Zupełnie inny festiwal

AMisz
14.04.2015

W sobotę zakończyły się Gdańskie Spotkania Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu”. Ten trzydniowy festiwal, który istotnie przyjmuje formułę nieformalnych spotkań, bardzo różni się od tradycyjnych literackich festiwali: trudno szukać w nim zadęcia, zbytecznego blichtru czy nachalnego (pseudo)intelektualizmu. Jest nieformalnie, zabawnie, niekonwencjonalnie. Po prostu jest inaczej.

Gdybym poprosiła kogokolwiek z Was o wymienienie pięciu tytułów zagranicznych książek, które w ostatnim czasie czytaliście podejrzewam, że nikt nie miałby z tym problemu. Dodatkowo jeśli nazwisko autora oryginału nie było zbyt skomplikowane lub nie był to Wasz pierwszy z nim kontakt zapewne w 4 na 5 przypadkach również nie byłoby z tym problemu. Ale gdybym poprosiła Was o podanie nazwiska autora przekładu? Tak, tutaj najczęściej zaczynają się schody. Żeby, będąc tłumaczem literatury, przebić się ze swoim imieniem i nazwiskiem do świadomości przeciętnego czytelnika trzeba albo tłumaczyć tak popularną serię jak Harry Potter (Andrzej Polkowski), albo być pisarzem, który dodatkowo tłumaczy (Marcin Mortka), albo znanym – najlepiej nieżyjącym już – poetą (Stanisław Barańczak). A co mają powiedzieć Ci, którzy tłumaczą książki mniej popularne, nie są pisarzami i na dodatek nadal żyją? Ilu z Was zatrzymuje się na pierwszej, bądź drugiej, stronie książki, aby sprawdzić, kto jest autorem przekładu? Celowo używam tutaj określenia „autor przekładu”, ponieważ organizatorzy Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury właśnie na to położyli główny akcent. Chcieli pokazać, że tłumacz, to w zasadzie też autor. Tyle, że przekładu.

Pobyt w Gdańsku szalenie mi się podobał – mimo tego, że nie mam doświadczenia w tłumaczeniu literatury (na swoim koncie mam tylko tłumaczenie kilku odcinków serialu „Lie to me”), jednakże przez kilka lat pracowałam w branży tłumaczeń i pozostał mi sentyment do tego zawodu. Festiwal rozpoczął się spotkaniem z Szekspirem lub Shakespearem. W pięknych, pachnących nowością i drewnem wnętrzach Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego inauguracyjny wykład, zatytułowany „Przekład jak krew ratuje życie” wygłosiła prof. Marta Gibińska, która na przykładzie jednego z sonetów autora „Romea i Julii” pokazała, że przekładać poezję, to tak naprawdę pisać ją od nowa. A potem wraz z Anną Ceterą i Jerzy Limonem rozmawiała o polskiej recepcji Szekspira lub Shakespeara, o nowych i starych przekładach oraz o tym, czy sztuki Szekspira lub Shakespeara dają się przełożyć na współczesne wnętrza teatrów.

Bardzo ciekawie wypadło spotkanie Olgi Tokarczuk z tłumaczami jej książek na języki ukraiński, szwedzki, słoweński oraz angielski. Tłumacze odpowiadali na pytania Tomasza Pindla (tłumacza z hiszpańskiego) o to, co najbardziej im się w książkach Tokarczuk podoba, czego się obawiają – tutaj większość była zgodna – obawiają się „Ksiąg Jakubowych” – opowiadali o recepcji literatury polskiej w ich krajach i o tym, jak wygląda u nich rynek książki. Sala teatru była wypełniona po brzegi, widać, że nazwisko autorki „Prawieku” przyciąga tłumy.

Olga Tokarczuk podzieliła się ciekawą anegdotką na temat tego, czy jej tytuły są przekładalne na inne języki. Wydając „Prowadź swój pług przez kości umarłych” otrzymała od Wydawnictwa Literackiego projekt okładki, na której widać szarego nietoperza. Wydawnictwo naciskało na tę właśnie okładkę, więc autorka dopisała krótki fragment tekstu, żeby uzasadnić obecność zwierzaka. Jakież było jej zdziwienie, gdy ukazał się przekład na język niemiecki: tytuł brzmi bowiem „Der Gesang der Fledermause”, czyli... Pieśń nietoperza!

Piątek rozpoczął się od spotkania z tłumaczami literatury polskiej na języki anglosaskie. Pomimo szczerych chęci Ursuli Phillips nie udało jej się przekonać zgromadzonej publiczności, że Nałkowska jest świetną polską prozaiczką, którą powinniśmy częściej czytać. Prowadzący spotkanie Tomasz Pindel i Szymon Kloska wprawili tłumaczy w lekką konsternację pytając, czy ich zdaniem literatura polska ma szansę wydać taki światowy bestseller jak książki Pamuka, czy Bolano. Po chwili niezręcznej ciszy większość tłumaczy odpowiedziała, że chyba jednak nie... Jennifer Croft odpowiedziała, że Amerykanie kiedy chcą poczytać książką z namiętnymi scenami seksu sięgają po literaturę iberoamerykańską, kiedy chcą poczytać o ludzkiej kondycji sięgają po literaturą francuską, a po literaturę polską (lub szerzej środkowoeuropejską) sięgają, kiedy chcą... pocierpieć.

W piątek wieczorem odbyła się gala, podczas której wręczono pierwszą Nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska za Twórczość Translatorską im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Jej laureatką została Maryna Ochab, która przełożyła m.in. Zająca z Patagonii Claude Lanzmanna, Zazi w metrze Raymonda Queneau, Czarodziejki Jeana Starobinskiego (razem z Tomaszem Swobodą), czy Indie. Miliony Zbuntowanych Vidiadhara Surajprasada Naipaula (razem z Agnieszką Nowakowską). Statuetkę, którą zaprojektowała i wykonała Katarzyna Józefowicz wręczył Prezydent Miasta Gdańska Paweł Adamowicz. Wysokość Nagrody to 50 000 złotych.

Statuetka Nagrody jest dość nietypowa. Z daleka wyglądała jak mała komoda, sama laureatka jeszcze stojąc na scenie z zaciekawieniem przeglądała kolejne szufladki, sprawdzając co zostało w nich umieszczone - osoba siedząca obok mnie zażartowała, że może szuka tych 50 tys. Jak się później okazało wiele się nie pomyliłam: nagroda została wykonana z papieru i przyjęła formę małego sekretarzyka, a w szufladkach zostały umieszczone wycięte słowa, które kojarzą się Katarzynie Józefowicz z przekładem literackim m.in. książka, autor, literatura, ale też miłość, otwartość, metoda.

Samo wręczenie nagrody poprzedziła swobodna rozmowa wszystkich nominowanych, którzy opowiadali o tym, jak wygląda ich warsztat, bez czego nie mogą się obejść podczas pracy (dominowały papierosy!), czy czytają swoje wcześniejsze książki i czy mają wrażenie bycia pośrednikiem, bycia pomiędzy autorem oryginału a czytelnikiem. Miło było przekonać się, że nominowani oprócz tego, że są świetnymi tłumaczami są także zabawnymi, dowcipnymi ludźmi, pełnymi dystansu do siebie i swojej pracy. Miałam wrażenie, że wielokrotnie ratowali prowadzącego i rozładowywali niezręczne momenty.

Festiwale takie jak Gdańskie Spotkania Tłumaczy Literatury w mojej opinii są niezmiernie potrzebne. Pozwalają spojrzeć na literaturę z trochę innej perspektywy i uświadamiają, że to, co finalnie spoczywa w naszych rękach jest tak naprawdę owocem pracy (a nierzadko współpracy) dwóch osób: autora oryginału i autora przekładu. Może więc czas zacząć umieszczać nazwisko tego drugiego na okładce?

Zdjęcia: Bogna Kociumbas

Przeczytaj także:
10 kwietnia poznamy laureata Nagrody za Twórczość Translatorską

 

Reklama

komentarze [3]

Sortuj:
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Róża_Bzowa 15.04.2015 07:51
Bibliotekarka

Warto byłoby, rzeczywiście, umieszczać nazwisko tłumacza na okładce.
Bardzo byłoby to pomocne, m.in. dla takich osób, jak pisząca te słowa, które gromadzą po kilka egzemplarzy danego tytułu z uwagi na różne tłumaczenia czy ilustracje.

Co tam zresztą okładka - niektórzy wydawcy nawet nie dbają o umieszczenia nazwiska autora przekładu i autora ilustracji (także współtwórca...

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post więcej
8_oclock 15.04.2015 11:35
Czytelniczka

i Ilustratorzy - do opisu książki na LC :)

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Aby napisać wiadomość zaloguj się
AMisz 14.04.2015 18:58
Bibliotekarka

Zapraszam do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
zgłoś błąd