-
Artykuły
„Nasze ciało to mapa lęków, której umysł nie potrafi ukryć” – wywiad z Sebastianem Fitzkiem, autorem thrillera „Mimika”
Marcin Waincetel2 -
Artykuły
Kalafiory, czarownice i zbrodnia w rezydencji. Sprawdź, co kryje się w tych książkach Nowości pod patronatem Lubimyczytać.
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Z czego żyje pisarz?
Orbitowski24 -
Artykuły
Czytamy w weekend. Książki Roku 2025. 20 marca 2026
LubimyCzytać342
Biblioteczka
2025-12-29
2023-07-06
2020-06-28
2020-06-06
Kiedy wczorajszego popołudnia skończyłam lekturę tej książki byłam przekonana, że od razu zasiądę do komputera i napiszę Wam kilka moich przemyśleń na jej temat. Tymczasem okazało się, że ciężko mi sformułować myśli. Wiedziałam, co sądzę o lekturze, ale kompletnie nie umiałam tego ubrać w słowa. Dziś wcale nie jest łatwiej, ale koniecznie już muszę Wam o niej opowiedzieć!
Przede wszystkim - to przerażająca, wręcz mrożąca krew w żyłach lektura. Opowiada ona bowiem o tym, że możesz być krystalicznie czysty, nic nie mieć na sumieniu i ogrom ludzi może potwierdzić to, że wcale nie było Cię "w złym miejscu o złym czasie", a i tak możesz zostać skazany prawomocnym wyrokiem na długie lata więzienia. Co więcej, możesz przebywać w nim nadal nawet wówczas, gdy odnajdzie się sprawca, który przyzna się do zbrodni, którą to niby Ty miałeś popełnić. I to dzieje się teraz. Nie w PRL-u, nie w czasie, kiedy o szczegółowych testach DNA nikt jeszcze nie słyszał.
Naprawdę mroziło mi to krew w żyłach. Dodatkowo bolał fakt, że wielu niewinnie skazanych kompletnie straciło już nadzieję. Trudno im się dziwić. Nie każdy jest Tomkiem Komendą. Naprawdę, sądziłam, że to jedyny przypadek w naszej najnowszej historii, gdy niewinny człowiek siedział tak długo za kratami. Lektura "Będziesz siedzieć" uświadomiła mi jednak, że takich przypadków jest i było w Polsce wiele i tak szczęśliwy happy end jaki spotkał Komendę jest czymś wyjątkowym.
Sama książka napisana jest jest prostym językiem bez udziwnień. Poszczególne historie mieszają się z wypowiedziami i krótkimi wywiadami z prawnikami i przedstawicielami Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka oraz samymi oskarżonymi i ich bliskimi. Nie brak też protokołów z rozpraw sądowych, z których nawet taki prawniczy laik jak ja jest w stanie punkt po punkcie wyszczególniać błędy logiczne, które doprowadziły do skazania niewinnych ludzi na długie lata ciężkiego więzienia.
Polecam lekturę, choć nie spodziewajcie się, że będzie szybka, łatwa i przyjemna. To jedna z tych książek, które na długo zostają z czytelnikiem i o której ciężko zapomnieć.
Kiedy wczorajszego popołudnia skończyłam lekturę tej książki byłam przekonana, że od razu zasiądę do komputera i napiszę Wam kilka moich przemyśleń na jej temat. Tymczasem okazało się, że ciężko mi sformułować myśli. Wiedziałam, co sądzę o lekturze, ale kompletnie nie umiałam tego ubrać w słowa. Dziś wcale nie jest łatwiej, ale koniecznie już muszę Wam o niej...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2020-06-08
"Autor rekonstruuje nasz rodowód na podstawie najnowszych badań". Czyż to nie brzmi wspaniale? Czytałam już sporo książek traktujących o tym, jak człowiek znalazł się na tym czy innym kontynencie, jak ów kiedyś wyglądał, co tam w genach Amerykanie i Anglicy mają...Ale zawsze czułam ten niedosyt. Tę niewiedzę. Bo chciałam bardzo dowiedzieć się tych samych rzeczy, ale z perspektywy Polski. Żeby ktoś mi wreszcie w ten sposób opowiedział o nas - o mnie! Książka Ulanowskiego zdawała mi się to obiecywać.
No właśnie - zdawała się.
Bladego pojęcia nie mam, o czym autor chciał napisać książkę. Bo zaczyna się bardzo dobrze. O wykopaliskach, które odkryły przed nami, jakie gatunki człowieka zamieszkiwały tereny dzisiejszej Polski. Jakimi posługiwali się narzędziami, jak chowali swych zmarłych, a nawet jak wyglądali. Traktuje w przystępny sposób o genach wszystkich nas. Czy Polacy charakteryzują się jakimś wybitnie "polskim" genotypem, czy może jest w nas coś germańskiego, skandynawskiego? Gdyby książka skupiała się tylko na tym, byłaby bardzo dobra. Później dostajemy rozdział o języku. Trochę gorszy od pozostałych, ale wciąż całkiem interesujący, bo to faktycznie ciekawe poczytać o tym, jak to się stało, że nasz język brzmi dziś tak a nie inaczej. Umyślnie piszę jednak "całkiem interesujący", bowiem wydaje się być gdzieś temat ucięty w połowie i jakby niedokończony. Jakby autorowi zabrakło już na niego pomysłu. A potem jest tylko gorzej.
Bo nagle od homo sapiens przechodzimy do - bagatela - współczesności. I nagle zamiast rozprawiać o pochodzeniu człowieka na terytorium Polski przechodzimy do abstrakcyjnego tematu narodu, okraszonego baaardzo skrótowymi informacjami o pierwszych Piastach. A przecież gdyby się w to zagłębić, połączyć z poprzednim tematem, wpleść w to wszystko język...Ach, cóż to byłaby za lektura! Zamiast tego mamy zlepek nierównych jakościowo rozdziałów traktujących o wszystkim. A wiadomo, że jak coś jest o wszystkim, to w sumie jest o niczym.
I jeszcze te straszne anegdotki. Jest ich od groma, a dotyczą autora, jego podróży, perypetii, albo Krakowa, którego chyba bardzo nie lubi. Panie Autorze - w ogóle nas to nie interesuje. Humor w całej książce też nie jest najwyższych lotów. Widać, że autor aspirował do lekkości literatury popularnonaukowej, ale zamiast lekko i zabawnie wyszło nudno, kiczowato, a przez to i cała nauka znalazła się gdzieś w tej książce na drugim miejscu, bo na pierwsze wybija się autor.
Czuję jakiś niesmak po lekturze. Miałam ochotę naprawdę na wiele, a czuję się tak, jakbym zamiast dobrego dania dostała zgniłego ziemniaka. Czy raczej zgniłym ziemniakiem. Prosto w twarz.
Nie polecam.
"Autor rekonstruuje nasz rodowód na podstawie najnowszych badań". Czyż to nie brzmi wspaniale? Czytałam już sporo książek traktujących o tym, jak człowiek znalazł się na tym czy innym kontynencie, jak ów kiedyś wyglądał, co tam w genach Amerykanie i Anglicy mają...Ale zawsze czułam ten niedosyt. Tę niewiedzę. Bo chciałam bardzo dowiedzieć się tych samych rzeczy, ale z...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Pierwszą myślą, jaka mi się nasunęła po skończeniu lektury „Zapaści”, było spostrzeżenie, że chyba muszę zrobić sobie dłuższą przerwę od polskich reportażystów opisujących naszą polską rzeczywistość, w której żyjemy i którą obserwujemy. I choć może to sprawić, że teraz Wy pomyślicie, że w takim wypadku ten reportaż musiał mnie zawieść, to spieszę z wyjaśnieniem, że tak nie jest, a do moich planów na przyszłość w czytaniu tego gatunku powrócimy za chwilę.
Zacznijmy od tego, o czym jest „Zapaść”. Jest to zapis spostrzeżeń autora oraz jego rozmów z mieszkańcami kilku, kilkunastu polskich miast i miasteczek, które okres swojej świetności mają już za sobą, a aktualnie znajdują się w tytułowej zapaści właśnie, wynikającej z kilku różnych czynników. Tym, co je łączy, jest natomiast stopniowe wyludnianie się oraz starzenie się zamieszkujących je mieszkańców, co bezpośrednio wynika z faktu, że młodsi przeprowadzają się do większych miast lub wyjeżdżają za granicę, nie widząc dla siebie przyszłości w swoich rodzinnych stronach. Autor, Marek Szymaniak, sam jest człowiekiem młodego pokolenia, który w pewnym momencie zdecydował się na taką emigrację, zatem kiedy pisze o powodach opuszczania miast „zapaści” oraz toczących je bolączkach, to zna ten temat z autopsji.
Każdy rozdział dotyczy innego tematu, każdy z nich zaś jest dla mieszkańców opisywanych miejsc sporym problemem, który mocno rzutuje na ich jakość życia. Czytamy zatem o problemie bezrobocia ciągnącym się od lat przemian ustrojowych, kiedy to państwowe zakłady poupadały, a na prywatne firmy nie były zainteresowane wejściem na małomiasteczkowy rynek, skupiając się na dużych aglomeracjach. W innym rozdziale możemy dowiedzieć się o przeogromnym problemie dostępu do opieki zdrowotnej mieszkańców, zwłaszcza starszych, miast zapaści. Zamykanie oddziałów, a czasem całych szpitali i problem z dotarciem do specjalistów nie jest już tylko niedogodnością, ale czymś, co zagraża życiu ludzi. I choć problem ten jest zauważalny, to wciąż nie ma pomysłu na to, jak można by sobie z nim poradzić. Przeczytamy tu też o (nie)świadomości ekologicznej; o miastach, które są w ścisłej czołówce najbardziej zanieczyszczonych pod względem jakości powietrza, a ich mieszkańcy wciąż ocieplają swoje domy poprzez palenie w piecach najgorszym ścierwem (tu autor w ogóle fajnie pogłębił ten temat, zwracając uwagę, że sporo osób może i nawet byłoby zainteresowanych inną formą zapewnienia sobie ciepła, ale pobijają ich koszty wymiany pieca i zakupu bardziej ekologicznego opału, gmin nie stać zaś na dopłaty). Jest też rozdział o dostępie do mieszkań, lokalnej polityce, betononowaniu centrów miast – no, wszystko Marek Szymaniak starał się nam ukazać tutaj w jak najbardziej merytoryczny sposób, choć nie ukrywa raczej swoich przekonań politycznych i jasno można wywnioskować z tekstu, której partii politycznej nie kibicuje (ale że i ja i autor nie lubimy tej samej, to – choć nie jestem fanką ukazywania swoich przekonań przez reportażystę w pisanym przez niego tekście, to tu się nie przyczepię i choćby ćwierć gwiazdki za to nie odejmę).
Merytorycznie jest to dobrze napisany reportaż. Autor zjeździł faktycznie kawał Polski, żeby spotkać się z ludźmi, porozmawiać z nimi i na własne oczy zobaczyć to, o czym później pisze. Na pewno nie było to łatwe, bo książka powstawała przede wszystkim w pandemicznym czasie, kiedy poruszanie się po Polsce było mocno ograniczone. Wydaje mi się jednak, że Marek Szymaniak wykonał dobrą robotę i sporo wyciągnął ze swoich podróży, choć jak sam mówi już w epilogu, wielka część tego, co usłyszał i co zobaczył, nie znalazła się ostatecznie w tekście. Trochę szkoda, ale może też pokazuje to nieładną uniwersalność omawianych problemów. Jeśli miałabym wskazać słabsze strony tej książki, to musiałabym niestety powiedzieć, że wszystko, czego się w niej dowiadujemy, już było. „Zapaść” jest bowiem zbiorem tematów, który inni autorzy już rozwinęli nam w innych reportażach i zrobili to bardziej kompleksowo. Oczywiście, jeśli interesuje Was wersja instant, chcecie dowiedzieć się tego, w jakich warunkach (niestety) musi funkcjonować mnóstwo ludzi w naszym kraju, to jest to książka do polecenia. Natomiast do jakiś głębszych refleksji polecałabym jednak inne lektury.
Dlaczego muszę zrobić sobie przerwę od polskiego reportażu? Bo jestem zmęczona. W tym roku wszystkie reportaże, które do tej pory przeczytałam, skupiały się na naszym polskim poletku. Czytałam o polskiej kolei, polskim mordercy, polskich programach o wychowywaniu dzieci i teraz – jakby na dobicie – „Zapaść”. Moje samopoczucie poleciało już na łeb na szyję w trakcie czytania i choć reportaż, o którym dziś Wam piszę, jest naprawdę krótki, bo ma zaledwie lekko ponad 200 stron, to czytałam go ponad miesiąc. I ja wiem, że tego typu książki nie są pisane dla naszego komfortu, wręcz przeciwnie, ale ja czuję się już przebodźcowana i nie chcę na razie czytać o tym, jak źle w naszym kraju się dzieje i czemu może być jeszcze gorzej. Poza tym czuję, że przez ten mój stan, nie byłam też już do końca w stanie wyciągnąć z tej książki to, co byś może powinnam i prawdopodobnie za kilka miesięcy spora jej część, jak nie całość, kompletnie uleci mi z głowy. Tak więc Wam być może polecam, jeśli taka forma reportażu jest dla Was i szukacie czegoś bardziej „ciekawostkowego” aniżeli bardzo dogłębnie zbadanego, natomiast ja daję tej książce ocenę gdzieś w połowie skali i robię sobie przerwę od polskiego reportażu na czas bliżej nieokreślony.
Pierwszą myślą, jaka mi się nasunęła po skończeniu lektury „Zapaści”, było spostrzeżenie, że chyba muszę zrobić sobie dłuższą przerwę od polskich reportażystów opisujących naszą polską rzeczywistość, w której żyjemy i którą obserwujemy. I choć może to sprawić, że teraz Wy pomyślicie, że w takim wypadku ten reportaż musiał mnie zawieść, to spieszę z wyjaśnieniem, że tak nie...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to