ukrainie. Liczył się tylko tani gaz, a nie setki tysięcy ofiar totalitarnego państwa, które propagandę ma dopracowaną do perfekcji. Lepiej było uwierzyć, że Rosja chce walczyć z terroryzmem i wprowadzić konstytucyjny porządek, krzyczeć na cały świat, że to czeczeńscy terroryści doprowadzili do tragedii w szkole w Biesłanie, a nie powiedzieć, że to siły specjalne Federacji przeprowadziły morderczy atak, bo taki był rozkaz z Kremla, że z terrorystami się nie negocjuje, a że będą przy tym ofiary? Cóż, Putin był gotowy na takie poświęcenie. Anna Politkowska, która znała czeczeńskich przywódców i była już negocjatorką w czasie wzięcia zakładników w teatrze na Dubrowce, zaproponowała, że może być negocjatorką w szkole w Biesłanie, ale władze nie wydały zgody na negocjacje. Nigdy natomiast nie nagłaśniano spraw zbrodni popełnianych przez rosyjskie wojsko w Czeczeni, a było ich o wiele więcej niż ataków terrorystycznych i ofiar też było znacznie więcej. Ofiar, za którymi nikt się nie ujął, nikt oprócz najbliższych o nich nie wiedział, nie zapadły żadne wyroki za zbrodnie wojenne. Czeczeńskie kobiety przestały płakać, bo nie miały więcej łez. Nie należy też zapominać, że zgwałcone kobiety, nie miały już w swoim społeczeństwie miejsca, dlatego wolały nie przyznawać się do gwałtów popełnianych przez pijane stada rosyjskiej armii. Tak jak i “Rosja Putina”, “Druga wojna czeczeńska”, to obraz państwa totalitarnego nie liczącego się z nikim i niczym, dbającego tylko o swoje partykularne interesy. Ilu z nas słyszało o wielkim głodzie panującym w tym kraju podobno mlekiem i miodem płynącym na początku XXI wieku? Daję tej książce ciut niższą ocenę, bo powtarza się w niej wiele rzeczy z poprzedniej książki, ale koniecznie trzeba po nią sięgnąć.
Kamila - awatar Kamila
oceniła na93 lata temu
Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu Joanna Szczęsna
Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu
Joanna Szczęsna Anna Bikont
Powróciłem do książki Bikont i Szczęsnej po lekturze 'Domu pisarzy w czasach zarazy' Tomasza Jastruna, pozycji traktującej o zaczadzeniu polskich pisarzy komunizmem po wojnie. No cóż, na tle dość zdawkowej pozycji Jastruna rzecz dwóch autorek wygląda imponująco. Mamy tu świetnie opisane i udokumentowane historie ludzi, którzy najpierw zwariowali (wedle słów Adama Ważyka) a potem, w 1956 r. albo wcześniej, przejrzeli na oczy. Niektóre życiorysy, to temat na powieść czy film. Weźmy Jerzego Andrzejewskiego, który przed wojną był zaangażowanym katolikiem, po wojnie zaprzysięgłym komunistą. Po 1956 r. został opozycjonistą i utwory odrzucone przez cenzurę zaczął drukować w prasie emigracyjnej. Drugi ciekawy życiorys to Wiktor Woroszylski, który mając pochodzenie żydowskie, przeżył piekło wojny w Grodnie, kursując pomiędzy gettem i aryjską stroną, po wojnie stał się wojującym komunistą, prawdziwym fanatykiem i inkwizytorem, koledzy pisarze się go bali, bo potrafił ich niszczyć na zebraniach partyjnych. Pisał też okropne wiersze, jak ten z 1950 r. sławiący ubeków: „Towarzysze moi, silni i twardzi, przyjaciele moi, niezawodni i pewni – wybrano was, najlepszych z klasy partii, byście Rewolucji jak córki strzegli.” Potem, po pobycie w ZSRR w połowie lat 50., Woroszylski trochę przejrzał na oczy. Ostatecznie odszedł od komunizmu po tym jak był naocznym świadkiem rozstrzelania przed sowieckie czołgi rewolucji w Budapeszcie w listopadzie 1956 r. Został bardzo zaangażowanym opozycjonistą, ale do końca życia nie mógł pozbyć się garbu swojego stalinowskiego zaczadzenia. Mamy jeszcze opisane losy bohaterów książki po 1956 r., ale te są już mniej interesujące. W sumie jest to fascynujący przyczynek do historii PRL-u. Napisane to z nerwem, czyta się lekko i z napięciem, prawie jak powieść sensacyjną. Książka jest pięknie wydana, zawiera masę ciekawych zdjęć, sporo cytatów z utworów ówczesnych. Końcowa część jest poświęcona polemikom z innymi autorami, którzy napisali książki o literatach zaczadzonych komunizmem w latach 50.: Jackiem Trznadlem (Hańba domowa) i Bohdanem Urbankowskim (Czerwona msza, czyli uśmiech Stalina). Moim zdaniem ta część osłabia wymowę książki, autorki winny skończyć swoją historię na roku 1989 i nie wdawać się w niepotrzebne pyskówki.
almos - awatar almos
ocenił na810 miesięcy temu

Cytaty z książki Klucze do zdarzeń. Wybór reportaży z Polski i o Polsce

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Klucze do zdarzeń. Wybór reportaży z Polski i o Polsce