Książki przegapione – do tych tytułów warto wrócić
Czas spowolnienia rynku książki i zatrzymanie lawiny nowości może być dla czytelników i czytelniczek okazją – okazją, by spojrzeć wstecz i zauważyć książki, które wcześniej nie mogły się doprosić naszej uwagi. Oto kilka świetnych tytułów, które mogliście przegapić.
Każdego roku w Polsce wydawanych są dziesiątki tysięcy książek, około 10 tys. z nich to beletrystyka. Nikt nie jest w stanie przeczytać wszystkiego, nawet po prostu wszystkiego wartego uwagi, również media nie poinformują nas o każdej premierze dobrej książki. Dlatego wiele tytułów wpada w „dziurę” – ukazują się, ale jakby ich nie było – mało kto słyszał, nieliczni recenzowali, ktoś ponoć ma gdzieś na półce, pewnie w tylnym rzędzie albo na dole stosiku.
Czas zajrzeć do tych tylnych rzędów. Albo, jeżeli nic tam nie znajdziecie, wspomóc księgarnie, które, choć obecnie w zasadzie pozbawione nowości, wciąż zaoferować nam mogą wiele, wiele pozycji starszych, ale przecież z tego powodu wcale nie gorszych.
Scenarzysta „Gry o tron” potrafi pisać (tak, zakończenia też)
Może gdzieś w ciemniejszym kącie waszego księgozbioru znajdziecie powieść „Miasto złodziei” Davida Benioffa. Obecnie niemalże każdy kojarzy jego nazwisko, jako jednego z dwóch showrunnerów serialu „Gra o tron” HBO – może nawet niektórzy z was mają w domach tarczę do rzutek z przyklejonym zdjęciem jego i D.B. Weissa. Zanim jednak Benioff (i Wiess) najpierw rozkochał nas w swojej adaptacji „Pieśni Lodu i Ognia” George’a R.R. Martina, a następnie rozwścieczył sezonem finałowym, w Polsce ukazała się jego książka.
„Miasto złodziei” premierę miało niemalże równo rok przed premierą serialu HBO. Stąd może Benioffa raczej przegapiono, jako po prostu kolejnego nikomu nieznanego autora. Przegapiono niesłusznie, bo ta książka to idealne połączenie opowieści wojennej o oblężonym Leningradzie z historią przygodową, gęsto podlaną czarnym humorem.
David Benioff jest w tej powieści bezbłędny – miesza w powieściowym tyglu wielkie wzruszenia, niesamowitą, niepojętą grozę wojny, okrucieństwa, bezsens konfliktu, z lekkością niczym z Kina Nowej Przygody. Jak „Miasto złodziei” nie pęka, rozdzierane pozornie niemożliwymi do połączenia ciężarem tła i lekkością opowieści o perypetiach młodego Leva, nie mam pojęcia. Znać tu rękę niezwykle utalentowanego pisarza.

Znacie tę „Niebiańską plażę”
Pozostając w wątku wielkich pisarskich talentów, ale i znanych scenarzystów, przejść należy do Alexa Garlanda. Obecnie jego nazwisko kojarzy się z filmami „Ex Machina” czy „Anihiliacja” albo serialem „Devs”, a może wcześniejszymi „28 dniami później” czy „W stronę słońca”, które reżyserował Danny Boyle, ale których scenariusze pisał Garland. Zresztą, jeżeli ktoś – jak ja – pokochał film „Dredd” z Karlem Urbanem, również Garlandowi winien być wdzięczny – nie tylko napisał ten film, ale wedle relacji ekipy był jego faktycznym scenarzystą.
Zanim jednak Garlanda pochłonęły światy wielkiego i małego ekranu, był po prostu bardzo obiecującym pisarzem. W 1996 roku zadebiutował powieścią „Niebiańska plaża” („The Beach”), dziś kojarzoną z dwóch powodów: adaptacji z Leonardo DiCaprio i z faktu, że filmowa lokacja, ta ekranowa „niebiańska plaża”, jest obecnie tak popularna, że trzeba było ją zamknąć, bo turyści ją zadeptywali.
Tymczasem uwagi warta jest przede wszystkim sama powieść „Niebiańska plaża” Alexa Garlanda. To hipnotyczna lektura, historia młodego angielskiego podróżnika, który w Bangkoku dowiaduje się o tajemniczej plaży, a gdy w końcu znajduję tę wyspę u wybrzeży Tajlandii, odkrywa tam małą społeczność podobnych mu podróżników, którzy utworzyli coś na kształt utopijnego społeczeństwa. Garland miesza tu powieść przygodową, thriller, z głębszymi, bardziej filozoficznymi rozważaniami (coś charakterystycznego dla jego scenariuszy), wszystko niosąc na bardzo dobrej narracji Richarda, wspomnianego młodego Anglika. Ta powieść w pełni zasłużenie stała się dla wielu kultową.

David Mitchell, ale nie „Atlas chmur”
Lista polecanych książek autorstwa Davida Mitchella powinna być dosyć długa, bo choć ekranizacja powieści „Atlas chmur” w reżyserii Wachowskich przyniosła mu ogólnoświatowy rozgłos, to jego inne książki, jak choćby „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta” czy „Czasomierze” przeszły w Polsce bez echa.
Jeszcze wcześniej jednak kilka lat przed filmowym „Atlasem…”, David Mitchell był w Polsce wydawany – w 2007 roku ukazały się „Konstelacje” („Black Swan Green”), czyli powieść niefantastyczna, a można przypuszczać, że trochę biograficzna, a przynajmniej inspirowana własnymi doświadczeniami autora – podobnie jak Mitchell, główny bohater „Konstelacji” cierpi na zaburzenia mowy.
„Konstelacje” to skromna powieść, bardzo „zwarta”, w porównaniu do innych książek Mitchella, który choćby w „Atlasie…” czy „Czasomierzach” fabułę tworzył z połączenia kilku mikropowieści. Tu po prostu towarzyszymy młodemu Jasonowi, który zmaga się ze wspomnianymi zaburzeniami mowy, oraz wszystkimi innymi problemami, które może mieć trzynastoletni chłopiec.
To piękna, poruszająca, niezwykle ciepła opowieść, nieszukająca „głębokich prawd” czy nie olśniewająca misterną konstrukcją; to bardzo „przyziemna” historia, a jeżeli już szukać w niej „prawd”, to tych z rodzaju bardzo życiowych. Jest jednak w tej historii pewna magia, jest w Jasonie coś bardzo ludzkiego, co nas ku niemu ciągnie i dotyka, urzeka.
„Time” po publikacji tej książki umieścił Davida Mitchella, jako jedynego w tym roku powieściopisarza, na liście najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Może trochę na wyrost (sam autor z tego się śmieje), ale wiele to mówi o sympatii do tej „skromnej” książki.

Zanim pisał „Westworld” czy „Legion”
Powiedziałbym, że i to nazwisko kojarzyć możecie z małego ekranu, ale choć w przypadku Charlesa Yu lista scenopisarskich osiągnięć jest imponująca (m.in. pierwsze dwa sezony „Westworld”), to jego nazwisko wciąż w napisach początkowych i końcowych pisane jest stosunkowo małą czcionką – nie jako showrunnera, ale konsultanta albo po prostu członka zespołów scenarzystów.
Dużo większe uznanie Yu zdobywa za powieści i opowiadania; ostatnio choćby ukazała się jego powieść „Interior Chinatown”, słusznie chwalona jako arcydzieło. W Polsce, nie licząc kilku opowiadań drukowanych w „Nowej Fantastyce” i antologii „Kroki w nieznane”, otrzymaliśmy* jedną książkę Charlesa Yu: „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie”.
Za tą skomplikowaną nazwą kryje się jedna z najlepszych fabuł o podróżach w czasie, jakie kiedykolwiek powstały. Yu daje tu popis swojej wizji science fiction, która miesza warstwę fantastyczno-naukową z niezwykle „ludzkimi”, poruszającymi historiami. Rozbuchaniu gadżeciarskiemu i scenograficznemu, szaleństwie świata komercyjnych wehikułów czasu, towarzyszy więc realistyczna opowieść o samotności, ale też godzeniu się ze stratą. Ktoś więc znajdzie w tej książce popis wyobraźni (za opisem fabuły: „mając za towarzyszy: TAMMY, czyli popadający w depresję system operacyjny, oraz Eda, nieistniejącego, ale ontologicznie niesprzecznego psa, Charles spróbuje ocalić swoją przyszłość”), ktoś inny sporą dawkę melancholii (scena z „pętlą” matki).
„Jak przeżyć…” to niestandardowe SF – powieść wykorzystuje fantastykę nie jako cel sam w sobie, ale narzędzie bohatera do rozliczenia się z przeszłością; to opowieść nie o podróżach w czasie, ale o podróżniku. To też pierwszy krok wielkiego literackiego talentu (naprawdę, „Interior Chinatown” powala na kolana).

A wy co znaleźliście w tylnych rzędach swoich książkowych regałów?
*Otrzymaliśmy między innymi za sprawą autora niniejszego tekstu, który jako redaktor wyselekcjonował tę książkę do przekładu na polski.
komentarze [24]
Nigdy nie zaglądam do artykułów, dlatego naprawdę nie wiem, jak tu wylądowałam, ale: dziękuję pięknie! Wczoraj skończyłam słuchać Miasta złodziei, które włączyłam tak o, do zmywania, nastawiona na niezbyt dobrą powieść, do której nie wrócę. Okazała się być zaskakująco dobrą pozycją.
I jeszcze bardziej dziękuję za słowa o Mitchellu - mam za sobą wszystkie jego książki i...

