Ulicami mego miasta

Sylwia Sekret
10.04.2016

Podczas ostatnich kilku dni wiosna przypomniała sobie, że to przecież już kwiecień, w związku z czym mogliśmy nacieszyć zmysły słońcem, wysoką temperaturą i nieśmiało kwitnącymi drzewami. Taka pogoda zachęca oczywiście do spacerów, choć posiadacze psów przedzierają się przez ulice i chodniki bez względu na pogodę i porę dnia. Jako że w domu nigdy nie jestem sama, bo towarzystwa dotrzymuje mi ruda Barsa, spacery weszły na stałe do mojego dziennego repertuaru czynności. Nieważne czy leje, wieje, mróz zapiera dech w piersiach; czy mam ochotę na przechadzkę, czy nie - iść trzeba. Zanim nastały ciepłe dni, przemykałyśmy dość szybko między blokami, przedzierałyśmy się przez pola, młodzież i rodziny pędzące na zakupy. Choć na psie moim niskie temperatury nie robiły szczególnego wrażenia, ja szłam z dość nisko spuszczoną głową, ani myśląc o ciekawskim rozglądaniu się na boki, wpatrzona z uporem we własne buty i obszczekującego wszystkich pupila. Ale tych kilka dni kwietnia, kiedy w odstawkę poszły zimowe kurtki i buty, a na nos wskoczyły iście wakacyjne okulary przeciwsłoneczne, przypomniało mi, że mieszkam w okolicy upstrzonej ulicami, którym patronują literaci. Czy jednak są oni rozmieszczeni na mapie bez ładu i składu, czy może da się odnaleźć w tym jakiś głębszy zamysł, jakiś koncept bądź klucz? Postanowiłam skorzystać z pogody, dałam się wyprowadzić psu na spacer, jednocześnie chcąc to sprawdzić. W ten sposób ruszyłam ulicami pisarzy i poetów, przypominając sobie o niektórych, zapomnianych dawno nazwiskach i dziełach.

Niemal zaraz po wyjściu z klatki, w której uwięzione jest moje mieszkanie, lekko tylko skręcając w lewo, wkraczamy na ulicę Jana Parandowskiego. Dziwna to ulica, bo widzę, gdzie się zaczyna, ale nie do końca wiem, gdzie prowadzi i gdzie się kończy, ale to nie pierwszy taki przypadek, kiedy sprawia mi to kłopot. Ta dzielnica przypomina czasem istny labirynt! Oczywiście próżno szukać tu Minotaura, ale nie powiem, czasem natknę się na jakiegoś Tezeusza całującego swoją Ariadnę. Mam ogromny sentyment do Mitologii spisanej przez Parandowskiego i pamiętam, że był taki czas, kiedy była to moja ulubiona lektura do łóżka. Było to jakoś na przełomie podstawówki i gimnazjum - wpełzałam jeszcze nie do końca śpiąca pod kołdrę, siostra (z którą dzieliłam jeden ciasny pokój) piekliła się, że światło razi ją w oczy, a ja nie zwracając uwagi na jej marudzenia, zanurzałam się w cudownym świecie driad, nimf, bogów i herosów. Skrzętnie omijałam jednak te mity, które bezpośrednio dotykały tematu śmierci. Nie schodziłam więc w okolice Styksu, już wtedy paniczne bojąc się momentu, kiedy człowiekowi przychodzi pożegnać się z życiem. Nie wiedzieć czemu, zawsze wolałam ponadto wierzenia Greków niż Rzymian. To ich bogowie i opowieści towarzyszyli mi tuż przed zaśnięciem. Uwielbiałam styl Jana Parandowskiego, chociaż wtedy pewnie bym tak tego nie nazwała, mówiąc po prostu, że ”fajnie się czyta”. Mama niczym surowy, ale o dobrych zamiarach Cerber, pilnowała, czy nie siedzę nad książką za długo, a ja z fascynacją i smutkiem odkrywałam na nowo historię Demeter i jej córki Persefony, nie zastanawiając się wtedy, która z nich jest bardziej nieszczęśliwa. Do dziś ten mit jest jednym z tych, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Wesołość wzbudzała natomiast opowieść o Dionizosie, zwłaszcza, kiedy wyobrażałam sobie jego towarzysza Sylena, wiecznie nietrzeźwego, z wylewającym się z kart książki, tłuściutkim brzuchem. Fascynowały mnie nimfy, bo choć umierały, to żyły bardzo długo i omijała je starość, której również boję się, odkąd pamiętam. Najady, oready, lejmoniady, driady, hamadriady… były dla mnie uosobieniem piękna i wdzięku i to o nich chyba lubiłam czytać najbardziej.

Wystarczą jednak dwa kroki, a już Jan Parandowski wraz z fantastycznym, mitycznym światem, który tak pięknie opisał, podaje rękę Józefowi Maksymilianowi Ossolińskiemu, od ulicy którego zaczynał się nasz spacer, a teraz, jakimś cudem, przekroczywszy mitologiczną ulicę, znów znajduję się na tej, której patronuje Ossoliński herbu Topór. To u niego właśnie niemal dziesięć lat spędził sławny Linde, gromadząc materiały do swojego Słownika języka polskiego. Ossoliński powinien być zresztą bliski każdemu zapalonemu czytelnikowi, choćby ze względu na jego pasję bibliofila i to, że był wszak fundatorem Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, ośrodka kultury, w którym znajdowały się przecież przebogate zbiory biblioteczne. Jako patron tej ulicy, przechowuje pewnie w pamięci wszystkie dzieła rozrzuconych w okolicy artystów, tworząc bibliotekę uporządkowaną wyjątkowo, bo kolejnością ulic właśnie. Ów bibliofil po jednej stronie mając Parandowskiego, po drugiej pozwolił przysiąść się Stanisławowi Kontkiewiczowi, który nie do końca wpisuje się w mój literacki spacer, ale ze względu na zawiłość i wszędobylskość tej ulicy na osiedlu, nie śmiałabym go pominąć. Jako badacz, naukowiec, inżynier górniczy i geolog, również musiał siłą rzeczy stać się jednak autorem pewnych pism. Zapewne nigdy nie sięgnę po jego Badania geologiczne w pasmie formacyi jura między Częstochową a Krakowem ani też po Krótki podręcznik mineralogii, ale prawda jest taka, że gdybym nie spacerowała tą ulicą dzień w dzień, nawet nie znałabym tych tytułów! Stanisław Kontkiewicz ciągnie się jeszcze kawał drogi między blokami, przylepiony jest do niego Dom Pomocy Społecznej, na który wszyscy w skrócie mówią DPŚ, chyba z wygody zmiękczając ostatnią literę akronimu. I kiedy ów DPŚ się kończy, ja, pies i Kontkiewicz spotykamy się z nie byle kim, bo samym Cyprianem Kamilem Norwidem. Macha poeta do oddalonego o jedną ulicę Ossolińskiego, a macha właśnie toporem, którego obaj mają w herbie i który ich do siebie tak bardzo zbliża. Muszę przyznać, że nigdy za twórczością Norwida nie przepadałam, ale też wydaje mi się, że jest ona często bagatelizowana w szkołach, gdzie z kart podręczników wyłaniają się wszystkie te świtezianki Mickiewicza, testamenty Słowackiego, nie-boskie komedie Krasińskiego, a żałobne rapsody zdają się być raczej koniecznością, w dodatku szybko zapominaną. I zaczynam się teraz zastanawiać, przechodząc setny już raz koło Domu Pomocy Społecznej, którego bok styka się z Norwidem, czy to nie gorzka ironia losu, że właśnie wzdłuż jego ulicy ciągnie się ten przybytek. Poeta, który żył w nędzy i chorobie, u którego postępowała ślepota i głuchota, dogorywał i zmarł ostatecznie w podobnym miejscu, w Domu św. Kazimierza, otoczony obcymi ludźmi, zapomniany. I choć oba budynki wyglądu wstydzić się nie mogą, mając również do dyspozycji ogród, ich bezduszności i wiążącej się z nimi samotności, nie przesłonią żadne drzewa, fontanny czy nowoczesne podświetlenia.

Ulicą Norwida kierujemy się teraz w stronę pól i lasów, choć dziś nie będziemy się w nie zagłębiać. Jeszcze kawał norwidowskiej drogi przed nami i trochę nazwisk do odwiedzenia. Wzdłuż ulicy, odchodzące od niej prostopadle, po obydwu stronach, ciągną się bowiem mniejsze uliczki, którym patronują sąsiedzi autora Fortepianu Chopina. Najpierw, po prawej, niewielkie odgałęzienie głównej drogi opatrzone nazwiskiem Emilii Plater. Pisarki może z niej nie było, ale jako postać utrwaliła się w naszej kulturze na tyle głęboko, że sama stała się przecież bohaterką różnych dzieł, nie tylko literackich. W swoich pamiętnikach opisywał ją Ignacy Domeyko (którego chcąc nie chcąc, widzę zawsze jako mądrą, choć mało życiową głowę rodziny Borejków z Jeżycjady), który posłużył Mickiewiczowi za pierwowzór Żegoty z III części Dziadów. Zresztą o samej Plater, jak pamiętamy ze szkoły, również pisał romantyczny poeta w wierszu Śmierć Pułkownika:

Lecz ten wódz, choć w żołnierskiej odzieży,
Jakie piękne dziewicze ma lica?
Jaką pierś? - Ach, to była dziewica,
To Litwinka, dziewica-bohater,
Wódz Powstańców - Emilija Plater!

Jaka szkoda, że nigdzie w okolicy nie wije się ulica Adama Mickiewicza, która tak pięknie dokończyłaby dzieła, która tak poetycko wpasowałaby się w okolicę. Ale cóż, pora wrócić na szlak główny i zobaczyć, kogo mamy po lewej stronie. No i proszę, kawałek dalej sąsiadem Norwida jest kolejny poeta, Józef Czechowicz. Niezwykle ciekawa postać, której tragiczna śmierć w Lublinie, nieopodal jego własnego domu, pod gruzami kamienicy, podczas bombardowania, była niemal odzwierciedleniem tej, której doświadczył jeden z podmiotów lirycznych w wierszu poety:

i bombą trafiony w stallach
(...)
o żniwa żniwa huku i blasków
czy zdąży kręta rzeka z braterskiej krwi odrdzawieć
nim się kolumny stolic znów podźwigną nade mną
naleci wtedy jaskółek zamieć
świśnie u głowy skrzydło poprzez ptasią ciemność
idźże idź dalej

Jego twórczość dopiero po latach, już po jego śmierci, została doceniona, podobnie jak to było w przypadku Norwida, który już jakiś czas prowadzi nas wzdłuż swego szlaku. Zresztą Czechowicz, który styka się z nim w tej zaczarowanej, artystycznej dzielnicy, stosował figurę retoryczną zwaną asyndeton, którą później zaczęto znajdować także w twórczości właśnie Norwida, ale także Mirona Białoszewskiego, do którego zresztą jeszcze dojdziemy. Zagłębiając się dalej w twórczość Czechowicza, natrafiamy albo na niesamowity zbieg okoliczności, albo na zrządzenie losu. Oto poeta ten w wierszu zatytułowanym nie inaczej jak Dom świętego Kazimierza (Dom Pomocy Społecznej jeszcze widać za nami; przywarł bokiem do Norwida, jakby nie chciał go puścić) pisze o samotnej śmierci swojego sąsiada z tych okolic, po których się przechadzam:

ostrzą się na kamieniu zórz lotki jaskółkom
bramo przytułku okna przytułku
tej nocy łuski sekwany zabrzękną
norwid
brzęk wszerz niemieckiej krainy
do wisły doleci
a tam struny w fortepianach pękną

Więc jednak plątanina ulic nie może być przypadkiem, jest w tym, był lub jeszcze będzie i nie raz się objawi jakiś większy zamysł. Idę zatem dalej, choć z obawą, że za wiele już odkryłam zbieżności, że to już koniec ulic, w których w jakiś sposób zaklęto echa dawnych pism, wierszy i dziejów. Po tej samej stronie, kolejną odnogą od ulicy Cypriana Kamila Norwida jest ta, której patronuje jeszcze jeden poeta i prozaik, Emil Zegadłowicz. Jego wiersze najczęściej skupiają się na opisywaniu miłości, a sam artysta nie bał się uderzać w co bardziej lubieżne tony. Ale w tej okolicy, kiedy kilkadziesiąt kroków dzieli tę ulicę od zielonych pól, szumiących drzew i połyskującej rzeki, nie brzmi to jak żadne tabu, wręcz przeciwnie - przybliża spacerowiczów do sielanki, marzeń i fantazji:

Coś się we mnie przemienia,
nachodzą mnie zachcenia:
lec na łące skoszonej,
zjeść ogórek kiszony

Ogórków kiszonych może tu nigdzie nie znajdę, ale łąkę, aby na niej lec - jak najbardziej. I założę się, że każdego idącego tą ulicą i powoli zbliżającego się do tych łąk, do tych pól, nachodzą takie różne zachcenia. I kiedy właśnie dochodzę do miejsca, gdzie wystarczyłoby zejść polną, wydeptaną przez ludzi drogą, aby znaleźć się tam, gdzie aż roi się od wszelkich zachceń, ulica Norwida, która prowadziła mnie przez ostatnie minuty, kończy się. To tutaj, zeszłego lata, podczas suszy, rozpętał się pożar. Nie tak tragiczny w skutkach jak ten z wiersza Fortepian Chopina, ale jego ślady widać do dziś - na ogromnych czarnych połaciach ziemi, osmalonych wzdłuż rzeki, wijącej się niczym Norwidowska wstążka błękitna. Skręcam jednak, bo czas powoli wracać do domu. A skręcam wprost w ulicę wspomnianego już wcześniej Mirona Białoszewskiego. I chyba nikogo nie zdziwi, że mijając kolejne domy, trafiamy nagle na spory, niewykończony dom, obleczony w szarości, który aż się prosi, aby stanąć przy nim i zadeklamować: 

I to mi wystarczy:
szara naga jama
szara naga jama
sza - ra - na - ga - ja - ma
szaranagajama

Później znowu skręcam i zataczając koło, nie mogę się powstrzymać i nucę jeszcze pod nosem:

Muzo 
Natchniuzo

       tak
   ci
końcówkowuję
z niepisaniowości

natreść
        mi
   ości
    i
   uzo

Później mijam jeszcze tylko po drodze ulice Hanny Malewskiej i Stanisława Grochowiaka. Macham beztrosko do redaktorki naczelnej ”Znaku”, która z kolei każe mi pozdrowić podczas następnego spaceru Norwida, któremu poświęciła swoją powieść biograficzną Żniwo na sierpie. Kłaniam się Grochowiakowi i zastanawiam się, tak, aby nie zauważył, jak to się stało, że wkraczając na początku spaceru w ulicę Parandowskiego, omijałam wszelkie nurty Styksu, by niczym natrętną muchę, odgonić od siebie myśli o śmierci, a kończę wycieczkę, składając ukłon poecie z lubością kąpiącym się w nurcie turpistycznym. I już wiem, że wieczorem ściągając z siebie ciuchy, będzie mi dźwięczał w głowie jego wiersz Rozbieranie do snu. I mięsa chyba też dziś nie zjem, bo przed oczami staje mi Płonąca żyrafa. 

No i proszę! Miałam tylko iść na spacer, a znowu się rozgadałam! Ale przysięgam, że to ci pisarze, za dnia i w nocy pilnujący okolicznych ulic, jakimiś czarami zmusili mnie do tej pogawędki. Wiecie, że niemal słyszałam ich głosy? Na skrzyżowaniu dwóch poetów, prostopadle do prozy i historii kultury. Warto zrobić sobie taki spacer, odwiedzić stare wersy, pomachać artystom i przekonać się, jak łatwo znaleźć niewidzialny klucz potrzebny do rozszyfrowania planu, który tylko z pozoru wydaje się być przypadkowym. Spróbujcie. W końcu za bezdusznymi nazwami ulic kryje się coś więcej niż tylko nazwisko.

Reklama

komentarze [21]

Sortuj:
432
54
18.04.2016 11:25

W moim miasteczku - jak na królestwo przystało :))) jest całe mnóstwo King's Roads, Queen's Avenues and Royal Crescents.
Najgorsze, że często obok siebie występują np. King's Street oraz King's Road, co powoduje pomyłki listonosza (których niestety nie raz padłam ofiarą, mieszkając na jednej z wielu lokalnych 'królewskich' ulic).

Aż z ciekawości sprawdziłam i okazało się,...

więcej

11887
435
18.04.2016 13:40

No, widocznie wiele dróg prowadzi do Londynu (do Rzymu kiedyś wszystkie, bo tylko Rzym je budował), a z Warszawą już tak chyba nie jest... (nothing against Warsaw!);)


432
54
18.04.2016 13:51

Pewnie masz rację, ale przecież 'Warszawa da się lubić".
A ja mam wrażenie (tylko wrażenie; dowodów rzeczowych brak), że Polacy tak za bardzo z tej swojej stolicy nie są dumni.
Ale ... nie wchodźmy na drażliwy temat.
Taki ciekawy wątek tu mamy :)


11887
435
18.04.2016 13:55

Przez całe życie mi się nie podobała, a przed rokiem pojechałem i ... to JEST piękne miasto. (Znam ludzi z Nowego Yorku, którzy twierdzą, że najpiękniejsze na świecie - przez swą historię).


432
54
18.04.2016 14:11

Przez swoją historię przede wszystkim (mam przy sobie zawsze pocztówkę ze zburzoną i odbudowaną Warszawą i pokazuję Anglikom, jak się temat nawinie), ale też z roku na rok pięknieje. Widuję je (ją) raz do roku, więc widzę zmiany skokowo. I jestem pod wrażeniem.
Oczywiście pod względem estetycznym to jeszcze wiele da się zrobić :)))
Tym niemniej, uważam, że to fajne miasto,...

więcej

1310
20
17.04.2016 22:15

Pamiętam, jak zaczynałam studia w Częstochowie i współlokatorka miała mapę. Z fascynacją wpatrywałyśmy się w ulice Bohuna, Skrzetuskiego etc. :)


660
30
11.04.2016 17:08

U mnie na wsi nie ma takich nazw... Przykre


3583
169
11.04.2016 17:33

Ale masz problem...
Ile to tabliczkę zrobić i przy ścieżce postawić???
Trochę deski, farby, kijaszek i dwa gwoździe...

:))))))))))


660
30
11.04.2016 17:49

To już wolałbym pójść w ślady Geldropczyków :)
Tylko bym wybrał ABŚ, jeśli rozumiesz o czym mówię :)


1373
17
11.04.2016 18:11

Ile to tabliczkę zrobić i przy ścieżce postawić???
Trzeba jeszcze tę ścieżkę mieć - wiesz, są takie wsie, co to tylko jedna ulica przez środek i tyle. Albo pięć chałup, w tym tylko dwie zamieszkane i ledwie kilku mieszkańców - to nawet ścieżkę trudno wydeptać, bo szybciej zarasta niż zdążysz wydeptywać. Jedną tabliczkę może postawisz, ale tyle, żeby na literacki spacer...

więcej

660
30
11.04.2016 18:19

Co ty gadasz! Łu mnie na wsi to bedzie, kurka ze pińćset łosób, panie. Ale wisoka rozwolona, niby jedna wiocha, a trzy! Palce, Huby i Dworzec. My som przy Schetynówce schowani. A ścieżka była tylko ukradli :) JA żem prosty człek ze wsi


1373
17
12.04.2016 08:02

:)))


4772
453
12.04.2016 21:50

A u nas na wsi tylko H. Sienkiewicza... Za to mamy ul. Gwardii Ludowej i Marcelego Nowotki :D


4772
453
12.04.2016 21:50

A u nas na wsi tylko H. Sienkiewicza... Za to mamy ul. Gwardii Ludowej i Marcelego Nowotki :D


1673
480
11.04.2016 10:20

A ja pracuję na literackiej ulicy - Krasińskiego
Moja córka chodziła do szkoły na literackiej ulicy - Mickiewicza
Mąż pracuje na literackiej ulicy - Reymonta
I bardzo podobają mi się ulice w których nazwach są postacie z książek - ulica Kubusia Puchatka, Koszałka Opałka, Żwirka i Muchomorka, Pszczółki Mai .... Nie są urocze?


1088
487
11.04.2016 10:26

W Poznaniu jest całe osiedle - Bajkowe, nazwy ulic są słodkie. Lokalizacja np. biura rachunkowego na ul. Janosika albo Rumcajsa dodawałaby mu trochę charakteru ;)


11887
435
11.04.2016 09:48

Literaci w miastach występują najczęściej stadami - głównie na nowych osiedlach, zdarza się, że i na starych, kiedy w całości dzielnicom zmieniano nazwy (Ziemie Zachodnie i Północne). Trochę mnie razi, że zmiany nazw odbywały się tam zwykle bez głęszej refleksji: po co było zmieniać np. nazwę ulicy przywołującą nazwę miejscowości, do której droga prowadzi, na nazwisko...

więcej

4126
3886
11.04.2016 09:22

U nas w Łosicach,mamy sporo ulic.Mickiewicza,Sieniewicza,Konopnickiej,Reymonta,Krasicki,Kraszewski.


407
237
11.04.2016 08:53

Ja na Fredry zgubiłem zegarek a na Krasickiego miałem stłuczkę.

Fakt, coś jest w tych "pisarskich ulicach"...


7165
3095
11.04.2016 08:14

W moim mieście jest kilka ulic poświęconych największym polskim pisarzom (jak dla mnie - za mało). I zawsze mnie wkurza, że żeby do nich dotrzeć, muszę pokonać ulicę generała Waszkiewicza - czerwonoarmiejca i komucha. Zastanawiam się, czy dożyję zmiany tej nazwy...

A nazwy ulic "pisarskich" kojarzą mi się z czasami młodości. Na ul. Konopnickiej mieszkała moja...

więcej

932
55
10.04.2016 10:55

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd