-
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Dlaczego poziom czytelnictwa w Polsce nie rośnie? Raport Biblioteki Narodowej
Iza Sadowska15 -
Artykuły
Wakacje pełne magii - weź udział w akcji recenzenckiej i przenieś się do magicznego świata
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać378
Biblioteczka
2026-03-02
2026-01-15
2025-10-27
2025-08-09
2025-06-27
Piotr Gajdziński po raz kolejny wprowadza nas w świat wielkiej i brudnej polityki, w której istotną rolę odgrywają służby specjalne i wywiadowcze. Rafał Terlecki znów będzie się starał wyciągnąć na światło dzienne niecne działania tajnej międzynarodowej organizacji, która chce rządzić światem. Czy mu się uda? Warto przeczytać tę niezłą powieść, by się przekonać.
Stare porzekadło mówi, że pośpiech jest złym doradcą. Są pisarza, którzy tą prawdą nie przejmują się specjalnie i zamiast na jakość stawiają na ilość i wysoką częstotliwość premier, co skutkuje książkami niedopracowanymi, słabymi wręcz. Gajdziński świetną Operację Monastyr wypuścił na rynek w styczniu, a już niespełna cztery miesiące później czytelnicy dostali do rąk kolejną odsłonę serii z redaktorem Rafałem Terleckim. Przyznaję szczerze, że z dużymi obawami siadałem do jej lektury - nawet najpłodniejszy polski pisarz, wiecie kogo mam na myśli, zwolnił nieco ostatnio tempo. Na szczęście Sukcesja okazała się dobrą książką, choć oceniam ją minimalnie niżej niż część poprzednią.
Głównie z powodu finału powieści. Jest on tyle zaskakujący, co jak dla mnie nieco niedopieszczony, jakby pisany już w pośpiechu związanym z terminami wydawniczymi. Być może to specjalny zabieg pisarza, ale pewne rzeczy, zwłaszcza konsekwencje finałowych wydarzeń, nie są dopowiedziane. Czytelnik może się ich domyślić, ale mi osobiście nieco zabrakło postawienia kropki nad "i". Bo pomysł na intrygę, na kolejne dziennikarskie śledztwo Terleckiego i jego zespołu jest udany. Mieszają się w niej wydarzenia współczesne z historycznymi z różnych epok - mamy obrazki z okresu tuż po zakończeniu wojny, z czasów głębokiej komuny i wreszcie z trudnych lat przemiany kraju socjalistycznego w demokratyczny. Mieszanka wybuchowa, której rozkładanie na czynniki pierwsze czytelnikowi sprawia sporą przyjemność. Podobnie jak głównym bohaterom książki.
Jest to książka na pewno polityczna, autor nie ukrywa tego zresztą w posłowiu. Poglądy Gajdzińskiego wydają się jasne, a postaci polityków przez niego wykreowane bez trudu można przypisać do realnych postaci naszej sceny politycznej. Naturalnie mamy do czynienia z literacką fikcją, a nie reportażem, ale i tak uświadomienie sobie, że nawet tylko w niewielkim stopniu ta fikcja może być podobna do rzeczywistości może być przerażające. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że politycy z kryształowo czystymi sumieniami są niczym jednorożce, ale jednak wszyscy mamy nadzieję, że większości z nich przyświecają szczytne cele, a nie tylko partykularne własne interesy. Jak jest naprawdę? Mam cichą nadzieję, że świat polityki z Sukcesji jest mocno przerysowany, bo jeśli nie, to serio należy zacząć się bać o przyszłość nie tylko Polski, ale i całego świata.
Gatunkowo nową powieść Gajdzińskiego trudno zaklasyfikować. To taka trochę mieszanka powieści szpiegowskiej z political fiction i thrillerem. Podobnie rzecz się miała z Operacją Monastyr, choć tu mamy mocniejsze przesunięcie akcentów w kierunku politycznym. Książka napisana jest w mojej ulubionej narracji - linearnej trzecioosobowej. Nieliczne retrospekcje są płynnie wplecione w główny nurt, trzeba być uważnym w czasie lektury, by nie przeoczyć tych mniej więcej dwuletnich przeskoków czasoprzestrzeni. Biorąc pod uwagę całość opowiedzianej historii taka konstrukcja była zdecydowanie potrzebna. Gajdziński prezentuje już dobry warsztat i sprawne pióro, stylistycznie i językowo trudno mieć do Sukcesji zastrzeżenia.
Podobała mi się nowa książka Gajdzińskiego, jakkolwiek nie mogę się oprzeć wrażeniu, że z tej historii można było wyciągnąć ciut więcej. I jakościowo i objętościowo. Nie ma co się spieszyć, czytelnicy przekonani do autora nie zapomną o nim w ciągu kilku miesięcy, choć półki uginają się od nowych gatunkowych pozycji polskich autorów. Ja nie zapomnę na pewno i z przyjemnością sięgnę po kolejne odsłony serii z redaktorem Terleckim. Bo takie będą, jestem pewien.
Piotr Gajdziński po raz kolejny wprowadza nas w świat wielkiej i brudnej polityki, w której istotną rolę odgrywają służby specjalne i wywiadowcze. Rafał Terlecki znów będzie się starał wyciągnąć na światło dzienne niecne działania tajnej międzynarodowej organizacji, która chce rządzić światem. Czy mu się uda? Warto przeczytać tę niezłą powieść, by się przekonać.
Stare...
2025-03-18
2025-03-11
2025-03-06
Będąc amerykańską pisarką, specjalizującą się w pisaniu horrorów nie uniknie się porównań do absolutnego klasyka gatunku - Stephena Kinga. Prze całą lekturę Diavoli Jannifer Thorne przychodziło mi do głowy, że to taka lżejsza wersja mistrza - taka Kinga wersja light. Pod wieloma względami - objętości, intensywności, mroczności i wywoływanego niepokoju. Autorka nie próbuje z Kingiem polemizować czy rywalizować, idzie swoją ścieżką i to ścieżką dla czytelnika przyjemną. O ile tak można napisać o horrorze.
Szczerze przyznaję, że znawcą (ani wielbicielem) horrorów nie jestem. Nawet u Kinga preferuję literaturę bardziej kryminalną, choć klasykę jego horrorów poznałem i to z przyjemnością. Niewiele jednak więcej czytałem z tego gatunku i z dozą pewnego sceptycyzmu podchodziłem do Diavoli. Sceptycyzm szybko zniknął bo książka nie jest przesycona wątkami strasznymi. Napięcie początkowo jest niewielkie, rośnie stopniowo i dość szybko, nie przekraczając jednak granicy, za którą autentycznie się boimy, czy odczuwamy obrzydzenie. Trzaskające drzwi, dziwne odgłosy, niecodzienne zjawiska, ostatecznie pojawiają się i duchy, ale choć nie są one może przyjacielskie, to jednak i nie spektakularnie drastycznie. Nie jest to horror nadmiernie krwawy, trupów mamy też niezbyt wiele i to raczej w domyśle, niż w bezpośrednich opisach. No tak jak pisałem, taka lajtowa wersja Kinga. W pewnym momencie miałem wrażenie, że jest to studium choroby psychicznej głównej bohaterki, a nie klasyczny horror. No, ale...
Akcja ksiązki dzieje się w Toskanii i ta kraina jest przez Thorne pięknie odmalowana. Jej główne miasta, ale też miasteczka, wioski i przyrodę. Jeśli ktoś w tym włoskim regionie nie był, to po lekturze być może chętnie się tam wybierze. Z drugiej strony mamy Nowy Jork, który z kolei jest przedstawiony jako miasto trudne do życia, jakoś wyraźnie autorka za metropoliami nie przepada, jej bohaterka czuje się tam źle, abstrahując od dodatkowych okoliczności, które jej towarzyszą. Autorka w dość satyrycznym ujęciu przedstawia też życie i pracę w wielkiej, bogatej i prestiżowej korporacji. Dostaje się też wielopokoleniowym rodzinom, w których prym wiodą bardzo bogaci rodzice, a ich dzieci i wnuki są skoncentrowane po pierwsze na ich zadowalaniu, wiadomo oczywiście w jakim celu, z drugiej zaś na momentami bezkompromisowej rywalizacji ze sobą. Finał, który chyba jednak zaskakuje i może być wielorako interpretowany w kontekście zakończenia sprawy z duchami, jednocześnie zdaje się pokazywać, jaki ideał życia wyznaje Thorne. Nie powiem, całkiem przyjemny.
Nie jest to więc tylko horror, ale i trochę powieść obyczajowa, przez to lżejsza w odbiorze, choć dla wielbicieli ciężkich, krwistych, mrocznych powieści z kręgu Kinga może być ona za lekka. Objętościowo też amerykańskiemu mistrzowi Thorne nie dorównuje, ale nie mam wrażenia niedosytu. Zresztą... musimy się chyba pogodzić, że współczesne książki to 300, maksymalnie 400 stron - takie się podobno najlepiej sprzedają i na wielkie cegłówki pozwolić sobie mogą pisarze o ugruntowanej pozycji w czytelniczych sercach. Choć i oni też pewnie powoli będą się mniej rozpisywać.
To pierwsza książka Jennifer Thorne na polskim rynku, zresztą jej dorobek nie jest jeszcze imponujący w kwestii ilościowej. Nie widać tego specjalnie w stylu, języku, składni. Pióro zdaje się mieć wyrobione, warsztat też całkiem przyzwoity - na pewno w takim odbiorze ma swój udział tłumaczka, Ewa Ziembińska. Miło, że pisarka stosuje klasyczną linearną, trzecioosobową narrację, ja taką lubię najbardziej. Nie kusi się na szczęście o retrospekcje, niepotrzebne ozdobniki. Tej modzie akurat nie uległa i dobrze. To na pewno udany debiut na polskim, wysyconym już chyba po brzegi, rynku literatury gatunkowej. Czy zdobędzie szerokie grono czytelników, czy poznamy jej inne powieści - trudno powiedzieć, ale po Diavolę sięgnąć warto.
Będąc amerykańską pisarką, specjalizującą się w pisaniu horrorów nie uniknie się porównań do absolutnego klasyka gatunku - Stephena Kinga. Prze całą lekturę Diavoli Jannifer Thorne przychodziło mi do głowy, że to taka lżejsza wersja mistrza - taka Kinga wersja light. Pod wieloma względami - objętości, intensywności, mroczności i wywoływanego niepokoju. Autorka nie próbuje z...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-03-02
O dramatach trzeciego świata napisano wiele reportaży i książek. O głodzie, biedzie, wojnach, przestępczości, wykorzystywaniu dzieci i innych patologiach, które przeciętnemu Europejczykowi nawet nie śnią się w najgorszych koszmarach. Czy któraś z tych publikacji zmieniła świat? Pewnie nie, albo w mikroskopijnym stopniu. Jednak wciąż powstają kolejne opowieści i powieści pokazujące ukryte, lecz prawdziwe oblicze miejsc, do których bogaci wybierają się na ekskluzywne wakacje. Czy można jeszcze w tych tematach napisać coś, co głęboko poruszy czytelnika? Okazuje się, że tak, Katarzynie Pernal-Wyderkiewicz to się udaje.
Historia przedstawiona przez autorkę faktycznie jest poruszająca, choć dla osoby, która potrafi choć na chwilę przebić otaczającą ją bańkę komfortu zapewne nie zaskakująca. Benteng - miasto gdzieś w Indonezji, pełne z jednej strony niebiańskich plaż i luksusowych hoteli, z drugiej zaś, tej skrzętnie skrywanej, ubóstwa, brudu, głodu, zwykłej nędzy i tego, na czym koncentruje się autorka - wykorzystywania dzieci do nieludzko ciężkiej pracy, a także dozwolonego w tamtej kulturze bardzo wczesnego zawierania małżeństw, wymuszonej inicjacji seksualnej niedojrzałych dziewczynek - tego, co Pernal-Wyderkiewicz nazywa po imieniu - gwałtu i pedofilii. Zdarzenia, o których czytamy, mrożą krew w żyłach, jednak mnie jeszcze bardziej wzburzyła obojętna reakcja całego świata, do którego próbuje dotrzeć autorka z apelem o pomoc dla tego prawdziwego Benteng. (ciekawe, czy faktycznie była świadkiem tego wszystkiego, czy też jest to w jakimś stopniu fikcja literacka).
Jednak siła tej książki (gatunkowo najbliżej jej do reportażu, choć takiego bardzo zaangażowanego) tkwi nie w treści, lecz w formie. Po pierwsze w zmiennej, częściowo odwróconej narracji. Połowa rozdziałów napisana jest w pierwszej osobie z perspektywy… głównej bohaterki - to ona opisuje świat, który ją otacza, dzieli się swoimi lękami, ale i marzeniami, wreszcie pokazuje zachowania i reakcje dziennikarki (autorki). Bardzo ciekawy zabieg formalny, czyniący opowieść bardziej realną i wiarygodną. Pozostałe rozdziały napisane są klasycznie w trzeciej osobie. Mocną wymowę książki wzmacniają używane przez Pernal-Wyderkiewicz krótkie, konkretne, intensywne zdania i akapity. Pewne kwestie są powtarzane, są sformułowania, które czytamy kilkukrotnie, ale wydaje się, że nie jest to redaktorski czy korektorski błąd, lecz świadome wzmacnianie przekazu. Historia jest nieco chaotyczna, rwana, można mieć wrażenie, że autorka pisała to wszystko tam na miejscu, na gorąco, a potem już niewiele zmieniała. I to też ją uwiarygadnia.
Językowo i stylistycznie jest to dobra książka, uwzględniając świadomie używane powtórzenia i na ogół mało rozbudowane zdania. Czyta się ją lekko, o ile można napisać tak o tekście traktującym o tak dramatycznych zdarzeniach. Nie wiem kim z wykształcenia jest Katarzyna Pernal-Wyderkiewicz, ale pióro ma lekkie, przyjemne w odbiorze, jakby faktycznie była doświadczoną dziennikarką czy też pisarką.
Warto przeczytać Gwiazdy nad Benteng. Po pierwsze dlatego, że to dobra, mocna, angażująca literatura. Po wtóre by pamiętać o tym drugim, zasłoniętym przed oczami przeciętnego turysty, obliczu miejsc, do których wybieramy się by zaspokoić naszą próżność i potrzebę luksusu. Świata nie zmienimy, jakby cynicznie to nie zabrzmiało, lecz zapewne możemy uczynić pięknym choć jeden dzień jednego małego człowieka. Epilog tej wstrząsającej opowieści pokazuje że warto walczyć.
O dramatach trzeciego świata napisano wiele reportaży i książek. O głodzie, biedzie, wojnach, przestępczości, wykorzystywaniu dzieci i innych patologiach, które przeciętnemu Europejczykowi nawet nie śnią się w najgorszych koszmarach. Czy któraś z tych publikacji zmieniła świat? Pewnie nie, albo w mikroskopijnym stopniu. Jednak wciąż powstają kolejne opowieści i powieści...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025
Po raz kolejny tytuł mojej recenzji kryminału Ryszarda Ćwirleja nosi ten sam tytuł. Tak, wiem, czasami wypada sięgnąć po oryginalność, ale w przypadku serii o Anecie Nowak za każdym razem cisną mi się na usta te same słowa - tak było w przypadku Nagiej prawdy, Szybkiego szmalu, ale i książek spoza tego cyklu, jak choćby Morderczej rozgrywki. Lubię tego autora za swojskie klimaty, dobre tempo i oryginalność intrygi, ale też i za różne smaczki, które nam w treści swoich książek przemyca.
Ryszard Ćwirlej nieustannie funduje swoim czytelnikom przekładaniec. Kontynuuje w sumie cztery (a może nawet pięć) cykle, z których trzy (cztery? - sam się już nieco gubię) częściowo mają tych samych bohaterów, oczywiście w różnych momentach ich życia. Osobiście tylko cykl z Anetą Nowak znam w całości, z pozostałych czytałem pojedyncze pozycje, ale i tu doznałem uczucia konsternacji już przy lekturze pierwszych stron. Poprzednie tomy osadzone były na początku trzeciej dekady naszego wieku - w okresie pandemii i na początku inwazji Rosji na Ukrainę. Teraz nagle cofamy się 10 lat i lądujemy znów na początku poważnej policyjnej kariery głównej bohaterki. Nie do końca ten zabieg rozumiem, ale przyjmuję go, bo nie pierwszy to raz takie skakanie w czasoprzestrzeni funduje nam Ćwirlej i zapewne nie ostatni. Może kiedyś, za jakieś kilkanaście lat, pokuszę się o próbę przeczytania twórczości tego pisarza nie w kolejności wydawania poszczególnych powieści, lecz zgodnie z chronologią opowieści w nich zawartych. Niemniej uspokajam, tę książkę można przeczytać nie znając żadnej innej z cyklu (cykli) - może nie wszystko w relacjach między bohaterami będzie jasne i zrozumiałe, ale sama intryga nie wymaga wracania do poprzednich odsłon.
A intryga jest jak zawsze smakowita, skomplikowana i wielowątkowa. Wciąga czytelnika natychmiast, tempo wydarzeń jest wysokie, ale nie wykracza poza racjonalność. Nie, tu nie zdarzają się (na szczęście) rzeczy niemożliwe. Teoretycznie od początku książki wiemy, kto jest winny, ale z czasem autor wprowadza nas w niepewność, a finałem jednak chyba zaskakuje. Może nie szokuje, ale jednak zadziwia. Książka jest też nieco mocniejsza, ostrzejsza i bardziej krwawa niż poprzednie części cyklu - bez znęcania się nad wyobraźnią czytelnika, ale jednak. Akcja osadzona jest w Poznaniu i podpoznańskich miejscowościach, mamy tu więc tradycyjnie wiele wielkopolskich specyficzności - w charakterach bohaterów pierwszoplanowych, a może nawet częściej drugoplanowych, w realnych obrazach miejscowości i ich społeczności, wreszcie w języku, bo autor wprowadza momentami wielkopolską gwarę, niekiedy pojedyncze słówka, jak to charakterystyczne wew zamiast w czy we. Bywa przy tym Ćwirlej ironiczny w tych elementach - wykpiwa poznańską skłonność do oszczędzania, małomiasteczkową religijność i kilka innych - jest w tym też autoironiczny, wszak stamtąd pochodzi, tam mieszka, żyje i tworzy.
Autor tworzy generalnie sympatyczne postaci, zwłaszcza te policyjne, można powiedzieć, że biją po oczach normalnością. Ani nie są oni supermanami, ani też sponiewieranymi przez życie wyrzutkami. Mają swoje wady, zalety, śmiesznostki, ale w gruncie rzeczy to dobrzy ludzie, w większości policjanci z powołania, choć w różnych momentach swoich mniejszych i większych karier. Część z nich ma przeszłość milicyjną, ale nie musi ona być powodem do wstydu, wręcz odwrotnie. Bezdyskusyjnie wszystkich śledczych da się lubić, z niektórych można się nieco ponaśmiewać i politować nad nimi, ale bez negatywnych odczuć. Przestępcy są źli, a jacy mają być, ale w tym tomie mamy wyjątkowe kreatury, chyba tylko w Nagiej prawdzie budzili oni aż tak negatywne odczucia.
Jak zwykle Ćwirlej przemyca nam literackie sugestie i komentarze. Tym razem mamy nawiązanie do Henninga Mankella, którego wyraźnie auto Brudnej forsy wysoko ceni. I słusznie, wszak to klasyk skandynawskiego kryminału, na którym wielu polskich pisarzy się wychowało. Mamy też krótki komentarz do liczby pisanych w Polsce powieści kryminalnych. Jeden z bohaterów określa ją na 50 z tendencją zwyżkową (pamiętajmy, że rzecz dzieje się w roku 2014) - aktualnie ta liczba w mojej (i nie tylko) ocenie jest co najmniej czterokrotnie wyższa. Nawet dla połykacza książek jest to kwota nie do strawienia, a co dopiero kiedy weźmie się pod uwagę stan polskiego czytelnictwa i średnią liczbę książek czytanych przez przeciętnego Polaka w roku. Dużo za dużo chciałoby się rzec, ale przecież to popyt warunkuje podaż. Może więc z tym czytaniem w naszym kraju nie jest tak źle?
O warstwie językowej, stylistycznej nie ma co pisać. Ćwirlej warsztat ma znakomity, wyrobiony przez lata najpierw dziennikarstwa, potem pisarstwa, jak również nauczania tych dziedzin. Domyślam się, że redaktorzy i korektorzy tekstów tego pisarza zbyt wiele roboty nie mają. Czyta się Brudną forsę lekko łatwo i przyjemnie, bez zgrzytów.
Po raz kolejny tytuł mojej recenzji kryminału Ryszarda Ćwirleja nosi ten sam tytuł. Tak, wiem, czasami wypada sięgnąć po oryginalność, ale w przypadku serii o Anecie Nowak za każdym razem cisną mi się na usta te same słowa - tak było w przypadku Nagiej prawdy, Szybkiego szmalu, ale i książek spoza tego cyklu, jak choćby Morderczej rozgrywki. Lubię tego autora za swojskie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-02-12
Od lat polska literatura sensacyjna rozwija się bardzo dynamicznie i z roku na rok zdobywa coraz więcej wiernych czytelników. Jeśli chodzi o specyficzny podgatunek, jakim jest powieść szpiegowska, przez długie lata królował Vincent Severski, ostatnio jego pozycję stara się osłabić inny były szpieg, Robert Michniewicz, ale okazuje się, że smykałkę do tego typu powieści ma i Piotr Gajdziński, który w życiorysie epizodu ze służbami specjalnymi nie deklaruje. Operacja Monastyr może klasyczną historią szpiegowską nie jest, ale fanom tego gatunku spodoba się na pewno. I nie tylko im.
Żeby była jasność, do jednego woreczka Severskiego, Michniewicza i Gajdzińskiego wrzucić nie można, bo ci pierwsi dwaj tworzą intrygi stricte szpiegowskie, zaś u tego ostatniego wątek służb specjalnych jest wątkiem nieco pobocznym, prowadzonym jakby w tle, niemniej dla całości powieści kluczowym. Pierwszoplanowe jest tu jednak dziennikarskie śledztwo, które można określić mianem polityczno - kryminalnego. Sporo tych warstw jak na jedną książkę, prawda? Ale autorowi zręcznie udaje się to poprzeplatać, tworząc jedną zwartą, sensowną całość, co zadaniem zapewne nie było łatwym. Książka ma mocne osadzenie w wydarzeniach historycznych, trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę wykształcenie autora i jego dotychczasowy dorobek. Gajdziński prezentuje swoją interpretację zdarzeń, które miały miejsce w ostatnich dziesięcioleciach, w tej warstwie wprowadza i postaci autentyczne i wykreowanych przez siebie bohaterów. Mamy tu dużo fikcji literackiej, choć wielu czytelników będzie się zastanawiało, na ile rzeczywista może być owa fikcja. Trzeba przyznać, że jeśli nawet niewielki procent jest rzeczywisty, a niestety może tak być, to powinniśmy się zdecydowanie bać.
Wątek polityczny jest też mocno zarysowany, zarówno ten wewnętrzny, jak i zewnętrzny. Tu już postaci autentycznych nie spotkamy, ale myślę, że cokolwiek zorientowany czytelnik będzie w stanie zidentyfikować, jakie prawdziwe polityczne ugrupowania poszczególne postaci reprezentują. Autor w dość klarowny sposób wykłada nam swoje polityczne poglądy, co ciekawe zbieżne są one z tymi, które gdzieś między wierszami można odnaleźć i u Severskiego i u Michniewicza. Można się z nimi zgadzać, można nie, niemniej nawet jeśli tylko część kreowanej tu politycznej rzeczywistości zakulisowej pozostaje w zgodzie z prawdą, to strzeżmy się polityków i polityki, bo to szambo o wyjątkowo paskudnym odorze. Od lat nie interesuję się polityką (choć na wybory grzecznie chadzam), więc trudno mi oceniać, ale mam wrażenie, że nie są realia wykreowane przez Gajdzińskiego bardzo odległe od rzeczywistości.
Wątek kryminalno - sensacyjny też poprowadzony jest wprawną ręką. Początkowo rozwija się dość powoli, ale jednak tempo zdarzeń rośnie szybko i trwale, utrzymuje się jednak na akceptowalnym i realnym poziomie. W efekcie czyta się szybko, ale nie ma się wrażenia, że autor odrywa się od rzeczywistości, która nie pozwala bohaterom być w dwóch miejscach jednocześnie, nie spać, nie jeść, być odpornym na ciosy i strzały. To nie jest oczywiście typowy kryminał z licznymi trupami, śledczymi i innymi typowymi atrybutami tego gatunku. Jest ciekawie, intrygująco, ale niekoniecznie krwawo i mrocznie. Z drugiej strony trudno zakwalifikować tę warstwę do cosy crime... zresztą to tylko jeden z trzech głównych nurtów książki. Finał nie zawodzi, choć nie zaskakuje... no bo i nie może zaskoczyć. Nie o to w tej książce wszak chodzi.
Sporo w tej książce jest i geografii. Bohaterowie przemieszczają się po świecie, po Europie głównie, ale odwiedzają ładne miasta, a w nich ładne i ciekawe miejsca, zwłaszcza restauracje i kawiarnie. W kilku z tych tu opisanych byłem osobiście i ich klimat oddany jest wiernie. Mam wrażenie, że Gajdziński robi nie tylko bardzo dokładny i rzetelny research historyczny, ale i geograficzny. To duży plus dla autora i jego twórczości. Notabene w niedawnym wywiadzie dla lubimyczytac.pl Gajdziński podkreślał, że długo pracuje w materiale źródłowym, nim zasiądzie do pisania. Umiejętności historyka przydają się tu znakomicie.
Narracja jest taka, jaką lubię - trzeciosoobowa, bez zbędnych ozdobników. Dość liczne retrospekcje są tu niezbędne, bez nich ta książka stałaby się po prostu niezrozumiała. Językowo, stylistycznie, warsztatowo trudno cokolwiek Gajdzińskiemu zarzucić. Zresztą, posiada on humanistyczne wykształcenie, sił próbował (i to z powodzeniem) w kilku gatunkach literackich., trudno się temu przyjemnemu i łatwemu w odbiorze językowi i stylowi dziwić. Postaci narysowane są wyraziście, logicznie, spójnie. Tacy zwyczajni, normalni ludzie - no z wyjątkiem większości polityków i znacznej części duchownych.
To było moje pierwsze spotkanie z książkami Piotra Gajdzińskiego. Przyznaję, że jestem mile zaskoczony, bo były to przyjemne chwile spędzone z książką dobrą, dopieszczoną w szczegółach, interesującą w wielu warstwach i pobudzającą do myślenia - i o historii i o świecie współczesnym. Jak się wydaje, nie trzeba znać poprzednich części cyklu z Rafałem Terleckim, by dobrze zrozumieć Operację Monastyr, choć kilka odwołań do innych śledztw tego dziennikarza tu mamy. Jeśli znajdę czas (a nie ma go zbyt wiele przy obowiązkach zawodowych i licznych książkach niecierpliwie czekających na swoją kolej), to chętnie sięgnę po poprzednie odsłony cyklu. Tymczasem gorąco polecam najnowsze śledztwo Terleckiego.
Od lat polska literatura sensacyjna rozwija się bardzo dynamicznie i z roku na rok zdobywa coraz więcej wiernych czytelników. Jeśli chodzi o specyficzny podgatunek, jakim jest powieść szpiegowska, przez długie lata królował Vincent Severski, ostatnio jego pozycję stara się osłabić inny były szpieg, Robert Michniewicz, ale okazuje się, że smykałkę do tego typu powieści ma i...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-12-06
2024-11-24
2024-11-11
2024-10-29
2024-10-23
Późno odkryłem Mirosława Gorzkę, wstyd powiedzieć, ale czytacz kryminałów nieuleczalny, wrocławianin z urodzenia, ale i wyboru, pierwsze spotkanie z tym na wskroś wrocławskim autorem zaliczyłem dopiero przy Poszukiwaczu zwłok. Zaliczyłem i bardzo Gorzkę polubiłem, czekając z nicierpliwością na kolejną część historii Laury Wilk przeczytałem jeszcze Martwy sad, który też mi się spodobał. Wilczyca mój apetyt na dobrą, mocną literaturę osadzoną w realnym Wrocławiu zaspokoiła, oj zaspokoiła.
Nie da się przeczytać ze zrozumieniem i przyjemnością Wilczycy bez znajomości Poszukiwacza zwłok. To tak, jakby próbować ogarnąć drugi tom sienkiewiczowskiego Potopu (lub też 1Q84 mojego ukochanego Murakamiego) bez przeczytania tomu pierwszego. Bo mamy tu bezpośrednią kontynuację tego, co (nie) skończyło się w pierwszej części tej burzliwej historii. De facto te dwie książki można wydać w jednej oprawie, ale wtedy mielibyśmy grubo ponad tysiąc stron, co mogłoby zniechęcić potencjalnego czytelnika i wpędzić w kompleksy Stephena Kinga i Roberta Galbraitha razem wziętych. Nim więc sięgnięcie po Wilczycę, koniecznie przeczytajcie Poszukiwacza zwłok - naprawdę. Na pewno nie czytajcie też w kolejności odwróconej, bo to już kompletnie niemożliwe. Owszem, mamy w części drugiej nowe postaci i jeden nowy wątek, ale ten zasadniczy i najważniejszy jest po prostu kontynuacją.
Gorzka w zaproszeniu do lektury zaznacza, że drugą część swej opowieści skonstruował nieco inaczej niż pierwszą, zaczyna ją spokojniej, w zdecydowanie wolniejszym tempie, przy okazji przypominając czytelnikowi fakty z pierwszej części. I faktycznie początkowo wydarzenia zawrotnego tempa, znanego z Poszukiowacza (i innych książek tego autora) nie mają. Można mieć wrażenie, że wrocławski pisarz nieco tę początkową część nieco na siłę rozciąga, ale skoro jest to świadomy zabieg, to wypada go zaakceptować. Jednak ta odrobiona czytelniczej cierpliwości bardzo szybko jest nagrodzona, a wydarzenia wokół głównych bohaterów nabierają ekspresowego tempa. Od książki wtedy trudno już się oderwać, ja osobiście w jeden wieczór przeczytałam ponad 250 stron i tylko resztki zdrowego rozsądku w środku nocy doprowadziły do odłożenia książki na stolik i zgaszenia światła. Jest dynamicznie, mocno i z przytupem. Gorzka nie żałuje swoim protagonistom potu i krwi, wrzuca ich na istny rollercoaster emocji i doprowadza na skraj fizycznej i psychicznej wytrzymałości. Oj dzieje się tu niezwykle dużo.
Mocną stroną książki są postaci głównych bohaterów - tych stojących po dobrej i złej stronie barykady. Misternie skonstruowane, wielowarstwowe, w tym wszystkim jednak normalne, wręcz przeciętne. Pozbawione nadludzkich możliwości, mające osobiste problemy i rozterki. Mi szczególnie do gustu (rzecz jasna prócz tytułowej Wilczycy) przypadł Maciej vel Ariel Lesiecki. To bardzo skomplikowana osobowość, zdawać by się mogło solidnie zaburzona, ale w ostatecznym rozrachunku głęboko tragiczna. Bohaterowie drugiego planu także są przez autora przemyślani, nikt tu nie pojawia się przypadkowo, ale i nikt nie jest też jednoznacznie biały lub czarny. Gdzieś tam w tle, ale za to dość mocno, dostaje się też elitom rządzącym krajem. I myślę, że nie chodzi tu Gorzce o konkretną polityczną opcję, nie da się odkryć poglądów autora, lecz ogólnie o władzę, która per se wyciąga z ludzi najgorsze cechy. Trudno w tej warstwie z pisarzem polemizować, nawet mając jednoznacznie wyrobione poglądy.
Jest to też książka we Wrocławiu i o Wrocławiu. Wraz z bohaterami poznajemy mniej lub bardziej znane zakamarki miasta nad Odrą (nie mam pewności, czy wszystkie one faktycznie istnieją), poruszamy się po konkretnych ulicach, miejscach, osiedlach. Dla wrocławian to dodatkowa frajda z lektury, miałem chwile, podobnie jak przy lekturze Poszukiwacza, że spotkam Wilczycę i jej kolegów jadąc do pracy, czy wybierając się na zakupy. Dla czytelników naszego miasta nie znających ta warstwa pozostanie zapewne bez znaczenia, ale nie będzie też lektury utrudniała.
Tym razem Gorzka trochę pobawił się formą. Na szczęście nie za mocno, więc akceptowalnie. Dokonał bowiem pewnej inwersji czasowej. Teraźniejszość w książce to łącznie może 30 stron, reszta dzieje się… niedługo wcześniej. Finałowa scena dawkowana jest nam małymi fragmentami od niemalże pierwszych stron, ale nie pozwala to na odgadnięcie ostatecznego rozwiązania, które kompletnie zaskakuje. I… no chyba nie jest ostatecznie ostateczne.
Narrację mamy trzeciosobową, klasyczną, taką jaką lubię. Językowo i stylistycznie książka jest dopieszczona, Gorzka to już wyrobione i dopracowane pióro. Czyta się przyjemnie nie tylko ze względu na wartką akcję. Przyjemnie i szybko, pomimo ponad 500 stron lektury. Miło, że wrocławski pisarz nadal nie ulega modzie “trzysta z małym plusem i wystarczy”.
Czy będzie kontynuacja losów Laury Wilk i Macieja Lesieckiego? Teoretycznie historia się kończy, ale jakaś tam furteczka na ciąg dalszy pozostaje. Mam nadzieję, że Gorzka pociągnie tę historię, chociaż do domknięcia klasycznej trylogii. W jego dotychczasowym dorobku dłuższych cykli nie ma, ale kto wie, może się o taki pokusi? Wiele zapewne zależy od czytelniczych reakcji na aktualną premierę, ale jestem pewien, że będą one ciepłe, jeśli nie entuzjastyczne. Książkę zdecydowanie polecam, tych którzy czytali Poszukiwacza zwłok zachęcać pewnie nie trzeba, innych odsyłam do księgarń, po obie części.
Późno odkryłem Mirosława Gorzkę, wstyd powiedzieć, ale czytacz kryminałów nieuleczalny, wrocławianin z urodzenia, ale i wyboru, pierwsze spotkanie z tym na wskroś wrocławskim autorem zaliczyłem dopiero przy Poszukiwaczu zwłok. Zaliczyłem i bardzo Gorzkę polubiłem, czekając z nicierpliwością na kolejną część historii Laury Wilk przeczytałem jeszcze Martwy sad, który też mi...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-10-20
2024-09-09
Robert Michniewicz stosunkowo niedawno wszedł na polską scenę literatury szpiegowskiej, natychmiast plasując się wysoko w rankingach czytelniczej popularności. Zupełnie zasłużenie, bo już jego debiutancka powieść Partnerzy. Początek pokazała spory potencjał powieściopisarski tego byłego oficera wywiadu, a mająca premierę w marcu tego roku Dolina szpiegów jest po prostu znakomita i udanie wychodzi poza kanon literatury szpiegowskiej.
Czy jego trzecia powieść, będąca kontynuacją tej pierwszej - Partnerzy. Zemsta - jest równie dobra? Czy autor na fali zdobytej niemałej popularności nie pospieszył się nadto z kolejną premierą? Przyznam szczerze, jak czekałem na tę powieść z niecierpliwością, tak jestem nią nieco zawiedziony. I to w kilku warstwach.
Szpiegowska intryga tym razem jest mniej skomplikowana i prowadzona w zdecydowanie mniejszym tempie. Oczywiście fakt ten sam w sobie zarzutem nie jest, wszak życie szpiega to nie tylko pogonie, ucieczki, strzelanki i ostre konfrontacje, lecz głównie mozolna praca operacyjna, niekiedy do bólu monotonna. Jednak mam wrażenie, że z tej historii mógł Michniewicz wyciągnąć nieco więcej i jakościowo i objętościowo, dać jej ciut więcej dynamiki i krwistości. Mam takie wrażenie, że autor za bardzo uległ obecnemu zwyczajowi pisania szybko i kompaktowo - premiera książki typu “trzysta stron z małym plusem” raz na kilka miesięcy to aktualnie wręcz kanon polskiej literatury sensacyjnej, dla mnie kompletnie niezrozumiały. Jeśli Michniewicz ma chęć rywalizacji z Vincentem Severskim o palmę pierwszeństwa wśród byłych zawodowych szpiegów parających się obecnie pisaniem, to iść powinien raczej w kierunku powieści większych, bardziej dopracowanych i wypuszczanych na rynek niekoniecznie w ilościach hurtowych. Notabene Severski jest w Zemście przywołany - jeden z jej bohaterów zabiera na zagraniczny wyjazd zabiera powieść autora cyklu Nielegalni. Czy to swoista “rękawica” rzucona najpopularniejszemu wciąż jeszcze piszącemu byłemu oficerowi wywiadu?
Nie przekonuje mnie też wątek osobistej relacji dwojga głównych bohaterów cyklu. Ich miłosne dialogi zalatują jak dla mnie sztucznością i w pewnym stopniu infantylnością. Jest między Basią a Piotrem wręcz cukierkowo, nieporozumienia jeśli między nimi są, to sporadyczne, rozwiązywane błyskawicznie i z uśmiechem na ustach. Sceny łóżkowe też się pojawiają, ale i tu pieprzu Michniewicz raczej żałuje. Nie silę się bynajmniej na cynizm, ale w okolicznościach, w których znajdują się bohaterowie, “spijanie sobie miodku z dzióbków” jest mało realne i przekonujące.
Nie stroni za to Michniewicz od politycznego zaangażowania, podobnie zresztą jak w pierwszej odsłonie serii. Zdecydowanie i jednoznacznie wypowiada się przeciwko jednej z opcji polskiej sceny, karykaturuje ją wręcz z odrobiną przesady. Żeby była jasność, nie uderza w konkretną partię, lecz w poglądy, reprezentowanej przez pewną część polityków (i społeczeństwa, a jakże). Mi z taką optyką po drodze, ale części z czytelników (niewielkiej na szczęście) ta warstwa podobać się nie będzie, oj nie będzie. Równie jednoznacznie opowiada się po ukraińskiej stronie konfliktu, toczącego się za naszą wschodnią granicą, choć jest on tym razem tylko tłem.
W warstwie warsztatowej książka jest poprawna. Prowadzona w mojej ulubionej narracji - trzecioosobowej, linearnej, pozbawionej wszelkich tak popularnych dziś ozdobników - retrospekcji, zmian narratora i temu podobnych. Językowo i stylistycznie trudno też Michniewiczowi (i jego redaktorom) wiele zarzucić, w książce widać jego talent i lekkość pióra, w trakcie lektury nic nie zgrzyta, ani nie trzeszczy. No może te dialogi osobiste głównych bohaterów wymagałyby dopieszczenia.
Mam przekonanie, że istnieje wśród pisarzy syndrom “drugiej książki”, polegający na tym, że po bardzo udanym debiucie szybko przychodzi twórczy kryzys, czego efektem jest przynajmniej jedna słabsza pozycja. Michniewicz powieścią Partnerzy. Zemsta tę zasadę zdaje się potwierdzać. Żeby była jasność - nie uważam książki za słabą, ale spodziewałem się po niej więcej - i jakościowo i objętościowo. Panie Robercie - nie ma się co spieszyć, czytelnik nie ucieknie tylko dlatego, że będzie musiał dłużej poczekać.
Robert Michniewicz stosunkowo niedawno wszedł na polską scenę literatury szpiegowskiej, natychmiast plasując się wysoko w rankingach czytelniczej popularności. Zupełnie zasłużenie, bo już jego debiutancka powieść Partnerzy. Początek pokazała spory potencjał powieściopisarski tego byłego oficera wywiadu, a mająca premierę w marcu tego roku Dolina szpiegów jest po prostu...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-09-29
Robert Michniewicz w marcu ubiegłego roku z przytupem wkroczył na polski rynek powieści szpiegowskiej. Jego Dolina szpiegów zdobyła powszechne uznanie czytelników i recenzentów, w tym niżej podpisanego. Mająca właśnie premierę druga część serii Zdążyć przed wrogiem jest prawie równie dobra. Prawie.
Warto na wstępie podkreślić, że choć Zdążyć przed wrogiem to zupełnie inna historia niż Dolina szpiegów, ale łączy te powieści bardzo wiele - przede wszystkim główni bohaterowie. W tej najnowszej mamy też bardzo wiele nawiązań do starszych wydarzeń, wydaje się więc, że warto sięgnąć najpierw po pierwszą część cyklu. Zresztą kto przeczyta jedną, zapragnie bez wątpienia drugiej, bo to są świetne książki.
Nie będę jednak ukrywał, że jestem minimalnie, ale to minimalnie rozczarowany po zakończeniu lektury najnowszej powieści Michniewicza. Mam wrażenie, że autor spieszył się pisząc końcowe fragmenty i chyba niepotrzebnia ją skrócił. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale biorąc pod uwagę wcześniejszy sposób budowania fabuły zaskakujące jest skrótowe potraktowanie scen powrotu głównych bohaterów z terenu prowadzonej operacji do domu. Autor buduje najpierw odpowiednie napięcie wokół tego zdarzenia, a potem nagle - “wsiedli, odlecieli, przylecieli, wysiedli”. No niemal dosłownie tak to wygląda. Już kiedyś Michniewiczowi (przy okazji recenzji drugiego tomu innej serii) sugerowałem, że nie ma się po co spieszyć, czytelnik nie ucieknie, jeśli premiera opóźni się o kilka tygodni a nawet miesięcy. Vincent Severski, którego sukces w jakimś stopniu zapewne zachęcił Michniewicza do pisania, nie spieszy się, jego premiery pojawiają się nie częściej niż raz na rok, choć i jemu zdarzają się słabsze momenty (na przykład Kraviec).
Tyle narzekania, bo w gruncie rzeczy to kolejna powieść Michniewicza, od której trudno się oderwać. Wartka akcja, osadzona w realnej historycznej czasoprzestrzeni okresu upadku Powstania Warszawskiego w samej stolicy i otaczającej ją Puszczy Kampinoskiej, pełna zwrotów i niespodziewanych zakrętów gwarantuje czytelnikowi godziny pełne emocji. Sporo mocnych scen, czasami krwawych i brutalnych, jak to w czasie wojny być musi. Wszystko to jednak zdaje się być bardzo realne, wierne rzeczywistości, która wówczas, te 80 lat temu miałą miejsce. Bohaterowie Michniewicza też są bardzo autentyczni, niepozbawieni ułomności, a przede wszystkim nie nieśmiertelni, z kilkoma postaciami, które zdążyliśmy polubić, przyjdzie się nam pożegnać. Wszystko to sprawia, że czytelnik bez trudu przenosi się w realia tamtych czasów i ma poczucie, że jest (biernym, ale jednak) obserwatorem wydarzeń, które jak najbardziej mogły mieć miejsce.
Jak zwykle Michniewicz nie stroni od tematów trudnych i kontrowersyjnych. Tym razem jest to momentami bardzo krwawa rywalizacja między Armią Krajową i Armią Ludową. Pisarz jednoznacznie prezentuje swoje poglądy, generalnie tę drugą formację przedstawiając w negatywnym świetle. Pokazuje ich współpracę nie tylko z komunistami (ją jakoś jeszcze przecież można zrozumieć, wszak w tamtych czasach sowieci byli bardziej wyzwolicielami niż tyranami), ale nawet i z faszystami. Ludowcy na kartach Zdążyć przed wrogiem są ugrupowaniem prowokującym konflikty z AK, działającą niekorzystnie dla spraw polskich. Zdaje się, że to ujęcie obciążone jest nieco znajomością historii lat następnych, bo wtedy, w roku 1944 wielu szczerze wierzyło w Stalina i widziało świetlaną przyszłość naszego kraju w jego rękach. No cóż. Niemniej w tym aspekcie Michniewicz jest bardziej jednostronny, w Dolinie szpiegów, gdzie poruszany był temat współpracy górali z faszystami, mieliśmy zdecydowanie więcej odcieni szarości - tu mamy raczej czerń i biel, możemy się na to zżymać, ale prawem pisarza jest mieć swoje poglądy i je na kartach powieści czytelnie prezentować.
Warsztatowo Michniewicz jak zawsze jest bardzo dobry, choć… Są takie dialogi, które wydają się nieco sztuczne, a humor w tych wymianach zdań taki momentami mało udany. Szczególnie dotyczy to części akcji rozgrywającej się w Londynie. Nie ma tego dużo, ale jest to najsłabsza warstwa pisarstwa byłego szpiega. Zauważyłem to już w powieści Partnerzy. Zemsta. Poza tym stylistycznie, językowo wszystko wygląda bardzo dobrze. Książka napisana jest w mojej ulubionej narracji trzecioosobowej, linearnie, bez zbędnych ozdobników i retrospekcji.
Robert Michniewicz najnowszą książką potwierdza, że jest bardzo utalentowanym i już ukształtowanym pisarzem. Cieszę się, że seria wojenna będzie miała kontynuację, co autor w posłowiu dość jednoznacznie zapowiada. Chętnie jednak poczekam na kolejną odsłonę historii cichociemnych i Carla von Wedela ciut dłużej. Porządna szpiegowska cegłówka powinna mieć 600 stron i więcej, takie jest moje zdanie i zapewne zgodzi się ze mną większość fanów tego gatunku. Nie ma co się spieszyć panie Robercie, poczekamy.
Robert Michniewicz w marcu ubiegłego roku z przytupem wkroczył na polski rynek powieści szpiegowskiej. Jego Dolina szpiegów zdobyła powszechne uznanie czytelników i recenzentów, w tym niżej podpisanego. Mająca właśnie premierę druga część serii Zdążyć przed wrogiem jest prawie równie dobra. Prawie.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWarto na wstępie podkreślić, że choć Zdążyć przed wrogiem to zupełnie inna...