Czołem, nie ma hien. Wietnam, jakiego nie znacie Andrzej Meller 6,8

Jedyna książka, którą zabrałam ze sobą w podróż do Wietnamu, co było – jak się okazało niestety już na miejscu – głupim pomysłem. Zważywszy, że leciałam tam wyłącznie z bagażem podręcznym, wybierając lekturę, nie powinnam była poprzestawać na okładkowym opisie, obiecującym pasjonującą opowieść o „Wietnamie nieznanym”. W efekcie targałam przez ponad dwa tygodnie na plecach ciężką cegłę, która już po pierwszym rozdziale wkurzyła mnie tak bardzo, że tylko wzgląd na dobro planety sprawił, że nie spuściłam jej z nurtem Rzeki Czerwonej.
Całość przeczytałam po powrocie do Polski (skoro już to przetargałam przez pół świata, to przeczytam…). Odbiór trochę się poprawił, jednak nadal nie uważam, aby była to pozycja dzięki której człowiek, który nie ma pojęcia o Wietnamie, a jednak tam jedzie, jakkolwiek się ubogacił. Czemu? Wyłożę to w punktach.
1. Rzeczywistość, którą opisuje Meller to rzeczywistość sprzed około dziesięciu lat. W Europie to sporo, w Azji, a zwłaszcza w Wietnamie to kosmicznie dużo. Zarówno jeśli chodzi o ichnią inflację, jak i całą resztę. Wietnam naprawdę się rozwija, pod każdym względem.
2. Meller, jak to Meller, lubi Mellera. Dużo go w tej książce, oj dużo. Zaryzykuję stwierdzenie, że nawet więcej niż Wietnamu. Czujcie się ostrzeżeni.
3. Wietnam opisywany w tej książce to w dużej mierze Wietnam ludzi, którzy przebywają tam nie dlatego, że postanowili się tam przeprowadzić na stałe, ale dlatego, że z jakichś przyczyn akurat ten kraj chwilowo (słowo „chwilowo” jest tu kluczowe) im pasuje. Bo jest tani, bo ma świetne warunki do uprawiania kitesurfingu, bo można tam otworzyć szkołę kitesurfingu, w której uczyć będą się głównie obcokrajowcy, którzy wybiorą ją dlatego, że Wietnam jest tani. I tak dalej, i tak dalej. Jeśli chcecie poczytać o Europejczykach, ewentualnie Amerykanach, którzy postanowili jakiś czas pomieszkać w Wietnamie, ta książka jest dla Was. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś o Wietnamczykach, szukajcie dalej.
4. Autor uwielbia śmieszkować. Niestety jego poczucie humoru nie jest w najlepszym stylu i bywa podszyte pogardą. A to (nie raz, i nie dwa) przetłumaczy niedoskonałą angielszczyznę Wietnamczyków (nie ma to jak doskonała angielszczyzna Polaka w osobie Andrzeja Mellera, nieprawdaż) tak: „taksiówka? (…) tylko cidzieści dolalów! Dobla tlawka i tanie luchanko.” (zrywacie boki? Nie? Dziwne, naprawdę). A to użyje wobec niezbyt (zdaniem autora) urodziwej wietnamskiej kobiety określenia „paskuda” lub nazwie agresywnego, owszem, Wietnamczyka, „troglodytą”. Takie dowcipasy.
Czemu w to brnęłam? Pewnie dlatego, że współczesnej literatury w języku polskim o Wietnamie mamy tyle, co kot napłakał. Poza tym im w tę książkę dalej, tym lepiej. Więcej faktów, więcej historii i wietnamskich realiów, a mniej Mellera. Mając już jako takie pojęcie o tym kraju, byłam w stanie odsiać ziarna od plew i wyłapać smakowite kąski (a parę się ich w tej książce znalazło, przyznaję). Niewątpliwie jest to przede wszystkim opowieść o Wietnamie okiem Andrzeja Mellera – zatem głównie dla fanów tego ostatniego. Prawdy o życiu w tym kraju nie ma tam jakoś bardzo dużo, jednak coś tam można wyszperać. Na bezrybiu i rak ryba, mawiali.