Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: , , ,

Człowiek to nie maszyna; nie można go zaprogramować wedle własnych upodobań – to przekonanie, które jasno wyziera z powieści Hessego.

Książka w dużej mierze wciąż aktualna; o odwiecznych rozdźwiękach pomiędzy nauką a sztuką, o szkodzie płynącej z bezmyślnego przyswajania wiedzy, niszczycielskiej sile wytyczania „granic” i tępienia wszelkich przejawów indywidualizmu.

Głównym bohaterem powieści jest Hans – świeżo upieczony seminarzysta, który dzięki sumienności oraz chęci zgłębiania wiedzy pojęciowej, zyskuje rangę „kujona” w środowisku szkolnym. Mimo licznych umiejętności, nie można o nim powiedzieć, by był w pełni ukształtowany pod względem charakteru; chłopak często ugina się pod presją otoczenia, bywa niezdecydowany i niepewny, co podświadomie wykorzystują inni – ojciec, znajomi oraz nauczyciele. Hans stanowi w ich oczach idealny materiał na przykładnego ucznia – jednostkę produkcyjną; żyjącą w zgodzie z narzuconymi przez państwo ideałami. W imię niewłaściwie rozumianego poczucia obowiązku zaszczepia się więc w nim bierność i bezwzględne posłuszeństwo wobec autorytetów. Początkowo Hans z obojętnością podchodzi do narzuconych mu prawideł, z czasem zaczyna dostrzegać, że nie tylko książki stanowią istotną treść życia. Przyjaźń z Hermanem – charyzmatycznym buntownikiem – wyzwala w nim chęć zakosztowania szczęścia. Rodzące się w chłopaku zaczątki indywidualności nie uchodzą jednak uwadze wykładowców, którzy nieprzychylnym okiem spoglądają na ten „niebezpieczny płomień” w jego oczach. Podejmowane przez nich środki zaradcze, mające nawrócić chłopaka na właściwą (w ich rozumieniu) drogę, przyczyniają się do … – no właśnie, walka z ogniem bywa trudna, chyba że płomień jest wyjątkowo wątły.

Tematyka – wydawać by się mogło – kłopotliwa i złożona. Hesse z powodzeniem udowadnia jednak, że nawet najbardziej zawiłe kwestie da się podać w sposób strawny i atrakcyjny dla czytelnika. Mimo nieśpiesznie prowadzonej narracji, fabuła zwyczajnie angażuje (chociaż trudno tutaj mówić o przyspieszonym biciu serca). Problemem są bohaterowie; Hesse tak pięknie się w nich zagłębia, że wręcz podaje nam ich na tacy – nagich, nagusieńkich. Jak dla mnie, za dużo tutaj wykładni. Lepiej pozwolić czytelnikowi na samodzielny osąd; mniej opisywać, więcej udowadniać lub sugerować. Tak czy owak, Hesse to jeden z moich ulubionych pisarzy, a ta książka tylko utwierdza mnie w przekonaniu o jego wielkości.

Człowiek to nie maszyna; nie można go zaprogramować wedle własnych upodobań – to przekonanie, które jasno wyziera z powieści Hessego.

Książka w dużej mierze wciąż aktualna; o odwiecznych rozdźwiękach pomiędzy nauką a sztuką, o szkodzie płynącej z bezmyślnego przyswajania wiedzy, niszczycielskiej sile wytyczania „granic” i tępienia wszelkich przejawów indywidualizmu....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Na wstępie zaznaczę, że nie zamierzam pastwić się nad postawą głównego bohatera (i zarazem autora tej książki). To zbyt delikatny temat, by tak bezceremonialnie deptać odczucia oraz motywacje chłopaka – jakkolwiek absurdalne i wysoce nieodpowiedzialne się wydają.

Najchętniej w ogóle wstrzymałabym się od jakiegokolwiek komentarza, jednak nie mogę; przyjęta przez autora forma narracji do tego stopnia zniechęcała do dalszej lektury, że z trudem hamowałam się przed wznoszeniem oczu ku górze. Zazwyczaj doceniam wszelkie próby „uatrakcyjniania" tekstu, ale nie w tym przypadku – zastosowanie tak rozszczepionej narracji wydaje się tutaj całkowicie bezcelowe, przynajmniej w moim odczuciu. By lepiej zobrazować chaos na poziomie konstrukcyjnym, przytoczę króciutki rys fabularny; oto młody mężczyzna, Edouard, napotyka na ulicy nieznajomego, który – niemal od razu - oczarowuje go swoją powierzchownością, w następstwie czego obaj lądują w mieszkaniu tego pierwszego. Po upojnie spędzonej nocy, bohater orientuje się, że nieznajomy ma w stosunku do niego dość mętne zamiary i otwarcie oskarża go o kradzież telefonu. Dochodzi do dramatycznej w skutkach przepychanki słownej, w wyniku której Edouard pada ofiarą gwałtu.

Przejdźmy zatem do narracji; rekonstrukcja ww. zdarzenia z perspektywy pierwszej osoby-ofiary poprzecinana zostaje wypowiedziami siostry Eduarda, która relacjonuje przebieg tych wypadków swojemu mężowi (wcześniej zasłyszała je z ust samego chłopaka). I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jej opis jest zbyt obfity w szczegóły – w pewnym momencie dochodzi już do tego, że zaczyna ona analizować stan emocjonalny, w którym znajdował się wówczas jej brat. Jakkolwiek rozumiem, że chłopak mógł odkryć przed nią wypadki tamtej nocy, jednak nie chce mi się wierzyć, aby uzewnętrzniał się członkom rodziny z tak intymnych przeżyć jak np. intensywność doznań przed i podczas stosunku z nieznajomym. O ile wiarygodniejsza byłaby ta relacja, gdyby wyszła z ust samej ofiary.
Jakby tego było mało, Eduardo przysłuchuje się wypowiedziom siostry, a następnie uzupełnia je lub prostuje w swoich myślach – co niestety wiąże się z koniecznością zastosowania kursywy. Na czytelność tekstu wpływają także liczne nawiasy, które skutecznie wytrącają z lektury i odciągają uwagę od najistotniejszej treści. Obserwacje w nich zawarte nie wydają na tyle znaczące, aby warto je było podawać w takiej formie. Rozumiem, że tak urozmaicona narracja może mieć swoich zwolenników, jednak ja z pewnością do nich nie należę.

Na wstępie zaznaczę, że nie zamierzam pastwić się nad postawą głównego bohatera (i zarazem autora tej książki). To zbyt delikatny temat, by tak bezceremonialnie deptać odczucia oraz motywacje chłopaka – jakkolwiek absurdalne i wysoce nieodpowiedzialne się wydają.

Najchętniej w ogóle wstrzymałabym się od jakiegokolwiek komentarza, jednak nie mogę; przyjęta przez autora...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Gide to czytelnicze odkrycie roku; już dawno nikt tak zręcznie mną nie manipulował. Daruję sobie streszczanie fabuły, bo żadne słowa nie oddadzą w pełni jej złożoności; autor co rusz przenosi środek ciężkości z jednego bohatera na drugiego, aby pod koniec – misterną siecią zależności – sprowadzić ich na tę samą scenę. Gide igra z czytelnikiem na różne sposoby; od bezpośrednich zwrotów wysuniętych w naszą stronę, aż po wyrażanie wątpliwości w związku z kierunkiem, w jakim nieopatrznie podąża fabuła (wydawać by się mogło, zupełnie bez udziału jego woli). Przyznaję, tymi wyznaniami niejednokrotnie wzbudzał moją konsternację, ale to nie szkodzi – lubię być w ten sposób zaskakiwana. Fragment, w którym autor otwarcie boleje nad powołaniem do życia pewnych postaci, jest przezabawny. Jak sam zastrzega, cyt: „Gdy mi się jeszcze kiedy zdarzy wymyślić jakąś historię, zaludniać ją będą tylko charaktery zahartowane, które życie zamiast stępić – zaostrzy”.

Gide wkłada w usta swojego bohatera zdanie, które świetnie oddaje klimat „Fałszerzy”; w jego opinii powieść powinna być jednocześnie tak prawdziwa i tak odległa od rzeczywistości, jak to tylko możliwe. Cel osiągnięty; bohaterowie tej książki są do tego stopnia nieprzewidywalni, że śmiało mogłabym uwierzyć w ich istnienie, z drugiej zaś strony nie mogę przymknąć oczu na liczne zbiegi okoliczności, które przypominają o fikcyjnym charakterze całej intrygi.
Jak już wspominałam, trudno określić problematykę tego utworu; nie ma tu bowiem jednej treści. Edward, jeden z głównych bohaterów, wyraża zresztą życzenie, aby fabuła jego przyszłej książki skupiała w sobie wszystko; bez krajania jej nożyczkami i ingerowania w jej substancję. Po raz kolejny fikcja przeplata się z rzeczywistością, a mówiąc ściślej z rzeczywistymi intencjami samego autora.

Warto nadmienić, że w powieści aż roi się od dwuznaczności, ale – co ważne – granica dobrego smaku nigdy nie zostaje naruszona. Pod tym względem Gide idealnie wpisuje się w moje czytelnicze upodobania. Na koniec warto też wspomnieć o bohaterach; autor z taką niekonsekwencją przystępuje do ich kreacji, że nigdy nie wiadomo, co uczynią na kolejnych stronach powieści. I to jest fantastyczne – Gide daje bowiem złudzenie, że wykreowane przez niego charaktery wymykają się spod jego pióra. O ile w istocie jest to złudzenie.

Gide to czytelnicze odkrycie roku; już dawno nikt tak zręcznie mną nie manipulował. Daruję sobie streszczanie fabuły, bo żadne słowa nie oddadzą w pełni jej złożoności; autor co rusz przenosi środek ciężkości z jednego bohatera na drugiego, aby pod koniec – misterną siecią zależności – sprowadzić ich na tę samą scenę. Gide igra z czytelnikiem na różne sposoby; od...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Mieszane odczucia. Na wstępie zaznaczę, że oba opowiadania są niezwykle oszczędne w środkach wyrazu, lecz mimo to jest w nich coś niesamowicie eterycznego, czemu trudno się oprzeć i co sprawia, że z upływem czasu myślę o tych pozycjach nieco cieplej.

Fabuła „Tysiąca żurawi” wydaje się stosunkowo prosta; młody mężczyzna wikła się w skomplikowaną relację z kochanką swojego zmarłego ojca – to zaś mocno rzutuje na jego późniejsze kontakty z córką kobiety. Pierwsze, na co muszę zwrócić uwagę, to zatrważająca lekkomyślność bohaterów; ich działania przypominają niekiedy zabawy w piaskownicy, a sposób rozumowania jest tak pokrętny, że naprawdę ma się wrażenie obcowania z kimś niedojrzałym emocjonalnie. Trudno powiedzieć, czy naiwność, która przebija z kart tej książki, była zamierzona. Niewątpliwie ma ona swój urok, jednak na dłuższą metę może budzić irytację. Sposób prowadzenia narracji również odbiega od standardowego; ciągłe przeskoki w czasie i porzucanie niedomkniętych wątków powodują, że fabuła sprawia wrażenie pozszywanej maszynowo. Kolejną wątpliwość budzi tłumaczenie, które momentami przypomina tekst z translatora. Przytoczę fragment: „To dom, w którym urodził się ojciec. Dziwnie się czułam oglądając pierwszy raz dom, w którym się urodził ojciec” – mnogość powtórzeń, przedziwna składnia, słowem, ma się poczucie, jakby całość wyszła spod ręki dziecka. Rozumiem, że język japoński może sprawiać problemy (i najpewniej sprawia), ale to nie jedyny taki „kwiatek”.

Drugie opowiadanie jest nieco bardziej wymagające, głównie z uwagi na kontrowersyjną treść. Pod względem fabularnym przypomina nieco „Rzecz o mych smutnych ****kach” Marqueza; tam również mieliśmy do czynienia z bohaterem, który u schyłku swojego życia zaczyna korzystać z „usług” młodych dziewcząt, z tym, że usługi te przybierają dość niekonwencjonalny charakter. Oba teksty są równie mocne w swoim wydźwięku, chociaż warsztatowo skłaniałbym się bardziej ku Marquezowi. W tym miejscu powrócę jeszcze raz do kwestii tłumaczenia; co się stało z formą grzecznościową w „Śpiących pięknościach” Kawabaty? Rozumiem, że stosunki, jakie łączyły głównego bohatera z właścicielką przybytku dalekie były od standardowych, jednak jak wytłumaczyć fakt, że raz są ze sobą na „ty”, a kiedy indziej znowu na pan/pani – wypadałoby zdecydować się na jedną z tych form albo przynajmniej zachować chronologię relacji. Podsumowując, dostrzegam potencjał, ale nie mogę zlekceważyć takiej... niekonsekwencji w przekładzie.

Mieszane odczucia. Na wstępie zaznaczę, że oba opowiadania są niezwykle oszczędne w środkach wyrazu, lecz mimo to jest w nich coś niesamowicie eterycznego, czemu trudno się oprzeć i co sprawia, że z upływem czasu myślę o tych pozycjach nieco cieplej.

Fabuła „Tysiąca żurawi” wydaje się stosunkowo prosta; młody mężczyzna wikła się w skomplikowaną relację z kochanką swojego...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Ta książka jest w równym stopniu męcząca i bezcelowa jak podróż głównego bohatera. Dla jasności, mam już za sobą inną pozycję tego autora („Włóczędzy Dharmy” – polecam), nieobce mi są też postulaty Beat Generation. Uważam jednak, że ta powieść to naprawdę wątpliwej jakości tekst, spisany naprędce i bez większego zamysłu. A że zawiera wątki autobiograficzne? Cóż z tego, skoro wrzucono je ot tak, z nadzieją, że to wszystko samo się poskleja. Dodatkowo mamy tutaj mnóstwo punktów przystankowych i ani razu nie zatrzymujemy się w nich na dłużej; spychani raz za razem do innych miejsc, „napotykamy” kolejne twarze, które pojawiają się i znikają, nie wnosząc absolutnie nic do fabuły – jak krajobraz widziany z okna pociągu. Nie wątpię, że tak prowadzona narracja może kogoś porwać i rozemocjonować, ale na jak długo? Książka liczy około 400 stron, a bohater mentalnie wciąż stoi w miejscu, mimo że fizycznie przemieszcza się po całej Ameryce. Swoją drogą, już dawno nie spotkałam w literaturze tak beznamiętnej postaci jak Sal; w myśl zasady: „życie jest życiem, a natura naturą” bezrefleksyjnie podąża za swoim cieniem. Rozumiem zachłyśnięcie się młodością, wolnością (cokolwiek pozorną), rozumiem, że młodzi przypominają niekiedy liście targane wiatrem, ale chłód emocjonalny głównego bohatera zwyczajnie poraża. Mam poczucie, że oni wszyscy w tej książce wypruci są z głębszych emocji – owszem, poddają się różnego rodzaju namiętnościom, tylko czy spełniają się wewnętrznie? Trudno oprzeć się wrażeniu, że bohaterowie tej książki to w większości banda znudzonych pseudointelektualistów. Zresztą motywacje motywacjami, nawet jeżeli tułacza wędrówka naszych panów sprowadza się wyłącznie do samej wędrówki – ok, jednak sposób narracji jest tak dynamiczny i wyzuty z emocji, że zwyczajnie tego nie poczułam. Lekturę utrudnia dodatkowo mnogość wątków, miejsc, postaci, które zanim na dobre się pojawią, zrazu są porzucane – i tak na okrągło. Owszem, „W drodze” jest swego rodzaju świadectwem epoki, ale jako tekst czysto literacki nie oddziałuje, przynajmniej w moim odczuciu. Cyt: „Pędziłem z szalonym Deanem przez świat, nie mając nawet okazji mu się przyjrzeć” – trudno się z tym nie zgodzić.

Ta książka jest w równym stopniu męcząca i bezcelowa jak podróż głównego bohatera. Dla jasności, mam już za sobą inną pozycję tego autora („Włóczędzy Dharmy” – polecam), nieobce mi są też postulaty Beat Generation. Uważam jednak, że ta powieść to naprawdę wątpliwej jakości tekst, spisany naprędce i bez większego zamysłu. A że zawiera wątki autobiograficzne? Cóż z tego,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Po raz kolejny mam niemały problem z Grabińskim; z jednej strony ciekawa problematyka, z drugiej niespecjalne wykonanie. Zacznijmy od tego, że groza w twórczości tego autora przybiera różne oblicza i pod fasadą zwyczajności może kryć się dosłownie wszędzie. Podobnie w przypadku omawianego zbioru; książka stanowi swoistą zadumę nad niszczycielską siłą ognia, który – tak jak inne żywioły – często budzi strach i jednocześnie niebezpiecznie fascynuje. Opowiadania koncentrujące się wokół piromanii (w jej najróżniejszych stadiach i przejawach) mają ogromny potencjał, głównie z uwagi na niecodzienne ujęcie tematu – dosłownie i w przenośni. Szkoda tylko, że brakuje im psychologicznej podbudowy; obserwujemy efekt, nie zaś sam proces. Rozumiem, że forma opowiadania wymusza na pisarzu lakoniczność i zwięzłe potraktowanie tematu, jednak u Grabińskiego ewidentnie brakuje „esencji”. To zaś powoduje czytelniczy niedosyt, któremu bliżej do frustracji niż do refleksji. Słowem, autor zostawia nas z niczym; nie komentuje, nie wnika, nie zastanawia się, a swój wywód ogranicza wyłącznie do streszczenia. I to wyjątkowo podziurawionego. Nie wiem, może za dużo wymagam od literatury grozy. Może na pewno.

Po raz kolejny mam niemały problem z Grabińskim; z jednej strony ciekawa problematyka, z drugiej niespecjalne wykonanie. Zacznijmy od tego, że groza w twórczości tego autora przybiera różne oblicza i pod fasadą zwyczajności może kryć się dosłownie wszędzie. Podobnie w przypadku omawianego zbioru; książka stanowi swoistą zadumę nad niszczycielską siłą ognia, który – tak jak...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Podróże. W słowniku pojęciowym Tokarczuk termin ten niesie za sobą wiele znaczeń – chodzi zarówno o podróże w wymiarze fizycznym, jak i te „odbywane” w głąb siebie. Zdaniem autorki wielu z nas zasługuje na miano wędrowców; często bezwiednie zapuszczamy się w odległe odmęty naszej podświadomości, doznając po drodze swoistego katharsis. Tokarczuk udowadnia, że w zasadzie każda wyprawa – nawet ta najkrótsza i z gruntu najbanalniejsza – może okazać się podróżą na biegun. Jej motorem nie musi być ciekawość i chęć przeżycia czegoś wyjątkowego; niepokój, frustracja, chęć podtrzymania swojej wewnętrznej żywotności są równie silnymi katalizatorami.

W zasadzie w każdym z „rozdziałów” pojawia się motyw podróży – często jednak tak zaszyfrowany i nieoczywisty, że zwyczajnie łatwy do przeoczenia. Autorka wyraźnie podkreśla, że podróż to nie tylko ruch, ale także pojedyncze impulsy, które wyzwalają w nas głębsze pokłady emocji i uczuć, co jednak nie zawsze równa się z nagłym odrodzeniem. Skoro więc podróże odbywają się wewnątrz nas, to jaka jest zależność między duszą a ciałem, formą i materią? Czy istnieje coś takiego jak prawda ciała? Autorka z powodzeniem udowadnia, że odpowiedź na te pytanie jest zawiła, niejasna – wręcz niemożliwa.

Czytałam już kilka powieści Tokarczuk i jak dotychczas żadna nie nastręczyła mi tyle trudności co „Bieguni”. Problematyczna jest nie tylko intertekstualność utworu, ale także metaforyczne ukształtowanie narracji, którą podporządkowano obserwacjom z różnych dziedzin naukowych; od filozofii, teologii, przez historię, psychologię, aż po medycynę. Przyznaję, czułam się nieco przytłoczona tym nadmiarem odniesień, które momentami zwyczajnie rozpraszały i przysłaniały sedno tematu.

Podróże. W słowniku pojęciowym Tokarczuk termin ten niesie za sobą wiele znaczeń – chodzi zarówno o podróże w wymiarze fizycznym, jak i te „odbywane” w głąb siebie. Zdaniem autorki wielu z nas zasługuje na miano wędrowców; często bezwiednie zapuszczamy się w odległe odmęty naszej podświadomości, doznając po drodze swoistego katharsis. Tokarczuk udowadnia, że w zasadzie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Zadziwiające, jak bardzo mnie to wszystko nie obeszło. Ale po kolei...
Zacznę od tego, że mamy tutaj do czynienia z niebywale specyficznym typem narracji: potok słów, skąpe dialogi, chaos fabularny, płynne zmiany percepcji. Momentami trudno zorientować się, kto jest kim i jakie zależności łączą poszczególne postaci. Słowem, jeden wielki bałagan. Co gorsza, autor jedynie odhacza pewne sytuacje oraz fragmenty z życia bohaterów, nie zatrzymując się w nich na dłużej. Ten zabieg tylko pogłębia wrażenie szczątkowości i fragmentaryczności całej historii – trochę jak 3-godzinny film puszczony w trybie przyspieszonym. Na dodatek, z marnie wykreowanymi postaciami, które nijak nie zachęcają do pozostania w tym świecie, bo tutaj także o żadnym pogłębionym rysie nie może być mowy.

Tytułowy bohater, Robert, jest utalentowanym malarzem, którego rola sprowadza się wyłącznie do biernej obserwacji. Jego osobowość wydaje się całkowicie rozmyta i wyblakła, o czym najdobitniej świadczy fakt, że więcej wiemy o namalowanych przez niego twarzach, niż o nim samym. Mężczyzna godzi się na wszystko, co podsuwa mu los, nie ma w nim żadnej ikry i samoświadomości. Do samego końca nie wyjawia zresztą, czym podyktowane są jego decyzje oraz wybory życiowe (o ile w ogóle działaniom tym towarzyszy jakaś refleksja). Krótko mówiąc, w życiu Roberta rzeczy się po prostu dzieją – zupełnie bez udziału jego woli.

Najbardziej tajemniczą postacią, mającą zarazem największy potencjał, jest Franciszek; mężczyzna zepchnięty na margines z uwagi na swoje mało chlubne wyczyny i gwałtowny charakter. Czytelnik nie ma wglądu w jego odczucia, o ile w ogóle takowe posiada. Nie wie, co go napędza i definiuje jako człowieka. Przyznaję, do pewnego momentu udało mu się podtrzymać moje zainteresowanie. Szkoda tylko, że na przestrzeni lat ta postać w ogóle nie ewoluuje. O Franciszku nie wiemy zatem nic; od początku do końca stanowi jedną wielką niewiadomą, a to może powodać lekki zawód. Co zaś się tyczy postaci żeńskich, dopiero w połowie nabierają wyraźniejszych zarysów, ale to i tak za mało, by ich los miał mnie w jakimkolwiek stopniu obejść.

Cały ten potok słów jest jak jeden wielki bełt; liczne powtórzenia i rwane dialogi nie mają żadnego uzasadnienia fabularnego, chyba że głównym założeniem było wzniecenie irytacji w czytelniku. Gdzie tu zamysł? Dokąd ta historia zmierza? Czyżby chodziło wyłącznie o odmalowanie barwnego tła epoki? Jeżeli tak, dobór środków wyrazu był kompletnie nietrafiony.

Zadziwiające, jak bardzo mnie to wszystko nie obeszło. Ale po kolei...
Zacznę od tego, że mamy tutaj do czynienia z niebywale specyficznym typem narracji: potok słów, skąpe dialogi, chaos fabularny, płynne zmiany percepcji. Momentami trudno zorientować się, kto jest kim i jakie zależności łączą poszczególne postaci. Słowem, jeden wielki bałagan. Co gorsza, autor jedynie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Z jednej strony sentymentalna podróż śladami pamięci, z drugiej stylistyczna błyskotka, której nie sposób przeniknąć – tak wieloma kolorami się mieni. To bez wątpienia trudny i złożony tekst (jako całość); nie ma w nim miejsca na uczucia płaskie czy pospolite. Ale czy na pewno? W końcu Schulz w pięknych i wzniosłych słowach opisuje codzienność, a ta składa się zarówno z rzeczy małych, jak i wielkich. Autor ma przy tym piekielnie wyostrzony zmysł obserwacji; jak gdyby sam był melodią, dźwiękiem, zapachem... Opisuje on rzeczywistość w sposób daleki od standardowego, przez co każde jego słowo przemawia do mnie inną, niepowtarzalną muzyką.
Owszem, łatwo pogubić się w labiryncie wspomnień głównego bohatera; brak tutaj chronologii, ciągu przyczynowo-skutkowego, fabuła sprawia wrażenie rozmytej i stanowi przedziwną mieszaniną prawdziwych wydarzeń z rojeniami oraz fasmantagoriami narratora. Przyznaję, że momentami byłam lekko zdezorientowana, mimo to – skuszona wizją surrealistycznych obrazów Schulza – brnęłam dalej, bo z każdą kolejną stronicą roztaczał on przede mną widoki niezwykłe! Chylę czoła...

Z jednej strony sentymentalna podróż śladami pamięci, z drugiej stylistyczna błyskotka, której nie sposób przeniknąć – tak wieloma kolorami się mieni. To bez wątpienia trudny i złożony tekst (jako całość); nie ma w nim miejsca na uczucia płaskie czy pospolite. Ale czy na pewno? W końcu Schulz w pięknych i wzniosłych słowach opisuje codzienność, a ta składa się zarówno z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Nigdy nie należałam do grona wielbicieli Sienkiewicza i pod tym względem niewiele się zmieniło. Ale do rzeczy; powieść przyjmuje formę pamiętnika, przez co fabuła traci po części swoją dynamikę. Problemem nie jednak nieśpieszna narracja, a bohaterowie; papierowi, anemiczni i kompletnie bez życia.

Autorem wspomnianych zapisków jest Leon; młody mężczyzna, którego inteligencja, wiedza pojęciowa oraz świadomość własnego „ja” nie idą w parze z praktycznym zastosowaniem tych zdolności. Jest on postacią niezwykle złożoną, pełną skrajności; z jednej strony inteligent, z drugiej człowiek nieudolny życiowo, sceptyk o głęboko rozwiniętej wrażliwości emocjonalnej. Bywa rozchwiany w swoich uczuciach – z umiłowaniem zresztą poddaje je codziennej analizie. Rozkłada na czynniki niemal każdy aspekt swojego życia, co nie przekłada się na poprawę jego stosunków z innymi oraz ze światem w ogóle. Mężczyzna, mimo młodego wieku, odczuwa bowiem pustkę i czczość ludzkiej egzystencji. Jego ratunkiem może okazać się kobieta, a mówiąc wprost – głębokie uczucie, jakie w stosunku do niej żywi. Ale czy ta odwieczna „gimnastyka umysłowa” nie zabije w nim tych nowych pokładów energii i sił?

Mimo iż Sienkiewicz nadał swojemu bohaterowi tak wiele cech charakteru, zupełnie nie „wyczuwam” tej postaci – wszystkie słowa zostają na papierze. Podobnie w przypadku pozostałych bohaterów. O Anielce wiemy stosunkowo niewiele; oprócz urody ciała nie przejawia żadnych szczególnych uzdolnień. I mimo obszernych wywodów Leona na jej temat, nadal nie wiem, co zaciążyło na jego uczuciu. Przyznaję bez bicia, że to ciągłe przekomarzanie się tej dwójki niesamowicie mnie męczyło, przez co z utęsknieniem wyczekiwałam końca. Reszta postaci pozostaje mocno w tle i – prawdę powiedziawszy – równie dobrze mogłoby ich nie być, a powieść nic by na tym nie straciła.

Nigdy nie należałam do grona wielbicieli Sienkiewicza i pod tym względem niewiele się zmieniło. Ale do rzeczy; powieść przyjmuje formę pamiętnika, przez co fabuła traci po części swoją dynamikę. Problemem nie jednak nieśpieszna narracja, a bohaterowie; papierowi, anemiczni i kompletnie bez życia.

Autorem wspomnianych zapisków jest Leon; młody mężczyzna, którego...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Przyznam, że z uwagi na ilość nieprzychylnych komentarzy pod adresem głównej bohaterki, obawiałam się sięgać po tę powieść. Zupełnie bezzasadnie. Janina Duszejko nie jest tak całkowicie oderwana od rzeczywistości. Niektóre jej sądy/spostrzeżenia są nawet trafne, zwłaszcza w odniesieniu do korzyści płynących z alienacji i odosobnienia. Jest też w pełni świadoma swojej jędzowatości oraz „fetoru”, jaki roztacza wśród sąsiadów. Co więcej, jej naiwność, pociąg do dziwactwa i ślepa wiara w astrologiczną moc horoskopów nie budziły mojej irytacji. Inna sprawa, jeżeli chodzi o te przesadne pro-zwierzęce zapędy. Jest w tym zacietrzewieniu niesamowicie nachalna, co może lekko podnieść ciśnienie.

Sama fabuła ma jednak ogromny potencjał, nawet przy założeniu, że główną bohaterką jest stetryczała dziwaczka, wypatrująca z niepokojem znaków na niebie (w co jeszcze jestem w stanie uwierzyć). Szkoda tylko, że Tokarczuk niweczy wszystko nietrafionym zakończeniem. Ostatnie sekwencje sprawiają, że powieść zbliża się niebezpiecznie do kryminałów klasy B. Wielka szkoda, bo zasiadając do lektury, byłam pewna, że zbrodnie będą miały charakter metafizyczny, może nawet pretekstowy, a odpowiedź na pytanie: „kto zabił” pozostawi po sobie lekki posmak goryczy. Otóż tak się nie dzieje.

Ale, ale... są w tej książce elementy godne uwagi! Jakkolwiek nie jestem fanką pierwszoosobowej narracji, przyznać muszę, że autorka całkiem nieźle radzi sobie z przyjmowaniem perspektywy swoich bohaterów. Co prawda dialogom brakuje szczypty „pieprzu”, ale i bez tego wydają się dobre. Podobnie w partiach opisowych; obrazy, jakie Tokarczuk maluje słowami, są proste, a jednocześnie niezwykle sugestywne. Nic zatem dziwnego, że najbardziej urzeka klimat. Klimat zapyziałej górskiej „mieściny”, odciętej od świata i chorej...

Przyznam, że z uwagi na ilość nieprzychylnych komentarzy pod adresem głównej bohaterki, obawiałam się sięgać po tę powieść. Zupełnie bezzasadnie. Janina Duszejko nie jest tak całkowicie oderwana od rzeczywistości. Niektóre jej sądy/spostrzeżenia są nawet trafne, zwłaszcza w odniesieniu do korzyści płynących z alienacji i odosobnienia. Jest też w pełni świadoma swojej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

*pisane pod wpływem chwili i napojów wysokosłodzonych

Maciej – jegomość niezwykle przenikliwy,
dobrał się z przekąsem do piłkarskich gwał... „wielbicieli”,
z niezrównanym kunsztem i precyzją słowa
przemycił on w swym dziełku humor błyskotliwy.

Na domiar tego w Mickiewicza zapatrzony
przekształcił własny tekst w trzynastosylabowy.
Wyczyn to nie lada! – Natalia wam powiada,
gdyż sama przy pisaniu palce połamała.

Wypada więc zachwalać odwagę Macieja,
który – niczym kibol nożem – władać umie słowem;
dzierży swą „broń” i wymyśla
a z każdego bodaj wersu soczysty jad wytryska.

Chylę więc głowę i o litość błagam,
że swym nieokrzesaniem ten gatunek kalam.
Na sam koniec pozostaje mi jeszcze
podziękować Maciejowi za fikuśną dedykację!

*pisane pod wpływem chwili i napojów wysokosłodzonych

Maciej – jegomość niezwykle przenikliwy,
dobrał się z przekąsem do piłkarskich gwał... „wielbicieli”,
z niezrównanym kunsztem i precyzją słowa
przemycił on w swym dziełku humor błyskotliwy.

Na domiar tego w Mickiewicza zapatrzony
przekształcił własny tekst w trzynastosylabowy.
Wyczyn to nie lada! – Natalia wam...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Książka o namiętnościach bez namiętności. To zadziwiające, że autor zwraca się do czytelnika z życzeniem, by spośród wszystkich zaprezentowanych „namiętności”, wybrał tę, która najbardziej mu odpowiada. Jakkolwiek można tutaj mówić o perwersji i dzikim zaspakajaniu potrzeb natury erotycznej, tak nie odważyłabym się nazwać tych ekscesów namiętnościami – już kominek elektryczny kryje w sobie więcej ognia niż czynności, jakim oddają się bohaterowie. A skoro już o nich mowa; zazwyczaj przyjaznym okiem spoglądam na szczegółowe opisy wyglądu i charakteru postaci, jednak Sade chyba w nie dość dobry sposób opanował tę sztukę – w przypadku „120 dni Sodomy...” można mówić co najwyżej o wyliczaniu! Zanim więc przejdziemy do zgniłego „mięcha”, musimy przedrzeć się przez całą stertę opisów, które w żaden sposób nie ożywiają sylwetek prezentowanych bohaterów. I chociaż wydawać by się mogło, że to nie oni odgrywają tutaj pierwsze skrzypce (a są jedynie narzędziem), Sade poświęca im mnóstwo miejsca w swojej książce. Tym bardziej dziwi mnie fakt, że ich portrety nakreślone zostały w sposób tak bezbarwny, papierowy i niemrawy. Co więcej, opisów tych nie poprzedza absolutnie nic, żadna treść – być może dlatego całość wydaje się niesamowicie monotonna i apatyczna. Owszem, podoba mi się sam zamysł; ludzkie „zezwierzęcenie”, sprowadzenia aktu seksualnego do poziomu podłogi (dosłownie i w przenośni), przewaga pierwotnych instynktów nad wychowaniem, tyle że ta zamierzona jałowość jest jak rafa, o którą Sade się rozbija. Brakuje tutaj fabuły, jakiegoś „pomostu” z rzeczywistością, brakuje życia i prawdziwej namiętności, która sprawia, że z umiłowaniem oddajemy się rozpuście. Ech.

Książka o namiętnościach bez namiętności. To zadziwiające, że autor zwraca się do czytelnika z życzeniem, by spośród wszystkich zaprezentowanych „namiętności”, wybrał tę, która najbardziej mu odpowiada. Jakkolwiek można tutaj mówić o perwersji i dzikim zaspakajaniu potrzeb natury erotycznej, tak nie odważyłabym się nazwać tych ekscesów namiętnościami – już kominek...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Hłasko wywiera na mnie wpływ magnetyczny! Misternie skonstruowana fabuła, świetnie odmalowane tło epoki oraz bohaterowie; pełnokrwiści, rozdarci wewnętrznie i niejednokrotnie spychani na margines.

Historia skupia się wokół dwóch mężczyzn: Andersona – młodego wiekiem, ale starego duchem lotnika, którego porażki z przeszłości uczyniły okrutnym, oraz Ryana – uroczego młodzieńca z perspektywami i dobrymi widokami na przyszłość. Pomimo początkowych niesnasków, nawiązuje się między nimi nić sympatii, nie mająca jednak nic wspólnego z miłością homoerotyczną. Anderson jest niezwykle silną osobowością. Osobowością, która fascynuje Ryana do tego stopnia, że zaczyna on w pełni powielać toksyczne poglądy tego pierwszego. Szczególną rolę odgrywa tutaj również płeć piękna, chociaż wzorem Hłaski należałoby raczej powiedzieć płeć przeciwna, co już samo w sobie jest znaczące.

Przede wszystkim świetnie wygrana relacja! Na tyle skomplikowana, na tyle niejednoznaczna, że nie sposób nie doszukiwać się w niej ukrytych sensów i znaczeń. Dodatkowo mamy tutaj do czynienia z niezwykle złożonymi osobowościami, którym znane są już chyba wszystkie „otchłanie” i którzy – w opinii autora – mają niestety nikłą szansę na odrodzenie. Całość, owszem, jest nieoszlifowana, ale to tylko dodaje jej ostrości; dzięki temu ma się wrażenie, że wszystko w tej powieści jest wyrazem goryczy i głęboko skrywanej frustracji autora. Cudo!

Hłasko wywiera na mnie wpływ magnetyczny! Misternie skonstruowana fabuła, świetnie odmalowane tło epoki oraz bohaterowie; pełnokrwiści, rozdarci wewnętrznie i niejednokrotnie spychani na margines.

Historia skupia się wokół dwóch mężczyzn: Andersona – młodego wiekiem, ale starego duchem lotnika, którego porażki z przeszłości uczyniły okrutnym, oraz Ryana – uroczego...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Trudna przeprawa – pełna wybojów, kamieni i taplania się w błocie. To wnikliwy portret bohatera targanego wątpliwościami, pozostającego niejako w stanie zawieszenia; od całkowitej bierności, po jakąś wewnętrzną żarliwość oraz palącą chęć zmian. Co prawda słaby ten ogień; nieustannie dogasa i tli się na nowo – nigdy jednak nie zanika naprawdę. Do tego toksyczna miłość, zdrada, psycho-fizyczny masochizm oraz szaleńcza walka ducha z ciałem. Trudno nie odnieść wrażenia, że rozwiązłość mężczyzny, jego społeczno-filozoficzne refleksje czy wynurzenia o charakterze erotycznym są po części pretekstem do ukazania nastrojów społecznych i postaw w przededniu rewolucji.

„Pożegnanie jesieni” to bez wątpienia wyzwanie dla intelektu. Nie odmawiam Witkacemu finezji słowa i bogactwa pojęciowego, ale zgodzę się, że książka sprawia wrażenie mocno przeintelektualizowanej. Czytelnicy, którzy oczekują wyłącznie pornograficznych smaczków zapewne srodze się zawiodą, bo pod płaszczykiem perwersji autor porusza tutaj wiele bolesnych tematów. Niepewność jutra, ból, bezsens, udręka świata... Gorzkie to wszystko i do gruntu przepełnione jadem.

Podsumowując, nie potrafię jednoznacznie orzec, czy Witkacemu udało się spustoszyć moje wnętrze – mam wrażenie, że odbiłam się od tej powieści emocjonalnie. Trudno jednak nie docenić wnikliwości, z jaką autor zarysował wewnętrzne życie bohaterów oraz ich erotyczny „taniec” nad przepaścią.

Trudna przeprawa – pełna wybojów, kamieni i taplania się w błocie. To wnikliwy portret bohatera targanego wątpliwościami, pozostającego niejako w stanie zawieszenia; od całkowitej bierności, po jakąś wewnętrzną żarliwość oraz palącą chęć zmian. Co prawda słaby ten ogień; nieustannie dogasa i tli się na nowo – nigdy jednak nie zanika naprawdę. Do tego toksyczna miłość,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Intensywne doznanie. Mam wrażenie, że z upływem czasu ta powieść rośnie we mnie i rozlewa się po całym ciele. Aż dziw, gdyż początek nie zapowiadał tak intrygującej i wielowymiarowej lektury. Co zachwyca? Nie wiem. Może klimat – duszny, oblepiający i niezdrowy dla duszy. Może bohaterowie – tak cudownie niejednoznaczni, popadający od jednej skrajności w drugą. Może dialogi, przypominające niekiedy wystrzał z pistoletu. Może wreszcie sama fabuła – poplątana, a jednocześnie płytka i brudna jak rzeka.

„Wszyscy wracają kiedyś do miejsc, z których chcieli uciec. Brzdęk kajdan, którymi skuty jesteś z drugim człowiekiem, milszy jest czasami od samotnej pieśni na drodze.”

A wszystko sprowadza się do sprzeciwu wobec ówczesnej władzy. Do choroby, która toczy społeczeństwo. Do ucisku – w końcu szaleństwo najczęściej rodzi się tam, gdzie w grę wchodzi jarzmo. Marazm, jałowość, trywialne więzi – jak tu tym nie przesiąknąć? Myśli krążą wokół tej książki nieustannie.

Intensywne doznanie. Mam wrażenie, że z upływem czasu ta powieść rośnie we mnie i rozlewa się po całym ciele. Aż dziw, gdyż początek nie zapowiadał tak intrygującej i wielowymiarowej lektury. Co zachwyca? Nie wiem. Może klimat – duszny, oblepiający i niezdrowy dla duszy. Może bohaterowie – tak cudownie niejednoznaczni, popadający od jednej skrajności w drugą. Może dialogi,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Z przykrością stwierdzam, że na tle innych twórców zajmujących się podobną tematyką, Vidal wypada dosyć blado.

Sam konstrukt fabularny jest prosty; dwaj chłopcy i przyjaźń, która z czasem przerodziła się w skomplikowane uczucie. O tym jak zawiła emocjonalnie była ta relacja świadczą późniejsze związki jednego z bohaterów, Jima. I tutaj dzieją się rzeczy niebywałe; chłopak, który przez całe życie zapewniał o swojej hetero-orientacji, w ciągu jednej chwili godzi się przyjąć ofertę jednego z zamożnych panów. By nie zdradzać szczegółów, zaznaczę tylko, że wspomniana oferta nie dotyczyła bynajmniej kwestii biznesowych. Nie zyskała też aprobaty otoczenia (poza, rzecz jasna, wąskim kręgiem osób). Problem w tym, że przejście Jima na „ciemną” stronę nastąpiło całkowicie bezboleśnie – bohater nie zdążył ewoluować, oswoić się ze swoją odmiennością, o ile w ogóle dopuszczał taką ewentualność. Żył niejako w zamroczeniu, odsuwając od siebie wszystko co grzeszne, mętne i nieczyste. Fakt, że nie zapuszczał się myślami na „podmokły grunt”, jest mocno odczuwalny w sposobie prowadzenia narracji. O żadnych dylematach wewnętrznych nie można tutaj mówić. U Vidala rzeczy się po prostu dzieją. Pomiędzy jednym zdarzeniem a drugim nie ma nic – ziejąca pustka. Tym sposobem bohater traci na wiarygodności, jego motywacje i działania są kompletnie niezrozumiałe, zaś fabuła sprawia wrażenie nadmiernie uproszczonej. Objętość objętością – „Cud róży” Geneta odznacza się podobną ilością stron, a mimo to jego dzieło jest kompletne i dopieszczone w każdym możliwym aspekcie.

Wracając do niniejszej książki, czas okazał się bezlitosny dla twórczości Vidala. Zapewne w latach '50 siła jego słów była znacząca; pisarz niejednokrotnie poruszał tematy tabu, przemawiał bezceremonialnie, prosto. Teraz jednak, w obliczu upowszechnienionej świadomości i zwiększonej tolerancji, ta moc osłabła, a „Nie odwracaj się w stronę Sodomy” – jako twór pozbawiony kontekstu – po prostu się nie broni.

Z przykrością stwierdzam, że na tle innych twórców zajmujących się podobną tematyką, Vidal wypada dosyć blado.

Sam konstrukt fabularny jest prosty; dwaj chłopcy i przyjaźń, która z czasem przerodziła się w skomplikowane uczucie. O tym jak zawiła emocjonalnie była ta relacja świadczą późniejsze związki jednego z bohaterów, Jima. I tutaj dzieją się rzeczy niebywałe;...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

„Dolina Issy” to idealne antidotum na jesienno-zimową chandrę. Obrazy, które autor maluje słowami, są do tego stopnia żywe i nastrojowe, że nie mamy trudności z wyobrażeniem sobie poszczególnych scen. Warto jednak podkreślić, że sielankowy charakter utworu nie świadczy bynajmniej o jego znikomej wartości. Autor podejmuje bowiem problematykę egzystencjalną, rozważa kwestię wiary oraz sam fakt zespolenia człowieka z naturą.
Odnoszę przy tym wrażenie, że bohaterowie tej książki są tylko pretekstem do ukazania osobliwego piękna polskiej wsi oraz zwyczajów zakorzenionych w naszej tradycji i kulturze, które nie mają już odzwierciedlenia w dzisiejszej rzeczywistości. Najbardziej zagadkową postacią jest Tomasz; to jego oczami obserwujemy świat, ograniczający się rzecz jasna do okolicznych wiosek. Autor nieprędko odkrywa karty – dopiero z czasem przyjdzie nam poznać charakter chłopca; jego pragnienia, dylematy.
Podobnie z całą resztą. Każdy z bohaterów dźwiga na swoich barkach bogaty bagaż doświadczeń – ich losy nierzadko splatają się w jedno, mimo iż początkowo sprawiają wrażenie wyrwanych fragmentów z życia. Nie dziwi zatem opinia, że fabuła książki wydaje się nieco poszatkowana. Z pewnością nie można tutaj mówić o standardowym ukształtowaniu narracji, ale być może dlatego płynie się przez tę powieść bez większych „wzlotów” i „upadków”.
Podsumowując, „Dolina Issy” jest jak spokojny nurt rzeki – może i nie rzuca łódeczką na wszystkie strony, ale za to daje możliwość zetknięcia się z pięknem okolicznych stron.

„Dolina Issy” to idealne antidotum na jesienno-zimową chandrę. Obrazy, które autor maluje słowami, są do tego stopnia żywe i nastrojowe, że nie mamy trudności z wyobrażeniem sobie poszczególnych scen. Warto jednak podkreślić, że sielankowy charakter utworu nie świadczy bynajmniej o jego znikomej wartości. Autor podejmuje bowiem problematykę egzystencjalną, rozważa kwestię...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Wciąż nadaremnie poszukuję słów, które w pełni oddadzą dwuznaczność moich odczuć po lekturze. Z marnym skutkiem. Odnoszę wrażenie, że zamykając w jednej frazie całą gamę emocji towarzyszących mi podczas „przeprawy” z Genetem, mogłabym niechybnie przynieść mu ujmę. Tym bardziej, że należy on twórców, którzy mają tendencję do wgłębiania się w swoje wnętrze, co przy tego rodzaju zwierzeniach świadczy o nie lada odwadze. Albo niemocy.

„Cud róży” to jedna wielka mieszanina rojeń nie tylko o naturze czysto fizycznej – z kart tej książki pobrzmiewa bowiem frustracja związana z utratą kontroli nad życiem w ogóle. Autor chełpi się swoim upadkiem; w poetycki sposób opisuje plugastwo, które rozprzestrzeniło się za murami placówek o charakterze wychowawczym oraz jego (Geneta) w tym udziale. Całość składa się w dużej mierze z opisów i metafor, poprzetykanych gdzieniegdzie więziennym żargonem, co – wierze mi – piorunuje. Przyznaję zresztą, że często zdarzało mi się powracać do pewnych fragmentów (nadal nie mogę wyjść z podziwu, że coś takiego wyszło spod ręki wrażliwca), a to chyba najlepiej świadczy o niebywałej mocy jego słów. Nie zrozumcie mnie źle. Nie uważam, że pociąg do tej samej płci jest czymś gorszącym lub godnym potępienia. Jednak sposób, w jaki autor przedstawia obiekty swoich westchnień – wynosząc szpetotę i ubóstwo moralne kochanków na piedestał – paraliżuje, zniesmacza, fascynuje. I cóż, pozostaje mi tylko trwać w tym niezdrowym zachwycie.

Wciąż nadaremnie poszukuję słów, które w pełni oddadzą dwuznaczność moich odczuć po lekturze. Z marnym skutkiem. Odnoszę wrażenie, że zamykając w jednej frazie całą gamę emocji towarzyszących mi podczas „przeprawy” z Genetem, mogłabym niechybnie przynieść mu ujmę. Tym bardziej, że należy on twórców, którzy mają tendencję do wgłębiania się w swoje wnętrze, co przy tego...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Co my tu mamy; odkrywanie własnej cielesności, poszukiwaniem innego, alternatywnego wymiaru doznań, a wszystko to w warunkach kompletnie niesprzyjających głównym bohaterom. Jestem urzeczona. Urzeczona nie tylko historią, ale także sposobem, w jaki autor podszedł do tematu – bez zbędnego patosu, dramatyzmu czy mocnych środków. Nie oznacza to jednak, że powieść wyzbyta jest głębi i ekspresji – wręcz przeciwnie. Z jednej strony uderza, wprawia w dyskomfort, z drugiej absorbuje, w pełni pochłaniając czytelnika.

Na uwagę zasługuje też warsztat autora; idealna równowaga pomiędzy ozdobnikami a zwrotami slangowymi, które znacząco odbiegają od dzisiejszych „standardów”. Znamienny jest również jego stosunek względem wykreowanych postaci. Mimo że Forster wyraźnie dystansuje się od poczynań i stanów uczuciowych swoich bohaterów, ci ożywają na kartach tej powieści, roztaczając wokół siebie niesamowitą aurę – cudownie niejednoznaczni, miotają się między szarą rzeczywistością a marzeniami, wspomnieniami a tęsknotą.
Mój jedyny zarzut dotyczy skrótowości, czy też – mówiąc ściślej – skrótowej sekwencji zdarzeń, wynikającej zapewne z rozciągnięcia tej historii w czasie. Przykładowo, na jednej stronie znajomość bohaterów dopiero rozkwita, a już na kolejnej osiąga swoje apogeum. Jest to tym bardziej znaczące, że zarówno Maurycy jak i Clive ewoluują pod wpływem tej relacji, dlatego też dobrze by było przejść przez wszystkie jej „stadia”.

Podsumowując, książka wyśmienita i godna polecenia. Uświadamia, że pozycja społeczna oraz status materialny nie zrekompensują nigdy rzeczywistej wartości, jaka płynie z obecności człowieka u naszego boku.

Co my tu mamy; odkrywanie własnej cielesności, poszukiwaniem innego, alternatywnego wymiaru doznań, a wszystko to w warunkach kompletnie niesprzyjających głównym bohaterom. Jestem urzeczona. Urzeczona nie tylko historią, ale także sposobem, w jaki autor podszedł do tematu – bez zbędnego patosu, dramatyzmu czy mocnych środków. Nie oznacza to jednak, że powieść wyzbyta jest...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to